Z Hansem zawarliśmy przyjaźń w sposob błyskawiczny - jeszcze w grudniu 1939 r., w szczęśliwym Stanisławowe. Mianowicie kiedy odchodziłem wówczas z macierzystej celi Nr. 40. pożegnano się ze mną ostentacyjnie. Pozwolono mi zabrać jeden z czterech koców więziemnych, lniany ręcznik z napisem Więzienie Łukiszki, a prezes Reisser wręczył mi czternaście papierosów. I właśnie kiedy znalazłem się w nowej celi, mieszczącej się w suterynach więzienia, a noszącej numer czternasty, papierosy te stanowiły istny skarb.
Była to cela skazańców. Trzydziestu sześciu ludzi, których tam nagromadzono, miało pnad dwieście lat wyroków. Nowe otoczenie, nowi ludzie, nowe warunki. Jedyne łóżko zajęli złodzieje i rozpoczęli terror. Normalne urządzenie w kącie było zepsute i cuchnęło wszystkimi zapachami piekła. W ciasnym tłumie obcych ludzi trudno było nie zwrócić uwagi na Hansa. Chodził od człowieka do człowieka i zagabywał po niemiecku. Zapaliłem właśnie papierosa, kiedy podszedł do mnie, przedstawił się grzecznie i poprosił o pozostawienie dyma. Wyjąłem dwa papierosy i podałem mu. Czyn ten w jego zakutym łbie wywołał nieprawdopodobne wzburzenie, a na twarzy wyraz zdumienia.p>
Zaczęły się opowieści Belaua. Mówione w języku niemieckim, - oryginalne, rozwichrzone i trącone w móżdżek.
Hans znał tylko kilka polskich słów. Może: chleb, woda... papierosy i jeszcze ze dwa inne. Poza tym ani w zab. Z wyjątkiem polskiej musztry. Albowiem Hans był polskim żołnierzem.
Został on zmobilizowany do polskiego wojska jako obywatel polski, urodzony w Tczewie. Miał zresztą w przeszłości poważne nieporozumienia z polskimi władzami wojskowymi i w wyniku tych nieporozumień odsiedział rok kryminału. Wkrótce stało się dla mnie jasnym, że owo nieporozumienie nazwać można krótkim słowem: dezercja.
Hans swego czasu uciekł z Polski do Niemiec i był tam murarzem. W rzeczywistości jednak zajmował się więcej polityką, niż budownictwem. Był komunistą. Z tej racji zwiedził też więzienie niemieckie.
- Jaki jest właściwie twój zawód, Hans?
- Jestem żeglarzem...
Jak tam było z tym żeglarstwem Hansa, trudno powiedzieć. Dość, że Hans zwiedził kilka krajów Europy, a był nawet w Afryce. Turystą był osobliwym, bo nigdy nie miał żadnych dokumentów. To też wszędzie musiał odsiadywać karę za nielegalne przekroczenie granicy.
- Och, podłe są więzienia francuskie! Nic, tylko kapusta i kapusta. Za to w Danii! Jajka się fasuje! A w Maroku dają codziennie po dziesięć papierosów i wypłacają taki żołd, że wystarcza na dokupienie dalszych trzydziestu. Cały dzień leży się na podwórzu nad basenem, w słońcu lub w cieniu. Bardzo przyjemny kryminał!
Ze szczegółami opowiadał Hans o życiu w tych więzieniach. Z opowiadań jego, chociaż bardzo ostrożnie układanych, wynikało, że conajmniej z dwóch tego rodzaju zakładów zdołał zwiać, a mianowicie we Francji i w Hiszpanii.
- W Danii dostałem 12 dni za przekroczenie granicy nielegalnie, we Francji szesc tygodni, w Hiszpanii trzy miesiące. I oto złapano mnie na stacji w Kołomyji i kiedy powiedziałem, że chcę iść za granicę, postawiono przed sąd i wlepiono trzy lata kryminału. Za usiłowane przejście granicy trzy lata kryminału! Jak na państwo proletariackie, to trochę za dużo!
Hans był członkiem niemieckiej partii komunistycznej. Kiedy Hitler zaczął tępić komunistów w Niemczech, Hansa wyrzucono (przydało mu się wtedy obywatelstwo polskie) poza granicę Niemiec. Błąkał się trochę po świecie, aż wylądował w rodzinnym Tczewie. Tutaj czekał go pasztet, o którym wyżej pisałem. Hans odsiedział rok, a potem - w trzydziestym pierwszym roku życia - rozpoczął służbę wojskową normalną. Po 18 miesiącach poszedł do cywila, ale po kilku dalszych został zmobilizowany w marcu 1933 r. I tak zastała go wojna.
- Biłem się przeciwko bandom hitlerowskim - opowiadał i nagle wydawał z siebie dziki wrzask po polsku:
- Ognia!
Aż dopiero prawdziwe zdumienie ogarnęło mnie, kiedy zaprowadzono nas do kąpieli. Barki i bicepsy siłacze, a na piersiach - ślad komunistycznej pięcioramiennej gwiazdy.
- Co to jest? - zapytałem.
- Tatuaż.
- Ależ tatuażu nie widać, widać tylko ślady.
- Wydrapałem to paskudztwo paznokciami.
Istotnie ślady były zaledwie zagojone.
Nie dopytywałem więcej. Wystarczyło mi to, co Hans powiedział. Tegoż dnia w kąpieli, on otrzymał śliczną koszulę frakową, z imponującym gorsem, a ja jakąś szmatę z dziurami. Bielizna moja zaginęła bowiem niepowrotnie przy pierwszej rewizji. Gdzieś tam, w aktach powinien być protokoł tej rewizji. Zabrano mi kilka par kalesonów, trzy koszule, dwa kilogramy kiełbasy, pół kilograma czekolady, 140 złotych i srebrny zegarek Omega. Nigdy tego nie ujrzałem. Jakimś cudem zdołałem ukryć wieczne pióro i dowiozłem je - przez 37 rewizyj! - do Władywostoku.
Hans gorszył się stosunkami w sowieckich kryminałach. Jeszcze w Stanisławowie mówił z pogardą o nieustannym, całonocnym huku motorów, ciągłych rewizjach, hańbiącej izolacji i ostatecznym upokorzeniu człowieka.
- Wołają mnie na przesłuchanie - mówił Hans tak, jakby opowiadał jakąś zdumiewającą nowość, jakby każdy z nas nie przeżywał tego samego....
- Wyszedłem z celi. Ręce musiałem mieć załozone w tył. Nagle strażnik coś krzyczy. Nie rozumiem, czego żąda. A on mnie wali w łeb kolbą od nagana, każe odwrócic się nosem do ściany i tak stać. A tu z bocznego korytarza rozlega się jakieś ciche cmokanie. Psa prowadzą, czy co? Nie, to drugi strażnik prowadzi jakiegoś innego więznia. Mnie nie wolno spojrzeć ani na lewo, ani na prawo. Dopiero jak za tamtym zamknęły się drzwi celi, ja ruszam dalej. Nie było jednego przesłuchania, żebym tak kilka razy nie musiał ryć nosem w ścianę.
Uśmiechnąłem się, słuchając ich wynurzeń.
- Albo to żarcie! Z początku, kiedy jeszcze były polskie produkty, zupa była przynajmniej gęsta i możliwa do jedzenia. A teraz, to istne kpiny!
Nie całkiem zatracił jednak Hans swą sympatię dla idei, której służył od lat młodych.
Jeszcze w Horodni kładł się nieraz na łóżku w kącie, gdzie nie mogło przez wziernik dojrzeć oko strażnika i śpiewał po cichutku pieśń komunistów niemieckich:
- Russiand, du Arbeiterland!
Horodnia - Władywostok - Madagan - Kadak-Czan, U Hansa powstał bunt.
W owych pierwszych dniach, na komandirowce kadakczańskiej panował chaos. Etapy za etapami. Przychodzili coraz to nowi ludzie, formowały się nowe zwiena, robiono spisy i przerabiano je. W tym zamieszaniu - Hans uciekł zaraz pierwszego dnia.
Pracował w zwienie Ukraińców, którzy odkrywszy jego ucieczkę postanowili na razie nie zawiadamiać władz.
- Wróci, musi wrócić! - twierdzili.
Przyszli zresztą samorzutnie zawiadomić nas o jego ucieczce:
- Gans uciekł!
Hans bowiem w języku urzędowym nazywał się Gans Gansowicz Belau. A Belau mówili niektórzy jak Bielow.
Minął jeden dzień i towarzysze pracy zamierzali nazajutrz zgłosić prorabowi o ucieczce Hansa. Zanim jednak zrobiono pobudkę, Hans się odnalazł. Spałem jeszcze, kiedy położył się obok mnie na narach i rozbudził mnie.
- To okropne - szeptał - ta straszliwa tajga i głód! Musiałem już mech jeść. Po kolana w wodzie i po pas w wodzie! Aż wreszcie rzeka: rwąca, bysrwa, górska rzeka. Nie sposób przekroczyć jej bez tratwy, żeby zaś zrobić tratwę, trzeba mieć siekierę.
W południe tegoż dnia poszedłem po zwolnienie od pracy do felczera, a wieczorem dalszy ciąg rozmowy z Hansem:
- Głupi jesteś, Hans - mówiłem. - Przecież to nie jest Francja, ani Hiszpania. Dookoła tysiące kilometrów tajgi, bagien, błot i kamienistych gór. A przede wszystkim nie wiemy nawet mniej więcej, gdzie jestesmy. Wieziono nas, o ile się orientuję, na północ i lekko na zachód, a potem coraz bardziej skręcaliśmy w kierunku zachodnim. Najpierw trzeba się dowiedzieć, gdzie jesteśmy i czy wogóle można stąd uciekać. Czy należy uciekać na wschód aż do Alaski, czy na południe do Morza Ochockiego i przez Kamczatkę na Wyspy Aleuckie, czy też na zachód z wielkim odchyleniem południowym, to jest w stronę Jakutii i Sybiru?
- Nie wydaje mi się, ażeby było takie miejsce, z którego nie można uciec - mówił Belau.
- I ja tak myślę, ale żeby uciekać trzeba wiedzieli dokąd. Nade wszystko trzeba zaś mieć spore zapasy żywności. Dookoła rośnie tylko mech, ostra trawa i szpilkowe drzewa, pozatem nic. Zwierzyny jest mało i bardzo trudna do złowienia. Już od kilku dni ciągną nieprzeliczoną chmarą dzikie gęsi i kaczki, ale mówią, że to ostatnie ciągi. Nie sposób wybrać się w drogę bez kompasu, bez strzelby i, jak to sam zauważyłes, bez siekiery.
- Podobno w rzekach jest tyle ryb, że można je łowić na sam haczyk bez przynęty.
- Tak, to prawda. Ale jeszcze trzeba mieć ze sobą zapałki, czy zapalniczkę. Trudno żywić się surowymi rybami. Do tego ucieczka tutaj, to podróż na długie miesiące. W sierpniu, jak mi mówiono pojawiają się wielkimi masami grzyby i jagody: brusznice.
Do tego czasu trzeba jednak żywić się produktami. Mamy teraz początek czerwca. Do sierpnia jeszcze daleko, a należałoby się zastanowić, czy w sierpniu można zacząć wędrówkę? Przecież koło połowy września spadnie śnieg i zacznie się zima!
- Tak, muszę się dowiedzieć gdzie jesteśmy.
Po kilku dniach rozstaliśmy się. Odesłano w tajgę, Hansa i Andrzeja. Obaj byli rodem z naszej celi horodniańskiej. Dwaj z posród dwunastu.
Wtedy zacząłem przemyślny taniec koło felczera.
Felczerem w Kadak-Czapie (tak nazywało się osiedle, w którym rozpoczęliśmy karierę katorżników), był jakiś konował, osobistość widocznie niezwykle pożyteczna dla systemu. Odsiedział już bowiem dziesięć lat na Sołówkach, a potem przywieziono go tutaj i na nowo ma odsiedzieć sześć lat. Zanim - w dwa lata później - opuszczę ten kraj, gruchnie wiadomosć, że drab ten uzyskał nowych pięć lat. Jeden z wielu - dożywotni abonent wyroków zaocznych, bo go nigdy nie wzywano na żadną rozprawę.
Trzeba było zobaczyć, jak pracował Izydor Winiak. Nie śpieszył się. Kiedy zajeżdżał nad rzeczkę samochód i rozpoczynało się nasypywanie żwiru, Izydor podnosił raz po raz łopatę tak pełną, że wierzyć, się oczom nie chciało. Nic przy robocie nie mówił.
My upadalismy ze znużenia on nawet się nie spocił. Zacisnął zęby.
Zaraz jednakże pierwszego czerwca, w przerwie obiadowej, kiedy usiedliśmy na chwilę, Izydor rzekł:
- Praca mi nie dziwna, tylko, że jako niewolnik pracowac nie będę.
Po kilkunastu dniach zrozumiałem, co to miało znaczyć.
W tym powiedzeniu nie było żadnych zaklęć, przysiąg, słów honoru...
