Komandirówka widm odkarmionych

Nadjechała jakaś komisja lekarska. Zbadano wszystkich więźniów w łagrze i udzielono wielu zwolnień. Otrzymałem zwolnienie do dwudziestego drugiego grudnia. Następnie druga komisja i dalszy ciąg zwolnień.
Minęły tygodnie. Właśnie moje postanowienie pogruchotania sobie nogi dojrzało. Tego dnia posłano mnie do lasu znowu bez rekawic, bez siekiery i bez piły. Przyniosłem belkę dość potężną i ciężka, ażeby mogła spowodować zamierzone skutki, ustawiłem koło ogrodzenia, przerzuciłem przez parkan i zacząłem balansować. W tym momencie zaalarmowano mnie, że przyjechała komisja lekarska. Wobec tego zaniosłem belkę do baraku, a sam poszedłem do feleczera. Na dworze czerniał olbrzymi ogonek, dłuższy niż zawsze. Wpuszczano po jednym, badano i nic nie mówiono.

Ileż to już dziesiątków razy stałem w takim ogonku? Co wieczora przed felczerem zbierał się liczny tłum. Dął wiatr i mróz. Ludzie płakali z bólu i zimna, słaniali się z wycińeczenia. Czasem umierali, nie doczekawszy swej kolejki poza tymi drzwiami szukali ratunku, który nie polegał na lekarstwach, bo ich było bardzo mało, albo nie było wcale. Ale felczer miał prawo zwalniać od pracy na dzień czy dwa, a to było wielkim sukcesem życiowym.
Obecnie na wzrost frekweneji zdechlaków wpłynał fakt, że jak co roku, tak teraz rozpoczał się sezon ambulatoryjnego leczenia odmrozeń. Najcięższe odmrożenia, trzeciego stopnia odesłano do szpitala na operację. Odmrożenia drugiego stopnia leczono na miejscu. Rozcinano, przecinano - robili to kompletni analfabeci - przewijano, moczono w wodzie zabarowionej hypermanganicum. Natomiast o odmrożenia pierwszego stopnia nikt się nie troszczył, leczły się same. Tknięte mrozem palce u nóg, czy rąk, a niekiedy nos czerwieniały, poczem twardniały i czerniały. Po jakimś czasie cały naskórek schodził - na palcach naprzykład razem z paznokciami. Tylko niewielu ludzi na komandirówce uchroniło się od odmrożeń. Ja znów zdążyłem lekko odmrozić prawą rękę i na odciętych palcach nosiłem czerwone naparstniki.

- Poco ci to odmrożenie? Nie potrzebne, bo przecież i tak zwolniony jesteś od roboty - dopytywali mnie przyjaciele-więźniowie. Przyplątała się o wiele gorsza dolegliwość: utworzyła się rana skorbutowa na kręgosłupie tuż nad kością ogonową. Jatrzła się, śmierdziała, gniła. Felczer opatrując mnie, zdobył się na współczucie: - Musicie być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem? Wszyscy Polacy już odjechali, a wy tutaj gnijecie. Udawałem, że się uśmiecham. Byłem jedynym Polakiem, nietylko na naszej komandirówce, ale na całym uczastku. Wiśniewski został zwolniony z końcem grudnia, nie po amnestii, lecz skutkiem upływu terminu wyroku i jako wolny człowiek niewiadomo dokąd został odesłany. Zazdrościło mu conajmniej kilkunastu ludzi - albowiem kilkunastu ludzi miało terminy wyroków już wygasłe i nie zwalniano ich. Dość niezwykłe sceny odbywały się przy ważniejszych apelach, kiedy to zapytywano nie tylko o imię, nazwisko i otczestwo, ale o paragraf oraz długość wyroku.

Kolyma - Jaki paragraf? padało pytanie.
- Pięddziesiąt osiem, trzynaście - odpowiada więzień. - Jaki wyrok?
- Osiem lat. Wyrok zakończony szesnastego października ubiegłego roku.
- Niczewo!
I nieodmienna scena ze mną: - Jaki paragraf?
- Szesnascie, osiemdziesiąt. - Jaki wyrok?
- Trzy lata i trzy lata zawieszenia w prawach. Ale jestem obywatelem polskim i domagam się uwolnienia na podstawie amnestii uchylonej przez Wierchowny Sowiet dnia 12 sierpnia ubiegłego roku.
- Niczewo! - i to wszystko.
Więźniowie, którzy zasadniczo skończyli już kary, traktowani są zupełnie tak samo, jak wszyscy inni. Jeśli mogą jeszcze chociaż trochę pracować, chodzą do roboty, jeśli są już wycieńczeni do ostatecznych granic, zwalnia się ich od pracy. Ponieważ zaczynał się rok, czuło się - w myśl metody - lżejsze traktowanie i lepsze karmienie. Najwyższy bowiem czas przystąpić do odkarmiania siły roboczej, jeśli ma być użyteczna, gdy nadejdzie sezon. Dla podreperowania umarlaków - utworzono z końcem stycznia na piątym prorabstwle komandirówkę dla słabosilnych czyli słabkomando.
Marzył o owej slabkomandzie dwudziestoletni Ukrainiec nazwiekiem Tirtisznik. Od wielu tygodni zwolniony od pracy, czuł się bardzo źle, a równocześnie połowę racji chleba wymieniał codziennie na machorkę. Był tak osłabiony, że nie wychodził nawet po drzewo. Należał do tych kilku, których obowiązkiem było piłowanie przyniesionego przez nas drzewa i podkładanie do pieca.
Pewnego dnia, gdyśmy rozmawiali koło pieca, w oczekiwaniu na dzwonek, który ma nas wezwać na obiad (kipiatok i 200 gr. chleba) Tirtisznik poprosił:
- Położę się na chwilę, a jeślibym zasnął, obudżcie mnie.
W kilka minut potem rozległ się dzwonek. Podszedłem do nar, na których leżał Tirtisznik, ująłem ręką szmaty, którymi miał obandażowane nogi i zrozumiałem, że trzymam stopę martwego człowieka. Powstał ruch, ktoś wezwał felczera, który przyszedł, dotknął czoła, przystawił lusterko do ust, a potem kazał zabrać Titraszenka na miejscową izbę chorych. Tam próbowano Tirtiszenka ogrzać, ale już nie pomogło*). Zanieśliśmy go do izolatora -i tam po raz drugi w życiu dopełniłem formalnosci pieczętowania palców. Titrasznik nie miał przynajmniej nadgnitych palców. Chłopak nie długo trzymał się na Kołymie. Przywieziono go pod koniec sierpnia 1941 roku, umarł w połowie stycznia 1942r. Pięć miesięcy!
Wiadomość o słabkomandzie sprawdziła się. Znów przyjechała komisja lekarska, znów odbyła przegląd i 29-tego stycznia piechotą ruszyliśmy pamiętną drogą poprzez wiatr na piąte prorabstwo.
To już po raz trzeci katorżniczy moj szlak wiedzie na piąte prorabstwo. Pierwszy raz, kiedy umarł Henryk, drugi po powracie ze szpitala. Będę musiał znowu przechodzić kolo zaboju, w którym zakonczył życie Henryk. Nie ma innej drogi. Bolesna asocjacja: w ęrodku tego zaboju bryła ziemi sterczy, jak pomnik. Nie to nie nagrobek - gdzieniegdzie zostawiono taki słup ziemi, aby świadczył, jak głęboko grunt został wybrany dookoła.
Opuszczam szóste prorabstwo. Tu dowiedziałem się o amnestii i stąd pisywałem podania o zwolnienie, tu kilka razy omal nie umarłem. Raz się omal żywcem nie spaliłem; tu przemyśliwałem chytrze jakby to na oczach wszystkich zdruzgotać sobie nogę. Tu po sto razy miewałem nadzieję, która po sto razy na dzień wygasała i wreszcie stałem się cieniem, widmem i łachmanem.
Na szóstym prorabstwie miałem niezliczone awantury o spalenie ubrania, tu spisano na tym tle kilka protokółów o sabotaż i tu kładąc się do snu rozebrałem się ostatni raz w listopadzie. Od tego czasu gromada więzniów rozbierała się tylko w łaźni, z czym był wielki kłopot. Najpierw należało odkręcić wszystkie sznurki, którymi były poobwijane szmaty na rogach. Następnie odwinąć płachtę, urwana z worka, potem poodwijać jedną, drugą trzecią i czwartą szmatę i dopiero człowiek stawał boso. Ten sposób rozbierania wywoływał potok przekleństw ze strony bańszczyka, albowiem trwało to bardzo długo. Nigdy też bańszczyk po kąpieli nie zezwalał na odwrotny proces obuwania się. Wyrzucał za drzwi i tam dopiero trzeba było uzupełniać garderobę. Sama operacja rozzuwania się trwała godzinę. Komu chciałoby się codziennie tracić dwie godziny czasu na to? W baraku było zimno, że dreszcz przejmował na myśl o rozbieraniu się. Do tego zaś obawa i pewność, iż nawet ułożywszy pod sobą cały swój dobytek, nie sposób uniknąć kradzieży.
Dwudziestu siedmiu nędzarzy, przezwyciężywszy wiatr idzie, wlecze się ośnieżoną drogą. Zabój na wierzchołku przełęczy pozostał za nami. Minęliśmy dwa ogniska rozłożone przez ludzi z naszej brygady, pracujących na granicy piątego prorabstwa. Każdego z tych dwudziestu siedmiu ludzi czepiała się nadzieja, że jeżeli dotrze do słabkomanda, potrafi przetrwać tę zimę, tę jedną jeszcze zimę. Aby do wiosny!
Pamiętny zabój Henryka - po lewej stronie drogi i słup stał pośrodku, a na prawo opadało urwisko, którego zasypać nie moglibyśmy przez wszystkie lata naszych wyroków. Henryk umarł. Kruszyński poszedł dalej w tajgę do prac przy nowej drodzę na Jakutię. Derksena już nigdy nie spotkam, a Piotrowski pojawi się tutaj właśnie, na piatym prorabstwie, w charakterze felczera. Obok mnie idzie Arwid Wiederlenk ze swoim sceptycznym uśmiechem na twarzy szympansa; malutka bryłka człowieka o wybuchowej żywiołowości i zadziwiającej odporności.
Widzę piąte prorabstwo i spostrzegam, że się zmieniło. Piekarnia na tym samym miejscu. Łaźnia na tym samym, kaptiorka także, ale obok pamiętnego baraku stoi leszcze drugi, a opodal jakieś nowe zabudowania. Isolator oczywiście stoi, ale teraz już chyba całkowicie przemieniony na trupiarnię.
Zajmuję miejsce w baraku, obecnie podzielonym na dwie części. W jednej nary, w drugiej zbite z desek tapczany bez górnych nar. W sąsiednim, nowym baraku mieści się szpital. Pragnienia wszystidch idą w stronę tego azylu.
Rana na, plecach coraz bardziej się zwiększa. Nogi uginaią się pode mna i tylko nadzwyczajnym wysiłkiem potrafie się posuwać. Leżę na narach, nie myślę o niczym, chciałbym zapalić tylko papierosa. Mimo surowych rygorów zaraz odchodzi handel a oto palę w miejscu ustępowym. Wracam i znów kładę się na nary. Teraz już wiem ponad wszystko: że nie mam prawa do nadziei, nie mam do nadziei sił. Przyjmuję tę wiedzę tak spokojnie, jakbym był zanurzony w nicości. Może myślę w głos, jakby dotrwać do Wiosny, bo mówię coś do Arwida, on odpowiada:
- W paźdźierniku kończy ci się termin kary. Może ci się uda dotrwać do paźdźiernika? A wtedy zobaczysz, albo cię uwolnią, albo cię nie uwolnią. Jeśli cię nie uwolnią, to albo - najprościej w świecie będziesz dalej więzniem pozasrocznym (pozaterminowym), albo dolepią ci nowy wyrok, jak Grigorianowi ...
Z szóstego prorabstwa wzięto kilka dni temu Grigoriana, który jeszcze we wrześniu skończył karę i po kilku dniach przewieziono go z powrotem.
- Zawieziono mnie na Sztrafkomando i tam zawiadomiono, że otrzymałem nowe trzy lata - brzmiała relacja Grigoriana, Jest on przestępcą kryminalnym i już trzeci raz otrzymuje w ten sposób dodatkową karę. Kiedy mówi o tym, ma szarą twarz, jak ziemia w zaboju kołymskim.
Arwid ciągnie dalej:
- Zresztą do jesieni może się jeszcze wszystko po kilka razy zmienić. Może znów będą zwalniać, tych, którzy już odsiedzieli karę, a potem na nowo przestaną i znów zaczną? Co kto może wiedzieć? Zresztą, tutaj nie ma żadnej reguły. Tu są tylko wyjątki bez reguły...
Jeśli szóste prorabstwo było komandirówką widm dogorywajacych, to piąte możnaby nazwać komandirówką widm odkarmianych.
Ludzie wyniszczeni po granicę wyniszczenia, mieli tu być doprowadzeni do takiego stanu zdrowia, ażeby mogli z początkiem wiosny stanać do roboty. W owym styczniu 1842 roku już nie było nam, więźniom, tajne, że dopływ świeżych sił roboczych z kontynentu jest i będzie uniemożliwiony. Przecież transporty ludzkie musiały w drodze do Magadanu, głównego portu kołymskiego, płynać przez wody terytorailne japonskie. Pogłoski mówią, że Japończycy zgodzili się na transport towarów i żywności, nie zgadzają się natomiast na transport ludzi w stronę Kołymy. Droga na Jakutie, która ma połaczyć Kołymę z kontynentem syberyjskim, posuwa się zwolna. Kto wie, czy późną jesienią bieżącego roku da się uzyskać połączenie? To wszystko wpajało w nas nadzieję, że więzień, jako siła robocza, będzie bardziej szanowany, a przynajmniej lepiej karmiony.
Z nowej drogi na Jakutię wciąż dochodzą głuche wieści. O potwornych mrozach, jakie tam panują, o brakach żywności, o surowym reżimie, który nie tylko nie zna litości, ale wyzbyty jest wszelkich cech ludzkości, o gorących bagnach, o tym, jak to w pewnym miejscu dwustu-metrowy odcinek drogi przesunął się o trzysta metrów w bok odpłynał poprostu, jak tratwa. My zaś tymczasem siedzieliśmy w ciepłym bądz co bądź baraku, nie robili nic i czekali tylko albo na śmierć albo na wyzdrowienie. Tyle, że nosiliśmy, jak zwykle drzewo do baraku. Ale z drzewem było tu trudniej, niż na-szóstym prorabstwie.
O cztery kilometry od komandirówki rozpoczynało się osiedle Frolcz, a o dwa kilometry bliżej pierwsze hałdy kopalni złota. Ten rzad kopalni złota, ciągnący się doliną Czanurianską sprawił, że lasy dookoła były wytrzebione. Codziennie krążyły samochody, zwożące drzewo z odległości czterdziestu, sześćdziesięciu, a nawet stu kilometrow. Codziennie przejeżdżały samochody, które zwoziły węgiel z Arkagały, ten sam antracytowy węgiel, który płonął na ogniskach zupełnie jakby w piecu, dając cichy, a gorący i radosny płomień.
W konsekwencji po drzewo trzeba było chodzić po osiem do dziesięciu kilometrow. Poszedłem raz tylko. Wśród okolicy pełnej wspomnień z przed półtora roku błądziłem jak w hipnozie.
Zrozumiałem, że takie spacery są ponad moje siły nerwowe. Zapragnałem ścianami baraku odgrodzić się od świata zewnętrznego, od własnych myśli, od zatraconych nadziei, od upokarzających wspomnień, od własnego człowieczeństwa. Stoczyłem się w pobliże dna egzystencji ludzkiej. Moje myśli funkcjonowały jedynie koło kwestii żarcia i równie silnej kwestii palenia. Instynkt trwania osłabł. Jeśli do niedawna, kładąc się spać, pragnąłem całym wysiłkiem woli, aby obudzić się żywym, w tej chwili stało mi się to obojętne. Przyłapywałem się na myślach, na pragnieniach: ażeby rano wogóle się nie obudzić!
Rana na kręgosłupie przestała mnie boleć, byłem znieczulony. Oprócz niej jednak, już tam w baraku, który miał być lecznicą dla zdechlaków, utworzyły się rany na nogach...
Niesmaczna poczatkowo rana na nodze - rozszerzyła się potem na całą goleń.

Przewiozłem ją przez resztę Kołymy, przepłyneła ze mna Morze Ochockie, cieśninę La Perousa, Morze Japońskie, przebyła linę kolejową transsyberyjską, linę Syberia-Turkiestan, przepłynęła Morze Kaspijskie, przejechała samochodami na ukos Persji do Iraku, stąd znowu samochodem przybyła do Techeranu i dopiero tam, w stolicy Persji zdjąłem bandaż. Natomiast ranę na plecach wyleczono mi w szpitalu na 5-tym.

Postanowiłem nie wychodzić z baraku, nawet po drzewo - i miało to wywołać natychmiastowe skutki.
Następnego ranka miejscowy starosta chciał mnie wygnać do lasu z całym orszakiem widm. Oparłem się, że mam ranę na plecach i że nie pójdę. Taki starosta zawsze dobierze sobie kilku zbirów do pomocy w zamian za dodatkową porcję zupy, czy kawałek chleba. Ta własnie przyboczna zgraja starosty zabrała się do mnie, a i on sam złapał mnie za rękę, aby wyrzucić z baraku. Oparłem się nogami, a ręką zdołałem uchwycić słup od nar. Wpadłem w szał. Podniosłem wrzask, począłem kopać i gryść. Dano mi spokój, ale postanowiono ukarać. Nie dostałem zupy, ani chleba na obiad i miałem być liczony pozbawiony kolacji.
Na wpół przytomny uciekłem i mimo srogich zakazów zdołałem przedostać się do szpitalnego baraku. Nie wiem jak stanąłem przed lekarzem. Ten zbadał mnie i natychmiast kazał położyć do łóżka. Poszedłem do łaźni, wymyłem się - jako tako, oddałem nienajgorzej przeze mnie podreperowane szmaty na przechowanie, otrzymałem czystą bieliznę i tego wieczora ległem w baraku szpitalnym na drewnianym tapczanie, przykryty tylko kocem, bez siennika. Na dwóch, zsuniętych do siebie tapczanach leżało nas trzech. Człowiek leżący w środku, przytulony do mnie, umarł tej samej nocy; nawet nie wiedziałem kiedy to sie stało i jak.
Spałem mocno, czując dookoła spokój, ciszę i ciepło - szpitala ..

*) Widziałem takie wypadki: człowiek, pozornie umarły, powracał w cieple do życia!

spis treści Piąta wolność człowieka