Dzieśiątego października stanąłem wobec prawdziwej rozpaczy. Porankiem przyprowadzono do naszej brygady człowieka wypuszczonego z isolatora na robotę. Był to wspomniany poprzednio Polak, - Stefan Wiśniowski. Przywieziony on został w nocy i odrazu wpakowany do kandieja. Przez dziesięć dni miał uprawiać ten sport - to znaczy nocami siedzieć w pace, a dniami wychodzić na robotę. Obostrzało karę zmniejszenie racji żywnościowych do 150 gramów chleba.
Wiśniowski opowadał:
- Przedwczoraj, (to znaczy 8-go października) z całego okręgu zwieziono obywateli polskich na Uczastok, (czyli na okręgowa komandirówkę, która mieściła się na siódmym prorabstwie). Ostatnich kilku, którzy pracowali na uczastku, ściagnięto wczoraj bezpośrednio z roboty. Okazano im wiele uprzejmości, oświadczono, że jadą na zwolnienie z powodu amnestii i wydano po dwa kilogramy chleba oraz po kilka śledzi. Wszystko to odbyło się niezwykle pompatycznie i pod osobistym nadzorem naczelnika OŁPU. Podszedłem do niego i powiedziałem, że jestem również obywatelem polskim i że wobec tego powinienem być rownież zwolniony i odesłany razem z tamtymi.
- A on ci odpowiedział: Sowiecka włast znajet, czto diełajet - sowiecka władza wie co robi? - zapytałem.
- Tak jest. Wówczas wsiadłem na niego z mordą, a on wlepił mi dziesięć dni izolatora.
A więc wszyscy Polacy już odjechali, a ja jeden zostałem? I Stefan - drugi! Czy można mieć jeszcze nadzieję? Otworzyła się odchłań. Tak zaczął się korowód dni, z których każdy trwał, jak wiek. Wieczorem kładłem się spać w najszczerszym pragnieniu, żeby nie umrzeć, rano wstawałem dusząc przemocą w sobie nadzieję. Może to dziś, może przy śniadaniu, może przy wyprowadzaniu z obozu, może w czasie pracy?
Z pierwszym spojrzeniem obudzonyoh oczu torturowała mnie jedna myśl czy będę dziś zwolniony? Tortura powtarzała się w każdej godzinie dnia i nocy! Albowiem z nastaniem mrozów powróciła choroba nędzarza która mnie gnębiła ubiegłej zimy: musiałem po kilkanaście razy w nocy wychodzić. Kiedy tylko usnąłem, zaraz się budziłem i musiałem biegiem uciekać poza barak. Wracałem, kładłem się na nowo spać i po kilkudziesięciu minutach to samo. Na osiem godzin snu musiałem wybiegać dwanaście do piętnastu razy.
Za szczęśliwy poczytywałem fakt, że tutaj nie musiałem się ubierać, albowiem sypialiśmy w pełnej odzieży, obuwiu i czapkach na głowie, rozbierając się tylko w łaźni. Ubiegłej zimy na Prewietlowej, czy w Gorełoje trzeba było w baraku rozbierać się do bielizny. Gdy więc człowiek budził się gnany rozkazem pęcherza, należało wskakiwać w burki, wkładać na siebie watowaną bluzę i pędzić co najmniej pięćdztesiąt metrów poza barak w sześćdziesięciostopniowy mróz. Ileż razy było tak, że nie można było dobiec i trzeba było wracać w mokrej bieliźnie.
Na 6-tym rozbierała się tylko nieliczna arystokracja baraku. Zulio i rekordziści. Szczęśliwcy, którzy spali na górnych narach. Nam Arwidowi i mnie, mimo, że leżeliśmy tuż koło pieca, na twarzach w nocy osiadał szron.
Bezlitosne czasy straszliwej rozterki, wśród której godziny ciągnęły się bezkreśnie, jak tajga dookoła. Rozpocząłem strajk, który następnie, widząc jego bezskuteczność dobrowolnie przerwałem.
Dziś, po latach, patrząc na napisane słowa - zastanawiam się, czy wówczas od obłędu nie uratował mnie głód? Paradoks? W paźdźierniku 1941 roku wszyscy Polacy z naszego okręgu zostali zwolnieni i pojechali. Zatoka Magadańska zamarza pomału i żegluga trwa do grudnia. Uporczywa, nieustanna myśl dręczy mózg:
Co będzie, jeśli minie paźdźiernik i listopad, a potem zatoka zamarznie i żegluga zostanie wstrzymana na długie miesiące?
- Co będzie?
Widziałem przed sobą zatokę i lód rosnący na zatoce. Halucynocja: lód na zotoce! Mania: wypatrywanie na pochyłości dróg, człowieka, który niesie dla mnie radosną wieść. Kompleksy: obawa przed narastającą zimą, strach przed mrozem, obłędny lęk przed wiatrem. Kłębowisko myśli w zamierających zwojach mózgowych, balansowanie na krawędzi nadziei i śmierci. A wtedy właśnie z pomocą przychodził mi głód. Zasłaniał wszystko swoją potęgą, swoją przemocą.
O ilościach jedzenia, potrzebnego ludziom w tamtym klimacie mają wyobraźenię tylko ci, którzy tam byli. Niezwykłą ilość kalorii zżera zimno i praca. A tu tymczasem nietylko nie powiększa się racji na zimę, ale się je zmniejsza. Nawet siedmiuset gramowa porcja chleba (chleb staje się coraz bardziej wodnisty i gliniasty) znika w gardłach w przeciągu kilkunastu minut żadko kto odkłada kawałeczek chleba na następny dzień, a jeśli już zdobędzie się na taki wysiłek woli, musi uważać, aby chleb w nocy nie zniknął.
Raz po raz nie ma soli i trwa to całymi tygodniami. Wtedy jedzenie staje się jeszcze obrzydliwsze, wyłacznie w postaci coraz rzadszej zupy. Kaszę otrzymują i to bardzo rzadko - jedynie rekordziści.. Od czasu do czasu fasujemy śledzie i taki wieczór jest świętem dla niektórych wieźniów. Doświadczenie uczy, co oznacza, jeśli ktoś ugania się za główkami śledzi i pije dużo wody. Będzie pił tę wodę jeszcze tydzień, lub dwa, a potem opuchną mu nogi. Gdy przyłoży się palec do takiej nogi, powstaje dołeczek, który trwa klikanaście minut po odjęciu palca. To są kandydaci na tamten świat. Tacy ludźie robią wyprawy na śmietniki i wybierają z nich odpadki, wobec tego jest polecenie, aby zakopywać odpadki.
- Dziś znowu kucharz strażników zakopał kilka litrów zupy z makaronem. Gęsta była jak smoła...
Każdorazowo cały barak wie, co kiedy zakopują strażnicy lub też dniewalny naczelnika.
Na dobitek na komandirówce jest farma świńska, strzeżona, jak oko w głowie. Sama obecność kilkunastu świń, może jedynych na obszarze 10 tysięcy kilometrów kwadratowych, w tak bliskim sąsiedztwie, doprowadza ludzi do podniecenia. Kilka razy w ciągu dnia po baraku chodzi, mówiony z ust do ust, biuletyn:
- Dzisiaj świnie dostały na śniadanie ...
I przeżuwane są dokładne wiadomości, jaką to świnie miały strawę, jak ją gotowano, jak ją mieszano, ile wody trzeba było przynieść i drugorzędniejsze, ale tym niemniej ciekawe szczegóły. Ludzie zazdroszczą świniom - zazdrością ostrą, jadowitą, nienawistną. Gdzieindziej ludzie zazdroszczą koniom - tutaj świniom. Każdy marzy, ażeby go świniarz wziął do pomocy, chociażby doraźnej, na przykład do noszenia drzewa z lasu lub lodu z rzeczki - płytka rzeczka zamarzła już w październiku i trzeba rąbać lód.
Pomocnik za drzewo noszone, ażeby świnie miały ciepło, za lód dźwigany w wielkich bryłach, aby świnie miały co pić (oraz kąpać się! ) - otrzymuje trochę tej świńskiej strawy i czuje się odznaczony przez los! Jeśli świniarz pozwoli mu jeszcze do tego wylizać swój prywatny kociołek, szczęśliwiec obnosi się po baraku dumny, napęczniały i opowiada na prawo i lewo, jak mu się dobrze powiodło. Takim pomocnikiem bywa więzien uwolniony czasowo od pracy przez felczera.. Co ranka po rozprowadzeniu ludzi na robotę, cała procesja zwolnionych idzie do świniarza i tam wyprasza pracę. Wywołuje to konflikty z felczerem i ze strażnikami.
- Na robotę, sukinsynu, nie poszedłeś, a świniarzowi przniosłeś dwanaście belek suchego drzewa! Do kandieja!
Na komandirówce panuje głód i praca. Każdy stara się, aby tę pracę uczynić sobie jak najlżejszą. W ciągu października podbieramy drogę i nasypujemy nawierzchnię. Obok nas pracują inne brygady, które robią to samo lub też ze starych nabojów wywożą ziemię taczkami na drogę. Nadchodzą pochmurne dni i robi się cieplej. Sypie śnieg oszałamiająca masa.
Wówczas następuje reorganizacja pracy. Nasza brygada użyta jest do konserwacji drogi. Zgarniamy śnieg z dróg, usuwamy zaspy, a na wzniesieniach podsypujemy żwirem, ażeby samochody mogły wyjechać. W kilku, czasem w kilkunastu miejscach wzdłuz drogi, płona nasze ogniska. Samochody wożą z Arkagaly węgiel do kopalni złota. Czasem uda się nam ukraść kilka kawałków tego węgla (najzręczniej to robić na wzniesieniu), czasem jakiś szofer o miększym sercu pozwoli wziąć kilka brył. Zwłaszcza, wtedy, kiedy w maszynie zabraknie wody i szofer nagle zmienia się w potulnego przyjaciela; a potem węgiel, antracyt, pięknie płonie w ogniska.
Tuż koło komandirówki w lewo, w stronę piętego prorabstwa, rozpoczyna się szatańska przełęcz. Na samym wierzchu wzniesienia i serpentyn znajduje się zabój w odległości około dwustu metrów od drogi. Pracuje tam kilka brygad. Ludzie wożą ziemię po deskach taczkami tych dwieście metrów, a potem jeszcze w dól po drodze. Oni nie mają wprawdzie węgla na ogniskach, ale za to ściany naboju osłaniają ich od wiatru.
Listopad nadchodzi wśród straszliwych mrozów. Na przełęczy i na serpentynach ciągły wiatr, okropniejszy niż mróz. I u nas, w naszej brygadzie, zaczynają już być ofiary. Smirnow umarł w naszym szpitaliku. Jakowlew odmroził nogę i obie ręce w beznadziejny sposób noga jest nie do uratowania, a ręce zostaną pokrajane. Czebykin wrócił wieczorem z roboty, usiadł w baraku koło pieca, poczem stoczył się pod nary martwy. Coraz mniej ludzi wychodzi na roboty, chyba najwyżej czterdziestu. A przecież na komandirówce ciągle jest około dwustu wieżniów. Nastaną dni, kiedy robotników będzie wychodziło coraz mniej, aż wreszcie pewnego ranka wyjdzie jedenastu, w tym czterech z naszej, a siedmiu z wszystkich innych brygad. W dniu tym i ja nie wyjde już na robotę.
Nasza brygada czasami rozdziela się na grupy, niekiedy pracuje w całości, pozostawiając jednak zawsze na pewnych stromych wzniesieniach dyżurujących drożników. Czasami idziemy w prawo, częściej w lewo. Na prawo droga w stronę siódmego prorabstwa jest lepsza i wszyscy idą w tę stronę omal, że z przyjemnością. Natomiast, kiedy Jan Juriewicz po wyjściu z obozu skręca na drodze w lewo, w stronę przełęczy ludzie zaczynają szemrać i wzdrygać się, bo się boją. Ludzie boją się wiatru. Na przełęczy panuje ciagły wiatr, zwłaszcza z tamtej strony góry na trzecim i czwartym kilometrze.
Juę na wierzchołku serpentyn wiatr ściska krtań i tamuje oddech. Potem klębi się do samego podnóza góry, gdzie wręcz szaleje. Wiatr w różnych miejscach, na zakrętach, ciągle usypuje zaspy, które brygada musi uprzątać. Wiatr sprawia, że z trudem można rozniecić ognisko, a jeśli nawet już płonie, nie ma z niego pociechy, ten sam bowiem wiatra zwiewa płomienie w bok i sprawia, że nawet olbrzymie, kołymskie, ognisko staje się bezwartościowe.
Zachodzi konieczność nocnych dyżurów. Często brygada budzona jest w nocy, żeby wygrzebywać ze śniegu zasypane samochody. Kilka samochodów stoczyło się z mostku do rzeczki, kilka spadło ze zbocza wzniesienia. W takich wypadkach musimy pracować ponad wytrzymałość ludzka. Jeśli jest cisza, poł biedy, ale wiatr zaraża obłędem.
Nigdy nie wiadomo do czego przylgną myśli? Czy do wolności, czy do głodu, czy do wiatru? Jeśli nie ma wiatru, to męczą marzenia o wolności i o porcji chleba, którą będzie można zjeść wieczorem, ale wiatr zabrania myśleć o czym innym, tylko o nim, i o tym, żeby nie zwariować. Jak długo można to wytrzymać? Jak można zachować rownowagę umysłu wśród tego szału zwariowanej przyrody i wśród odmętow nadziei, odrętwienia, rozpaczy i głodu?
Listopad dobiega końca. Nadszedł poranek, kiedy dorośli ludzie, teraz prawie starcy skręcając w stronę przełęczy, zaczęli spazmatycznie płakać. Dopiero wczoraj tam byliśmy i poza wczoraj i dzisiaj znowu. Żeby bodaj jeden dzień bez wiatru. A na komandirowce cicho i przytulnie, bo osłonięta jest ze wszystkich stron wzgórzami.
Musimy iść! Następuje - jak nie raz przedtem - atak zbiorowej histerii. Rzucanie narzędzi, krzyk i płacz. Strach przed wiatrem! Pewnego wieczora muszę bić po twarzy człowieka, który nie ma sił odejść od ogniska, aby wrócić do baraku. Ognisko płonęło wtedy w zacisznym miejscu, a o kilka kroków zaczynały się trzy kilometry huraganowego wiatru, który trzeba było pokonać, aby dotrzeć do spokojnej kotliny. Ten człowiek, w którym strach zabrał wolę i instynkt samozachowawczy - nie mógł tam zostać, gdyż rano znaleźlibyśmy przysypane śniegiem zwłoki. Czy dziwne, że potem dziękował?
Aż dnia dwudziestego siódmego listopada - już i ja sam nie zechciałem zejść z roboty.
Noce były bardzo długie, zmierzch zapadał szybko. Ognisko płoneło tego dnia w jednym z najgorszych miejsc i cała otchłań wiatru była między nami, a komandirówką. Wiatr zwiewał płomienie w bok i trzeba było wkładać ręce wprost do płomieni, aby je ogrzać. Siedzieliśmy przy ognisku w kilku, aż tamtym wydało się, że już czas powracać do baraku. Zresztą po drodze jeszcze były ogniska towarzyszy z naszej brygady, można się było do nich przysiąść i przeczekać do odpowiedniego momentu.
- Chodźcie, idziemy do baraku!
- Na razie nie pójdę, wy idzcie, a ja zabiorę narzędzia i pójdę za wami - odpowiedziałem.
Myśl, że muszę teraz zanurzyć się w wiatr, objęła mnie przerażeniem nie do zwalczenia.
- Chodź, bo zamarzniesz tutaj na śmierć!
- Czy Wy wiecie, że już drugą zimę przeżywam na Kołymie? Jestem starym praktykiem.
Widocznie mieli zaufanie do mojej odporności nerwowej, bo zabrali się i poszli. Zniknęli na zakręcie, niosąc część narzędzi. Ten widok - ich oddalające się, kruche, zamazane, nierealne sylwety - to ostatnia chwila mej świadomości. Co się potem stało? Usnąłem, czy zemdlałem? Czy trwało to długo? Czy tylko sekundę? Ocucił mnie ból: zrozumiałem, że pali się moje watowane ubranie. To dźwignęło mnie na nogi. Odskoczyłem od ogniska i rozpocząłem gaszenie. Tarzałem się w śniegu i rękami wciskałem śnieg w tlącą się watę. Wyrywałem kłęby waty i rzucałem dookoła, a wata padała na śnieg i dżwignęło mnie na nogi. Odskoczyłem od ogniska i rozpocząłem gaszenie, zarzewie natychmiast w innym powstawało jeszcze silniejsze.
Zmierzchało. Przejeżdżał samochód, ale nie przystanął na moje wołania - zdaje się spostrzeżono, że się palę i pozostawiono mnie losowi. Otaczała mnie czarna noc, kiedy ugasiłem wreszcie wszystkie płonące miejsca, ubranie poszło w strzępy i wiatr zawiewał na gołe ciało. Skierowałem się pomalutku na drogę.
Wicher wył trącał mnie, chwiał mną i przewracał. Uderzał całym impetem. ściana wiatru rozpostarta na całej drodze - jakże się przez nią przedrzeć?
Upadłem na kolana i na czworakach posuwałem się w górę, obliczając za każdym zakrętem na głos:
- Jeszcze tylko tysiąc metrów, pięćset, czterysta.
Wiedziałem, że jeśli zdołam wreszcie wspiąć się na sam wierzch wzniesienia i tylko kilka kroków zejdę w dół, obejmie mnie nagła, trudna do pojęcia cisza.
A jednak - doczolgałem się! - Dotarłem na wierzch przełęczy. Podpełznąłem do tak zwanej wieszki i po niej wspiąłem się do postawy stojącej. Nie mogłem podnieść się siłą nóg i korpusu, musiałem pomagać sobie rękami. Stanąłem na szeroko rozkraczonych nogach, trzymając rozpaczliwie rękami żerdż wieszki.
Na czarnym tle nocy, na drodze, po której w dzień krążyły taczki, wyłoniły się nagle jakieś postacie. Zdziwiony głos zapytał:
- Kto to?
Powiedziałem swoje nazwisko, albowiem rozpoznałem głos zapytującego. Był to dziesiętnik! Zrozumiałem, że jestem uratowany. Dziesiętnikowi towarzyszył brygadier tej brygady, która pracowała w naboju. Razem dokonywali pomiarów i wracali tak bardzo spóźnieni. Ujęli mnie obydwaj pod ręce i prowadzili w ten sposób, że nogi moje ślizgały się po drodze. Byłem bezwładnym strzępem. Za ciągnęli mnie do baraku, otworzyli drzwi i podprowadzili do pieca. Dziesiętnik odpędzał kogoś z grzejących się przy piecu kazał mi usiąść na jego miejscu. Usiadłem na ławeczce, ale zrobiło mi się ciemno przed oczyma i spadłem - jak przed kilkoma dniami Czebykin - na ziemię.
Potem felczer i trzy dni zwolnienia od pracy.
W ten sposób dzień dwudziesty siódmy listopada był właściwe ostatnim dniem mej pracy. Rozpoczęły się długie tygodnie życia wśród zdechlaków w baraku. Przejąłem się ich mentalnością i sposobem chronienia się od pracy i śmierci. Pewnej nocy, powracając z dworu, i ja przystanęłem koło pieca i grzałem się obok nich, zupełnie tak, jak owe widma barakowe. Towarzyszył mi Łamakin, spał stojąc i swoim obyczajem runął na piec.
Barak podzielono na dwie części. Zbudowano w środku ścianę, zainstalowano nowy piec, ustawiono beczkę z wodą. W obu częściach ustanowiono oddzielnych dniewalnych. Jedna część baraku przeznaczona była dla robotników, którzy jeszcze pracowali, druga dla zwolnionych na dłuższy czas dochodiagów. Odrazu mniej było bijatyk, chociaż nigdy nie obyło się bez awantur, ile razy trzeba było iść po drzewo chociażby na własne potrzeby dla opalania baraku. Nieraz bowiem strażnicy wypędzali w las bez siekiery i bez piły. Co w takim wypadku robić? Jak zdobyć drzewo? To doprawdy położenie rozpaczliwe. Oprócz tego na komandirówce nie było rękawic tak że nieraz musiałeś iść w las z gołymi rękami. Jak tu w takich warunkach nieść drzewo, aby rąk nie odmrozić? Steroryzowana imaginacja zaczyna obmyślać inną kombinację. Może korzystając z pierwszego lepszego spaceru po drodze rozbić nogę? Myśl o szpitalu, jak feeryczny miraż pojawia się kilka razy na dzień.
Od strony lasu wznosiło się wokół baraku wysokie ogrodzenie. Wstyd się przyznać, ale ukladałem plan przerzucenia belki przez to ogrodzenie w tak niby niezręczny sposób, aby upadając z powrotem zdruzgotała mi nogę. Zacząłem studiować każdy ruch, który mógł mi być potrzebny do tego wypadku...
Naczelną plagą łagru stał się Kosy Waniuszka. Zawodowy bandyta i morderca, prawdziwe zwierzę w ludzkim ciele, niewątpliwy wariat, terroryzował cały barak, a zwłaszcza ludzi uwolnionych od pracy. Miał on jakąś nieprawdopodobną kolekcję wyroków; siał strach wokoło. Baliśmy się go - wszyscy - nietylko cienie ludzi, którym śmierć zaglądała w oczy, ale naczelnik komandirówki i strażnicy. Kosy Waniuszka - czuma, dżuma i zaraza - otrzymał niezwykłą synekurę: zrobiono go kierownikiem tak zwanej suszyłki. Obok wejścia do baraku zbudowano malutki pokoik, a w nim ustawiono niewpółmiernie wielkich rozmiarów piec. Nad piecem zawieszono coś w rodzaju bantów.
Otóż kiedy robotnicy wracali wieczorem z pracy, mieli obowiązek zdejmować obuwie oddawać tj do suszenia; zawsze, mimo mrozu, było ono nasiąknięte wilgocią. Suszyłka pochłaniała większą ilość opału, niż cały barak. Nieraz brakowało Waniuszce drzewa i wówczas rabował z naszego inwalidzkiego przedziału. Nigdy nie mogliśmy nastarczyć z dostawa, zawsze nad ranem drzewa brakowało. Każdej nocy taka rekwizycja odbywała się wśród tumultu, wrzasków i bezlitosnego bicia.
Ciągłe skargi na poprzedniego starostę sprawiły, że jednak po kilku miesiącach usunięto go. Nowy starosta nie bił sam, załatwiał to za niego właśnie Waniuszka. Kto się tylko sprzeciwiał lub nie poddawał staroście otrzymywał porządną porcję bicia zarówno od Waniuszki, jak od dniewalnego.
Barak zależał od wariackich fantazji Waniuszki. Zabierał wszystkich zwolnionych od pracy i gnał w las na jakąś wyimaginowaną robotę. Ciagle coś budował, przerabiał, przestawiał i nikt nie miał nic do gadania w takich wypadkach. Historia z kosym Waniuszka skonczyła się w sposób, jakiego należało oczekiwać. Mianowicie - już w czasie pobytu mego w szpitalu na piątym prorabstwie - rozeszła się wieść że Waniuszka jeszcze raz sformował pochód widm po drzewo do lasu. Tam wpadł w szał i zamordował trzech ludzi, straszliwie ich masakrując. Tego było za dużo, nawet na kołymskie stosunki i Waniuszka zniknął z horyzontu.
