Ucieczka

Idacy ze mna ulicą Bagdadu kolega, trąca mnie lokciem w bok i nakazując oczyma powiada:

- Niemiłe widowisko, popatrz!
Mianowicie skrajem jezdni postępuje trzech skutych ludzi, a prowadzi ich jeden policjant. Niemiłe widowisko? Gdybym się mógł zdobyć na szczerość, wyznałbym mu rzecz nieoczekiwaną. Ale czy zrozumiałby? Powiedziałbym mu:
Zazdroszczę tym ludziom kajdan. Są skuci, żelazem przykuci do swej obecnej doli. Nie, wcale nie idzie mi o ten szczegół, że ludzie ci musieli naprawdę popełnić przestępstwo, skoro w tej chwili są więźniami w łancuchach, podczas gdy ja tam, gdzie spędziłem dwa lata, ciągle myślałem o tym, że jestem niewinny ...

- Zazdroszczę poprostu tym ludziom, że w tej chwili nie mogą w sobie żywić myśli o ucieczce. Odzegnuje je i odgania żelazo, które dźwięczy u ich rak. Przemoc żelaza, gwałt i jego potęga sprawiają, że są bezradni w pragnieniu wolności, czyli czyści w swoich sumieniach ...

Z Belik-Cznnu do Kadak-Czanu odliczam 18 kilometrów. Idę sam i nikt mnie nie pilnuje, Nie ma strażnika, nie niosę na rękach kajdan, mam w kieszeni kartkę z napisem, że cierpię na jakąś chorobę, że powinienem być leczony, że przeleżałem pięć dni w szpitalu, że w ciągu 11 dni nie wolno mnie wypędzać do pracy, i że powinienem być przeniesiony na lekką robotę.
Nikt mnie nie pilnuje, sam podążam drogą, a po obu jej stronach: tajga, wzgórza, kamienie i znów tajga. Tajga skuwa mnie bezlitośniej niż kajdany. Tajga, to również gwałt, przemoc i potęga. Tyle, że nie dźwięczy w moich uszach, nie ciąży na poranionych przegubach rąk.
Ale - żelazo jest symbolem przemocy, tajga zaś nie. Przeto nie jestem czysty w swotim sumieniu, które ode mnie żąda wolności dla mnie.

Kolyma ... Będę tak chodził wiele razy, będę po wielokroć przemierzał dziesiątki kilometrów. Sam jeden lub w nielicznym towarzystwie współwięźniów. Będzie mi towarzyszyło czasem dwuch ludzi, czasem trzech, niekiedy jeden. - Takich samych więźniów, jak ja. Zawsze dookoła nas będzie tajga, gorsza od kajdan. Tajga, która uciska szyję, dusi serce, torturuje mózg, przyprawia o obłęd ...

Posuwam się drogą, która pnie się na wzgórza i schodzi z nich - wśród rzadkiego lasu, skał i bagien.
Niedaleko Kadak-Czanu, na czwartym kilometrze, znajduje się stary bunkier. Tutaj przed dwoma laty kopano gruz ze zbocza gór i rozwożono na drogę. Stąd usypano kilka kilometrów drogi... Dawny bunkier nie ma teraz już górnej podłogi, ani urządzeń do zsypywania ziemi. Stoją nagie dragi, spięte jeszcze poprzeczkami. Drzewo jest czarne i oślizgłe. Bunkier wygląda, jak dwie razem połączone szubienice.
Kilka dni temu, idąc do Belik-Czanu znalazłem pod bunkrem kawał sznura. Schowałem go pod kamieniem. Albowiem tam, pod bunkrem, który wyglądał jak dwie fascynujące szubienice, miałem chwilę słabości: co tu gadać - upadłem na duchu! Resztką przytomności umysłu odłożyłem jednak decyzję na później - dość będzie czasu, gdy będę wracał.
Obecnie, w drodze powrotnej, wyzbyłem się uczucia słabości, już nie upadam na duchu. Wydobywam sznur z ukrycia. Opuszczam się po stromym zboczu, dochodzę do rzeczki i wrzucam go w nurt... Nurt płynie bystro, sznur oddala się szybko, zwijając się i rozwijając, jak wąż. Pochylam się, czerpię wodę w dłonie i piję. Wspaniała, krystaliczna, orzeźwiająca woda. (... W rok pózniej, w tym samym miejscu, w pewien słoneczny piękny dzień, wypluję na dłoń cztery zęby. Awitaminoza. Cynga, czyli szkorbut. Za rok jednak bunkier nie będzie wywierał na mnie wrażenia połączonych szubienic. Straci swą siłę fatalną...)
Wspinam się z powrotem na drogę. Maszeruję i gadam do siebie. W głos. Dookoła rozciąga się tylko tajga, nikt więc podsłuchać mnie nie może. Powtarzam sobie głośno informacje, których udzielił mi Potapow. Dotychczas przecież nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, gdzie właściwie jesteśmy.

...Uciekać można tylko w zimie...
Albowiem w naszym kółku o niczym innym się nie mówiło. Modry podkreślał, że ukrył zapalniczkę, i kilkadziesiąt kamyczków, a o benzynę nie trudno.
Posiada kociołek, przerobiony z jakieś puszki, machorkę i jodoform (jeszcze władywostocki prezent Turkieltauba).

Determinacja jego jest sprecyzowana:
Jeśli spotkam jednego strażnika, to nie on będzie polował na mnie, ale ja na niego. A kiedy go upoluję poszukam dwóch strażników.
Modry był zawodowym przestępcą, kryminalistą, kasiarzem.
Miał bezmiar pogardy dla tego, co widział w sowieckich więzieniach i tego, co przeżył w śledztwach i w transportach - oraz dla kilofa, który mu wetknięto w ręce, dla łopaty, dla tajgi. Trzeba przyznać, że zachowuje się z najwyższą lojalnością i solidarnością.
Ten sam rodzaj pogardy co dla urządzeń sowieckich, posiada on także dla przedstawicieli tutejszego świata przestępczego. To dziwne towarzystwo zwąchuje się natychmiast i to bez względu na narodowość. Modry staje się znakomitością łagru - w ciągu kilku godzin. Przychodzą Rosjanie, Ukraińcy, Ormianie, Kazachy, meldują mu się i zaczynają szepty. Traktuje ich jak plugastwo, oni to znoszą potulnie.

Modry wychodzi z namiotu, a rzeczy swe pozostawia na wierzchu. Nikt nie ośmieli się ich tknąć, podczas gdy my wszyscy jesteśmy już okradzeni, i to po kilka razy.
Co prawda nie zaniedbuje ostrożności. Nie rozstawia rzeczy, ale te najbardziej wartościowe, te istotnie potrzebne, ma zawsze przy sobie. Oto wyjmuje jakieś zawiniątko, z niego papierosa i podaje mi. Oczom nie wierzę: polski Sport na kole podbiegunowym - w okolicach, gdzie mówi się o Alasce, jako o czymś, co leży konkretnie tuż za miedzą, tuż za groblą.
- Niech pan mnie posłucha - poucza mnie - a wyjdzie to panu na dobre. Niech pan nie stara się pracować, bo pan nie da rady. To nie dla nas. Niech pan nie zwraca uwagi na to, co pan jeszcze posiada, bo to nie ważne. A przede wszystkim niech się pan nie najada, nie obżera. Choćby jedzenia było w bród, - jeść tylko do trzech czwartych!
To brzmi jak rozkaz.

- Bo jeśli pan raz rozepcha żołądek, rozpoczną się pańskie cierpienia. Nawet tutaj w tym przeklętym kraju może się zdarzyć, że w ciągu jakiegoś szczęśliwego tygodnia, będzie się pan mógł, napychać bez miary. Niech pan nigdy tego nie robi!
Myśląc o Modrym - zbliżam się do Kadak-Czanu, dumny z zaczerpniętych u Potapowa wiadomości. Pomału zbliża się wieczór.

To znaczy zbliża się godzina konca dziennej pracy. Sam wieczór jeszcze daleko. Prześladują nas białe noce. Przekraczam mostek na Kodak-Czanie (rzece) przedkładam w kantorze kartkę ze szpitala. Patrzą na mnie z pode łba i warczą: jedenaście dni zwolnienia od pracy!

- Dlaczego właśnie jedenaście? Dlaczego nie dziesijęć, ani dwanaście?
Zadają różne głupkowate pytania, na które nie umiem odpowiedzieć. Nawet nie wiedziałem co przyniosłem w owej kartce szpitalnej.
Potem czekał na mnie wstrząs.
Henryk Sierosławski rzekł mi krótko:
- Modry, Izydor Winiak i Józef Piotrowski uciekli pozawczoraj, 14 czerwca. A nas pakują na noc do izolatora, żądają, ażebyśmy powiedzieli, w którą stronę uciekli.
I dalsze szczegóły:

- Modry cały czas sypiał w namiocie. Zaraz po twoim odejściu Piotrowski i Winiak przenieśili się do niego. Zwiali, zdaje się zaraz po zejśiciu z pracy. W namiocie myślano, że oni śpią w baraku, a w baraku myślano, że w namiocie. Tyle, że Winiak przyniósł mi swój kolejarski kożuch i podał mi, mówiąc, że go nam pożycza, aby nam lepiej było spać. Wczoraj rano nie stanęli do pracy, wobec czego podniesiono alarm i gwałt. Mnie i Żelechowskiego zamknęli do izolatora, zdjęli z nas kurtki, kazali zdjąć spodnie i w samej bieliźnie tam wpędzili. Tam jest potwornie zimno. Po kilku godzinach zabrali nas stamtąd, kazali się ubrać i wypędzili na robotę. Pracowaliśmy wczoraj do wieczora, potem dostaliśmy 200 gramów chleba i na całą noc znowu do kandieja. Ciągle się pytają, dokąd oni uciekli. Na tę rozmowę nadchodzi strażnik:

- Co to zmawiacie się znowu żeby uciec?
- Nikt się nie zmawia i nikt nie ma zamiaru uciekać.
- Uciekajcie, ja nie jestem tu po to, aby was pilnować. Was pilnuje tajga. Jeśli uciekniecie, to zginiecie z głodu. Ja tu jestem, aby was naganiać do pracy!
Potem udając, że mnie nagle spostrzegł:
- O ten stary Polak jeszcze nie zdechł? - i poszedł sobie. Od tego czasu spaliśmy na kożuchu Izydora, a po nich zaginął słuch....
Po miesiącu, idąc w etap, zabraliśmy kożuch z soba. Kiedy znów po miesiacu rozdzielono nas, podzieliliśmy kożuch na dwie cześci. Rozcieliśmy go na połowę. Zamierzaliśmy zrobić z futra rekawiczki i czapki na zime.

Pewnego wieczora w szwach cześci, która mnie przypadła w udziale zauważyłem coś twardego. Rozprułem, znajdował się tam zaszyty ręcznie brązowy krzyż zasługi. Przywiózł go Izydor Winiak przez wszystkie rewizje, uchronił w ciągu kilkudziesięciu rewizji i zostawił nam.
Henrykowi, na jego komandirówce ukradziono połowę futra. Minie drugą połowe ukradziono także. Natomiast brązowy krzyż zasługi jest zakopany na siódmym prorobstwie 20 km, od Kadak-Czanu. Pieczołowicie i troskliwie owinałem go w lniany ręcznik z pieczątką Więzienie Łukiszki (przewieziony ze Stanisławowa) i podsunąłem pod wielki kamień ...
Nigdy nie mielśmy o nim usłyszeć, zamknęła się nad nim tajga, jak grób. Na zawsze opuścił Izydor Winiak swoje żeremie, które budował pracowiciej niż bóbr. Domu swego nie mógł przecież zabrać ze sobą, jak zabrał krzyż zasługi.

spis treści Normy, chleb i kalorie