Cztery kilometry stąd - osiedle Frołcz. Złoto! Kotlina, po której się poruszamy - przeszedłszy przełęcz na 6-tym prorabstwie - nazywa się doliną Czan-Uriańską. Dolina złota. Droga, którą zastaliśmy lekko nadsypaną, zbudowana jest w niektórych miejscach na złocie! Pośpiech nie pozwalał na sypanie jej z przemytego gruntu, wobec czego zwozono świeży i złotodajny, wydobyty wprost z łożyska rzeki Uria.
Złota droga ma jedyne zadanie i jeden sens: ułatwić dostęp do pryisków, czyli odkrywek złotowych. Służy jako połączenie z kopalniami węgla w Arkagale, jakieś pięćdziesiąt pięć kilometrów stąd, a jedenaście km. za Kadak-Czanem na północ.
Założyliśmy na nowo własne zwieno, tym razem pod umówionym hasłem: Mniej jeść, ale mniej pracować. Zmartwychwstało zagadnienie: Normy, chleb i kalorie.
Kierownikiem tego naszego nowego zwiena (zwie się taki buńczucznie: zwienowoj), został inż. Henryk Sierosławski. Członkowie: Wiktor Piotrowski, Polak z Mińska, Sałomon Sałomonowicz Derksen, Jan Kruszyński z województwa białostockiego - i ja. Sałomon Sałomonowicz Derksen pochodził z osadników holenderskich, sprowadzonych jeszcze przez Katarzynę Wszeteczną i był trywialnym, nieogolonym portretem Buddenbrocka.
Postawiono nas w zaboju, skąd niedaleko mieliśmy wozić taczki. Zabój był rozkopany: triapy czyli deski, po których mamy wozić ziemię, wiodły poprzez drogę na drugą jej stronę. Tam stromym zboczem zbiega skarpa kilkunastometrowa. Zadaniem naszym było poszerzać drogę, żartowaliśmy:
- Tu nam wystarczy roboty do końca wszystkich naszych wyroków, a jeszcze potem przyjdą inni i też będą musieli pracować. Zawartość taczki wyrzucona na skarpę, znikała. Setka taczek nie pozostawiała najmniejszego śladu - a droga miała być w tym miejscu poszerzona o całe dwa metry.
Przyszliśmy na piąte prorabstwo 22 września, kiedy śnieg leżał już wysoko, a mrozy zaczynały niebezpiecznie atakować.
W pierwszych dniach października mróz doszedł do 25 stopni, potem do 30-tu. Rzeka zamarzła i dla nabrania wody trzeba było rabać przeręblę. Pracowaliśmy na wzgórzu, rwąc ziemię i wożąc ją taczkami poprzez drogę. Kruszyński, Piotrowski i Derksen przygotowywali grunt, rąbali ścianę zmarzniętej ziemi od dołu kilofami, a z góry wbijali żelazne kliny. Urywały się kawały gruntu, zmarznięte na skałę. Henryk i ja wywoziliśmy po mniej więcej 80 taczek dziennie, przyczym nie wyrabialiśmy normy - w sumie nasze całe zwieno nie miało nigdy więcej, niż 45 procent. Byliśmy na najgorszym kotle i marzyć nie mogliśmy nawet choćby o stu gramach dodatkowego chleba. Machorki nie sprzedawano nam i tylko kombinacje Jana Kruszyńskiego ratowały sytuację.
Inżynier Henryk Sierosławski zmarł dnia 7 października - 1940 roku, wytrzymawszy niewolniczą pracę 4 miesiące i 7 dni. Miał 31 lat, gdy umierał. Mimo, że patrzyłem na to, nie wiem jak to się stało, do dziś dnia nie mogę sobie tego odtworzyć. Jeszcze w rok potem i później w różnych okolicznościach dopytywali się obcy ludzie ze współczuciem:
- Opowiedż, jak umarł człowiek, z którym jadłeś?
Człowiek, z którym jadłeś - określenie to w niewolnictwie oznacza najwyższy stopień przyjaźni dwóch, trzech, czy czterech ludzi tworzy w lagrze wspólnotę taką, że dzielą się każdą łyżką zupy, każdym kawałkiem chleba, czy mizernym śledziem.
Niestety! to była taka prosta sprawa - ta właśnie śmierć Henryka...
Już na siódmym prorabstwie widziałem, że jest z nim źle. Zwieno Stachanowców do którego wstąpił, wyciągało po 130 procent i więcej.
Przypuśćmy, że w rzeczywistości wypracowali nie więcej niż 80-90 procent, a resztę dorabiał im ołówek dziesiętnika - i tak były to rekordy. Nikt zaś tak nie pilnuje towarzysza pracy, jak jego własni współpracujący. Kontrolują każdą łopatę, każdą taczkę. Łopata musi niesć maksymalny ładunek, a taczki muszą być wypełnione do możliwie najwyższych granic. Właśnie najbardziej szykanowali Henryka towarzysze pracy.
Tutaj na 5-tym prorabstwie Henryk szukał rzeczy słonych. Największym dla niego przysmakiem był śledz. I pił wodę. W naszym zaboju - jak i we wszystkich zabojach kołymskich - płonęło zawsze ognisko kastior, i gotowaliśmy wodę całymi bańkami. Henryk pił i pił, po kilkanaście razy na dzień.
- Niech nie pije tyle wody - zwracano uwagę - przypilnuj go!
Nie bardzo orientowałem się, co ma oznaczać to ostrzeżenie. Henryk gniewał się na mnie, ile razy go powstrzymywałem.
Czwartego październska zeszliśmy wcześniej z pracy za zezwoleniem dziesiętnika i wtedy z Henrykiem było już źle. Przyznał się, że jest chory i że czuje się fatalnie. Dnia tego na niego przypadała kolejka, aby szedł po chleb dla mnie i dla siebie. Poszedłem sam. Z trudem nakłoniłem go, żeby poszedł po zupę. Sądziłem, że może ruch, że może siła woli, że może przymus wysiłku...
Tak się tym razem nam powiodło, że przyszedłszy na komandirówkę najwcześniejszym etapem, zajęliśmy w pustym wtedy jeszcze baraku znakomite miejsca. Tuż koło pieca i na górnych narach. Henryk z prawej strony koło mnie. Tego wieczora Henryk usiadł na swoim miejscu, opuścił nogi i zaczął bełkotać. Mówił, jak nieprzytomny, oczy mu wyszły z orbit i doprawdy - ja tego wszystkiego nie rozumiałem.
W łagrze wtedy nie było nie tylko lekarza, ale nawet felczera. Poszedłem wtedy do buchaltera - zresztą Polaka z Kijowa - i zakomunikowałem mu, że Sierosławski jest chory. Buchalter miał powierzony sobie uniwersalny instrument do badania chorób - termometr. Przyszedł do baraku i zmierzył Henrykowi temperaturę. Nie tylko nie było gorączki ale stwierdziliśmy poważną zniżkę temperatury.
Buchalter nie miał wprawdzie prawa zwalniać od pracy ale, że Henryk był ciągle i w sposób widoczny na wpół przytomny - zaryzykował i udzielił mu zwolnienia.
5-go października wyszliśmy na miejsce pracy bez Sierosławskiego, który został w baraku.
Wydawano wtedy zupkę rano i zupkę wieczorem a w południe wrzątek. Ponieważ pracowaliśmy zaledwie o 150 metrów od łagru. Przychodziliśmy w południe do baraku na tę gorącą wodę, chociaż nikt z nas nie miał już ani kawałka chleba z porcji, wydanej poprzedniego wieczora.
Kiedy tego dnia przyszliśmy w południe do baraku, Henryk czuł się lepiej. Był zupełnie normalny, mówił przytomnie, a nawet żartował. Był tylko fantastycznie głodny. Głód u Henryka przybrał formę psychozy, spotęgowanego samoudręczenia. Zakomunikował nam, że jutro idzie do roboty i nie sposób go było od tego odwieść.
- Ja w baraku z tymi zbirami nie mogę wytrzymać!
Istotnie, mimo iż Henryk siedział w baraku, zostaliśmy okradzeni znowu, tym razem doszczętnie. Zabrano nam ostatni skarb: malutki woreczek kaszy.
... W ciagu pobytu w lagrach, czyli wychowawczych obozach pracy (czyli w katordze) - byłem okradziony 63 razy! Liczyłem bardzo sumiennie. I bywałem okradziony nawet wtedy, gdy sądziłem że już bezwarunkowo nie ma u mnie nic do ukradzenia. Wówczas wyciągnięto mi z kieszeni bodaj kawałek sznurka, lub nędzną, brudną szmatkę...
6-go października Sierosławski wyszedł na robotę i pracował jak gdyby nigdy nic... Derksen, Piotrowski i Kruszyński łamali i kruszyli ziemię i nasypywali taczki, a my z nim ganialiśmy.
W środku rozkopanego dołu, zwanego zabojem, było dość znośnie, bo ściany osłaniały nas od wiatru. Płonęło oczywiście ognisko, przy którym ogrzewaliśmy się i na którym gotowaliśmy wodę. Przyszedł dziesiętnik i obklął nas, że źle pracujemy. Zagroził izolatorem. Własnie bowiem na naszej komandirówce budowano izolator.
Niezwykłe rzeczy działy się przy tej okazji. Mianowicie ani jeden zbir, ani jeden bandzior, ani jeden opryszek, czy rzezimieszek nie poszedł do budowy, chociaż im przyobiecywano dodatkowe porcje chleba.
- My dla siebie izolatorow budować nie będziemy! - oświadczyli i żadne groźby nie pomogły.
Natomiast poszli więzniowie polityczni i to na ochotnika, za dodatkową porcję chleba.
Przypatrywaliśmy się tej budowie. Najpierw wybrano ziemię na jakleś 80 centymetrów w głąb i rozrzucono ją dookoła. Następnie z bierwion wybudowano budynek bez okien i zaopatrzono w silne drzwi. Postawiono w środku - jakby na drwiny - żelazny piecyk z rurą. A potem zaczęła się dziwna procesja. Chodzi kilku ludzi z wiadrami i z rzeki, z przerębli noszą wodę. Wodę tę wylewano w dół, nad którym wzniesiony był izolator. Natychmiast zamarzała, ścinając się w lód. Tak urosła warstwa lodu - może 60 centymetrowej grubości. Potem ten podkład lodowy przysypano cieniutką warstwą żwiru i - izolator był gotów. Nigdy, przy najbardziej nawet upalnym lecie, lód nie mógł stajać. (A do izolatora wsadzano w bieliźnie).
Wieczorem Henryk poszedł po chleb a potem zjedliśmy razem ten chleb i tę zupę, którą nam wydano. Stachanowcy dostali dodatkowo po kilka łyżek kaszy; my oczywiście nie, bo nie wyrobiliśmy normy.
Tragedia wydarzyła się 7-go października, a nic nie zapowiadało, że nadejdzie.
Henryk czuł się bardzo dobrze. Tyle, że - jak mówił - gnębiły go przykre sny. Pożartowaliśmy trochę z tych snów. W południe jak obecnie codziennie - wypiliśmy w baraku gorącą wodę, ogrzaliśmy się i powrócili do roboty. Woziliśmy taczki i osypywali beznadziejnie ziemię w dół. Ognisko płonęło pięknie, bo znaleźliśmy pod sniegiem kilka ściętych pni.
Był wieczór. Najdalej za godzinę mieliśmy być zdjęci z roboty.
I wtedy Henrykowi znowu oczy wyszły z orbit i zaczął bełkotać. Usadowiłem go koło ogniska i oparłem o ścianę zaboju. Jego taczka stała na desce nasypana. Pobiegłem wywieść swoją taczkę, a kiedy wróciłem Henryk podniósł się, podszedł do swej taczki, ujął jej rączki i dżwignął. Przechylił się jednak i taczka wypadła mu z rąk. Zdenerwowałem się i odpędziłem go na dawne miejsce - między ogniskiem, a ścianą zaboju. Porwałem jego taczkę i powiozłem. Wróciłem znów, prowadząc pustą taczkę. Henryk nie siedział prosto, pochylił się na bok prawie jakby upadł. Zapytałem, jak się czuje?
- Mój Boże, będzie chyba nieszczęście - wybełkotał, ale jakby z ulgą i zadowoleniem.
Poderwałem się pełen wsciekłości i rozpaczy. Wrzasnęłem na niego i spojrzał na mnie przytomniej.
Ciemno było i noc - kończyliśmy przecież dwunastogodzinny dzień pracy. Rzekłem do Pruszyńskiego:
- Janie, odprowadź Henryka do baraku!
Pomogliśmy Henrykowi wstać. Pruszyński silnie ujął go pod ramię. Poszli. Wyszli z kręgu światła, rzucanego przez ognisko. Zeszli drogą w doł do łagru, zniknęli w nocy.
Niczego nie przypuszczałem, nawet kiedy rozległ się tupot nóg biegnących po zamarzłej nawierzchn drogi. Sądziłem, że to pędzi dziesiętnik, że zwariował, albo zmarzł i biegnie, aby się rozgrzać mróz tego wieczora przekroczył grubo 40 stopni.
Ale z ciemności wyłonił się Pruszyński:
- Prędko do baraku! Sierosławski nie żyje!
W żaden sposób nie mogłem tego pojąć. Nie zrozumiałem. Chciałem uderzyć Pruszyńskiego za tę obelgę i bluźnierstwo - podniosłem kilof... Prędkie, zdyszane, przerażone słowa Jana sprowadziły przytomność.
- Po kilku krokach Henryk tak osłabł, że musiałem go wziąć na ręce. A kiedy zaniosłem do baraku, był już sztywny i martwy. Na moich rękach stawał się coraz cięższy.
To nie może być prawdą! Zapewne jest to chwilowe osłabienie! Wszyscy pobiegli do baraku. Biegnąc krzyczałem:
- Kamfory! -
W łagrze jednak nie było kamfory, nie było zastrzyków, lekarza, felczera, żadnych lekarstw - był tylko termometr.
A Henryk leżał na dolnych narach naprawdę martwy i już nic na to nie można było poradzić.
Co było potem?
Przyszedł buchalter, dziesiętnik, naczelnik komandirówki. Wyjęto z kieszeni Henryka wszystko, co tam miał: cztery ruble i paczkę machorki. Wręczono mi te pieniądze i tę machorkę.
Potem z Kruszyńskim zanieśliśmy Henryka do izolatora. Był więc pierwszym lokatorem w tym nowo - zbudowanym izolatorze. Na szczęście już nie żył.
Co się działo 8-go października - nie pamiętam. Jak przez mgłę przyćmiona moja świadomość notuje, że mnie wypędzono na robotę. Ale chyba nie pracowałem? Zdaje sie, że siedziałem na boku, obojętny na to, co się ze mną i koło mnie dzieje.
Przychodzili ludzie z innych zabojów i dawali mi machorkę. Ktoś obcy wywiózł za mnie kilka taczek - a było to tak niezwykłe, tak nadnaturalne w kraju i w warunkach, gdzie nikt za nikogo pustej łopaty nie podniesie, że nie mogę się mylić co do tego drobnego szczegółu...
Wieczorem zawołano mnie do kantoru.
Siedziała tam kobieta, niby lekarz, która była za wraczebnego uczastka, czyli naczelnikiem wydziału zdrowia w całym naszym uczastku. Z medycyną miała tyle wspólnego, ile ja z kanadyjskimi pięcioraczkami - wiem, że istnieją. Mówiła po polsku. Zdążyłem jej tylko powiedzieć:
- Czemuście wczoraj nie przyjechali? Albo przedwczoraj?
Zbadała nas wszystkich. Całe to badanie było jednym wielkim idiotyzmem, ale skorzystaliśmy na tym tyle, że Derksena i mnie odesłała do szpitala.
Kiedy już leżeliśmy w szpitalu na czystej poicieli - nareszcie mając co jeść, myślałem o Henryku - i rzecz nie do uwierzenia nie doznawałem żadnych odczuć. Od pierwszej minuty przerażała mnie świadomość najstraszniejsza, że po pewnym czasie muszę wrócić na tę samą komandirówkę, na to samo miejsce...
Wróciliśmy po trzech tygodniach.
- A, przyszliście z remontu? - przywitał nas dziesiętnńk.
Jan Kruszyński, opowiedział co się stało po naszym odejsiciu do szpitala.
Jan jest prostym człowiekiem, a prości ludzie opowiadają te sprawy bardzo dokładnie:
- Nie mogłem dopuścić nikogo do Henryka. Sam go umyłem, sam mu pieczętowałem jego palce, sam zaniosłem na Frołcz. Tam dokonano sekcli zwłok i pochowano Henryka.
Dokładnie jednak nie wie Jan gdzie jest grób Henryka. Gdzieś w hałdach przemytej ziemi na kopalni złota.
Inżynier Henryk Sierosławski mówił sześcioma językami. Skonczył Wyższą Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Był w Anglii kiedy zaniosło się na wojnę. Bardzo się śpieszył, aby zdążyć - uważał, że wojna bez niego - obyć się nie może. Dwa razy uciekał z niewoli niemieckiej, raz uciekł z niewoli sowieckiej.
Sierosławski wraz z Ludwikiem Jedlewskim wybrali się za granicę. Siedzieli w Kosowie w pensjonacie, grali w domino i czekali na przewodnika. Przewodnik nie przyszedł, natomiast przyszli enkawudziści i zaaresztowali ich.
Obaj znaleźli się na Kałymie, obaj na Kałymie zostali.
Ludwik Jedlewski rownież umarł na pryisku czyli na kopalni złota. Nie mogłem oczywiście być świadkiem jego śmierci ale mam dokładne i sprawdzone relacje.
Pracował niedaleko od nas - wyniszczony, zagłodzony na śmierć.
W kopalni złota przyznawane są premie gdy ktoś znajdzie grudkę, czy bryłę złota. Opowiadano, że Ludwik znalazł taką bryłkę - miał to być samorodek wielkości pięści. Trudno powiedzieć - ile tej wielkości bryła tego przeklętego metalu mogła ważyć. Wiem jednak, że gdyby ją był oddał dziesiętnikowi - czekała go premia, dodatkowe porcje chleba, a może cukru, cukierków, czy nawet tłuszczu trochę lub konserwy?
Tylko, że Ludwik tej bryłki nie podniósł. Rozejżał się dooknła czy kto nie widzi i... kopnął ją, jak piłkę! Bryła poleciała w bok i wpadła w hałdy ziemi, już przepłukanej. Do końca istnienia świata chyba już jej nikt nie odnajdzie.
Za tę nienawiść do złota, za nienawiść do własnego złotego niewolnictwa - Jedlewski poniósł śmierć!
...Kiedy powróciłem do wolności i życia trzeba było wielu rzeczy wprost uczyć się na nowo. I chociaż niektóre szczegóły poprzedniego, przedkołymskiego życia pamiętam jakby były wydrukowane w miom mózgu - to jednak ciągle jeszcze uczę się, czytam i słucham, słucham. Książki, czasopisma, ludzie przywracają kształt sprawom, wypędzonym ze mnie, rzekomo bezpoworotnie, przez awitaminozę.
Niekidy bez żadnej podniety z zewnątrz - odnajduję się w mojej pamięci jakiś szczególik, jakiś drobiazg, którego na pewno jeszcze przed chwilą jeszcze w niej nie było: nagle na nowo wiem coś, co wydawało się być na zawsze dla mnie stracone. Kiedy indziej najdziwniejsze, nieoczekiwane skojarzenia sprawiają, że zmartwychpowstają w obumarłych do niedawna zwojach mózgu sprawy umarłe: nazwiska, postacie, fakty.
Te powroty pamięci przeżywałem i (przeżywam jeszcze) jako emocje nieodmiennie wzruszajace. Rewitaminoza - komórki wspomnień, uroczy lub straszliwy lamus, otwiera się nagle dla mojej świadomości.
Po wielu latach od tragedii Henryka, już w Palestynie, wpada mi w ręce jakieś czasopismo. Czytam w nim wspomnienie o okropnej śmierci Józefa Sierosławskiego, zamęczonego przez bolszewików w 1919 roku. Jak blask natchninia zrozumienie:
- Józef Sierosławski, toż to ojciec Henryka.
Dziesiątki setki razy przy prowierkach słyszałem.
- Sierosławskij, Genryk Jósifowicz, Statia... itd.
Wśród wielu swoich opowieści, Henryk nigdy o śmierci ojca nie wspomniał. A ja, chociaż dawniej, przd naszym spotkanim się, czyli kiedyś w poprzednim swoim życiu, o tym na pewno wiedziałem - nie potrafiłem tego skojarzyć wtedy. W kryminale w lagrze, nawet w obliczu wstrząsającego faktu: zgonu Henryka...
Zaczynam wyłuskiwać jądro tragedii. A więc: nie tylko głód i bardziej od niego mordercza psychoza głodowa? Może poczucie fatalizmu? Może uraz psychiczny że z tych rak, jak z objęć szatana - ujść nie można...?
Minęło znów kilka lat. Odpisuję na list matki Henryka która mnie jakimś cudem odnalazła:
Upłynęło siedem lat a ja jeszcze dziś spokojnie o tem pisać nie mogę. Proszę przyjąć mój skromny udział w swojej wielkiej żałobie. Henryk był wyjątkowym człowiekiem, to też, kiedy myęlę o tym wszystkim i ile razy, ogarnia mnie nie tylko żal, nie tylko żałoba...
Po co te podziękowania? Odpisuję jeszcze raz:
...Czułem niepokój, czy może niezbyt oszczędzałem ucuć Pani. Miałem wyrzuty sumienia czy nie pisałem za bardzo po męsku i czy ze zbyt wielką pasją, jaka mnie ogarnia zawsze, ile razy o tym myślę. Albowiem, kiedy myślę o tych sprawach, uczucia moje dalekie są od cichej rezygnacyjnej kontemplacji.
Sądzę, że po to mi było danym wyjść stamtąd, aby wyciągnąć odpowiednie wnioski kiedykolwiek nadaży się okazja i w jakiejkolwiek fornie...
Stwarzam właśnie okazję i wybieram formę: piszę niniejszą księżkę...
