Homo sum, et nihil humani a me alienum esse puto - ale gówien kilofem nie rąbałem. Natomiast pieczętowałem palce trupom.
Zakończył się we mnie okres bardzo konkretny. Wszystko, co dotyczy tego minionego okresu jest dotychczas dla mnie jasne, jak sfotografowane. Każdy dzień zachował kontury. Teraz jeszcze po kilku latach - pośród nocy rozbudzony nagle umiałbym natychmiast odpowiedzieć na pytanie - co na przykład działo się dnia 21 sierpnia 1940 roku pod tym względem nie można mnie zaskoczyć, jak nie potrafiło mnie zaskoczyć żadne nocne śledztwo. 7-go października 1940 roku - dokładnie w pierwszą rocznicę mego aresztowania - umarł Henryk i data ta zamyka pewien okres mego niewolnictwa.
Wszystko, co się dzieje potem, jest dla mnie jednym kłębowiskiem przeżyć, nieustanną monotonia tragedii, ustawiczną szarpaniną w sieci, którą na mnie zarzucono.
Dwa pragnienia, wyłacznie tylko te dwa żyją we mnie potem: wieczorne, aby w nocy nie umrzeć - poranne, oby wieczorem zjeść pajdę chleba!
Po roku dołączy się trzecie pragnienie: - w o l n o ś c i.
Po śmierci Henryka mała grupka tak zwanych dochodziagów szła wśród mrozu, który rozszalał się na dobre. Dochodziaga bardzo piękne miejscowe wyrażenie, określa człowieka, który dochodzi do kresu sił i gaśnie nie na skutek jakiejś zdecydowanej, złośliwej choroby, ale z braku witamin, z głodu, nędzy i wyczerpania.
Szliśmy pół-żywi, obok kopalni złota, a popędzał nas strażnik, który całymi latami był dobrze odżywiany i całymi latami nic nie robił, któremu zaś śpieszyło się, bo marzł w swoim kożuchu...
Minęliśmy osadę Frołcz i przechodzili obok najstraszniejszych ze strasznych obozów pracy, mianowicie obok kopalni złota. Oparte o drogę olbrzymie zbiorowiska baraków, otoczonych drutami kolczastymi. Charakterystyczne wyżki, to jest wzniesione na kilkumetrowej wysokości słupach budki strażnicze. Dziesiątki bram, zaczerwienionych od setek haseł i sloganów, które niewolników zachęcić mają do pracy.
- Ojczyzna potnebuje metalu! Ojczyzna potrzebuje metalu! - ciągle, co kilkadziesiąt, co kilkaset metrów. Krzyczały dziesiątki innych wezwań, widniały potwornych rozmiarów tablice z nazwiskami rekordzistów, ale wołanie.. że ojczyzna potrzebuje metalu (a metalem tym jest akuratnie złoto) wybijało się ponad wszystkie inne. W jaki zaś sposób ojczyzna... wydobywa złoto, będziemy mówić w odpowiednim miejscu.
Opodal jednej z bram - zamarzamy psychicznie conajmniej tak, jak jesteśmy zamrożeni fizycznie. Sielankowy obrazek: Robociąg: wychodzą z łagru na robotę. Pełny szablon: pierwsza, druga, trzecia, - dozorcy - psy. Wyprowadza ich orkiestra! Koło bramy kilkunastu oberwańców, trzymających w rękach instrumenty muzyczne - zaczynają grać.
Jest nie więcej, jak 35° stopni mrozu, ale to chyba wystarczy? Czy można grać na takim mrozie. Muzykantom łzy kapią z oczu na instrumenty, a my drżymy, widząc gołe, bose ręce przytulone do metalowych trąb. Wzdycham. Przynajmniej tych drwin nam oszczędzono, orkiestra, to dla mnie zupełna nowość... ścigają nas dychawiczne dźwięki jakiegoś marsza. Mróz je ścina w przeczystym powietrzu.
Jeszcze łagry i łagry - (w tej sławnej dolinie Czan-Uriańskiej pracuje około stu tysięcy ludzi) - a potem wreszcie szpital. Szpitalom - na tle tej beznadziejnej nędzy - muszę napisać pochwałę. Obojętne, jaki to jest szpital - nora w więzieniu, czy barak-stajnia na kole podbiegunowym. Czy leży się na nieprzykrytych niczym deskach, czy też - bo i takie niewiarygodne zdarzają się wypadki! - na łóżkach prawdziwych. W tym rzecz, że zmaltretowany człowiek kładzie się i przestaje myśleć.
Nie znęcają się dozorcy, nie ma zbiórek porannych i wieczornych, mało się krzyczy, mało klnie, nie ma opryszków, uganiających się z drągami i przetrącających kości.
Lekarstwa w tych szpitalach się nie liczą. Cisza, spokój, względna czystość i lepsze jedzenie - różne w różnych szpitalach - bo w tym jednym jedynym miejscu nikt nie pyta o normy.
Jeśli zaś w dodatku felczerem jest Polak, jak w tym właśnie szpitaliku na trzecim prorabstwie! Ten sam, który w Polsce omal nie ukończył kursu dla sanitariuszów, a w Kodak-Czanie został profesorem medycyny. Porządny chłop! Zaledwie mnie położono, przyniósł konserwę rybną a ja nie przypuszczałem nawet, że takie istnieją, potem - naleśnik, z cukrem, garść cukierków, a pod poduszkę wsunął 20 rubli. Można tu było bowiem codziennie dokupić kilogram chleba tzw, łarkowego (łariok - sklepik).
Ten szczęśliwiec był, jak ja, więźniem, ale więźniem życiowym bytowikiem, albowiem okradał wagony. Na dobitek naczelniczka zdrowia, była jego kochanką - równocześnie zresztą darząc względami kilku innych zakluczonych (więźniów) i niezakluczonych. Pokój jasny, ciepły i duży, a szpitalik wogóle najbardziej szpitalny ze wszystkich, jakie widziałem. Leżało ośmiu chorych: trzy łóżka po jednej stronie, pięć po drugiej. Po mojej stronie leżeli: Tadżik, Polak (to ja), Holender (Salomon Derksen) -. po drugiej: Ukrainiec, Grek, Kazach, Gruzin i ruskij czełowiek Miniaturowa wieża Babel. Najgorzej było z Grekiem, bo nie było nadziei na jego wyleczenie, najlepiej z Ukraińcem, który symulował trachomę, cierpiąc jedynie na zapalenie spojówek, których w żaden cudowny sposób nie dało się wyleczyć. Ale i w tej oazie spokoju trwała męczarnia. Zaczynała się każdego dnia rano po umyciu się i śniadaniu:
- Czy już dziś wypiszą mnie ze szpitala? Czy dziś mnie wyrzucą?
I czy będę musiał wrócić na tę samą komandirówkę, na której umarł Henryk?
Codziennie udręka na ten temat i niepokój. Aż wreszcie przychodzi ten dzień, bo przecież przyjść musi nieuchronnie. Trzeba znowu włożyć na siebie łachmany i iść z powrotem koło kopalni złota, drogą budowaną na złocie.
Dziesiętnik stwierdzi
- Wot, charaszo! Wróciliście z remontu!
Może to oznaczać, że liczysz się tyle, ile maszyna, istotnie - liczysz się mniej. Nie ma już w tobie człowieczeństwa i milion razy mniej wart jesteś niż maszyna, a tysiące razy mniej niż zwierzę. Ile razy na komandirowce zabraknie żywności, tobie odbiorą chleb, aby konie mogły otrzymać po półtora bochenka trzy razy dziennie. Albowiem człowiek jest zwierzęciem najbardziej z pośród wszystkich zwierząt wytrzymałym - co jest refleksją tanią, ale prawdziwą wypróbowaną i potwierdzoną.
Potem - ten sam zabój w którym umarł Henryk. Nie pomagają protesty. Śmierć człowieka, wogóle się nie liczy. Ciągle pracuje nas trzech Polaków: Wiktor Piotrowski, Jan Kruszyński i ja. Jest oczywiście i Salomon Derksen i nowy nabytek, jakiś opryszek imieniem Kola.
Nie wiadomo, czemu to przypisać, ale pewnego dnia dziesiętnik, Uzbek, oświadcza mi, że mogę nie wyjść na robotę i otrzymać dodatkową porcję chleba, bodaj że cały kilogram, jeśli obejmę funkcję asenizatora. Zawsze w łagrze znajdzie się taki zdechlak, który rąbie łajna kilofem. Za co połucza większą porcję zupy i tę dodatkową porcję chleba.
Ponieważ na to mogę się nie zgodzić - nie godzę się.
... Kiedyś - za rok - pojdę sam na ochotnika, do odciskiwania nieboszczykam palców. Nie dam się nigdy zapędzić do czyszczenia kloak. Bez jakiegokolwiek wrażenia smarowałem umarłe palce czarną mazią i odbijałem na odpowiednich formularzach. Nie neciła mnie machorka, ani chleb; może chciałem zobaczyć, jak ja bede wygladał po śmierci, leżacy w izolatorze? Wtedy zazdrosciłem tym dwom umarłym! Napisałem te słowa. Czytam je, patrze na nie, oglądam. Dziwię się im dzisiaj. Trudno mi w nie uwierzyć dziś... Zimno szło coraz groźniejsze i wiatr. Z wieczora zaczynały się rozmowy.
- Mróz bierze jeszcze silniejszy niż wczoraj, może nas zdejmą z roboty?
Obowiązuje bowiem przepis że więźniowie mają być zdjęci z roboty, jesli mróz przekracza 53° stopnie Celsjusza. Któż atoli ma oznaczyć te stopnie? Pewnie termometr? Ba, ale termometr sam w sobie jest instrumentem dziwacznym i bezdusznym. Przemyślność miejscowej administracji sprawia na przykład, że na komandirówce istnieje wprawdzie termometr, ale skala kończy się na 50° stopniach C minus. Gdzie indziej termometr wisi w kotlinie, osłoniętej górami i w najbardzej zacisznym miejscu.
Sam termometr jest jednak instrumentem, któremu daleko do doskonałości. Pewnego dnia - jedyny raz - widziałem na uczciwym termometrze 76° stopni C minus. Ku własnemu zdumieniu chodziłem tego dnia rzeźki, świeży, zupełnie nie obłąkany, ani trochę nie przerażony. Czapkę, twarz, brwi i rzęsy, szmatę na ustach i na nosie mróz tak oblodził, że nie mogłem głową poruszać, z ust wydobywał się oddech ze siwistem lokomotywy. W ciągu dłuższego czasu przez kilka godzin, chciało mi się lać, ale wstrzymywałem się wszystkimi siłami. Wreszcie musiałem. Strumień, padając na drogę, dzwonił, jakby marzł w powietrzu.
Główną wadą termometru jest, że nie notuje wiatru. Przy ściślejszych obserwacjach odnosi się wrażenie, że rejestruje w jaki biurokratyczny sposób tylko wysokość mrozu, a nie jego - że tak powiem - siłę, czy natężenie. Lekceważy wiatr, który jest potworniejszy od wszystkich mrozów. Ten wiatr, który ciągle chodzi za nami, ogarnia nas i obejmuje. Jest poza nami, jest obok nas, ale jest i na nas i w nas. Lirycznie możnaby powiedzieć: w duszy hula i w sercu. W imię prawdy należy dodać: hula po odwadze i załamuje ją, hula po nerwach i rwie je w strzępy
...
Mróz więc rośnie, a my codzienne chodzimy do naszego naboju. Mróz pogania wiatrem. Wiatr pogania mrozem. Nie wypracowujemy normy i jesteśmy na ostatnim kotle. Zresztą w tej chwili norma to tylko czarna magia: wszyscy są na jednym kotle, a cała różnica polega na tym że otrzymują sto, czy dwieście gramów chleba więcej niż my, Kocioł zaś, to woda zaczyniona lekko mąką i łyżką krup.
Od wierzchu w ścianę Koła wbija ciężkim młotem kliny. Od spodu Derksen i Piotrowski podkuwają zamarzniętą na skałę ziemię kilofami. Ta ziemia jest właściwie żwirem i usypiskiem. Wożę taczki wraz z Kruszyńskm.
Noc wydłużała się, dzień trwał coraz krócej. Wsród głębokiej ciemności budzono nas do roboty. Wsród czarnej nocy, po powrocie z pracy stawaliśmy w ogonku po chleb przed piekarnią, a potem przed kuchnią po zupę.
Dzień pierzchał z przed oczu. Słońce ukazywało się na czas coraz krótszy i nisko pełzało nad wzgórzami. Mróz rósł coraz straszniej. Kiedy już kilkanascie razy miałem odmrożony nos, sporządziłem sobie naustnik i nanosnik. Co chwila jeden spozierał na drugiego i raz po raz alarmował:
- Twój nos jest biały - uciekaj od ogniska i nacieraj śniegiem! Na uszach miałem czapkę, chociaż starą, ale porządną. Nosiłem watowane spodnie, watowaną bluzę, na tym jeszcze watowaną kurtkę. Na nogach tak zwane burki tj. obuwie uszyte z worka i opatrzone w wojłokowa podeszwę. Ówczesny nasz ekwipunek był znakomity, jak z tego widać.
Rano zawsze ktoś wynosił z baraku podziurawiony kociołek z rozżażonym węglem drzewnym. Natychmiast na miejscu pracy, w naboju, zakładaliśmy ognisko. Jeśli udało się ukraść kilka szczap z przed piekarni, lub z przed baraczku naczelnika, przynosiliśmy te szczapy w zanadrzu i sprawa rozniecenia ogniska była ułatwiona. Codziennie jeden rozpalał ognisko, a dwaj inni udawali się w najbliższą okolicę, aby zdobyć drzewo. Dopiero kiedy już ognisko - kołymskij kastior - zapłonęło wielkim płomieniem, przystępowaliśmy do pracy. Doświadczenie uczy. Ściana naboju, zostawiona na noc, zamarzała na skałę. Trzeba ją było następnego dnia kuć kilofami, łomami, trzeba było wbijać kliny i meczyć się. Wpadliśmy jednak na pomysł ażeby nie wywozić wszystkiej ziemi z wieczora, ale przy samej szkarpie postawić osypisko. Na drugi dzień, po wywiezieniu osypiska, które zdążyło zamarznąć w olbrzymie bryły, docieraliśmy łatwiej do ziemi, która w ciągu nocy miała ochronę przed mrozem.
Wyrabialiśmy ciągle mniej, niż 50 procent normy. Norma wynosząca 9.30 kubometra na człowieka, wydawała się nam fantastyczna. Ażeby nasze zwieno zdołało w ciagu dwunastu godzin pracy wywieźć, 46 i pół kubometra ziemi, nawet marzyć nie mogliśmy (i nie zamierzaliśmy). Gorzka satysfakcja: obok nas z obu stron pracowali niedawni stachanowcy, rekordziści z Kadak-Czanu i z 7-go prorabstwa. Jeszcze dwa miesiące temu, a może kilka tygodni, zbierali oni pochwały, zażerali naleśniki i dodatkowe porcje chleba, a nazwiska ich figurowały triumfalnie na tablicach, mających za zadanie podjudzanie do pracy. Dzisiaj i oni nie wyrabiają normy, dziś i na nich klnie dziesiętnik i naczelnik, dziś i oni ukradkiem wzdychają i litośnie spozierają w stronę jednej, jedynej nadziei: szpitala. Wtedy to właśnie przyjechało na komandirówkę kilku jakichś naczelników z wyższych władz, którzy zainteresowali się, czy koresponduję z żoną. A potem wydarzył się ów zabawny incydent z kopertą i papierem.
Wreszcie zniżono godziny pracy: z 12-tu na 10. Zapowiedziano, że co dziesięć dni będzie wychodne. Nadzieje, że owo wychodne będzie istotnie dniem odpoczynku, skończyły się szybko. Zaraz pierwszego świętalnego dnia, zabrano się do nas. Część pognano do lasu po drzewo dla piekarni i dla naczelnika, potem wszystkich po drzewo na własny użytek, do wspólnego baraku. Większą grupę więźniów zapędzono do sprzątania śniegu w obrębie obozu, do obsypywania budynków śniegiem, który chronić je miał przed mrozami itd. Pracowaliśmy tego dnia zamiast dziesięciu godzin conajmniej osiem.
Tyle, że można było wpaść do baraku i ogrzać się.
W jeden z takich łagodniejszych dni gruchnęła wiadomość że kaptior upił się i sprzedaje chleb każdemu, kto się zgłosi. Była to wiadomość podwójnie sensacyjna
- bo to i pijany, i sprzedaje! O czymś podobnym dotąd nie słyszałem, chociaż zakończyłem pół roku doświadczeń łagiernych. Kaptior, czyli jakby intendent prorabstwa - to przestępca kryminalny i największy dygnitarz na komandirówce. Miał bliższy dostęp do produktów i do machorki niż naczelnik, więc kradł częściej i więcej. Nie raz naczelnik pożyczał machorkę od strażników, a strażnicy palili niedopałki - podczas gdy kaptior kręcił cygara długie, na kilkanaście centymetrów, grube jak palec u ręki, sypiąc bogato machorkę w gazetę. Popędziłem i ja do pijanego kaptiora. Stałem w ogonku czwarty, albo piąty. Poza mna pchało się jeszcze kilkunastu. Przede mną taka rozmowka:
- Czego chcesz?
- Odpuście, Aleksander Pawłowicz, kilogram chleba...
(Tam się nie sprzedaje, tam się odpuszcza czyli odstępuje).
- Rżnij, Iwan!
Petent zapłacil rubla, złapał kilogram chleba i poszedł. Za nim następny. Wreszcie przyszła kolej na mnie.
- Czego chcecie?
- Odpuście mi kilogram chleba.
Pada odpowiedź na dobrze znaną nutę:
- Ty Polak! dwadzieścia lat żarliście i dobrze wam się powodzjło, teraz możecie pogłodować!
I do następnego:
- A ty czego chcesz?
- Odpuście mi kilogram chleba!
- Iwan rżnij.
Upływały smutne dni w łagrze i bardziej męczące w tragicznym zaboju Henryka. ściana tego zaboju cofnęła się poważnie w tył, głębiej. Ziemię trzeba było wozić trzydzieści, potem czterdzieści, wreszcie pięćdziesiąt metrów. Taczka po taczce sunęła po desce z zaboju poprzez drogę. Wysypana ziemia spadała w dół i - niknęła. Wywieźliśmy cały pagórek, a na drodze nie było śladu naszej pracy.
Głód doskwierał mocno, a tuż obok obozu nocami wśród zmierzchów i świtów krzyczały kuropatwy i tysiące ich śladów spotykało się na każdym kroku. Gdy pewnego razu dwie kuropatwy wyrwały się z pod moich nóg tak osłabłem z wrażenia, że usiadłem w śniegu.
Białe ptaki o czarnych czubkach na głowach i czarnych piórkach w ogonkach. To nie zachwyt ornitologa tak mnie osłabił... W baraku kradziono nagminnie - zaczęły się egzekucje, lyncze łagierne. Więzień, który ukradł nie był członkiem żulia, lecz kontrrewolucjonistą, niedawnym członkiem partii, ideowym inteligentem i obkutym bolszewikiem.
Przed miesiącem zaledwie, stawiano go za wzór, jako rekordzistę i stachanowca, a teraz stał się dochodziagą. Nazywał się Bronsztajn i twierdził z uporem, że tylko nazwisko go zgubiło. Sledowatiel wmawiał w niego że jest kuzynem Trockiego i igraszki te zakończyły się wyrokiem na dziesięć lat.
Bronsztajna złapano na gorącym uczynku i zbito kołami. Masakra - że też człowiek może znieść i przetrzymać coś podobnego? Ponieważ wkrótce po śmierci Henryka ustanowiono felczera na naszym prorabstwie, Bronsztajn dowlókł się do niego i otrzymał... dwa proszki aspiryny. Ran nie opatrzono, bo bandaża wogóle nie było. Bronsztajn nietylko nie zdołał dostać się do szpitala, ale nawet nie otrzymał zwolnienia od pracy, ani na jeden dzień.
Jak w życiu każdego obywatela Z.S.S.R., tak i tym bardziej w życiu więźnia, który edukuje się w wychowawczym obozie pracy, nigdy nie wiadomo co przyniesie noc... Noc z 9 na 10 grudnia przyniosła odmianę. Przyjechała komisja i zostałem wyznaczony' na lochkij trud, na lekką pracę. Utworzono wielki etap, zebrano kilkudziesięciu ludzi: przyjechał samochód i zabrał pierwszą część, a potem powrócił po drugą. Zawieziono nas do Kodak-Czanu, a stamtąd piechotą poszliśmy na komandirówkę aż na sam koniec świata, tak mi się wowczas uzmysławiało i tak do tej chwili trwa we wspomnieniach.
