Interes czysty jak złoto

Dosyć częste widowisko: patyk sterczący w tajdze niedaleko drogi i biała szmata powiewająca na wietrze. To znak, że wywiad górniczy dokopał się tutaj złota. Ani trochę nie było szacunku w gestach, którymi pokazywano tę szmatę. Był raczej strach i odraza. Przecież cała Kołyma istnieje tylko po to, ażeby dostarczać złota.
W mojej brygadzie pracuje inżynier Jakowlew, który na wolności był kierownikiem kopalni złota w Ałtajskim Kraju. Wyśmiewa on się z tamtych kopalni, mówiąc, że szkoda zachodu. Natomiast tutaj, powiada, złoto leży na wierzchu.
- Zasypujemy teraz jamki na drodze. A gdybyśmy kilka kilometrów tej drogi przemycili na własny rachunek, wszyscy mieliby, cała brygada - majątek, wystarczający do końca życia. Muszę mu wierzyć, jest fachowcem. Tłumaczył mi, w jaki sposób wydobywa się tu złoto i mówił ile go się wydobywa. Jest chyba agitacyjna propagandowa przesada w tym co mówił. Jednakże twierdzi:
- Na kopalni złota Bolszewik w dolinie Czan-Uriańskiej wydobywa się w sezonie osiemdziesiąt kilogramów złota dziennie. Próbuję dyskutować, czy owa produkcja złota w normalnych warunkach opłacałaby się? Nie umiał mi odpowiedzieć. W ogóle nie rozumie, co to są normalne w świecie demokratycznym warunki pracy. Tłumaczy mi tutejszy system wydobywania złota, który w sposób najbardziej popularny można scharakteryzować następująco:

Kolyma - Na kopalni Bolszewik pracuje dwanaście tysięcy ludzi... Ci ludzie, to są wieźniowie.
W zimie zrywają przy pomocy materiałów wybuchowych grunt, w którym znajduje się złoto i zwożą do hałdy. Nie ma bowiem mowy o produkcji złota, jak długo rzeki sa zamarźnięte. Tak zwane żyły złota, czy też samorodki zdarzają się bardzo rzadko. Natomiast cały żwir i piasek w dolinie rzeki Czan-Uria zawiera złoty pył, a nawet grudki. Taczki wywoża ziemię na maszyny płuczkarskie, z których spływa woda. Woda przemywa grunt, zmywa kamienie i piasek, pozostaje złoto.
Dwanaście tysięcy ludzi, samych więźniów, pracuje na kopalni złota Bolszewik - za zupę, kaszę i porcje chleba. Norma dla człowieka, to przeciętnie sto dwadzieścia taczek dziennie, a taczki są pełne i kopiaste, tak, że dwanaście takich taczek, a nawet i mniej, wystarczy na wywiezienie jednego metra kubicznego ziemi. Szychta trwa dwanaście godzin. Następnie robotnik - mniej, więcej dwie godziny stoi w ogonku po chleb i dwie dalsze po zupę. Zanim jednak staną w ogonku, muszą pod konwojem iść do lasu po drzewo dla opalenia baraku, ponieważ zaś lasy dookoła są wytrzebione, trzeba chodzić do dziesięć kilometrów. Na sen zostaje 3 - 4 godziny!

W maju, gdy rzeki zaczynają tajać i rozpoczyna się okres powodzi, maszyny płukarki rozpoczynali pracę. Wagoniki wywozą, przygotowaną w hałdach ziemię i wsypują do maszyny. Nieraz zdarza się, ze przy kopaniu robotnik natrafi na mniejszą lub większą grudkę złota, za to bywa premiowany w pieniądzach, które zresztą nic nie znaczą, oraz w produktach, które znaczą wszystko.
Istnieją również pomocnicze brygady, które przemywają złoto ręcznie. Norma dla człowieka - sto dwadzieścia gramów złota dziennie.

- Czy zdarzają się wypadki kradzieży złota?
Ciągle powtarza się pytanie, ile razy zechce mi się mówić o tych sprawach. A ja, przyznam się, nie mogę zrozumieć tego pytania, bo co komu po złocie, jeśli nic tam za nie nie można kupić? Zwłaszcza u Jakutów. Jakuci wiedzą o takich pokładach złota, o jakich pojecia nie mają wszyscy razem inżynierowie, ale lekceważą ten metal.
Dookoła kopalni złota, na komandirówkach leśnych, drożnych, górniczych żyje trochę szczęśliwie ocalałych ludzi, którzy tam byli i opowiadają, co widzieli. Jeśli nasze położenie robotników drogowych jest dnem w nieszczęściu ludzkim, to niedola robotników na kopalniach złota sięga poniżej dna.
Właśnie stamtąd, z kopalni złota, nadciągnął pochód widm. Goni tam się ludzi do pracy przez cały sezon gorzej niż zwierzęta. Zwierzę zbuntowałoby się i padło, człowiek wytrzymuje o wiele więcej. A więc zamęczano tych ludzi przez kilka miesięcy, przez cały sezon płukania złota. I ludzie ci zmienili się w szkielety. Widz dziwi się, że te postacie, podobne tylko do ludzi, żyją jeszcze? Skóra i kości - nie ma w tym żadnej przesady. Ci byli ludzie, o organizmach kompletnie wyniszczonych, nie są już potrzebni na kopalni złota, ponieważ wydajność ich pracy jest żadna; wobec tego najbardziej zdeklarowanych połumarlaków posyła się do robót drogowych.

Takich to stu pięćdziesięciu wyniszczonych do ostateczności ludzi przyszło do naszej komandirówki. Śnieg leżał dookoła, ale godziny południowe były słoneczne i prawie ciepłe. Gromada cieni stojących przed barakiem wygląda jak koszmar. Posłużyło to naczelnikowi do wygłoszenia przemówienia pod adresem robotnikow drogowych:

- Popatrzcie na nich! Jak wy wyglądacie, a oni? I jeszcze narzekacie że wam źle przy pracach drogowych.
Przerażająca konfrontacja. Jesteśmy chyba zawstydzeni, że istotnie trochę lepiej wyglądamy. Wprawdzie nie wygladamy aż tak dobrze, jak naczelink, który do nas wygłasza to przemówienie, ale w każdym razie lepiej, niż te upiory.
Ledwie to przyszło na naszą komandirówke, a już zaczęło umierać. Chociaż trudno to nawet nazwać umieraniem. Ci ludzie poprostu wygasali, jak wypalone świece. Śmierć na nich nachodziła na górnych narach, na dolnych, i pod narami. Na żadnej komandirówce nie odbywa się bez bicia. Często dziesiętnik uderzy więźnia, częściej strażnik. Ale to, co się działo tutaj, na owej widmowej komandirowce przechodziło wszelkie wyobrażenie. Oto wyniszczeni do dna więźniowie prawie w stu procentach nie byli zdolni do pracy. Ale to nie przemawiało do władz miejscowych, które postanowiły wyeksploatować jeszcze najostatniejsze ostatki sił.
Ogółem zgromadziło się przeszło dwustu ludzi, a z tego do pracy nadawało się może pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu? I to tylko do najlżejszej. A pozatem jedna banda zdechlaków. Ja sam wtedy jeszcze wygladałem wśród nich na Herkulesa, chociaż nogi uginały się pode mna.

Co ranka odbywały się makabryczne sceny. Wpadał tak zwany starosta, były oficer kozacki, zdecydowany pólwariat i sadysta, który do pomocy dobierał sobie drugiego takiego samego zboczeńca, zezowatego Gruzina. Wpadali odrazu z drągami w rękach. Kiedy ludzie opierali się przed wyjściem z baraku, drągi szły w ruch, a w pomoc oprawcom przychodził również dniewalny, to jest człowiek, do którego rzekomo należało przeprowadzanie i pilnowanie porządków w baraku. Bardzo często wkraczał na ochotnika tak zwany kosy Waniuszka, lombrozowskiego typu zwierzę w ludzkim ciele: czuma, dżuma, zaraza.

Każdego ranka drągi szły w ruch, a przecież był dopiero początek zimy. Walono na prawo i na lewo. Sciągano ludzi z nar, lub wyciagano z pod nar. Zrzucano z nar ludzi, którzy się tam rzekomo ukrywali, a ci upadali na podłogę sztywni, bo martwi. To znów wyciągano trupy z pod nar. Jakiś Rosjanin wyszedł po drzewo do lasu i nie wrocił: znaleziono go na ścieżce leśnej, obok drzewa, które niósł - martwego. Kilkunastu ludzi umarło w zabojach. A na komandirówce bił nie tylko starosta i jego pomocnik dniewalny, ale również i strażnicy oraz własnoręcznie sam naczelnik prorabatwa.

Wówczas to, pewnego razu zapytano mnie, czy nie zgodziłbym się opieczętować trupowi palców? Poszedłem. Zwłoki leżały w izolatorze. Zmarźnięte na kość palce u ręki, widocznie poprzednio odmrożone, nadgnite. Zdjęcia daktyloskopijne się nie udały... Należało poprzednio zmyć z pałców ciepłą wodą pokaźna warstwę brudu, następnie każdy palec wysmarować farba drukarską i odbić na odpowiednim formularzu. Każdy palec po pieć razy, na pięciu formularzach z osobna, a potem całą dłoń. Tak samo z prawej reki, jak i lewej. Człowieka, któremu pieczętowałem palce nie zauważyłem poprzednio w naszvm baraku. Nie wiem skąd się wziął? Prawdopodobnie przysłano go do naszego izolatora dla odbycia jakiejś dodatkowej kary, i tu zmarł.

Nadszedł wstrząsający dzień dziesiątego pazdziernika i minął. Zacząłem wtedy, coś w rodzaju biernego oporu. Zacząłem głodowke, ale mi ją wyperswadawano:
- Zamkną do izolatora i nie tylko, że nie będą namawiać do jedzenia, wogóle nie dadzą wam jeść i zamarźniecie na śmierć. Pażdziernik 1941 roku był wyjątkowo życzliwy. W godzinach południowych było prawie ciepło. Naszą, brygadę zatrudniono na dziwnych pracach: podbieraliśmy zbocza drogi i uzyskanym w ten sposób gruntem wyrównywali nawierzchnię. Zastrajkowałem. Wychodziłem na robotę, ale zajmowałem się tylko ogniskiem. To znaczy przynosiłem z baraku w kociołku żar, potem rozpalałem ognisko, a następnie krążyłem po okolicznych zagajnikach i wyszukiwałem suche drzewo.

I dzisiaj nie rozumiem jeszcze, w jaki sposób mi to uszło? Przecież były trzy czynniki, które mnie strzegły, a więc: dziesiętnik, brygadier i moi własni towarzysze pracy.
Ci towarzysze pracy strzegli o wiele surowiej i bezwzględniej, niż brygadier i dziesiętnik i skutecznie. Zawsze tak bywa i wszędzie że brygada, czy swieno wspólnie wypracowuja normę. Stąd w brygadzie, czy swienie wszyscy pilnują wszystkich. Tam ludzie są zazdrośni o każdą łopatę nie dorzuconą do taczek, denunciują, szykanują i grożą
- My za ciebie pracujemy, ty jesteś na naszym utrzymaniu!
To są bardzo poważne słowa w każdych ludzkich warunkach, a coż dopiero w tamtych!
Nad tym wszystkim jest jeszcze naczelnik prorabstwa, a nad nim naczelnik okręgu. A więc w jaki sposób zdołano zataić mój strajk? Brygadier o nim wiedział, dziesiętnik też. Współtowarzyszom pracy potrafiłem wkupić się wyłącznie moim dbaniem o ognisko i suche drzewo. Najwidoczniej jednak dziesiętnik zataił ten fakt przed naczelnkiem prorabstwa, inaczej nie obyłoby sie bez wielkiej awantury.

Dzień jakoś mijał, ale nerwy zaczynały grać w miarę tego. Jak się zbliżał wieczór, czyli czas powrotu do baraku. Barak stał się lodownią nie do opalenia. Beczka po benzynie była czerwona, a po baraku wiał mróz. Spałem jeszcze wtedy w szcześliwym miejscu, tuż koło pieca, chociaż na dolnych narach, na których jest chłodniej. Obok mnie Wiederlenk. Podkładaliśmy pod głowe kawałki drzewa, które w nocy sami wydobywaliśmy z pod głów i dorzucali do pieca. Rano na włosach i na rzęsach mieliśmy szron, a przed oczyma codzienne widowisko:
Najpierw wrzask dniewalnego, że czas wstawać. Rekordziści, lepiej odziani, wyjdą pierwsi i staną na podwórzu koło baraku. Za nimi zwolna, ociągając się, nasza brygada. A potem rozpoczyna się w baraku taniec. Dzikie bicie na prawo i na lewo. Wyrzucane, wykopywane z drzwi baraku, zaczną wypadać na dwór postacie potworne w swoim wyglądzie, W łachmanach, z twarzami brudnymi i nieogolonymi, w obuwiu, które w żaden sposób i w żadnym najłagodniejszym klimacie, obuwiem być nie może, - jęczące, krzyczące, płaczące, trzymające ręce na miejscach dopiero co uderzonych. Jest w tych gestach zarówno zgroza prawdy, jak i okropnośc niewolniczej histerii ludzi, zagnanych na samo dno nieszczęscia ludzkiego.

Byli robotnicy kopalni złota, nadają naszej komandirówce upiorne kontury. Gdy tylko barak uśnie, oblegają dookoła piec i stoją przy nim, zasłaniajac dopływ ciepłego powietrza na barak. Chwilami obejmują wątło umocowany komin od pieca, czasam kładą się na piecu, zwłaszcza kiedy juz przygasł. Bywają wypadki że usypiają stojąc i przewracaja się. Lamakin robi to umyślnie, staje koło pieca i stoi tak długo, dopoki nie przewróci się z wycieńczenia. Czasami obudzi się w nocy dniewalny, lub też którykolwiek z rekordowych robotników. Widzę jak się skrada z drągiem i ostrzegam! Mimo to drąg zaczyna szaleć bo ludzie ci nie reagują na ostrzeżenia tak długo, jak długo nie spadnie na nich uderzenie. Rozpryskują się W kąty baraku, a człowiek z drągiem spogląda dookoła, potem włazi na swoje miejsce na narach i usypia. Ja nie śpię, patrzę. Oto już do pieca skrada się postać, a wkrótce za nią druga i trzecia. To są ci sami ludzie, którzy przed chwilą byli bici. Takie bywają noce i takie bywają poranki.

Widownią innych scen staje się drewniana buda, szumnie nazwana stołownią. Wieczorem przy świetle kaganka bywa wydawany chleb. Coraz częściej zdarzają się kradzieże chleba. Wystarczy porcję położyć na stole - lecz to już zrozumiałe, bo co za idiota kładzie chleb na stole? Zdarzają się jednak wypadki, że chleb bywa wprost wyrywany z rąk, a sprawca niknie w ciemnosci i w tłumie. Jak zawsze i wszędzie, jedynymi ludźmi, którzy maja jakieś dodatkawe produkty, są członkowie żulia. Według specjalnej etyki członków tego bractwa, nie kradną oni nigdy chleba współtowarzszom niedoli. Zresztą nie potrzebują tego, mają stosunki z kucharzem i kaptiorem, oraz wiele innych bardziej rozgałęzionych i bardziej tajemniczych. Mają jakąś tajną organizację. Zapasy swoje i skarby chowa żulio na posłaniach w baraku. Mają one być uważane za świete. Nikomu nie powinno przyjść na myśl, aby je naruszyć! A jednak zachodzi taki wypadek. Wówczas członkowie żulia we własnym zakresie przeprowadzają śledztwo.
Widzę trzech młodych ludzi, (młodych wiekiem, strych z wyglądu) stojących pod narami. Naprzeciw kilku błotarów. Oczywiście z drągami w rekach. I zaczyna się bicie.

- To nie my, to nie my! - skomlą wśród razów bici. - To nie wy, ale worek z kaszą musi się znalezć! Przy ustawicznym biciu i akompaniamencie obelg, następuje dokładne określenie miejsca, gdzie skradziona rzecz ma być podłozona jeśli oczywiście skradzioną rzeczą nie był chleb, który w tej chwili spoczywa już w czyimś zołądku. Bici krzycza, jęczą i opierają się, a jednak w godzinę, czy dwie później, któryś z Żulia przynosi woreczek. Kaszy ubyło, resztę jednak podłożono we wskazanym miejscu.
Kiedy przyjdzie listopad i grudzień, takie sądy, w najrożniejszych zresztą, wariacjach, odbywają się raz po raz.
W łagrze jest tylko dwóch Polaków, ja i Stefan Wiśniowski z Grodna. Z początku Wiśniowski zbliżył sie do mnie, jak to było normalne wśród Polaków, ale potem zaczał nosić drzewo dla strażników obsługiwał ich, a nawet został ich kucharzem. I wtedy wolał mnie unikać i stronić ode mnie.

Czuję się samotnie, a rozgrywające się przed oczyma sceny przerastają moja wyobraźnię. Przeżywam je bardzo mocno, chociaż współczuję z nimi tylko pośrednio. Mnie osobiście nikt teraz nie gnębi, ani prześladuje, nawet szykany są rzadsze. Wszyscy dookoła zwracają nienawistną uwagę jedynie na tych, którzy już wogóle pracować nie mogą. Na kopalniach złota wyciągnięto z nich ostatnie soki żywotne, a teraz stali się niepotrzebnym strzępem ludzkim. Walka z nimi trwa nieustanna i zawzięta. Nikt nie zwraca uwagi, że mało pracuję i że nie wyrabiam normy codziennie bowiem wychodzę na robotę i wracam z roboty. Nie siedzę w baraku i przynoszę drzewo każdego wieczora.

Tymczasem zaś barak staje się coraz bardziej podobny do ruchomego cmentarza, tyle w nim żywych szkieletów. Są to ludzie tak wyniszczeni, że nie może tego nie dostrzec felczer. Przyjeżdża też jakaś lekarka. Coraz więcej uwolnionych od pracy snuje się po baraku. Dla zabawy strażnicy, wypędzają ich na poranne zbiórki; to zupełnie niepotrzebne okrucieństwo.
Trwa potężna zima i barak musi być opalony. Ci, którzy wychodzą jeszcze na pracę, buntują się, że nie będą nosić drzewa po to, by ogrzewać nięrobów. Zawsze drzewa jest za mało i nigdy nie wystarcza do rana. Oprócz tego powstaje tak zwana suszyłka, instytucja, która rządzi kosy Waniuszka a która pochłania sągi drzewa. A więc strażnicy i starosta po kilka razy na dzień wypędzaja zdechlaków do lasu po drzewo. I tu znowu jest okazja do bicia.
W łagrze stworzono mały stacjonar. Ludzie w nim leżą ciasno. Jak śledzie. Czterdziestu leżących chorych, a dalszych przeszło czterdziestu zwolnionych od pracy, przebywa w baraku. Około pięcdziesięciu zdołoło już umrzeć. Są dni, kiedy umrzyka nie ma gdzie przechować, bo izolntor jest pełny i leżą tam trupy warstwami...

Mineły dwa lata i wybrałem się z Bagdadu do Kodimein, aby obejrzeć sławny meczet. Wąską ulicą prowadził nas Arab w strone jakiegoś domu, gdzie wspieliśmy się na płaski dach. Przewodnik ukazał nam złote kopuły meczetu i złote minarety. Ujrzałem lśniące w gorących blaskach irackiego słońca - złoto!
Krew mi uderzyła do oczu i bardzo się tego zawstydziłem. Pomyślałem, że to histeria, ckliwość i poza. I starałem się, aby osoby towarzyszace nie zauważyły mego wzruszenia.
Pewnie tylko dla zatarcia śladów własnego wzburzenia wyrzekłem coś banalnego w rodzaju:

- Jeśli wróce do normalnego życia, nie będzie w moim domu, ani dookoła mnie złotego przedmiotu.
Słuchacze pojęli to jako żart i uśmiechnęli się. Bo przeciż nikt z tych słuchaczy, nie był na szóstej komandirówce, gdzie niewolnicy wielu norodowosci umierali, wyssani przez złoto. Umierali niechlujnie, brudno, bez żadnego - dostojeństwa gorzej niż zwierzeta.

spis treści Mężczyźni płaczą na przełęczach