Droga na Jakutię

Kiedy dnia 1 czerwca 1940 roku stanąłem pierwszy raz do roboty w Kadak-Czanie, całe to osiedle składało się z kilku zaledwie baraków. Stał przedewszystkim barak dla więżniów, piekarnia, łaźnia, budyneczek naczelnika i strażników. U podnóża skały malutki jakiś baraczek, który różnym celom służył, no i oczywiście na zboczu góry izolator z pięknie zamrożoną podłógą.
W pół roku później, kiedy szedłem do Gorełoje, w Kadak-Czanie było o wiele więcej budynków. Obok baraku dla więźniów stanął drugi podłużny barak. Z drugiej strony rzeczki wznosił się taki sam budynek. W ogrodzeniu stała nowa szopa, mieszcząca skład produktów. Z boku na rozstaju dróg budowano drewniane ściany jakichś budynków, w których następnie umieszczono warsztaty samochodowe. Osiedle rosło.

Teraz Kadak-Czan był zapchany ludźmi. Wszystkie budynki dookoła były pełne. Choć stało kilka namiotów, ludzie spali pokotem na ziemi pod gołym niebem. Coraz to nowe transporty ludzkie napływały; jedni odchodzili w tajgę, inni zostawali w Kadak-Czanie. Dotychczas tylko trzy drogi rozbiegały się z Kadak-Czanu. Jedna, najstarsza, licząca już w tej chwili czwarty rok istnienia, wiodła z Kadak-Czanu przez Kedrową, Belik-Czan itd. na południe. Druga do Arkagały, Karandy, Gorełoje i Prewietlowej na północ. Trzecią drogą był szlak wiodący przez prorabstwo ósme, siódme, szóste, piąte i osiedle Frołcz do kopalni złota w dolinie Czan-Uriańskiej.
Obecnie rozpoczęto budowę jeszcze jednego odgałęzienia drogi. Ten olbrzymi i gorączkowo inwestowany Kraj Kołymski - sowiecka Klondike - nie miał bowiem połączenia z kontynentem, za pomocą, drogi lądowej. Cały transport w obie strony odbywał się morzem z Władywostoku do Magadanu i z powrotem. A ponieważ Zalew Tatarski jest zbyt płytki, aby przepuszczać nieco chociażby większe statki, żegluga odbywała się z konieczności przez wody terytorialne japonskie, przez ciesninę La Perousa i wody przyległe do południowego Sachalinu, który jest japonski *) aż wreszcie statek, minąwszy północny, już rosyjski Sachalin wzdłuż zachodniego brzegu Kamczatki płynął na północ przez Morze Ochockie do Zatoki Nagajewo, stanowiącej port miasta Magadanu.

Kolyma Wobec wybuchu wodny niemiecko-rosyjskiej zabrano się gwałtownie do stworzenia drogi, łączącej Kołymę z Jakutią a następnie z istniejacymi już szlakami, połączonymi z resztą syberyjskiego kontynentu.
Oszałamiające cyfry rzucano dookoła: że za dwa tygodnie będzie trzysta kilometrow dróg, że za trzy miesiace uzyskane zostanie połaczenie. W chwili, o której piszę - był to koniec lipca 1941 roku zabierano się do roboty, pierwsze samochody zaczęły wywozić ziemię na nowa drogę. Spędzono zewsząd olbrzymią masę wieźniów, liczącą dziesiątki tysięcy. Nie byli to najlepsi robotnicy - ci zostali nadal w kopalniach złota i kopalnie nie chciały się ich pozbyć. Zabrano więc wszystko co zyło, bez względu na stan zdrowia, całe tłumy zdechlaków, dochodiagów, półinwalidów i inwalidów. Takie drobiazgi jak odmrożone palce u rąk, czy nóg, nie grały roli.

Niejaki Strukow straszył ludzi swym odmrożonym nosem - ale to przecież pracować mu nie przeszkadzało. Grupy ludzi, otoczone strażnikami i psami, odchodziły ciągle w głąb tajgi. Z innych tworzono brygady, które zresztą, ciągle reorganizowano. Wypędzono nas na robotę. Jedni znosili drzewo i układali je bezpośrednio na kępach mchu i trawy, między którymi błyszczała woda. Inni na tych belkach układali darń z mchu. Dopiero na to nasypywano żwir, przywożony samochodami z nad rzeczki i w ten sposób powstawał przejazd.
Zachorowałem. Przyniesiony ze szpitala termometr wykazał, że mam ponad czterdzieści stopni gorączki. W szpitalu jednak nie było miejsca. Tyle, że nie wypędzono mnie na robotę: leżałem pod ścianą baraku, cierpiąc niewymownie, ponieważ miałem równocześnie biegunkę. Prawdopodobnie z powodu tej choroby odłączono mnie od etapu powrotnego i w ten sposób uniknałem pochodu w tajgę.

Od samego początku budowy drogi rozszalał się terror. Przy mnie w sąsiednim zaboju zastrzelił strażnik więżnia, jakiegoś Uzbeka, za to, że mu odpowiedział kilka słów. Potem strzelano do ludzi, jak do zwierząt. Izolator co noc był przepełniony - widziałem ogromne tłumy ludzi, pakowane do małego lodowatego kojca: nie mogłem pojać, jak oni się tam pomieścili?
Chory, z gorączką, z biegunką, raz po raz oddalający się na krawędź drogi, szedłem w etap. Szedł ze mną Emil Zasławski, oraz nowo-poznany Polak, z Warszawy Józef Sobolewski i wielu innych.

Przez: Kodak-Czan przewinęło się wielu Polaków, o których wiedziało się, że są gdzieś w pobliżu. Przemknął również Jan Kruszyński, ten, który był przy śmierci Henryka Sierosławskiego, ale poszedł w tajgę dalej. Również byli Wiktor Piotrowski i Salomon Derksen - pośród wielu innych.
Na siódmym prorabstwie stworzono grupę roboczą, złożona prawie wyłacznie z tych, co ostatnio byli na szóstym prorabstwie. Dołączył do nas Sobolewski. Starszym robotnikiem został ten sam brodaty Kozak z szóstego prorabstwa, a kucharzem ten sam Korniejczuk - fenomen-kucharz, który nie kradł. Na podkomandirówce siódmego prorabstwa wzniesiono namiot, który jako tako sobie wyporządziliśmy i zaczęliśmy pracować. Dziesiętnikiem naszym został ex-pułkownik, stary rewolucjonista, członek partii, który bez sądu otrzymał pięć lat obozów pracy, jako antyspołeczny element. W normalnym postępowaniu nie udało mu się niczego dowieść, przyznać się do niczego nie chciał i nie podpisał na siebie żadnego cyrografu.

Pracowaliśmy niezbyt wydajnie. W dalszym ciagu byłem chory, chociaż nie miewałem już tak wysokiej goraczki. Przechodzący na ósme prorabstwo felczer dał mi jakieś proszki, ale nic mi nie pomogły - biegunka trwała dalej. Natomiast pomogły mi, radykalnie nieświeże, nadpsute śledzie, o głowach które odgniły. Jednego razu kucharz przyniósł fasunek takach śledzi i od razu zjadłem ich kilka. Cały fasunek na kilka dni. I biegunka ustała.
Nadszedł dzień, w którym doznaliśmy wstrząsu!
Na naszym odcinku drogi były i tutaj - w dwóch miejscach gorące bagna, koło których pracowaliśmy co drugi, co trzeci dzień. Właśnie woziliśmy taczki, kiedy przyszedł dziesiętnik. Odwołał nas na bok do zaboju, osłoniętego od drogi wzgórzem i wyjął gazetę. Wielka sensacja:

Rząd Polski zawarł z rosyjskim ugodę, a jeden z punktów mówi o amnestii Polaków!
Owa droga na Jakutię wywołała wielkie zamięszanie w toku pracy. Należałem dotychczas do tego rodzaju robotników, których każdy naczelnik, czy dziesiętnik starał się jak najprędzej pozbyć, stąd też dość często udawałem się na etap. Ale to, co się obecnie działo, nie mogło być, nawet wobec mnie, rzeczą normalną. Rzucano nami. Co dwa tygodnie etap. Teraz zapędzono na ósme prorabstwo. Tam pracowaliśmy około dwóch tygodni i tam po raz ostatni zawarłem katorżzniczą koalicję i przyjaźń. Ostatnim moim człowiekiem, z którym jadłem był łotysz: Arwid Ottowicz Wiederlenk. W sposób dość nieoczekiwany został zawarty ten alians. Mianowicie: w baraku na górnych narach lezał kamień poza tym nic więcej. Ułożyłem się więc na tym miejscu sądząc, że jest ono wolne, a na kamieniu ułożyłem do snu głowę. Usnąłem, ale obudziło mnie szarpanie za ramię i wrzask:

- Dlaczego zajęliście moje miejsce? Dlaczego śpicie na mojej poduszce?
Jakaś niewielka postać szalała, wściekała się i miotała obelgi. Niezwykła postać i niezwykła twarz. Byłem tak oszołomiony nagłym wtargnięciem w sen tej postaci i tak rozweselony komicznością ruchów i słów nowego znajomego, że - zamiast dać w zęby - spokojnie przeniosłem się na inne miejsce, czego bym w żadnym innym wypadku nie zrobił.
Ostatecznie rozbito nasze polskie zwieno. Sobolewski wrócił na komandirówke 7-go, Zasławski został na ósmym, a mnie powieziono na szóste prorabstwo. Jeszcze raz znalazłem się w owym wysokim i tak zachwalanym przez więźniów baraku. Wszystko, co żyło, emocjonowało się wieściami o drodze na Jakutię. Mówiono, ile tam pracuje więżniów, jak szybko postępuje robota, jak już niedaleko. Ale mówiono również, jak tam ludzie padają z głodu i wycieńczenia. Że szpitale pełne są więźniów, że przed nastaniem zimy w żaden sposób droga nie może być ukończona. A zima nadchodziła szybkimi krokami; czuć ją było w powietrzu i dookoła.
Jedzenie popsuło się znacznie, ale był to objaw normalny. Pod koniec stycznia i w lutym każdego roku jedzenie zaczynało się poprawiać, w marcu i kwietniu poprawiało się w dalszym ciągu, w maju - czerwcu osiągało poziom szczytowy. Albowiem w lutym, marcu i kwietniu trzeba było podnieść stan fizyczny robotnika, aby po rozpoczęciu sezonu uzyskać od niego pełna wydajność pracy.

W maju zaczynał się sezon roboczy i trwał w największym, swoim natężeniu do końca września. Ale już w lipcu zaczynano karmić nieco gorzej, a w sierpniu i wrześniu zaczynał się głód, który kulminacyjne nasilenie osiagnął w grudniu. Wobec zmniejszonej ilości i fantastycznie podłej jakości produktów właśnie w miarę wzrostu mrozów, organizm ludzki domagał się coraz większej, nieprawdopodobnej ilosci paliwa. Bywały tygodnie, że oprócz chleba wydawano wodę, zabielaną mąka i to bez soli. Nieraz w chlebie i w zupie zgrzytało szkło i piasek. Od czasu do czasu chleb pachniał nafą. Kiłka razy zdarzyło się, że felczer uznał chleb za niezdatny do jedzenia, (nowa udręka) - wówczas pozostawaliśmy bez chleba, który wogóle był pieczony tak, aby jak najwięcej ważył. Trzymając półkilogramową porcję chleba w ręce wierzyć się nie chciało, że ma być tego - aż pięćset gramów, była to bryłka gliny. Obliczyliśmy pewnego dnia, że na nasze całodzienne utrzymanie - czterdziestu sześciu ludzi - wydano (nie licząc oczywiście chleba) nie całe cztery ruble. Rozmowy z kolegami więzniami były coraz silniej zaprawiane goryczą. Przed każdym bowiem stawało dramatyczne pytanie: czy przetrzyma jeszcze tę jedną kołymską zimę?

Byłem jedynym Polakiem na tej komandirówce. I to własnie ja, Polak, jakimś niezwykłym przypadkiem znalazłem na drodze porzuconą gazetę, a w niej wiadomość, że Wierchownyj Sowiet uchwalił amnestię dla obywateli polskich. Od tego dnia rozpoczęło się oczekiwanie na chwilę uwolnienia.
Zgłosiłem się u naczelnika prorabstwa, ale otrzymałem odpowiedź, że nic o tej sprawie nie wie. Napisałem pismo do prokuratora jedno i drugie. Trzecie zostało wręczone szoferowi, który zawiózł je do Arkagały i tam wrzucił do skrzynki pocztowej. Nawiasem mówiąc szoferowi owemu za ten czyn groziło kilka lat kryminału. Jeśli tylko jakiś dygnitarz przybywał na naszą komandirówkę, zaraz zgłaszałem się do niego i zapytywałem, dlaczego nie jestem jeszcze uwolniony? Otrzymywałem odpowiedź:

-Sowiecka władza dobrze wie, dlatego was nie uwalnia.
Przy głowniejszych prowierkach - wygłaszałem całe przemówienia, podkreślając, że jestem obywatelem polskim; nic to nie pomagało.
Dawno - niestety! - zapomniałem o dobrych radach Włodzimierza Modrego. Były krótkie okresy w Kodak-Czanie, czy Kedrowej, kiedy można było wykombinować trochę chleba i opychałem się nim. Apetyt w tamtym klimacie ma człowiek wprost zwierzęcy. Ilość chleba, która w normalnym życiu człowieka zachodniej Europy, wystarczyłaby na miesiąc, tam może być pochłonięta w jeden dzień. Otwarło się przede mną teraz nowe piekło cierpień. Wpadłem w psychozę głodową, przed czym broniłem się dotychczas całą siłą woli i wytrwałości.
Teras prawdopodobnie i mnie śniła się cielęca, pieczeń pod beszamelem i szczupak faszerowany. Nie zdaję sobie sprawy, co było w tych miesiącach silniejsze: uczucie głodu, zrozumienie beznadziejności położenia, czy pragnienie wolności?

Słabłem i byłem jak obłąkany. W nocy, kiedy kładłem się spać myślałem tylko o tym, aby dotrwać do rana. Każdego ranka dziwiłem się, że mnie nie obudzono i nie wzięto na uwolnienie. Spoglądałem na wszystkie twarze dookoła, czy nie wyczytam w nich tej jednej, jedynej upragnionej wiadomości. Wychodziłem codziennie na robotę z nadzieją, że tego dnia zostanę wezwany, aby odjechać i uzyskać wolność. Każdy człowiek, który zbliżał się droga był dla mnie jakby zwiastunem tej wieści. A wieść do mnie - nie przychodziła.
Na czwartym kilometrze od naszej komandirówki, wznosiła się tak zwana leśna komandirówka. Pracowali tam więźniowie z kopalni złota, którzy mieli za zadanie dostarczać drzewa do tej kopalni. Chodzili po okolicznych lasach, ścinali drzewa i gromadzili koło drogi. Nadjeżdżały samochody i zabierały te stosy. Z daleka widać było często zbliżajacego się człowieka, ale niestety nigdy nie był to posłaniec z mojej komandirówki.
Brygadierem naszym był Łotysz - Jan Juriewicz, liczący około 50 lat, w przepysznej kondycji fizyczej, o długich, małpich rękach. Pełen burzliwej przeszłości. Dokonał on w Rydze w 1905 roku zamachu, zabijając miejscowego gubernatora i równocześnie dla zatarcia śladów popełnił większe włamanie. Pod zarzutem tej kradzieży został aresztowany i skazany na trzy lata katorgi, podczas, gdy cała policja i cała ochrana carska gorączkowo poszukiwała zamachowca. Jan Juriewicz pracował wtedy przy rozbudowie kolei obok jeziora Bajkał. Obecnie w chwilach szczerości opowiadał o swych katorżniczych czasach i porównywał. Życie w katordze wydawało się nam, jak wykradzione marzeniom! Chleb, pożywienie, mięso kilka razy w tygodniu i ruble pełne wartości, za które można było coś kupić.

Dalsza kariera Jana, Juriewicza była olśniewająca. Jako członek partii uciekł po zwolnieniu za granicę i tam pracował. Brał udział w rewolucji i w zamachach stanu. To też w nagrodę za zasługi został przedstawicielem sowieckiej instytucji eksportowej i długie lata zamieszkiwał w Rzymie, to w Berlinie. Aż pewnego dnia wezwano go, ażeby przyjechał do Moskwy, w sprawach handlowych. Przyjechał i otrzymał dziesięć lat wychowawczych obozów pracy.
Co za fantastyczny paradoks: pochwała katorgi! Z rozrzewnieniem wspominał ją, również niejaki Czebykin. Sybirak, analfabeta ustawiczny abonent kryminałow. Poznał katorgę za cara, a teraz za czasów sowieckich, przy mnie, siedzi już trzeci raz. Osobliwy ten analfabeta. Wzięty do niewoli w czasie tamtej wojny, uciekł z obozu jeńców z Wiener Neustadt i schronił się we Włoszech. Nastepnie po skończeniu wojny, okrętem przybył do Baku. Stamtąd do Sybiru było już niedaleko. Obecnie Czebykin odbywał karę pięciu lat.

- Pięć lat - mawiał - kosztuje mnie jedna piosenka.
Według tego co mówii, urznał się pewno razu i zaśpiewał piosenkę satyryczną, krytykujacą władzę.
Oczywiście został zamknięty i skazany, jako kontrrewolucjonista-agitator. Czebykin wyśpiewywał mi kilka razy tę piosenkę, ale jej niezapamiętałem. Szkoda.
Partner mój, Arwid Ottowicz Wiederlenk, były komisarz polityczny dywizji piechoty politruk dywizji uprawiał zgoła naukowo zorganizowane nieróbstwo. Nie przemęczaliśmy się wspólnie. W pierwszej połowie września spadł kilka razy śnieg, ale słońce świeciło wystarczająco silnie, aby go stopić. Około 15-tego września opadł znowu śnieg, ale ten już nie stajał, został. Zaczęła się zima; zaraz z początkiem chłodów okazało się, że nasz przechwalony barak jest lodownią. Nie podobna było go opalic. Marzliśmy, tym bardziej, że w baraku było pustawo. Budynek mógł pomieścić ze sto piećdziesiąt osób. Osoby te nadeszły. Barak zapełnił się po brzegi. Przyszedł bowiem na komandirówke - pochód widm.

*) Wówczas, to znaczy w 1941 roku.

spis treści Interes czysty jak złoto