Jak brzmiało przykazanie Włodzimierza Modrego?
- Niech pan nigdy nie stara się pracować...
Wobec tego będę się starał nigdy nie pracować! Z pracą było różnie. Przede wszystkim jedenaście dni uwolnienia od roboty wykorzystałem do ostatniej minuty. Łaziłem po łagrze z rękami w kieszeniach, wprawiając w wściekłość różnych dygnitarzy, którzy obrzucali mnie stekiem najgorszych nazwisk, a do izolatora bali się jakoś wsadzić. Wylegiwałem się w baraku na narach, myśląc o najróżniejszych sprawach, wkuwałem zwłaszcza troskliwie na pamięć lekcje:
- W Stanisławowie siedziałem w celi Nr. 40 - ostatnia cela w korytarzu po lewej stronie - okna wychodzą na podwórze, na bramę, obok której stoi domek - tam mieszkał za czasów polskich naczelnik więzienia - za czasów sowieckich kasyno N.K.W.D. - siedzieli: pierwszy od lewej Kazimierz Landowski, przezes Deta, Kazimierz Reisser itd. Aresztowano mnie 7 października o godzinie wpół do piątej po południu. Do celi Nr. 40 przyszedłem 8-go, a siedziałem do 27 grudnia. Do 2 styczna rano cela Nr. 14 w suterenach. Nazwiska ludzi, którzy tam siedzieli itd.
Powtarzałem nazwiska i daty. Czasem, jeżeli byłem sam w tajdze, w lesie, czy na drodze, krzyczałem je w głos. Aby zapamiętać. Andrzej Zarosiński przeszedł tylko przez Kadak-Czan i poszedł na siódme prorabstwo. Po kilku tygodniach całe zwieno ukraińskie, w którym pracował Gans-Gansowicz Belau, również powędrowało na tę komandirówkę. Nasza czeredka zmalała więc gwałtownie.
Dni, w których nic nie robiłem i nic wymyślić nie mogłem, skończyły się - Minęło też bezpowrotnie pierwszych 10 dni, kiedy to pobieraliśmy po 1.200 gramów chleba! Pamiętne obietnice naczelnika kryminału w Horodnie - co to była za masa chleba! Zjadałem tylko część porcji - pamiętając o dobrych radach Modrego - a część chowałem do worka. Wtedy jeszcze na komandirówce chleba nie kradziono. Za to kradziono wszystko inne.
Henryk Sierosławski przywiózł buty jeszcze z Polski. Ludzie patrzyli na nie, jak urzeczeni. Pilnowanie jednak tego skarbu było zbyt męczące, wobec czego Henryk wymienił je za 100 rubli, 10 śledzi, bochenek chleba, pół buteleczki oleju słonecznikowego - z dodatkiem pary butów tutejszych. Spożyliśmy śledzie i chleb, pieniądze od Henryka wyłudzono, a zamienione buty znikły. Na drugi dzień skradziono również parę świeżo przez Henryka wyfasowanych bucików łagiernych, tandety zszytej z brezentu i starej opony samochodowej.
Rano wydano herbatę to znaczy kipiatok bez żadnego barwnika, a w południe zupę i kaszę, wieczorem zupę. Zresztą pojęcie rano i wieczorem stało się problematyczne. Dzień panował 23 godziny, a w nocy słońce chowało się na godzinę i świat troche szarzał.
Biorąc pod uwagę to wszystko - pławiliśmy się jednak w zamożności, jakiej już nigdy potem nie mieliśmy zaznać. Kasza owsiana. Czyli przetarty odrobinę owies, który w łusce przechodził przez organizm, spływała rzeką.
Po pierwszej dekadzie pokazowej zjechaliśmy na 700 gramów, po następnej na 500 gramów chleba.
Stało się wkrótce tak, że jeśli miałem najadać się do trzech czwartych, to akuratnie wszystko, cośmy dostawali do jedzenia, stanowiło ... połowę.
Zwieno nasze przeniesiono na pracę nocną. Taka tam noc? Słońce oblatywało wierzchołek góry i pokazywało się znowu. O północy gazetę można było czytać. Jest to tylko frazes, bo gazety nie było, ani do czytania, ani do machorki.
Rąbaliśmy skałę. Wiercono ją pneumatycznymi świdrami i wysadzano w powietrze. Raz przy takim wybuchu uciekł dach piekarni. Strażnik z karabinem i psem nieustannie nam towarzyszył. Interesował się mną żywo:
- A cóż ten stary Polak nie zdechł jeszcze?
Przydarzyła mi się gorączka i musiano mnie znów zwolnić na dwa dni. Strażnik miał mi za złe, że zdycham, zdycham i zdechnąć nie mogę, że byłby to bardzo szczęśliwy dla Kodak-Czanu wypadek, gdybym wreszcie naprawdę zdechł.
Wydano nam rękawice do pracy i nakomarniki. Niezdarnie wsadziłem głowę w cudaczny worek, zszyty z płótna i czarnej siatki. Albowiem tymczasem runęły nieprzeliczone miliardy i biliony komarów. Tryliony komarów. Dookoła głowy słychać było brzęk jak dalekiego samolotu, jak szum wezbranej rzeki. Przedostawały się przez oka siatki i cięły nieznośnie. Pod światło widać było takie przyczepione od wnętrza do siatki nażarte bydlę o odwłoku czerwonym, jak rubin. Nieruchomo siedziały te przezroczyste odwłoki, napełnione krwią.
Na te przeklęty komary nie ma sposobu. Są wszechobecne jak powietrze i to w ciągu całych 24 godzin. Rzekę krwi wypijają w ciągu doby. Są wszędzie i zawsze. Czasami rozpędza je wiatr, - tylko, że wiatr bardzo rzadko wieje w lecie, natomiast bardzo często w zimie.
Ta latająca, brzęcząca plaga nie boi się nawet śmierdzącego dymu ogniska, podsycanego umyślnie mokrym mchem lub próchnem. Giną nad ogniskami miliardami, a nadlatują trylionami.
- Przeklęty komary, wolę już zimę! - Słychać zewsząd przekleństwa.
Jaką wagę ma to powiedzenie, nie może mieć pojęcia ten kto nie wie co to jest zima w tamtych okolicach, w pobliżu tzw. bieguna zimna, który nie pokrywa się z biegunem geograficznym, ani oczywiście magnetycznym.
Ja sam w tej chwili mam jeszcze bardzo mgliste pojęcie o tym jaka może być zima kołymska.
Nie myśłimy zresztą o tym, mamy bowiem pasjonującą atrakcję:
Hans Belau nie mówił po polsku, Andrzej Zarosiński zaś nie mówił po niemiecku, tylko po francusku, jako wychowanek belgijskich szkół. Za to - Hans nie umiał ani słowa po francusku. Wielka, przeto, tragiczna tajemnica otacza niezwykłą koalicję, jaka utworzyła się w dziwny sposób na siódmym prorabstwie: koalicja Andrzeja z Hansem. Oto w Kodak-Czanie gruchnęła wiesć:
- Hans i Polak z siódmego prorabstwa uciekli!
Zdumienie nasze nie miało granic. Po ucieczce Modrego, Izydora i Piotrowskiego teraz ci dwaj! Dookoła tamtej ucieczki zaległa cisza. ślad po uciekinierach zaginął. Nikt o nich nie wspominał. Dało to asumpt Henrykowi do wyrażenia przypuszczenia: Musi nie najgorzej stać sprawa Izydora i Mokrego, skoro o nich nikt nie gada. Gdyby ich ujęli, nie omieszkaliby się tym pochwalić, kłuliby nas w oczy, dokuczali i naigrawali się.
I tak w obu wypadkach mieliśmy nadzieję. Byliśmy przekonani że nasza trójka prędzej da sobie radę, mając za herszta Modrego - to byli ludzie zdeterminowani, gotowi na wszystko. Ale spółka: Andrzej - Hans? W czasie wspólnego pobytu w więzieniu horodniańskim wogóle z sobą nie rozmawiali. Trudności językowe łatwe tam były do pokonania, skoro kilka osób znało język niemiecki, a Mattern był z pochodzenia Niemcem i czuł się w danym momencie Niemcem - choć prawdopodobnie, gdyby Polacy zwyciężyli, czułby się Polakiem. Po prostu ci dwaj nie cierpieli się wtedy nawzajem, a teraz wspólnymi siłami przedzierają się przez tajgę...
Kadak-Czan daje się nam we znaki. Przy 50ciu gramach chleba ja wprawdzie nieodczuwam jeszcze głodu, ale moi przyjaciele zaczynają narzekać. Racje obniżono nam karnie, ponieważ nie wyrabiamy normy pracy, która jest bardzo wysoka i ponad nasze siły. Spadamy z pierwszej kategorii żywienia na drugą, a potem na trzecią. Naczelnik nie chce nam podpisywać kartek na machorkę, która stanowi nagrodę i premię dla stachanowców. Rano wrzątek, w południe zupka bez kaszy, - to bardzo mało!
Wyrabiamy od 55 - 60% normy. Ja uważam, że to bardzo dobrze, że i tak pracujemy, jak giganci pracy. Chodzi mi o to, ażebyśmy się za bardzo nie nadwyrężali.
- Kalorie - powiadam - trzeba oszczędzać.
Powstaje pewnego rodzaju konflikt, spotykam się bowiem z opozycją:
- W ten sposób możemy naprawdę zginąć z głodu. Apetyt w tym klimacie jest zupełnie anormalny. Trzeba wobec tego lepiej pracować, trzeba więcej robić, trzeba powrócić do pierwszej kategorii! Powinnismy osiągnąć ponad sto procent.
Bronię się:
- Ponad sto procent - to znaczy 40 - 45 procent wysiłku więcej? W zamian za to otrzymamy o 200 gramów chleba więcej i trochę kaszy. Czy to nadrobi wartość utraty sił
W ten sposób powstaje zagadnienie: normy, kalorii i chleba.
