Prawdziwy głód panował na tej naszej komandirówce. Były dni, w których wcale nie wydawano chleba. Kiedy indziej wydawano po trzysta, dwieście gramów. Rzadko kiedy czterysta.
Nasze zwieno pracowało źle, więc spotykało się z ciągłym szykanami dziesiętnika. Kucharz kradł i dziesiętnik kradł. Całymi dniami smażyli naleśniki, nie krępując się, że na to patrzymy. Zażerali się naszymi produktami, a my rano i wieczorem otszymywaliśmy zupę, to jest wodę, zabarwioną jedną, czy kilkoma łyzkami mąki i to było całym naszym jedzeniem, oprócz skąpych racji chleba - o ile chleb był.
Wowczas Henryk Sierasławski doszedł do wniosku, że tego nie wytrzyma.
Po pewnym czasie odżywianie poprawiło się nieco, ale tylko dla stachanowców, dla rekordzistów. Ludzie, którzy dzięki swoim mięśniom, a jeszcze więcej dzięki życzliwemu ołówkowi dziesiętnika, wyciągali ponad 100 normy, zaczęli otrzymywać nawet pełne siedmiusetgramowe porcje chleba.
Wtedy Henryk oznajmił, że rozwiązuje nasze zwieno i przenosi się do Stachanowców.
8tworzyliśmy przeto nowe zwńeno: Wiktor Piotrowski, Salomon Derksen, jakiś Ukrainiec i ja. Było to tak zwane zwieno pomocnicze, tylko, że nasza pomoc była bardzo iluzoryczna. Dziesiętnik wyprawił nas w tajgę i kazał zdzierać mech. Podał, że norma na człowieka wynosi 83 metry kwadratowe na dzień, naklął, nagroził i poszedł, a my natychmiast na grzyby! Całe bowiem ich masy rosły opodal miejsca, gdzie mieliśmy pracowac. Zapłonęło ognisko i zawisły nad nim kociołki - aż zapach pływał po lesie. Tegoż dnia wzięliśmy się tak ostro do roboty, ze we czterech wykonaliśmy... połowę normy na jednego człowieka.
Bezczelnośc - wprost metafizyczna! Dziesiętnik, który wieczorem przyszedł nas zdjać z roboty, kiedy zobaczył efekt naszej pracy, załamał się nerwowo. Osłabł z wściekłości.
- Jakie więcej mogliśmy wyrabotać, kiedy miejsce było nie wykarczowane - tłumaczyłem dobrotliwie jak mogłem i umiałem.
- Jak to, nie wykarczowane?
- Przecież na samym środku rosły drzewa!
- Jakie drzewa, co za drzewa?
Kilka godzin temu, ująwszy za gałęzie, wyciągnęłem lewą ręką niewielkie drzewko i odrzuciłem na bok. Teraz podchodzę do tego drzewa, które mogłoby rosnąć u ciotki w salonie w drewnianej doniczce. Podniosłem i pokazałem je dziesiętnikowi.
- Proszę, jakie drzewa tu rosły!
Wprawdzie mnie nie uderzył, ale spojrzał tak, że postanowiłem odtąd kpić mniej zuchwale, a bardziej dyskretnie.
Tego wieczora przyniosłem do namiotu pełny kociołek grzybów dla Henryka. Oprócz tego na miejscu pracy każdy z nas zjadł po dwa kociołki grzybów. Brak soli wcale nie przeszkadzał - grzyby smakowały, jak najlepsza potrawa.
Następnego dnia nasz młody Ukrainiec, suchotnik, nazbierał grzybow i zjadł, poczem legł i wygrzewał się na słońcu. Potem wstał uzbierał znowu grzybów i znów się połozył. Nie ruszył łopatą, ani kilofem. Kiedy zaś przyszła pora i dziesiętnik miał przyjść, aby nas zdjąć z roboty - zaczął płakać, że będzie awantura, mordobicie, izolator ale płacząc nie ruszył się z miejsca i w dalszym ciągu nic nie robił. Wreszcie widocznie rozmyślł się, bo wstał, energiczne porwał za kilof i zaczepił nim wielką ,polać mchu, wykrajaną przez nas łopatami. Pociągnął płat mchu i zwinął - jak dywan - jak chodnik - i to tak zręcznie, że podziwialiśmy tę jego robotę. Jednym ruchem zrobił więcej, niż my trzej przez trzy godziny.
Potem zamachnął się kilofem rąbnął we własny but i obciął sobie palec u nogi. Zaczął krzyczeć i płakać, aż wreszcie uszedł w stronę namiotu; jęcząc i bardzo obficie krwawiąc.
W ten sposób zostało nas tylko trzech. Posuwaliśmy się z robotą coraz dalej od komandirówki. My, trzej giganci pracy, czuliśmy się w tych warunkach coraz lepiej, coraz bezpieczniej, schronieni przed okiem dziesiętnika, który przestał wogóle do nas przychodzić. Za nami szli cieśle i układali deski, po których miały jeździć potem taczki.
Czekały nas, nowe olśnienia. Mianowicie tajga zaczerniła się jagodami, góry i skały zaczerwieniły się brusznicami. Była tego nieprawdopodobna ilość, zwłaszcza brusznic. Rosły, w jakiś niewiarygodny sposób czepiając się litej stały. Można było siąśc i jeść ile dusza zapragnie. W takich warunkach kto myślał o pracy, nawet jeśli miałyby grozić najbardziej gorzkie następstwa?
Słońce świeciło tego dnia tak wspaniale, że nawet mój niewolniczy dzień uśmiechnął się do mnie pobłażliwie. Wiktor Piotrowski poszedł na sopkę po jagody, (kołymskie wzgórza nazywają się sopkami). Derksen udał się na poszukiwanie grzybów. Porcja dla Henryka czekała ugotowana. Zostałem na miejscu pracy, ażeby pilnować ,czy dziesiętnik nie nadejdzie.
Tylko, że - to wspaniałe słońce! Położyłem się na świeżutkiej czystej desce na wznak, twarzą do słońca. Usnąłem i - tak mnie zastał dziesiętnik! Derksen dostał po pysku, Piotrowski który zetknął się z dziesiętnikiem nos w nos, musiał mu oddać kociołek świeżo uzbieranych jagód.
Ale miarka się przebrała, dziesiętnik miał nas dość. Następnego dnia kazał nam - tuż koło namiotów, aby nie spuścić z nas oka - kopać rów, a potem wysłał nas na prorabstwo.
Na komandirowce przyjęto nas nad wyraz chłodno.
Derksena i mnie znowu postawiono na mech, którym po pokrajaniu go i wydobyciu musieliśmy uszczelniać domek naczelnika. Rzuciliśmy się na pracę, jak pantery i wyrabotaliśmy w ciągu dnia aż 12% normy. Piotrowskiemu zaś dano nosidła, dwa wiadra zupy i miał nieść obiad robotnikom. Niestety Piotrowski, niosąc te wiadra, przewrócił się i wylał całą strawę. Zrobił to oczywiście nieumyślnie (nie tak jak my z naszym mchem) ale potem przez całe lata był znienawidzony na wszystkich komandirówkach..
Wówczas uszło mu to jakoś płazem.
Wynaleziono nam wobec tego inny rodzaj pracy. Mianowicie zagoniono nas do zasypywania jamek, które tworzyły się ciągle na świeżo usypanej drodze. W niektórych miejscach nasyp ciągle się zapadał.
Tak więc rozdzielono mnie z Henrykiem. On został na podkomandirówce, ja pracowałem na komandirówce. Zobaczyłem go dopiero po kilku dniach w bani i przeraziłem się, co też stać się może z człowiekiem w ciągu zaledwie kilku dni!
...Ażeby dostać się z pod komandirowki do łaźni, trzeba brnać cztery kilometry przez tajgę. Po takim marszu odbywała się w łaźni sanobrobotica - czyli - jakby to na europejski pojęcia przetłumaczyć? - sanitarne zabiegi. To znaczy kazano umyć się dokładnie w czterech litrach wody, dawano czystą bieliznę w której przeważnie odrazu były wszy, oraz strzyżono maszynka łby, brody i wogóle miejsca owłosione.
- Uważajcie na brud - upominano ciągle. Będziecie czyści, bo z brudu rodzą się wszy.
Ze względów higienicznych mydło widzieliśmy w najbardziej przychylnym przypadku - raz na miesiąc. Z tych samych względów gnano ludzi kilometrami przez tajgę, a potem po kąpieli, zaraz za progiem łaźni - człowiek zapadał w bagno po kolana.
Grupa śmiertelnie znużonych więźniow wygladała po powrocie na podkomandirowkę - gorzej, niż przed sanobradałką...
Przyjechała jakaś komisja lekarska i otrzymałem 5 dni zwolnienia od pracy. Nie wychodziłem na robotę, miałem tylko jeden obowiązek: dwa razy na dzień iść do lasu i przyniesć suche drzewo do palenia w baraku. Dodatkowy uśmiech szczęścia: zdobyłem łagierną synekurę: nosiłem wodę do piekarni! Drobiazg - sto dwadzieścia wiader, ale za to żyłem - wypełniony chlebem! Niestety przesyłany przez okazję na podkomandirówkę chleb dla Henryka, z reguły kradziono - Henryk raz tyko otrzymał przesyłkę.
500 wiader! Ten raj trwał zaledwie cztery dni. Po stodwadzieścia wiader dziennie, ale za to po bułce chleba dziennie: trzy kg. sześćset gramów dodatkowego chleba dziennie.
Szczęscie się skończyło! - wypędzono na etap. Szliśmy tajgą, skrawkami drogi - tą samą trasą, którą niedawno przemierzyliśmy Henryk i ja, a za nami Andrzej i Hans.
Przyprowadzono nas - całkiem jak tamtych - na podkomandirówkę. Tam dołączono do nas cień Henryka i cień ten odrazu mi powiedział, że nie chce więcej być rekordzistą, ani stachanowcem.
Po noclegu na szóstym prorabstwie - piąte, niedaleko od kopalni złota, zwanej: Frolcz.
