Kiedy ostatnimi czasami, w marcu i w początkach kwietnia, chodziłem w Gorełoje do lasu, spostrzegałem tam oszałamiające przemiany. Patrzyłem na to jak na objawienie. Cały świat skuty był mrozem i przykryty kilkumetrowej grubości zwałami śniegu. Drzewa do połowy grzęzły w białym całunie. Rankami i nocami wyłaził mróz 50-cio lub 55-cio stopniowy. W południe jednakże słońce przypiekało coraz goręcej i twarze nasze, wygłodzonych więżniów zaczęły nabierać koloru opalenizny. W maju będziemy czarni, jak mulaci, w kwietniu na razie przypominamy barwą skóry narciarzy z Kasprowego Wierchu.
Oglądałem z czułością las i te zadziwiające historie, które się w nim działy. Śnieg twardniał z dnia na dzień. Południowe słońce topiło niedostrzegalnie powłokę śniegu, a potem nadlatywał mróz ścinał ją, i pokrywał cieniuteńką warstewką lodu. Wśród tego oblodzonego śniegu drzewa nagle oszalały. Poczuły wiosnę. Gwałtownie z dnia na dzień czuby ich pozieleniały świeżą, czystą, przejrzystą zielenią wiosny. A przecież tej wiosny jeszcze nie było, jeszcze była ona daleko. Drzewa, tęskniące do niej, przywołują ją do siebie, zielenieją, i na zielono otwierają się do słońca.
Idziemy w piątke. Minęliśmy Karandę, dochodzimy do Arkagały, a wówczas krajobraz się zmienia. Nie jest już jednolicie biały, lecz przecięty czarną wstęgą i upstrzony czarnymi plamami. Czarna wstęga, to droga, czarne plamy, to hałdy węgla. Dokoła - gdzie tylko leży rozsypany węgiel - śnieg stajał. Arkagała pozostała za nami i po kilku kilometrach droga jest znowu biała i krajobraz dookoła biały. Tylko w tych miejscach, gdzie z samochodu zsypało się nieco żwiru węglowego, śnieg na drodze stajał i została plama.
Wiosna... Wiosna zresztą zacznie się od drogi. Najpierw droga wypłynie z pod śniegu, a po jej stronach powstanie odtajały pas zieni, który coraz bardziej będzie się rozszerzał, pełzał w górę, uciekał w tajgę. W tej chwili daleko jeszcze do wiosny. Wiosna, to dopiero czerwiec - lipiec i sierpień, to lato, do połowy września, jesień około piętnastego września, spadnie śnieg, który już nie staje lecz zostanie i to będzie początek zimy. Katorżnicza, więzienna pieśń powiada:
Kołyma, Kołyma cóżeś za planeta,
Jedenaście miesięcy zimy, jeden miesiąc lata
Jest w tej pieśni katorżnicza przesada. Zima trwa tam tylko dziewięć miesięcy - pozostałe trzy dzielą się na wiosnę, lato i jesień.
W Kadak-Czanie wydano po cztery paczki machorki. Był to cud i tak to notuję. Pozwolono nam zakupić po 400 gramów cukierków. To drugi cud. Wydano po 400 gramów cukru - trzeci cud!
A do tego okazało się, że dziesiętnik z Gorełoje nie był taką świnią, za jaką go uważałem. Wypisał mi za miesiąc marzec... ponad 100 procent normy! Co znaczy protekcja! Bo gdzie ja tam wypracowałem 100 procent? Najwyżej 40! Teraz jednak do Kadak-Czanu przyjechał kasjer i oto Piotrowski mówi, że są dla mnie pieniądze za marzec. Nie wierzę własnym uszom, nie wierzę własnym oczom nawet, kiedy podpisuję listę płatniczą. Otrzymuję 34 ruble - zawrotna suma! Dotychczas w ciągu jedenastu miesięcy obywać się musiałem bez pieniędzy, a jeżli na przykład potrzebne mi były na machorkę, sprzedawałem swoją porcję chleba.
Maj zastał nas w Kadak-Czanie. W godzinach południowych wezbrane rzeki zaczynały płynąć po drodze i tajdze. Naszym zadaniem było przekopywanie rowów koło dróg i spuszczanie wody. Ale już koło godziny drugiej po południu strumienie zamarzały w lód.
Słońce zaczynało szaleć, szaleństwem przypominającym dekorację z mdłej opery. Dzień wydłużał się, noc malała, a słońce sunęło coraz dłuższymi kręgiem dookoła horyzontu. Chowało się jeszcze na kilka godzin poza najwyższe góry - całkiem jak za kulisy, ale noce szarzały coraz wyraźniej z doby na dobę. W południe dopiekało tak mocno, że pracowaliśmy w samych spodniach i w czarnych koszulkach, zwanych gimnastiorkami. Gdzie docierał promień słońca, tam zaczynała walkę wiosna, ale gdzie padał cień, tam broniła się zima, trwał śnieg i lód. Droga zamarzała w godzinach popołudniowych i tak zamarzać będzie - co dzień o kilka minut później - jeszcze w ciągu całego czerwca. Ale i potem, i w lecie, w miejscach osłoniętych od słońca, panować będzie zmarzlizna i lód. Wystarczy, aby słońce zakryła chmura, a robi się zimno, wyszczerza paszczękę mróz.
Do Kadak-Czanu, naszej pokracznej stolicy dochodzą nawet gazety. Miejscowy felczer pokazuje mi dziennik Sowieckaja Kołyma z wiadomością o ucieczce von Hessa do Anglii. Czytam, kiwam głową i nic nie mówię. Bo i po co? Zdaję sobie sprawę, jak bardzo byłem szczęślwy że dowiedziałem się o upadku Francji dopiero w cztery miesiące po fakcie, a mianowicie w październiku, w szpitalu na 3-cim prorabstwie. Kiedy już się o tym dowiedziałem, wiadomo mi było także, że Anglia walczy jednak dalej i że wojna trwa.
Podróż Hessa odrazu skomentowałem sobie tak, jak ją właśnie należało rozumieć. W tydzień później w tej samej gazecie pokazywano mi wiadomość o desancie wielkiej grupy wojsk niemieckich w Finlandii.
- Co sądzicie o tym? zapytał felczer.
- Sowieckaja właść - sowiecka władza, powinna posłać wojska na granicę fińską... W ten ogólnikowy sposób odezwałem się. Lepiej być ostrożnym.
Miałem wówczas nowego naparnika, czyli człowieka, z którym, razem pracowaliśmy na parę, a więc we dwójkę. Był nim Gruzin Szaliko Bajromaszwili, chłop przeszło dwumetrowy, chudy, jak szkielet. Kiedy wróciłem tego dnia na Kedrową, zawołałem Gruzina i zakomunikowałem mu poważnie:
- Batoni*), będzie wojna między Niemcami, a Sowietami! Opowiedzialem mu o desancie. Skojarzyłem ją z ucieczką Hessa do Anglii i bez namysłu rąbnąłem:
- Szaliko, batoni, wojna wybuchnie 22 czerwca!
Była to zwykła bezczelność. Poprostu przypomniałem sobie i powtórzyłem datę wymarszu Napoleona na Moskwę... Niemniej jednak w owej chwili najważniejszą sprawą był niewątpliwy dla mnie wniosek: będzie wojna! Wszystko inne, nawet termin wybuchu tej wojny - uważałem - za kwestię drugorzędną.
Ale Szaliko będzie opowiadał o mnie szeptem ludziom najbardziej zaufanym różne cuda - potem, po fakcie...
Poczciwy Szaliko! Uczył mnie historii Gruzji, uwielbienia (platonicznego) dla wina, czego za bardzo uczyć mnie nie musiał i opowiadał swoje dzieje, które wcale nie były zbyt osobliwe:
- W czwartek odbył się mój jubileusz dwudziestolecia pracy pedagogicznej. Byłem bowiem nauczycielem, i dyrektorem szkoły.
- Nadesłano - gada - moc telegramów i wręczono mi patent na zasłużonego pedagoga Z.S.S.R. To bardzo wysokie odznaczenie. Jak ci mówiłem, to było w czwartek. A w piątek w nocy przyszło NKWD i zabrano mnie do kryminału. Jeszcze tejże samej nocy zbito mnie do utraty przytomności. Po tygodniu śledztwa przyznałem się do wszystkiego, co mi zarzucano - nie mogłem znieść bicia. Podpisałem protokół, że brałem udział w spisku kontrrewolucyjnym i dostałem 15-cie lat. Nie ma o czym mówić...
Chwalił Szaliko piękno swego kraju, dobroć i odwagę ludzi Kaukazu, potrawy gruzińskie i - wino, wino!
Pracowaliśmy na drodze niedaleko Kadak-Czanu w sposób na ogól dość mało znamionujący nasz entuzjazm do pracy fizycznej, zasypywaliśmy jamki i przekopywali rowy, albowiem napór wody rósł i w niektórych miejscach płynęła ona całą drogą. Codziennie o kilka minut póżniej ścinała się w lód, a na drugi dzień o kilka minut wcześniej tajała. Na górach i w tajdze ciągle jeszcze leżał śnieg, ale pęczniał, gęstniał, robił się coraz bardziej mokry i opadał coraz niżej.
W czasie tej mojej pierwszej kołymskiej wiosny myślałem o słońcu z głęboką czcią. Oceniałem jako cud pracę słońca i jego potęgę. Czy bezpodstawnie więc byłem zaliczany do tzw. czcicieli słońca i ognia? W tamtych okolicach ognisko, płomień jest czymś tak potrzebnym do życia, jak powietrze. Skoro na Kołymie, nawet powietrze zabija, powiedzmy inaczej: ognisko jest tak potrzebne do życia, jak woda. Ale i wody- nie ma tam bez ogniska, nad którym można stopić śnieg i lód.
Jak rok długi, czy to zima, czy lato - praca zaczyna się od założenia ogniska kastra. Kastior - ognisko - płonie w każdym zaboju, w tajdze i na sopkach koło dróg i w zupełnym pustkowiu, wszędzie gdzie jest człowiek. W zimie nietylko ogrzewa, ale daje - co bodaj ważniejsze - opiekę nerwowa i moralną. Nieszczęsny człowiek, steroryzowany przez potężny mróz i jeszcze straszliwszy wiatr - garnie się do ogniska. świadomość, że niedaleko za zakrętem, za pagórkiem płonie ognisko, przynosi przerażonym duszom ludzkim oddech nadziei, która pociesza, że może śmierć nie nastąpi natychmiast, w następnej minucie, że dzień dzisiejszy być może zostanie przeżyty, i staje sie symbolem - zniczem ratunku.
W lecie ognisko odpędza komary i stanowi centralny punkt łagiernego klubu - jest synonimem odpoczynku. Dookoła zbiera się kilka lub kilkanaście postaci i rozpoczyna się rozmowa. Poczekalnia - salon - konfesjonał do zwierzeń - i uniwersytet wiedzy o niezakłamanej rzeczywistości sowieckiej.
Istnieje zawiła etykieta ogniska. Człowiek, idący do szpitala, spostrzega płonące ognisko, chce się ogrzać, lub choćby tylko przysiąść, pogadać, machorkę - jeśli ma - zapalić. Musi podejść, pozdrowić siedzących i zapytać, czy wolno mu odpocząć? Z reguły prawie zawsze, pada oczywiście odpowiedż zapraszająca, a potem zaczyna się indagacja:
- Skąd pochodzicie? Jaka statia (paragraf)? Ile lat wyroku? Gdziekolwiek przyznaję się do trzech lat wychowawczych obozów pracy i do trzech lat porażenia (zawieszenia w prawach), następuje ogólne zdziwienie i kiwanie głowami z zazdrością:
- Trzy lata? Tylko trzy lata? Dzieckij srok, dziecinny wyrok! ... Owe słowa, słyszane kilkaset razy, obrzydły mi. Mówią zaś te słowa ludzie, którzy mają po osiem, niekiedy po pięć, a najczęściej po 10 lat - Cci ostatni chwalą się, że mają czerwońca (banknot dziesięciorublowy) i odrazu westchnienie współczucia:
- Tylko trzy lata! Ale za to przysłali was na Kołymę. A tutaj lata nie są ważne, tu trudno jedną zimę przeżyć.
Odpowiedż, że jedną zimę kołymską mam już za sobą, wzbudza poszanowanie. Radzi by zapytać, jak to ja zrobiłem, ale pytają o to dopiero póżniej. Narazie są ciekawsze tematy.
- Ile kosztował w Polsce kilogram masła? A para butów? A ile lat dostawał złodziej za kradzież w tramwaju portfelu? Czy to prawda że w Polsce było bardzo dużo słoniny? Że buty były podobno zawsze z prawdziwej skóry, na zelówkach też ze skóry, a nie ze starej gumowej opony?
Czasem jednak na prośbę o pozwolenie podejścia do ogniska, pada odpowiedż:
- Przynieś drzewo, to odpoczniesz!
Ludzie zaś, którzy lenią się z przyniesieniem drzewa są prześladowani i maltretowani, uważani za niesolidarnych w najwyższym, stopniu. Niekiedy w czasie etapów, gdy człowiek znużony dwudziestokilko-kilometrowym marszem wśród śnieżycy i mrozu zapuka do drzwi jakiegoś obcego baraku - usłyszy:
- Dobrze, pogrzejesz się, ale musisz przynieść drzewo! Odpowiedż taka wita przechodnia na komandirówkach, gdzie trudno jest o drzewo: dookoła zarośla wytrzebione i trzeba kilka kilometrów ganiac w las, ażeby znaleźć kawałek suchego patyka. O! to ustawiczne pragnienie ciepła! To nie kończące się nigdy pragnienia ogrzania się! Owe posiedzenia nad ogniskiem i wzdychania do słonca, dziesiętnicy, naczelnicy, dozorcy, nienawidzą ognisk i słońca. One to odwracają ludzi od roboty, a przecież jedyna racja istnienia ludzi tłumaczy się pracą. Na porządku dziennym są wypadki, że dziesiętnik rozkopuje ognisko, a rozwścieczony strażnik zabrania je zakładać. Tysiące ofiar pęta się po różnych szpitalach z odmrożonymi lub zgoła już zoperowanymi członkami, a na pytania pada stereotypowa odpowiedź:
- Striełok zabronił nam rozpalić ognisko! - Striełok, dosłownie strzelec jest oficjalną zakamuflowaną jak wszystko nazwą strażnika, czyli dozorcy. Za moich czasów striełki zaawansowali na bojców czyli wojowników i bardzo obrażali się o starą nazwę. Wszelka swołocz łagierna nienawidzi więc - ognisk i słońca. Cienie ludzkie, które chrońią się pod opiekę słońca i płowieni, nazywani są obelżywie czcicielami ognia i słońca - to sabotażyści, którzy nie chcą pracować i myślą jedynie o uprzyjemnianiu sobie życia. Praca słońca jest fantastyczna. Zima i czarne dni - minęły. Słońce podniosło się wyżej i coraz dłużej ogrzewa ziemię, topi lód, a śnieg zamiena w jeziora i wzburzone rzeki. Walka trwa jednak długo, długo. Jeszcze z końcem czerwca wzgórza są białe - w lipcu pada śnieg i leży kilka dni.
Słońce toczy zapasy z lodem i śniegiem. Ale choćby nie wiedzieć jak pracowało, choćby wiele tygodni wykazywało całą swoją gigantyczną zaciętość, ziemia nie odmarznie nigdy głębiej niż na 80 cm. Poniżej - wieczne lodowisko, trzeba ziemię rozbijać łomem. W tajdze po wierzchu rosną kępy trawy i mchu, otoczone wodą, a pod kępami, pod mchem i wodą ziemia jest zamarznięta i przy kopaniu wydobywa się żwir, pomieszany z kryształami lodu. Drzewa rosnące w tajdze wysyłają korzenie tak płytko i szeroko, że właściwie pełzają po wierzchu. Na stokach wzgórz rośnie kosodrzewina, która w niewytłumaczalny sposób czepia się szczelin skalnych.
Słońce topi lód i śnieg. Strumienie wody wgryzają się w skałę a odłamki unoszą w doliny, krusząc je na żwir, a żwir mieląc na pył. Pracuje słońce, pracuje woda, pracują mech, trawa, korzenie krzewów i drzew, kosodrzewina, brusznice, czarne jagody, fioletowe szarotki i... kwiaty, rozrzewniające bladością, rzadkością i zaskakującym, olśniewającym nieśmiałym pięknem. Człowiek głodny, którego ciało żrą rany szkorbutowe, tknięty nagłym zachwytem - zapomina o głodzie i o ranach patrzy w kwiat, jak w Fata Morganę.
Setki lat, tysiąclecia, tworzą w dolinach ziemię, gromadząc każdy pył. Już tysiące lat pracuje i jeszcze tysiące tysięcy lat pracować będzie słońce, zanim powstanie tutaj gleba...
27-go maja znów etap z Kadek-Czanu. Tym razem Piotrowski pozostał, a towarzyszy mi Bajromaszwili. Niedaleki to etap osiem zaledwie kilometrów. A że nasz odcinek drogi sięgał prawie po sam Kadek-Czan, niejednokrotnie musieliśmy chodzić na robotę w jedną stronę komandirówki 7 -8 kilometrów, w drugą od 6 - 7-km. Z jednej strony był Kadek-Czan, z drugiej Belik-Czan.
Kiedyś tutaj, w lesie, wznosiło się kilka zabudowań. Rozebrano je i przeniesiono w inne miejsce. Pozostał tylko jeden budyneczek i to szumnie nazywa się komandirówka Kedrowaja, czyli Cedrowa.
Nigdy nie było w tej naszej Cedrowej więcej ludzi, niż dwunastu samych bezspornych inwalidów. Wśród nich jeden starszy roboczy coś w rodzaju młodszego rangą dziesiętnika i jeden kucharz. Wstawaliśmy rano i szli raz w lewo, to znów w prawo. Najczęściej pracowaliśmy koło pamiętnego bunkra, gdzie to rok temu znalazłem sznur i następnie z tego sznura zrezygnowałem.
Niedaleko od drogi - znajdowała się - w odległości niecałych dwóch kilometrów od Kadek-Czanu - rozbudowująca się kopalnia węgla. Wygrzebano w stoku góry dziurę, a w półtorametrowej głębinie leżały bogate pokłady węgla. Organizacja pracy w kopalni była typowa. Dziewięćdziesiąt kilka procent górników, maszynistów, robotników itd, stanowili więźniowie, pracowali za zupę i porcję chleba, tyle tylko, że zupę mieli lepszą, niż my, a chleb otrzymywali regularniej.
W poblżu kopalni nasza droga była najczęściej zrujnowana. Codziennie tutaj płynęła drogą rzeka, wymywając nasyp i burząc bardzo marną nawierzchnię. W jednym miejscu droga zapadała się ustawicznie po przejeździe kilku samochodów i trzeba ją było nasypywać i nasypywać. Było to ciepłe bagno. Znosiliśmy kamienie, możliwie duże, wrzucali w jamę, zasypywali żwirem starannie i równali nawierzchnię a za dwa dni zabawa musiała się powtórzyć, bo nawierzchnia i kamienie już zdążyły się zapaść. W tym miejscu muł rozpuszczony w wodzie nigdy nie zamarzał i to na olbrzymią głębokość.
W naszej przeklętej piekarni trudno było spać. Wszy było pełno, a pluskwy kapały z sufitu i ze ścian. Deszcz ściekał i wewnątrz tworzyły się duże kałuże wody. W takich warunkach deszcz sprawiał nieznośne udręczenia, za to słonce tym bardzej smakowało i cieszyło.
Starszy robotnik, również więzień, był porządnym człowiekiem. Dawał się we znaki Czuma. Czuma i miliony pluskiew. Niedaleko drogi obok bunkra, poniżej stromej skarpy płynęła rzeczka. Woda w tej rzeczce była jakby mineralna. Tam to pewnego czerwcowego dnia siedząc na brzegu, wyplułem na dłoń jeden po drugim cztery zęby. Tam na brzegu przewijałem bandaże na nogach, na których potworzyły się rany cyngowe, szkorbutowe. Ale jakby w rekompensacie
- w tym tygodniu zagoiły się ostatecznie moje palce i z nurtem smacznej rzeczki popłynął ostatni bandaż.
Byliśmy tam zdala od oka władzy, pozostawieni samym sobie. Chleba nie brakowało i było co palić. Czasem udało się w ciągu dnia przespać w cieniu promieni słonecznych - był to ekwiwalent za noce bezsenne z powodu pluskiew, dławiącego ich smrodu i obrzydzenia.
Na drodze między Cedrową a Kadek-Czanem - ja fanatyczny czciciel słońca i ognia obijałem się miesiąc i w ciągu tego czasu nikt nawet nie groził mi izolatorem!
*) Batoni - po gruzińsku pan.
