Lasciate ogni speranza

Por. lek. Czyżewski Zbigniew
Polish Forces - Paiforce
25. 1. 19433 r.

Szanowny Panie !

Nie wiem, czy odnajdzie Pan w swojej pamięci nazwisko por. lekarza Czyżewskiego Zbigniewa, z którym Pan siedział w więzieniu w Stanisławowie, w listopadzie i grudniu 1939 r. Przypomina Pan sobie, że zasadniczo w więzieniu występował jako szerwgowiec, jedynie Panu zwierzyłem się wtedy kim jestem. Wówczas nas czterech: Pan, por. Zamorek, mój sanitariusz Józef Łęczycki i ja mieliśmy przy najbliższym transporcie uciekać znów do Węgier. Owszem uciekłem później i nie raz, ale bez Was, bo mnie wówczas wywieziono. Dowiedziawszy się o Panu, spieszę nawiązać kontakt. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem o pobycie Pana, bo w przejeździe przez Bagdad mogliśmy sobie wiele ciekawego opowiedzieć.
Przy okazji prosiłbym o podanie w Kurierze Polskim w Bagdadzie poszukiwanie tego sanitariusza, który według danych ostatnio był w Komi-SSR. Nazwizwisko jego: szer. Józef Łęczycki, który wraz z por. lek. Czyżewskim Zbigniewem zostoł złapany nad granicą polsko-węgierską w Jabłonicy, 28.10.1939 r.
Niech poda swój adres lub napisze do mnie.

List drugi:

Słoma Marian, kapral
Polish Forces - Paifoece
data poczty polowej 16.IV.43

Pan szukasz różnych znajomych, a ja szukałem Pana! Czy aby naprawdę znalazłem? A dla pewności, aby nie było wątpliwości, przypomnijmy sobie! Było to 16.5.1940 r. we Władywostoku, pod wieczor, ogromna barka podwiozła nas wygnańców-więźniów sowieckich do dużego okrętu Dolstroj, którym odwieźli nas na Kołymę. W grupie, jadącej ze mna był człowiek średnich lat, lecz o siwym włosie, prawdopodobnie pracownik Kuriera Krakowskiego pan.......(Nazwisko).
W przejeździe koło Wysp Japońskich zrobiliśmy taką rzecz: p. H. z Drohobycza (sekretarz PPS) zrobił z kawałka czerwonej szmatki i białej wyciętej z jaśka, proporczyk polski. P.K. napisał na kawałku papieru w kilku jezykach, że na okręcie Dalstroj jadą więźniowie Polacy wywiezieni z Polski, okręt płynie w kierunku Morza Ochockiego (dziś nie pamiętam dokładnia treści kartki). Proporczyk z kartka włożono do butelki, która zalakował p. M. działacz socjalistyczny, radny miasta, (zmarł na Kołymie), zalakowaną butelkę wyniosłem ukrytą w zanadrzu na pokład okrętu, a następnie wrzuciłem do morza.
Te kilka danych napisałem, w tym celu, aby przypomnieć to, co już minęło, a o ile Pan jesteś tym człowiekiem, którego szukam, proszę do mnie napisać. Czołem!

Odpisałem na ten list w ten mniej więcej sposób:

Drogi Panie Marianie!

Witam Pana między żywymi! Oczywiście, że pamiętam Pana i gratuluję Panu, że mógł do mnie napisać o sobie, że mogę to czytać. Jest jednak w Pańskim liście nieścisłość. Pisze Pan: Było to 16.5. 1940 we Władywostoku. Otuż to nie było 16 maja, tylko 19 maja. W dniu tym pod wieczór załadowano nas na statek, który jednakże nie nazywał się Dalstroj lecz Dekabrist. Pod poładem Dekabrista przypłynęliśmy do Zatoki Nagajewo na północnym brzegu Morza Ochockiego, a tam przy molo stał własnie Dolstroj. Na Dalstroju natomiast odjechała pierwsza partia więźniów Polaków. W kilka dni potem nasza, druga partia, pojechała na Dekabryscie.
Hiatoria z flaszką jest najzupełniej prawdziwa. O tyle tyIko należy ją sprostować, że teksty rożnojęzyczne układał nasz poliglota inż. Henryk Sierosławski. Kartka była zaadresowana do Rządu Polskirgo w Paryżu. Świetnie pamiętam Pana, Panie Marianie. Był Pan naszym brygadierem. Czy przypomina Pan sobie wypadek, jak złodzieje podkopali się do naszego baraku, ażeby nas okraść? Do tej chwili pamiętam, jak Pan bił ich po mordzie.

I znów przyszedł list:

Słoma Marian. kapral
M.p. 6.5. 1943

List otrzymałem, który mi sprawił niewysłowioną radość. Jest to pierwszy list, jaki otrzymałem od przyjaciela minionych, ciężkich przeżyć.
Od 1939 r. nie miałem żadnej wiadomości, ani od przyjacidł, z którymi dzieliłem los wygnańczy. Przyznać muszę, że po przeczytaniu Pańskirgo listu byłem podniecony i czytałem go kilkakroć. Co do nazwy okrętu i dat Pan ma racje. Sprawdziłem to w moim pamiętniku, a pamiętnik to bogaty, gdyż zawiera aż trzy bloki po 50 kartek. Czołem!

Jeszcze do Chabarowska mniej więcej było trochę nadziei na ucieczkę. Ale tam zgasła. W Chabarówsku zrobiono w wagonie rewizję, dokładniejszą, niż zazwyczaj, przyczem konferowano długo na uboczu ze szpiclem, który otrzymał rozkaz opuszczenia wagonu. Nie znaleziono nic, poodbierano jakieś ołówki jakieś skrawki papieru i nie pomagały protesty byłych członków partii, że dzieje się to wbrew przepisom.
Pociąg nasz zaś wziął krótki galop. 780 kilometrów z Chabarowska do Władywostoku odwaliliśmy w 24 godziny. Dnia 5 maja w godzinach porannych pociąg zatoczył się na jakieś boczne tory.

We Władywostoku zdobyliśmy paczuszkę jodoformu!
Dr Turkieltaub został mianowicie zaraz po przybyciu do Władywostoku lekarzem łagiernym i zaraz na drugi, czy na trzeci dzień po objęctu funkcji przysłał nam apteczną torebkę z jodoformem. Był to więc jodoform ironiczny kpiarski - dla nas w tej chwili bezpożyteczny. Dwa tygodnie koczowaliśmy we Władywostoku w obozie przejściowym.
A potem do mola więziennego podpłynął wielki prom. Nasza grupa polska, zorganizowana osobno, znajdowała się w samym końcu pochodu. Morze szalało pastelami, które brzmiały, jak pierwsze tony nokturnu. Zgęstniała czernią noc, kiedy wreszcie nasz prom odbił od mola.
Mężczyzni są jak dzieci. Czyż bowiem jest to położenie życiowe, w którym dorosłemu człowiekowi chce się spiewać? A jednak na promie zabrzmiał chór:
Wykonane było to dla fasonu, a efekt przeszedł oczekiwania. Wszyscy byli zdumieni tym chórem, tym śpiewem, tym fasonem.

Kolyma Rozpoczęła się podróż. Siedem dni i osiem nocy siedzieliśmy w lukach pod pokładem. Jeżeli w pociągach były awantury o wodę, to tutaj było bez porównania gorzej. Na pokładzie wznosił się drewniany szałas. Ażeby się do niego dostać, trzeba było wystawać w ogonku po dziesięć godzin w dzień. W nocy ta zabawa trwała krócej - dwie lub trzy godziny. Do tego kilkadziesiąt osób z naszej luki cierpiało już na tzw. ponos czyli biegunkę.
Pewnego dnia, zaalarmowani przez przyjaciół ustawiliśmy się w ogonku tylko po to, aby zobaczyć brzeg i japoński okręt. Wąska i długa, prawie czarna plama to ziemia. Druga pękata biała i lśniąca srebrzyście to japoński pancernik. Wpływaliśmy przez cieśninę La Perousa na Ocean Spokojny. Następnego dnia pod wieczór z lewej burty można było zobaczyć ląd. To brzeg Sachalinu. Aż wreszcie wypłynęliśimy na Morze Ochockie, ciche, gładkie, spokojne, potulne. Jak czarne świnie, płynęły za statkiem - delfiny...
Te godziny w ogonku! I wyjące głosy ludzi, którzy chorowali na ponos. Nie wytrzymywali i byli za to katowani!
Aż wreszcie - zatoka Nagajewo. Prymitywny port. Na pokaźnej wyniosłości gród, miasto, stolica: Magadan. Centralny mózg Kraju Kołymskiego.
Na wybrzeżu, w porcie, nie było żadnego, pomnika. A powinien tam stać!
Wyryty na cokole napis powinien brzmieć:
...Lasciate ogni speranza
Porzuccie wszelką nadzieję, którzy tu wstępujecie...

spis treści Przywyknę i mam nie upadać na duchu