- Czytaliśmy w więzieniu mądre maksymy w rodzaju tej, że kto nie pracuje, ten nie je. Ale dziś widzimy, że i ten, kto pracuje, też nie ma nic do jedzenia.
Henryk miewał takie sarkastyczne powiedzenia. Maksyma o pracy i jedzeniu, zaczerpnięta z listu Św. Pawła do Koryntian i praktyczne jej zastosowanie - miało to sens ironiczny. Gdy tylko roboty w Kadak-Czanie posunęły się istotnie naprzód, a droga ciągnęła się kilka kilometrów w tajgę, troskliwość o robotników gwałtownie zmalała. Wszyscy zostali objęci półgłodówką śledźie, luksusowy przysmak na Kołymie, pojawiały się raz na tydzień lub na dwa. Kasza wogóle zniknęła na długie miesiące. Pozostał charoszyj sup - sama woda.
Rozpoczął się handel chlebem i kradzieże chleba. Zawodowi złodzieje nigdy chleba nie kradną, uchodzi to bowiem za najbardziej plugawe przestępstwo. Pewnej nocy nie wysłano nas na robotę, a następnego poranka poszlismy na etap wraz z całą prawie załogą naszej komandirówki.
Droga usypana była już dość daleko od strony Kadak-Czanu, jak również i od strony tzw. 8-go prorahstwa. W środku brakowało jeszcze 4 kilometry nasypu.
Maszerowaliśmy drogą, jak długo trwał nasyp, a potem zeszliśmy w tajgę. Był sierpień, lato i cała tajga pływała w wodzie. Nie wiadomo, jak stąpnąć. Noga, wycelowana na kępkę mchu, czy trawy, ześlizgiwała się i spadała kilkadziesiąt centymetrów w dół, w wodę i błoto. Po kilku takich nieudanych skokach, zmęczony piechur porzuca metodę oszukania tajgi i wynajdywania sposobów jakby suchą nogą przebrnąć złośliwe wertepy. Nagłe potykania się i grzęźnięcia, są bardzo męczące, denerwują i gniewają. Człowiek daje za wygraną
- Starannie omija, kępki trawy i mchu, wystające ponad wodę, przekracza je, przeskakuje i nogę za nogę stawia wprost w grzęzawisko...
Na ósmym prorabstwie, czekała nas również nocna praca. Z nad rzeki - (ta sama rzeka Belik-Czan, która płynie koło szpitala) - wybieraliśmy żwir i nasypywali na samochody, które wywoziły go na drogę, aż do miejsca, gdzie nasyp się kończył, a zaczynała tajga. Tam je opróżniano. Wkrótce i nas użyto do tej czynności. Odbywało się to nocami, które coraz bardziej czerniały, rosły i wydłużały się o kilkanaście minut codziennie. Wygrużanie (wysypywanie) żwiru odbywało się przy akompaniamencie przekleństw, wyzwisk i pogróżek. Czasem samochód szedł za samochodem i mordercze zmęczenie odbierało nam resztki sił. To znów jakiś samochód ugrzązł w tajdze i trzeba go było wydobywać przy pomocy drągów, lin i naszych ramion. Takich grzęznących maszyn bywało po kilka, a nawet po kilkanaście w czasie dwunastogodzinnej szychty. Popędzały nas - histeryczne wrzaski:
- Pobystrej! pobystrej! Prędzej! prędzej!
Na dobitkę dotknęła nas nowa plaga. Wyobraźnia nie przeczuwała, że istnieje coś bardziej nużącego, torturującego nerwy i ciało jak plaga komarów. Tymczasem komary skończyły się, a nastały tak zwane meszki. Te muszki, tak maleńkie, że żadna siatka nie daje przed nimi schronienia, wprawdzie nie tną nazbyt dotkliwie, ale wszędzie ich pełno: w nosie, w ustach, w uszach, nawet pod powiekami, w krtani i chyba w płucach.
W ten sposób następuje dewaluacja klęsk i paskudztw: komary gorsze od zimy, od komarów gorsze meszki.
W przerwach pracy obsiadaliśmy ognisko, ale nie mogliśmy mówic na skutek znużenia. Każdy świt stał się chwilą wyczekiwaną i pozdrawianą radośnie, bo oznajmiał, że za kilka godzin nadejdzie chwila zejścia z roboty.
Aż któregoś dnia przyszła sprawa Bogusława Szechera.
Był to chłopak najwyżej osiemnastoletni. Aresztowano go we Lwowie i skazano na 18 miesięcy obozów pracy. Razem z nami przyjechał do Kadak-Czanu, ale od razu przewieziono go na inną komandirómkę.
Gruchnęła teraz wieść, że Szechera przywieziono na nasze prorabstwo - umierającego. Poszliśmy natychmiast do niego. Leżał w baraku, wychudzony na szkielet: cień i widmo. Był chory na biegunkę i należało go przetransportować do szpitala. Szpital ten - właśnie w Belik-Czanie - oddalony był od nas w linii prostej nie więcej niż o pięć do sześciu kilometrów, zaś uzywając tutejszego określenia - po rzece o dziesięć. W zimie na rzece Belik-Czanie urządzano bowiem zimnik (droge zimowa) i tedy najbliżej można było dostać się do osiedla Belik-Czan. Obecnie jednak - w lecie, w sierpniu - między nami, a Belik-Czanem osadą leżała tajga, masy bagien i wielkie rozlewiska rzek.
Droga dookoła przez Kadak-Czan, wynosiła 28 kilometrów, ale była niewykonana na odcinku kilku-kilometrowym. Powstał problem: jak przetransportować Szechera przez tajgę między nawym, a kadakczańskim odcinkiem drogi?
Zapowiedziano, że wkrótce pojdzie do Kadak-Czanu traktor na gąsienicach, który ciągnąć ma sanie o olbrzymich płozach, ślizgających się po tajdze. Na saniach tych może być przewieziony Szecher. Traktor istotnie wyjechał, spełznął z drogi w tajgę, ale stanął zepsuty. Chorego chłopca przyniesiono na noszach z powrotem do baraku. Minął jeszcze jeden dzień: katastrofa zbliżała się nieuchronnie. Wówczas postanowiliśmy przenieść Szechera na noszach przez tajgę.
Niestety na komandirówce było nas tylko trzech Polaków. Czwartego brakło, a nikt nam nie chciał pomóc. Zażądano trzech porcji chleba jako zapłatę. Zgodziliśmy się z warunkiem, że wręczymy nasze pajki chleba po otrzymaniu ich dzisiejszego wieczoru, wczorajsze bowiem zostały zjedzone. Pertraktacje się rozbiły jednak, ponieważ nikt nam nie wierzył, a nasze zaręczanie słowem honoru nie pomogło. Tu nikt nie wierzy w żadne czestne słowa.
Stan Szechera pogarszał się zaś z godziny na godzinę. Kiedy jednak minął jeszcze jeden dzień, traktor zdołano naprawić i chłopak pojechał. Za późno! W kilka dni potem umarł w szpitalu wśród wielkich męczarni.
Kiedy Szecher - Bogusław Tadeuszowicz - lat 18 - srok: półtora goda czyli: wyrok na półtora roku - statia 16 - 80 - przybył na Kołymę, pozostawało mu do odsiedzenia jedynie 8 miesięcy kary. Z tego trzy umiał przeżyć, na Kołymie. Pochodził z Warszawy, ale jej już nigdy nie zobaczy...
Zaczęły padać ulewne deszcze i pracowaliśmy przemoknięci do cna. Woda lała się z nas strumieniami. Rzeka tak wezbrała, że groziła wielkim wylewem. To oznaczać mogło zwolnienie od pracy. Patrzyliśmy w nurty Belik-Czanu, urzekając rzekę. Udało się - przyszła fala i zmiotła most. Nie wiele jednak skorzystaliśmy na tym. Bo chociaż o robocie z drugiej strony mostu mowy być nie mogło zagnano nas do pracy po tej stronie. Grzebaliśmy mokrą, bagienną ziemię i wozili taczkami na odległość czterystu metrów przy pięćdziesięciometrowym wzniesieniu w górę. Na dobitek produkty nie nadeszły i w ciągu trzech dni otrzymaliśmy 200 gramów chleba. Zaoszczędzonej róznicy chleba - oczywiseie nie oddano nam. Obiecywano, obiecywano, ale kiedy nadeszły produkty - zostały rozkradzione.
Wody na rzece opadały, gorączkowa praca przy naprawie mostu trwała, a nas ganiano do pracy w zaboju po tej stronie rzeki.
Któregoś dnia, o świcie nad rzekę wyszedł łoś. Olbrzymie, wspaniałe zwierzę, o imponujących rosochach. - Stanął, popatrzył w naszą stronę, a potem zwolna wszedł w rzekę i płynął. Woda zniosła go trochę, tak, że wylądował na drugim brzegu naprzeciwko nas. Wyszedł, wspiął się, odwrócił głowę ku nam i patrzył. Stał, jak posąg, bez ruchu kilkanaście minut. Gapiło się na niego w oczarowaniu czterdziestu, może pięćdziesięciu robotników. Wszyscy myśleli tylko o jednym. Nie o piękności, wspaniałości i potędze tego wolnego zwierzęcia, króla tutejszej fauny. Ludzie głodni pochłaniali wzrokiem zwierzę: wielki pagórek mięsa.
- Tyle mięsa, tyle mięsa!
Słowami kilkunastu języków, wsród głodnych, pożądliwych zachwytów - szacowano oddalające się mięso.
Tego samego dnia srtrażnik zjadliwie nas zawiadomił:
- Polak i Niemiec zostali złapani!
Okropne słowa - ale dola złapanych musiała być jeszcze straszniejsza. Nie znaliśmy żadnych szczegółów tej dziwnej ucieczki - w jaki sposób, a nawet w jakim języku zmówili się? Jak uciekli, w którą stronę dążyli.
Domysły na nic się nie zdały. Natomiast w ciągu dni następnych, zaczęto szeptać nam na ucho informacje o ich ujęciu. Dotarli nad rzekę Arkagałę w pobliżu osiedla tejże samej nazwy i szukali brodu. Znalazłszy bród, przeszli rzekę, lecz na drugim brzegu wpadli w zastawloną pułapkę. Zasadzka podobno czyha tam stale, - jest to jedyny bród na wielokilometrowej przestrzeni.
Aż nagle wstrząs jeszcze potężniejszy:
- Hans i Polak zostali przyprowadzeni w nocy na naszą komandirówkę i zamknięci u nas w kandieju (w kołymskiej gwarze więziennej - izolator). Są tak zbici i zmasakrowani, że trudno ich poznać...
Nie zdołaliśmy zorganizować dla nich najmniejszej pomocy. Tego samego bowiem dnia wzięto nas na etap. Czy był to tylko przypadek?
Ósme prorabstwo znalazło się tego dnia na wyspie. Dookoła otoczyły je wezbrane wody. Deszcz padał ciągle, chociaż z rzadkimi przerwami. Gdy tylko zapadł zmierzch, wpędzono całą gromadę ludzi do wody. Musieliśmy brnąć pół kilometra wsród fal, opierając się prądom i walcząc z tajgą, która obficie otwierała pod nogami zasadzki. Chwilami woda sięgała po ramiona.
Dozorcy którzy karabinami wegnali nas do wody, nie podążyli jak się okazało, za nami. Pozostali na wyspie.
Byliśmy więc sami, bez jednego strażnika. O kilkaset metrów od łagru wznosiło się wzgórze. W tej chwili stanowiło drugą wyspę w potopie, wspięliśmy się na nią, nazbierali drzewa i za chwilę płonęło olbrzymie kołymskie ognisko, byli bowiem tacy specjalisci, którzy umieliby rozpalić ognisko bodaj w głębi rzeki.
Kołymski kastior - kołymskie ognisko - płonęło wspaniałym płomieniem, a dookoła siedzieli ludzie rozebrani do naga i suszyli swoje łachmany. Było ciepło i był płomień, ale ponad wszysko górowała pełna satysfakcji radość, że dozorcy widzą, nas, wściekają się, ale przeszkodzić nam nie potrafią i nic nam zrobić nie mogą. Po nocy na wzgórzu - przez nikogo nie popędzani - poszliśmy rano potulnie dalej. Skończyła się nasza porcja chleba i wiedzieliśmy że dopóki nie dotrzemy do następnej komandirówki, będziemy musieli głodować. Strzegła nas tajga konwojował głód.
Jakimiś śladami nieukończonej drogi, rozpadlinami tajgi, doszliśmy do celu podróży. Po drodze nowe objawienie: całe kolonie grzybow. W ciągu kilku minut uzbieraliśmy ich cały kotiołok (naczynie przerobione z puszki na konserwy) i na, poczekaniu nauka, które są jadalne, a które trujące.
Po nocy na siódmym prorabstwie wypędzono nas znowu rano na drogę, pod eskortą dozorców z tego prorabstwa.
Kilkaset metrów drogi, a potem znowu tajga. Brnęliśmy ponad cztery kilometry. Próby obchodzenia zboczami wzgórza - nie pomogły, miejsc suchszych wogóle nie było. W rozmokłych trzewikach gwoźdźie wychodziły z podeszw i wbijały się w stopy. W ubraniu i obuwiu pełno wody. Pocieszaliśmy się jednak, że prędko ujrzymy dzisiejszy i - jak narazie - ostatni cel naszej podróży, czyli tak zwaną podkomandirówkę 7 prorabstwa i że schronimy się w barakach, w których będzie piec i ciepło.
Zamiast baraku ujrzeliśmy kilkoma belkami podparte brezentowe szmaty. ścian nie ma, pieca nie ma. Szkielet nar zbudowany, ale desek brak: gdzieniegdzie poukładane drewniane żerdki. Wewnątrz, w tym niby namiocie, człowiek zapada się do połowy goleni w mokry mech. Chwilami środkiem namiotu przepływa rzeka.
Opodal rzeczka, a nad nią przytulny, dobrze wyposażony namiocik, z drewnianymi drzwiami. Czarna rura nad namiotem, a dym zwolna snuje się nad dachem. Sam taki widok grzeje. Jednak niewolnikowi na ten widok robi się jeszcze bardziej zimno.
W namiociku mieszkają dwaj dygnitarze: dziesiętnik i kucharz. Będą to nasi władcy, nasi poganiacze, którzy bezlitośnie nas będą okradali - oni dwaj pożerać będą tyle, ile reszta podkomandirówki: trzydziestu ośmiu ludzi.
Deszcz leje ciągle. Dzień, dwa, trzy... Gdy rozpogadza się choćby na kilka minut, dziesiętnik wygania na robotę, mimo, iż pracować nie można. Chodzimy wobec tego w las, znosimy drzewo i obstawiamy nim namiot, tworząc ściany. W namiocie robi się nieco cieplej.
Po kilku dniach nadchodzi koń, wlokąc przez tajgę pustą beczkę po benzynie, z powycinanymi otworami na drzwiczki i rurę kominową: kołymski piec. Tegoż wieczora i u nas plonie ogień i nad naszym namiotem unosi się dym. Nadzieja, że może zmieni się los, może będzie lepiej?
Nareszcie przyświeciło nawet i słońce. Tajga poczęła zwolna obsychać, rzeczka wzbierała jednak ciągle.
Zapędzono do roboty. Kopanie dołów w tajdze, układanie i łączenie desek, po których zaczęły krążyć taczki. Ziemia, glina, była jednak tak rzadka, że wylewała się z taczek. Nikły nasyp nie tylko nie rósł, lecz zapadał się. Mimo to w kilku miejscach oddzielnie od siebie, poczęły wyłaniać się z tajgi ułomne fragmenty nasypów.
Staliśmy pewnego dnia oparci o łopaty, złowiwszy odpowiednią dla odpoczynku chwilę, kiedy z pobliskiego wzgórza zaczął schodzić jakić orszak.
Tajga była wytrzebiona na szerokość kilkudziesięciu metrów... Pas ten wiódł całymi kilometrami w lini prostej, znacząc miejsce, w którym ma być usypana droga. Przed nami szli tędy drwale i wycinali drzewa. My w środku tego pasa mamy wznieść nasyp. Poprostu żwir, glinę, czy ziemię sypiemy wprost na tajgę, na gołą i pełną głębokich kałuż tajgę i w ten sposób ma powstać przejazd.
Orszak, który ukazał się na wzgórzu, brnie w doł. Schodzi na niewielki pagórek nasypu znowu wraca w tajgę. Patem nasypów jeszcze kilka i pochód dociera do rzeczki.
Grupa etapników podzielona jest na dwie części. Pierwszą część, liczniejszą, pogania przed sobą jeden strażnik. Drugą otacza ich kilkunastu i psy na smyczach - więcej eskorty niż eskortowanych.
Dziesiętnik wywołuje z naszego namiotu dwóch ludzi, którzy dołączają do pierwszej części pochodu. Są to ludzie, którzy z powodu choroby mają udać się do szpitala. A więc liczniejsza grupa, to chorzy, ci inni - to więźniowie karni.
Henryk Sierosławski kładzie mi rękę na ramieniu i powiada głosem matowym i struchlałym:
- Popatrz tam! Andrzej i Hans!
Poznaję! W grupie unurzanych w wodzie postaci, w orszaku cieniów - dwa najśtraszniejsze. Trzeba im dobrze się przypatrzyć, ale nie ulega wątpliwości, że to Zarosiński i Belau.
Podchodzę bliżej, aby pokonać swą krótkowzroczność. Widzę ich twarze, które wyglądają jakby je wdeptano w ziemię. Andrzej nie ma okularów, więc prawdopodobnie mnie nie poznaje, a może nawet nie widzi? Ja jednak widzę go teraz bardzo dokładnie. Na twarzy mojego przyjaciela widać czarne ślady. Dookoła oczu brudnokrwawe, jakby wbite, kółka. Może się mylę, może jednym uderzeniem pięści wbito w twarz oprawę okularów? Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dokonywano tego systematyczniej dziesiątkami razów, żłobiąc na twarzy ślad okularów.
- Czy bito was, Andrzeju?
Andrzej poznaje mój głos. Kieruje niewidzące oczy w moją stronę, zwraca ku mnie twarz i uśmiecha się!!! Ten strzęp ludzki uśmiecha się!
Odpowiada:
- Bili nas i biją ciągle!
Hans wykrzykuje:
- Redakteurchen!
Poznał mnie, chociaż też mało przypominam samego siebie z przed dwóch miesięcy. Rzucam do Hansa po niemiecku to samo pytanie.
- Wciekłe zwierzęta, to szatany. Biją nas bez przerwy - miota się Hans.
Dookoła mnie zbiera się tymczasem gromadka innych więźniów. Szukają znajomych i znajduja. Zaczynają się rozmówki. Z nienacka podchodzi dozorca i wali kolbą w żebra Ukrainca, który stoi koło mnie. Człowiek ten tegoż wieczora i nazajutrz będzie charkał krwią.
Rozlegają się okrzyki:
- Pięciorkami, pięciorkami! Piątkami, piątkami. Krok w lewo, krok w prawo, a będziemy strzelać.
Pochód ustawia się w szyk!
Pierwsze piątki wchodzą w rzekę, podnosząc: w górę nędzne tłumoki. W końcu wchodzi w wodę również druga część, obstawiona psami-zwierzętami i psami-ludżmi...
Na drugim brzegu Hans odwraca się i kiwa ręką. Zdaje się, że krzyczy Redakteurchen... Andrzej - Andrzej też robi jakieś gesty...
Widać, jak pną się w górę wśród wyciętej tajgi. Zapadają się zwolna - w oddali i w tajdze. Słychać jeszcze długo krzyki konwoju i ujadanie psów.
Orszak znika, ginie za wzgórzem tak niespodzianie, jak się na przeciwległym wzgórzu ukazał.
... Ciebie, Andrzeju Zarosiński, nigdy już nie zobaczę. Kiedy w jakieś mniej więcej dziewiętnaście miesięcy później wyszedłem na wolność w osiedlu Adigalach, nad rzeką tej samej nazwy, dopływem Indigirki, gdzieś na granicy Kraju Jakutów Hans Hansowicz Belau leżał podobno w szpitalu w miejscowym lagrze.
Dowiedziałem się o tym po uwolnieniu i nie miałem już możności sprawdzić. Kiedy chciałem wejść do lagru, wyszczuto mnie na wachcie psami. Jakiś wielki naczelnik, którego prosiłem o pozwolenie, nie tylko nie pozwolił, ale zagroził nawet ponownym zamknięciem.
Krążyłem koło ogrodzenia lagru, nie udało się jednak, nie mówiłem z Hansem Belau. Nie są więc mi znane szczegóły tragicznego końca Starego Andrzeja...
