Zmuszono więc mnie, abym dał nura, na dno egzystencji ludzkiej. Przedtem kilka razy zdawało mi się, że sięgam już do samego dna, a potem stwierdzałem, że dno jest jeszcze ciągle niżej. Gdzież ono jest? Nie ma dna w nieszczęściu ludzkim! Albowiem śmierć nie może być przecież dnem, skoro jest - wybawicielką, spokojem i wyzwoleniem!
Opadam coraz niżej i niżej! A kiedy oburzam się i syczę przez zęby jadowite, wściekłe, parzące słowa, słyszę w odpowiedzi:
Niczewo, prywykniosz! Głupatwo, przywykniesz!
Mówią to ludzie doświadczeni, bywalcy wszystkich więzień, współpracownicy wielu katorg.
Sam zaś jestem człowiekiem bez Ojczyzny i bez państwa.
Walczyłem o taki drobiazg, nie wart zachodu, jak to ażeby w moim kwestionariuszu, w rubryce otczestwo, wypisane było Janowicz, a nie Iwanowicz We Władywostoku stoczyłem bój o rzecz ważniejszą. Mianowicie podczas spisywania jakiegoś jeszcze jednego kwestionariusza - żądam stanowczo, aby wpisano w nim: obywatel polski. Pracownik w kautorze ulega wreszcie: pisze poddany polski. Innym towarzyszom niedoli wpisano naogół: obywatel byłej Polski. Polska bowiem, zajęta w połowie przez Niemców, została wykreślona z sowieckiej nomenklatury.
Byłem żołnierzem i nie miałem okazji walczyć. Chciałem uciec za granicę i nie udało mi się. Granica, którą zamierzyłem przekroczyć, była granicą polską. Okazało się jednak, że ja, Polak, popełniam przestępstwo, przekraczając swoją granicę, a nawet usiłując ją przekroczyć. Miałem przy sobie, w chwili aresztowania wizę rumuńską. Ta wiza mnie zgubiła.
Dziś - jako stary kryminalista, - rozumię, że branie tej wizy i posiadanie jej przy sobie, było wierutnym głupstwem. Ale wówczas - w pazdzierniku 1939 r., - ja, obywatel polski, szedłem do zaprzyjaźnionego państwa za zgodą konsula tego państwa.
- Niczewo - prywykniosz!
Zostałem rozdzielony z rodziną. Nie wiem, co się z nią dzieje i ona nie wie nic o mnie. Nie piszę. Nawet kiedy mogę napisać, okazuje się, że nie potrafię ...
Minęło może pięć miesięcy mego pobytu na Kołymie, kiedy w baraku na piątym prorabstwie zjawił się jakiś większy naczelnik w otoczeniu licznej świty. W świcie tej znajdował się również tak zwany wospitaciel, czyli wychowawca. Tyle ten czlowiek miał kwalifikacji na wychowawcę, ile ja na Dalaj Lamę. Był to zwykły zbir, bańdzior złodziej, a do tego półanalfabeta. Ale, że obdarzono go paragrafem życiowym, bytowaja statia, mógł pełnić tą dostojną funkcję.
Paragrafy życiowe otrzymują lżejsi przestępcy. A więc ten, który zamordował, ten który ograbił, taki, co roztrwonił państwowa pieniądze, lub taki co kradł, wreszcie który zgwałcił. Albowiem życie ma swoje prawa i ci ludzie są ofiarami życiowych konfliktów. Natomiast prawdziwymi zbrodniarzami są przestępcy polityczni. Są to zbrodniarze dosłownie - bez żadnych praw, nawet w obrębie ustawodawstwa więziennego...
Otoż włazi wówczas to całe towarzystwo do baraku i bolszoj naczalnik zapytuje: czy napisałbym do rodziny?
- Moja rodzina mieszka w Krakowie - odpowiadam - i choćbym napisał, to nie wiem, czy list dojdzie.
- Oczywiście dojdzie - mówi naczelnik - my tiepier z Germaniej druzia, my teraz z Niemcami przyjaciele.
- Niestety, nie mam - mówię - papieru ani koperty.
- To się wam da! - i wychowawca otrzymuje polecenie dostarczenia mi papieru i koperty. Tego rodzaju luksusów na naszej Komandirowce wogle nie było.
Minęło kilka tygodni i miałem czas zapomnieć o tym niebywałym bądz co bądź incydencie, gdy nagle zjawia się wospitaciel. Przynosi mi śliczną z nadrukowanym znaczkiem pocztowym kopertę, tzw. zagraniczną. Nie wiem czy na obszarze 10 tysięcy kilometrów kwadratowych istniał drugi egzemplaż takiego fenomenu. U dołu adres nadawcy: kto wysyła, jak mu na imię, jakie otczestwo, jakie nazwisko, gdzie mieszka? Cała ankieta! Na górze druga taka ankieta jeszcze dokładniejsza - to miejsce na adres.
W kopercie skrawek papieru. Wydobywam go i zaczynam się śmiać: zwykły papier pakunkowy!
- Przecież nie mogę napisać na takim papierze listu do Europy! Tam dopiero zdumieliby się ujrzawszy taki eksponat.
Kieruję te słowa do Rosjanina, więżnia tzw. kontryka czyli kontrrewolucjonisty, alias skazańca politycznego.
Ten próbuje jakoś sprawę załagodzić. Czyni to w sposób nieco oryginalny:
Z pewnością dano dobry papier, ale wospitaciel - ukradł! Jest to przecież znany złodziej z Leningradu. Nie zdzierżył, załamał się, znaczy się natura wzięła w nim górę.
Przeto idę do wychowawcy, czyli do znanego złodzieja z Leningradu. W kantorze znajduje się naczalnik prorabstwa, komendant straży i różne inne osobistości. Tłumaczę:
- Przecież nie mogę posłać do Europy listu, napisanego na papierze grubszym od papy dachowej.
Powstaje konsternacja. Szukanie po stołach w kancelarii, w szufladach i w szafach. Wreszcie odnajduje się ćwiartka możliwego papieru. Otrzymuję atrament i pióro. Wracam do baraku, stawiam na stole kaganek i piszę:
Kochana żono!
Jestem zdrów i powodzi mi się dobrze,...
Nie! To nie ma sensu! Listu tego żona nigdy nie otrzymała, ponieważ go nie wysłałem. W papierze skręciliśmy kilka papierosów z machorki. Poszedł z dymem. Albowiem nie zdobyłem się na napisanie adresu. Jakoś nie mogło mi spaść z pióra, że Kraków to jest Krakau, a kraj, w którym leży to najpiękniejsze miasto świata, to teraz Deutschland, Deutsch - Polen, Polen lub choćby Obszar państwowych interesów Germanii.
I tak zakończyły się moje zamiary korespondencyjne.
Nie próbowałem więcej pisać. Zresztą nie minął rok - ściśle: minęło nie całych osiem miesięcy - a aforyzm my tiepier z Germaniej druzia, stracił aż do następnej okazji walor.
Wybuchła wojna...
- Czy wiecie, co się dzieje z waszą rodziną?
- Nie wiem.
- Niczewo - prywykniosz!
Kiszki drąży głód, nogi uginają się w kolanach, ręce nie mogą podniesć łopaty ze śniegiem, oczy są niewidome przez trzy czwarte doby z powodu tzw. kurzej ślepoty. A jakie na to wszystko lekarstwo i jaka pociecha?
- Niczewo, prywykniosz!
Chociaż owszem, jest jeszcze inna pociecha:
- Grunt nie upadać na duchu!
Słusznie, tylko, że porada ta ma w sobie smak sarkastyczny. Istnieje jeszcze trzeci slogan. Słyszałem go może pięćset, może tysiąc razy, przy przesłuchaniach, w czasie konwoju, podczas rozmów z współwięzniami, pomiędzy szeptami w szpitalach, wśród wyklinań dziesiętników i podczas posiedzeń przy olbrzymich ogniskach. Slogan, mówiony w pięciuset tonacjach. Od sadystycznego stwierdzenia, po przez mongolską drwinę, aż do życzliwego współczucia, czy też prostego, dobitnego, konstatowania, faktu, tak pewnego, jak ten, że istnieje dzień i istnieje noc. A więc:
- Wy już nigdy nie zobaczycie Krakowa!
- Ty już nigdy nie zobaczysz Krakowa!
... W tej chwili, kiedy piszę te słowa Kraków przesłania mi mgła, pełna bólu, rozpaczy i krwi. Ale z poza mgły widzę wyczuwalnie kontury mego miasta. O ileż tysięcy kilometrów jestem - bliżej, już nie ma tych 16 tysiecy.
(Czy był tam nastrój do wierszy?)
Ułamek tylko jednego zachowałtm w pamieci:
Polarną białą nocą, lub czarnym podbiegunomym, dniem,
Na skrzydłach związanych ptaków,
tęsknota moja leci szesnaście tysięcy km
nad K r a k ó w !
Mam nie upadać na duchu...
Upadłem na duchu już jednakże zaraz na początku. Nie spodobała mi się łopata w mojej ręce i przemocą wetknięty kilof.
Dnia 1 czerwca 1940 r. zaprowadzono nas nad rzeczkę i kazano nasypywać żwir na samochody. Stworzyła się grupa (tzw. zwieno): Izydor Winiak, Franciszek Żelechowski, inż. Henryk Sierosławski, Józef Piotrowski, Włodzimierz Modry i ja.
Po godzinie pracy Izydor Winiak zrozumiał, że nie wytrzyma.
Po godzinie pracy zrozumiałem i ja, że to ponad moje siły.
Pierwszy nie wytrzymał Hans Belau...
