Wszystko się załamuje z chwilą śmierci Henryka. Nawet ta moja ksiażka. Przed śmiercią Sierosławskiego patrzyłem na nowy zupełnie świat z pasją ciekawego odkrywcy, potem - zamotałem się w beznadziei i w okropnościach.
Przedtem brałem czynny udział w swoich przeżyciach, potem stały się one jakby cudzymi, przestały mnie bezpośrednio interesować.
Coś przełamało się we mnie, a przcież dopiero teraz otworzyło się piekło i dno wraz ze mna runeło w głębinę wszystko dookoła przestało mnie interesować - i ja sam dla samego siebie przestałem wreszcie być istota, której dola może emocjonować. Przestałem się myć - do 30 stopni myłem się w przerębli, w rzece, powyrzucałem wszystko z kieszeni, nie miałem, ani kociołka ani łyzki, ani woreczka. Zagubiłem siebie w martwocie...
10-tego grudnia odwiedziliśmy Kadak-Czan. Potem 9 km do osady, która nazywa się Arkagała, gdzie eksploatowane są bogate kopalnie antracytu, leżącego tuż pod powierzchnią ziemi. Potem komandirówka Karanda (nie należy mylić z miastem w Kazachstanie - z Karagandą). O 10-ęć km od niej leży tzw.jeleni sowchoz, to znaczy ferma reniferów, a na tej fermie pracuje w tej chwili (rok 1940) reszta Hiszpanów, przywiezionych tutaj w czasie wojny domowej. Od Kadak-Czanu do Karandy - pierwszy etap. 11-ty grudnia drugi etap z Karandy do Gorełoje, które stać się miało naszą główną komandirówką.
12-go przez Pocztowoją i Podpierewalną do Prewietlowej.
Był to maleńki łagier na samym końcu drogi. Dalej droga nie była usypana. Jedynie z nastaniem zimy, budowano tak zwany zimnik, to jest przejazd prowadzący po rzece lub niekiedy przez zaśnieżoną tajgę. Z nad rzeki Indigirki przyjeżdżały samochody - ale pamiętam tylko dwa takie wypadki. Za to częściej saniami, zaprzężonymi w konie, przyjeżdżali woźnice, którzy tworzą jeszcze jedną kastę arystokracji wśród więźniów.
Na Prewietlowej nie było wprawdzie jedzenia, był za to spirytus. Woźnice upijali się. Brałem udział w poszukiwaniu pijanego naczelnika naszego okręgu, który nagle zaginął, co przy 60° stopniach mrozu mogło skończyć się dla niego katastrofą. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach w lesie na sopkach, na drodze itd. rzecz skończyła się pogodnie. Oto znalazłem naczelnika w stajni między końmi - pijany w pień spał smacznie, zagrzebany całkowicie w gnoju. Dziwne, że w tych warunkach nie udusił się. Dostałem nagrodę w postaci kilograma chleba, więc byłem zadowolony, ale nie mogłem odpędzić od siebie uczucia, że może nadszedłem... zawczasu? Przy okazji woźnice ukradli mi rękawicę, co miało mieć poważne następstwa wobec faktu, że na komandirówce nie było innej zapasowej rękawicy.
13-go grudnia dano nam dzień odpoczynku, a następnego wypędzono na robotę. Wyszliśmy na samą przełęcz na wierzchołku góry, odległość zaś od łagru wynosiła jakieś sześć km. Wiatr wiał nie do zniesienia. Zgarnialiśmy zaspy, jakie potworzyły się na zakrętach. Ognisko nie dawało żadnego ciepła, bo wiatr zdmuchiwał je wprost z płomieni. Nie wiedziałem doprawdy co właściwie jest lepsze? czy praca ciężka w zaboju, osłoniętym bądź co bądź od wiatru, gdzie płonie ciepłe ognisko i gdzie dba się oto, ażeby nie wyrobić więcej niżli połowę normy, czy też praca lekka, ale w odległości sześciu km. od baraku, na pustkowiu i wśród wichru.
Na Prewietlową przyszedł wraz ze mną Wiktor Piotrowski, jest więc nas dwóch Polaków. Spaliśmy w łaźni na pryczach na prędce zbitych. Tam to po raz pierwszy zapomniałem o dobrych radach Włodzimierza Modrego i uległem psychozie głodowej. Wprawdzie tam nie można było najeść się, do trzech czwartych, jeszcze jednakże można było przecież zjeść do połowy. Odtąd zaczynają się moje tortury głodowe.
Cztery dni pracowałem na tej komandirówce. Czwartego dnia wieczorem (może była czwarta po południu, ale panowała juź ciemna noc) odmroziłem prawą rękę. A powodem była - właśnie ta skradziona rękawica. Kiedy naczelnik wytrzeźwiał i odszedł, a woźnice odjechali, wszcząłem alarm. Nie chciałem wyjść do roboty bez rękawicy; na naszym termometrze było 52° stopnie minus, a na przełęczy? Wówczas dziesiętnik wygrzebał w swoich łachmanach dziurawą rękawicę i przyniósł ją.
- Przecież w tej rękawiczce jest dziura?
- Niczewo! Będziecie trzymać w ten sposób stylisko lopaty, ażeby materiał rękawicy owinął się wam dookoła ręki.
- Czy nie byłoby lepiej zaszyć rękawicę? - zapytałem.
- Niczewo! zaszyć ale czym?
- Igłą i nicią.
Nie ma w całej komandirówce ani igły, ani nici...
- O nici zresztą mniejsza, nici przecież nigdzie nie ma: wyciąga się je poprostu - z jakiegoś worka (jeśli worek jest, ale igła? Igły są w szalonej cenie: dwa bochenki chleba, trzy, cztery. Nie igły nie ma. Konkluzja:
- Musicie iść tak na robotę, a wieczorem jakoś zaradzimy.
Poszedłem, był to dzień 18-ty grudnia. Wieczorem wrociłem do baraku z odmrożoną reką. Ocalał kciuk i polec wskazujący, na dalszych trzech palcach wyrosły w cieple bąble wielkości kurzego jaja. Nacieranie śniegiem nie pomogło, było już za późno!
Chciano mnie na drugi dzień wypedzić na robotę, ale się nie dałem. Wpadłem w szał - zostawiono mnie. Następnego dnia przyjechał do nas głowny dziesiętnik, którego nazywano naczelnikiem. Na widok mojej ręki - on oszalał. Takich wyzwisk dotychczas nie słyszałem i doszło do awantury. Skoczyłem do gardła. Opryszek zreflektował się i kazał mi na drugi dzień udać się Gorełoje.
Było to 20 grudnia - akurat dzień wychodnoj.
Szedłem sam jeden, mając rękę obwiązaną szmatą. Zresztą natychmiast po wypadku, przedwczoraj wieczorem, odnalazła się na komandirowce igła. Miał ją jeden z więżniów, który długo do tego się nie przyznawał. Poprostu nie chciał jej pożyczyć, bo taki skarb mógłby do niego nie powrócić. Nawiasem mówiąc wiezień ten serdecznie zazdrościł mi tego odmrożenia i mrugał do mnie porozumiewawczo, że to niby dzięki niemu spotkała mnie taka przyjemność. Tylko cztery dni spędziłem w Prewietlowej, którą oto opuszczam. Komadirówka stała w bardzo głębokiej kotinie wśród wzgórz. Słonca wcale nie widać. Na kilka godzin zrobi się szaro. W godzinie samego południa będzie jasno, a potem znów szaro i zapadnie noc.
Tylko z najwyższego miejsca na przełęczy widać słońce - nie dłużej niż pół godziny. Potem szybko pochyla się noc.
Na tej to komandirówce, na końcu świata, spotkać można było ciągnące karawany jakuckie. Zaraz na drugi dzień, kiedy wyszliśmy na robotę, pokazano mi na wytartej zlodzionej drodze - czarne bobki.
- Tędy szły renifery.
Wieczorem tego dnia cała karawana kilkudziesieciu, a może kilkuset reniferów stanęła obozowiskiem niedaleko baraku.
Staranna odzież Jakutów, ich wspaniałe obuwie i wypasione oblicza wywołały podziw i zachwyt.
Kilka par gorejących oczu obserwowało każdy ruch reniferów.
Ale Jakuci znają niebezpieczenstwo takich gorejących oczu i nie zostawiają zwierząt bez straży.
Następnego poranka inna sensacja. Na jednym z zakrętów serpentyny - niedaleko przełęczy, idące przodem robociągi coś w podnieceniu obserwowali. Zbliżyłem się i ujrzałem na śniegu ślady. Schodziły one z lewej strony, z góry, potem zaledwie widniały na zlekka śniegiem przyprószonej, wyślizganej drodże, wdrapywały się na prawą jej stronę i oddalały w dół, w przepaść, w łożysko rzeki.
- Niedźwiedź! - obiaśniono mnie, gdy patrzyłem nic nie rozumiejąc... Widocznie coś go musiała spłoszyć, że wstał z zimowego snu i wyruszył. Jakby go zdobyć, jakby go zabić?
Patrzyłem na nich jak na ludzi, którzy nagle zwariowali. Po licznych naradach zabrali się nocą na serio do przygotowań, wymieniając szeptem uparty refren: Nie mógł daleko uciec, pewnie zagrzebał się gdzieś na nowo i śpi.
Przygotowali widły i nasadzili topory na dłuższe styliska, potem te topory ostrzyli. Podniecenie było tak wielkie, że nikt nie spał. Następnego ranka dziesiętnik nie potrzebował wyganiać nas na robote. Nikt nie zwlekał, serdecznie obklęty został jedynie kucharz, że opóźniał się z zupą.
- Dziś będziesz gotował zupę o jakiej ci się nie śni, złodzieju wypasiony na naszej krzywdzie.
Jednakże już po drodze coś wzbudziło u naszych wielki niepokój. Koło komandirówki już od kilkunastu godzin nie przeszła żadna karawana, a tu na drodze leżace świeże bobki! Ja analfabeta nie bardzo wiedziałem, które z tych bobków są stare, a które świeże, ale kiedy stanęliśmy opodal tego miejsca gdzie wczoraj widniał ślad niedźwiedzia, nawet dla mnie cała tragedia stała sie wyrazista. Stratowane świeże ślady wskazywały, że karawana zatrzymała się tutaj, pewna ilość sań zjechała w kotlinę koło drogi. Obok zadeptanych śladów niedźwiedzia widać było liczne ślady stóp ludzkich, a opodal wiódł szeroki trop, głęboko wyżłobiony tor w śniegu. Przyciagnięto tym torem ciało niedźwiedzia.
Przejeżdżający Jakuci nie przeoczyli okazji, wytropili niedźwiedżia, zabili i uwieźli. Ażeby nie było wątpliwości w jednym miejscu widnało kilka czerwonych plam. Przyszedłem do Gorełoje z nadzeją, że moja ręka będzie zaraz opatrzona ale tam felczera wówczas nie było, natomiast lekarz komandirówki górniczej obsługiwał obie komandirówki.
Komandirówka górnicza skupiała robotników, którzy prowadzili w okolicy wywiad górniczy, szukali kopalin, a więc złota, węgla, czy ołowiu. Rwali ziemię w różnych miejscach w tajdze przy pomocy materiałów wybuchowych, a gdzie znaleźli złoto, tam wbijali drążek, na którym powiewała biała chorągiewka.
Dopiero w dzień 24-go grudnia, w sam dzień Wigilii zdołałem doprosić się o pozwolenie pójścia do felczera. Ten dał mi formalne zwolnienie od pracy oraz przeciął nożyczkami bąble, z których wylała się żółta, cuchnąca ciecz. Potem jeszcze raz byłem u niego, a następnie postanowiono odesłać mnie do Kadak-Czanu, gdzie znajdował się naczelnik służby zdrowia i gdzie zaczęto organizować maleńki szpitalik.
Szedłem więc w drogę powrotną przez Karandę i Arkagałę do Kadak-Czanu. Tu okazało się, że zachodzi potrzeba natychmiastowej operacji, której na miejscu dokonać nie można: należy odjąć trzy palce: które nie są do uratowania.
2 stycznia udałem się po raz wtóry w znaną już sobie drogę przez Kedrową do Belik-Czanu.
W szpitalu oświadczono, że nie ma miejsca. Ulokowano mnie oraz kilku innych chorych w łaźni. Przebywaliśmy tam cztery dni, aż wreszcie w baraku znalazło się miejsce. Szpital był przepełniony odmrożeńcami.
Lekarz, znany mi jeszcze z poprzedniego pobytu w szpitaliku orzekł, że trzeba obciąć wierzchołki dwóch środkowych palców, mały palec da się uratować. Powstrzymał się on od jakichkolwiek uwag na temat odmrożenia. Natomiast miałem ciężką przeprawę z naczelnym lekarzem. Człowiek ten niedawno, kilka miesięcy temu został zwolniony, po odbyciu w całości z nadwyżką kary dziesięciu lat.
Większą jej część odbył oczywiście w tym samym szpitalu, pracując jako lekarz. Świecił czerwonym oczodołem (prawe jego oko wygniło)
- Wściekał się i wrzeszczał:
- To jest umyślne odmrożenie! Wyście umyślnie odmrozili rękę, żeby uchylić się od pracy! Zaraz każę spisać protokół i oddam sprawę do sądu! Dostaniecie osiem lat, jak jeden dzień! To się raz musi skończyć!
Patrzyłem spokojnie na tego szalejącego człowieka - co mi na tym zaleźało? Pięć lat więcej? dziesięć lat? Grunt, że nie pracuję już z górą dwa tygodnie, że uniknąłem potwornych mrozów grudniowych i że mam nadzieję uchronić się w barakach od jeszcze potworniejszych styczniowych! Skończyło się jednak na pogróżkach nie wiem, nie starałem się nawet dowiedzieć, jak się to stało i dlaczego.
Leżałem w szpitalu wśród dobrej setki kalek najnowszego wydania, nie licząc dawnych. Sanitariusz powiedział mi, jak umarł tutaj na biegunkę Bogusław Szecher oraz o śmierci dra Ernesta Palischa, sędziego ze Stanisławowa. Palischa przywieziono do szpitala ciężko pobitego, z połamanymi żebrami, z których jedno przebiło płuca. Niestety szpital nie przyjął chorego, był to bowiem szpital zarządu budowy elektrowni, a nie zarządu drogowego. Tymczasem zarząd drogowy winien był szpitalowi pewną ilosć produktów za swoich chorych, których tutaj leczono. Ponieważ produktów tych nie przywieziono. Palisch zosiał odesłany na swoją komandirówkę, oddaloną o kilkadziesiąt kilometrów, wśród podbiegunowego mrozu. Tam uwzględniono żądanie szpitala, załadowano na samochód kilka worków mąki i kaszy, ułożono ńa tych workach Palischa i wysłano do szpitala po raz wtóry. Tym razem już bez przeszkód położono Palischa na łóżku. Był zupełnie przytomny.
- Rozmawiał ze mną - opowiadał sanitariusz - i w pewnym momencie odwrócił się do ściany. W minutę później już nie źył...
Nie wiem dlaczego odwlekano moją operację? Wreszcie 12-tego stycznia o godzinie 11:30 obcięto mi kończyny dwóch palców zwykłymi krawieckmi nożyczkami. Kończyny te chlupnęły podwójnym mlaskotem do miednicy, która stała koło mnie. A więc o godzinie 11:30. obcięto mi palce. O godzinie 12:30 dano mi obiad. A o godzinie 1:30 wypisano ze szpitala. Zanim załatwiłem formalności zapadła noc. Do Kadak-Czanu przez Kedrową miałem 18 km - nie sposób tegoż wieczora przebyć tej drogi. Postanowiłem przeto udać się do zimniku na rzece Belik-Czan do 8-go prorabstwa - 9 km. Dotarłem tam w nocy, a 13-tego stycznia byłem z powrotem w Kadak-Czanie.
Nie wyganiano mnie do roboty, siedziałem i leżałem cały dzień w baraku. Chodziłem jedynie na opatrunki do ambulatorium, a były one bardzo bolesne. Felczer, Niemiec, nie pozwalał na odmaczanie bandaża i brutalnym szarpnięciem zrywał opatrunek. Było to boleśniejsze, niż sama amputacja i z dnia na dzień stawało się coraz bardziej dotkliwe. Równocześnie dawano mi pewne zajęcia: siedziałem w szpitaliku i paliłem w piecu. Zaproponowano mi nawet stanowisko sanitariusza, co było prawdziwą karierą: nie wiele do roboty, przebywanie w cieple, szpitalne jedzenie. Niestety tzw. naczalnik Ołpu (OŁP - Otdielnyj Lagiernyj Punkt) nasz władca życia i śmierci nie zgodził się. Wypisał w moim formularzu:
Ispołsowat iskluczytielno na obszczych rabotach. Wykorzystać wyłącznie na robotach powszechnych - a roboty obszcze, delikatnie: powszechne były poprostu najcięższe.
Musiałem przeto wrócić na macierzystą komandirówkę to znaczy do Gorełoje. Jeszcze raz: Arkagała-Karanda - itp.
Do 5-go lutego trwał okres uwolnienia mojego od pracy. W łagrze pojawił się tymczasem felczer, ten sam profesor z Kadak-Czanu i diurnista ze szpitalika na 3-cim prorabstwie. Bał się dać mi dalsze zwolnienie.
Już ja wolę dawać panu chleb i machorkę, niż zwolnić bo by za bardzo pyskowali. Uznałem to stanowisko, bo uznać musiałem. Dwa srodkowe palce prawej ręki były opuchnięte, otwarte i wyglądaly, jak rozchylone dzwonki. W środku tych dzwonków błyszczały kości. Wyciekała cuchnąca materia. Spałem wtedy na krawędzi górnych nar, opuszczając rękę w dół. Kiedy we śnie bezwiednie uniosłem i położyłem na piersiach, budził mnie smród. Zmiany opatrunków dokonywałem sam, ale rękę ciągle nosiłem obandażowaną i łopaty trzymać w niej nie mogłem. Przy pracy trzymałem stylisko lewą ręką, a prawą podpierałem je tylko.
Wreszcie po kilku dniach zbuntowałem się i podniosłem wrzask na cały łagier. Wobec czego wyznaczono mnie do noszenia drzewa do łażni.
W ten sposób, na tle tego całego koszmaru, zaczęło się święte życie. Bańszczyk-łaziebny, był przyzwoitym człowiekiem i o normach nikt nie mówił. Chodziłem w las wydeptaną na kilumetrowym podkładzie śniegu ścieżką, wyszukiwałem suche drzewo i ścinałem siekierą lub piłą.
Normalne robiłem taka wyprawę sześć do siedmiu razy na dzień - a potem jeszcze raz ale już tylko po obowiązkowe drzewo dla barku. Ze zbalansowanym drzewem na ramieniu maszerowałem spokojnie w stronę baraku. Przeważnie byłem sam i to było najwspanialsze. W jaki zaś sposób człowiek rozporządzający jedną tylko ręką, dawał sobie radę z takim drobiazgiem, jak ścięcie drzewa i ile to kosztowało trudu - niech orzeknie fantazja Czytelnika.
Czasami siadałem na pniu drzewa i rozmawiałem sam ze sobą: - Babicz, Babicz, Babicz, - Babicz miał jedenaście nazwisko, pierwsze: Babicz, drugie: Zelewicz, trzecie: Dybałow, czwarte: Ajzeman. Abram Mojsiejewicz...
Powtarzałem na głos nazwiska wszystkich ludzi, z którymi spotkałem się w czasie więziennej kariery oraz uczyłem się na pamięć dat i pewnych charakterystycznych szegółów, aż do takich włącznie, czy dnia takiego, a takiego - w czasie etapu padał deszcz, czy śnieg, lub czy też była pogoda. Niekiedy - śpiewałem!
Kiedy zapadał zmierzch, wychodziłem z lasu, niosąc na ramieniu ostatnią belkę - tę dla baraku. Z obu stron ściągały po drodze oddziałki towarzyszów niedoli, a każdy z nich również niósł obowiązkowe drzewo dla baraku. W bąraku bowiem dwa żelazne piecyki (beczki po benzynie) musiały płonąć do czerwoności, bo inaczej zmarzlibyśmy. Drzewa zużywaliśmy bardzo dużo - nie wpuszczano do baraku człowieka, który nie wkupił się drzewem. Na lekceważenie i omijanie tego najważniejszego tam przepisu społecznego pozwalać sobie mogli jedynie członkowie żulia i to tylko najbardziej wyrawne z posród nich bandziory.
W ciągu dnia, ile razy przyniosłem drzewo do bani, zdołałem kilkanaście minut ogrzać się. Nie raz przyłapał mnie dziesiętnik i z wrzaskiem wyganiał mnie do lasu. Codziennie - aby utrzymać się w kondycji fizycznej - postanawiałem:
- Dzisiaj przyniosę dwanaście belek.
Po drodze jednak ogarniała mnie taka cisza, taki spokój, że belka ześlizgiwała się z ramienia. Siadałem gdziekolwiek bądż w zacisznym miejscu i marzyłem w głos do siebie. Z drzewem było jednak coraz gorzej. Coraz dalej musiałem chodzić w las, schodzić ze ścieżki i krążyć po wielkich przestrzeniach - drzewo przecież musiało być suche Zapadałem nietylko po pas, ale i po szyję.
Raz - w czasie takiej wędrówki - spostrzegłem wystające z pod ziemi jakieś patyki, jakby wierzchołek szałasu. Idąc następny raz przyniosłem łopatę. Odgrzebywałem to coś, co rzeczywiście okazało się szałasem, zbudowanym ludzką ręką. Zadałem sobie tyle pracy tylko po to, ażeby zdobyć drzewo, które dawno ścięte, musiało być suche. Ale prócz drzewa znalazłem ślad tragedii: dwa ludzkie szkielety. Obok nich blaszany garnuszek, dwie łyżki, kłębek nici, zupełnie zresztą zgniłych. Szkielety czyściuteńko spreparowane przez mrówki. Garnuszek i łyżki przyniosłem na komandirówkę i po wyczyszczeniu były użyteczne, aż zostały oczywiście skradzione. O odkryciu nie zawiadomiłem nikogo.
Wyobraźnia snuła domysły dookoła tego szałasu uciekinierów. Ci ludzie przechodzić musieli tą okolicą przed kilku laty, kiedy tu jeszcze drogi nie było - może kierowali się do Oceanu Lodowatego? Szli tajgą, lasem i zboczami gór, aż spotkała ich śmierć. W jaki sposób umarli - nie mogłem dociec. Przyglądałem się czaszkom i kościom, nie było na nich śladów. Może umarli z wycieńczenia?
Rany na ręce pomalutku zaczęły się goić. Kąpałem rękę codziennie i przewijałem bandażem. Kiedy wreszcie na komandirówce znalazło się trochę tranu, rozpocząłem okładanie palców kompresami z tranu. Skutek był błyskawiczny. wręcz cudowny: palce sklęsły i zaczęły się zabliźniać. Ten felczer Polak był prawdziwą moją maskotki. Bo na dobitek sam nie znosił tranu czyli nie smażył na nim naleśników, ani podlewał nim łapszy (makaron ręcznie robiony). Wobec tego nie kradł tranu, jak to robią wszyscy kołymscy felczerzy we wszystkich kołymskich łagrach.
Cierpiałem jeszcze na kurzą ślepotę - chodziłem poomacku zupełnie ślepy wieczorami i nocą, i tutaj tran podziałał piorunująco. Po trzech łyżkach, zużytych w ciągu trzech dni, przejrzałem, kurza ślepota ustąpiła. Niestety powróciła wkrótce, bo i tran się skończył
W ciągu pobytu w więzieniach a zwłaszcza w łagrach zawsze miałem jakiegoś towarzysza. Był nim Andrzej Stary w podróży przez kryminały i przez Syberię, był nim Henryk w Kadak-Czanie i na 5-ym prorabstwie. Tutaj w Gorełoje tworzyliśmy parę z Iwanem Filipowiczem Wywiałem, Polakiem z Baku. W grudniu jeszcze w Kadak-Czanie, kiedy wyczytywano : spis więźniów, przeznaczonych na etap, podszedł do mnie Wywiał:
- Czy pan jest Polakiem? - Oczywiście.
- A skąd?
- Z Krakowa
Wywiał wyznał że pochodzi z Radomska, że wyjechał do Baku jeszcze przed tamtą wojną. Przeprosił że tak kiepsko mówi po polsku niestety zapomniał, natomiast jego córki, które nigdy Polski nie widziały, mówią pięknym polskim językiem. I zaraz zapytał, czy Radomsk wypiękniał przez dwadzieścia pięć lat.
Niestety, nigdy w Radomsku nie byłem. Opowiedziałem jednak, że miasto tak wypiękniało iżby go nie poznał - bo któreż zreszta miasto polskie nie wypiękniało w ciągu dwudziestu pięciu lat?
Wywiał mówił o swoim mieście z rozczuleniem, domagał się kategorycznie i natarczywie, ażeby natychmiast stwierdzić, że Radomsk jest jednym z najpiękniejszych miast polskich. Stwierdziłem: fantazja mi pomogła i nie zrobiłem żadnej gaffy.
Kiedy ręka podgoiła się nieco, zapędzono mnie na roboty obszcze. W ciągu kilku dni pracowałem na drodze z jakimś Lermanem.
Niespodzianie jednak odesłano go samego na inną komandirowkę i dopiero póżniej dowiedziałem się, że Lerman był nielada dygnitarzem, bo sekretarzem Jeżowa. Miał za to dwadzieścia pięć lat do odsiedzenia.
W Gorełoje, nazwa ta obejmowała: barak, piekarnię, łaźnię, domek naczelnika, domek straży, izolator i stajnię, działy się przez ten czas rzeczy normalne. Kradziono na prawo i lewo, a wszelkie skargi były tak bezużyteczne, że nawet nikt nie usiłował się skarżyć. Tutaj znalazł się Bronsztajn, co to niewinnie cierpiał za Trockiego którego miał być kuzynem. Stoczył się tymczasem na dno. Kradł, ale ile razy ukradł, tyle razy go przyłapano. Wreszcie zbito go żelaznym drągiem i połamano żebra - poszedł do szpitala, gdzie umarł. Tak w sposób notoryczny nie znający wyjątków - zakończyła się tam jego stachanowska kariera, której upadek rozpoczął się już na 5-tym prorabstwie.
W łagrach dzieją się czasem rzeczy, które tylko z trudnością zrozumieć może człowiek nie wżyty w to piekło. Na przykład historia Gawryluka.
Przysłano do Gorsłoje więźnia nazwiskiem Gawryluk (Hawryluk). Nikt nie zwracał na niego początkowo uwagi. Aż nagle pewnego dnia zaczęto go szykanować. Spędzono z górnych nar na dolne i zmuszono do spania przy samych drzwiach, w najzimniejszym miejscu baraku. Kilka razy potrącono go niby przypadkowo, ale tak dotkliwie, że musiał iść do felczera. Podczas pracy prześladowały go przypadki. Belki na niego się waliły, spadły deski z nar, najeżdżały taczki...
Tajemnica się wydała. Gawryluk był enkawudzistą, zbroił coś, został uwięziony i skazany. Łagier się o tym dowiedział. Po tygodniu przypadków naczelnik komandirówki odesłał go do innego łagru, bo Gawrytuk był u nas w poważnym niebezpieczenstwie. Odszedł w etap - zupełnie jak Lerman - sam jeden. Wkrótce z Karandy, gdzie Gawryluk pracował następnych kilkanaście dni przyszła wiadomość, że uległ nięszczęśliwemu wypadkowi i zginął. Co to był za wypadek, nie dowiedziałem się nigdy, chociaż przechodziłem potem znowu przez Karandę i wypytwałem starannie. Zakażenie krwi - mówiono.
Wiktor Piotrowski, który został na Prewietlowej, odmroził lekko rękę i przysłano go do Gorełoje. Zresztą wkrótce zrobił zawrotną karierę - został felczerem. Felczer, to prawie taki sam dygnitarz, jak kaptior - żre naleśniki i kaszę.
...Lagierne moje życie obracało się dookoła osiedla Kadak-Czan. I dookoła pewnych, ciągle tych samych raz znikających, to znowu powracających ludzi. Co kilka tygodni dążyłem do Kadak-Czanu z różnych stron i w rożne strony byłem odsyłany. Ciągle spotykałem tych samych ludzi, którzy oddalali się na pewien czas z mych oczu, a potem pojawili się - oczywiście, jak długo jeszcze żyli. Tak było z Piotrowskim, tak było z Derksenem...
Kiedy 23 kwietnia zarządzono w Gorełoje odprawienie, pięciu ludzi na etap, w tej piątce znalazł się Derksen, Piotrowski i ja. I oczywiście jako punkt docelowy: Kadak-Czan.
Tym razem Kadak-Czan, a potem Kedrowa, to były dwa najlżejsze miesiące w moim łagiernym życiu.
