Jedynym pięknym szczegółem wśród wszystkiego, co nas otacza jest chyba tylko słońce, które wisi nad ciemno granatową, prawie czarną płachtą brudnej cieczy. Ta ciecz - to Ocean Spokojny. Ale i to słonce wygląda, jak oko wśród kataru spojówek, otoczone szarą mgłą i postrzępionymi chmurami koloru wody, leżącej poniżej o kilka tylko odcieni brudniejszymi jeszcze.
Patrzę na wschód. Za moimi plecami wzgórza: sopki mandżurskie - powiadają. Z prawej strony takież same wzgórza, rosnące jednak szybko i zuchwale pod nieboskłon: te najdalsze, sine góry, to Korea. Więzień uznaje jedną tylko geografię: geografię wolności. Te dwa słowa: Mandżuria i Korea oznaczają wolność, ale w tej chwili nie oznaczają nic.
Z lewej - zatoka władywostocka i port. Wiem o ich istnieniu, ale ich nie widzę: zasłaniają wzgórza. Na wzgórzach setki, tysiące baraków. Tysiące baraków, a setki łagrów - to byłoby trafne określenie. W jednym z takich łagrów, w baraku numer 13, grzebiemy nasze nadzieje wolności. Jak w bardzo złej powieści kryminalnej, barak musi nosić numer 13. Ale rzeczywistość, która nam towarzyszy, jest gorsza od najgorszego banału powieściowego.
Nasz łagier styka się z następnymi. Oddzielony kilku rzędami drutu kolczastego, połączony warowną bramą. Między szpalerami drutów kolczastych biegają psy, wyją, szczekają, wspinają się na ogrodzenie lub gryzą między sobą. Każde zbliżenie się człowieka do drutów powoduje natychmiastowy rajd bestji w tym kierunku i wściekłe ujadanie - strażnik na wieżyczce gwiżdże.
Ludwik Godlewski mówi:
- Uważaliśmy go w Horodni za ciężko chorego. Nawet na spacery nie chodził i ruszać się nie lubił. A tutaj ledwie go wpuścili między szerokie ogrodzenie, rozpoczął gonitwę...
To o mnie mowa. Ale - niestety - moje wyprawy były beznadziejne. Ryk psów i gwizdy strażników. Usiąść, nic nie robić i czekać, czekać, czekać.
Dlatego o samym świcie siedziałem w tym oto miejscu, patrząc na słońce, które niedostrzeżenie żeglowało w górę. Poniżej dość stroma szkarpa, kuchnia, jakieś baraczki administracyjne, łaźnia i odwszalnia wkopana w ziemi, otoczona czarnym dymem. Za plecami barak z irytująco banalnym numerem. Dziś w nocy znów zrobiono pod nami podkop, ale sztuka się nie udała. Słoma wyciągnął za łeb pierwszego śmiałka i tłukł po mordzie przez pół godziny. Inni odcięli z zewnątrz reszcie odwrót i w ten sam sposób załatwiali porachunek. Po dzisiejszej nauczce nie powinno być obaw o nasze mienie. Tejże samej nocy w baraku 18-tym więzień zabił innego o 8 rubli przy grze w karty, sfabrykowane na miejscu.
Przywykamy do wzbudzania sobą ogólnego zainteresowania, jak przywyka primadonna, obwieszona klejnotami. Nasze obuwie wzbudza podziw: jest całe ze skóry. Obmacywani jesteśmy, jak cadyk z Góry Kalwarii: nasze ubrania, płaszcze, bielizna, krawaty - wszystko to jest przedmiotem zachwytu. I handlu. Nasi sprzedają i kupują. Za spodnie chleb i machorkę, za kapelusze góry chleba a stos machory. Chleb i machora, który mam, pochodzą z wymiany wiecznego pióra, przewiezionego przez wszystkie perypetie.
Ci, którzy mieli ochotę pracować za dodatkową strawę, pracują oto poniżej. Tam, dalej, kopią jakiś dół i rowy. Inni przemykają z nosidłami pełnymi obrzydliwego barachła - noszą wszy do desynfekcji.
- Popatrz, popatrz - drogą jedzie pogrzeb...
Jestem krótkowidzem. Między naszym łągrem, a pasmem pagórków, które oddzielają nas od łachy oceanu, biegnie droga. Sunie nią rząd samochodów ciężarowych. Na nich sterczą cudaczne obeliski, posmarowane na czerwono, z olbrzymimi gwiazdami u wierzchołka. Jakiś liczniejszy pogrzeb - nikt nie odpowie na pytanie, czy to może nie na skutek jakiejś katastrofy? Czerwonych pomników nagrobkowych jedzie kilkanaście, a potem wiozą czerwone trumny.
- Co za paskudztwo...!
...W kilka miesięcy później, ten sam głos mówić mi będzie:
- Miałem bardzo... męczący... sen. Czy pamiętasz ten groteskowy pogrzeb we Władywostoku? Tych kilkanaście czerwonych obelisków z gwiazdami, wiezionych samochodami? Otóż śniłem, że przedemną jechał taki sam samochód, wiozący trzy krzyże wielkich rozmiarów i dwa takie paskudztwa z czerwonymi gwiazdami, jak wówczas...
- Czyżbyś wierzył w sny, Henryku? - nadałem słowom siny dźwięk ironii.
- Nie wiem, nic nie wiem... Tylko dlaczego trzy krzyże?
W zaboju pracuje nas pięciu - ich dwóch i nas trzech... Czy tak nie jest?
Tak było. O bardzo jeszcze szarym świcie szliśmy pod górke w stronę naszego zaboju. Był to dzień 7-mego października...
- A na jednym z krzyżów - kończy Henryk - widziałem swoje nazwisko, wyraźniej, niż ciebie teraz widzę...
- Obrzydzenie bierze, patrząc na tę ohydę...
Słowa oddalają się, bo oddala się mówiący. Wstał i idzie w doł...
- Patrzy pan na ten dziwny pogrzeb? Nigdy pan takiego nie widział? Dziwi się pan? Mogę panu dodać, że na każdym takim obelisku widnieje napis: Iwan Matwiejewicz Iwanow zakończył życie poświęcone chwale rewolucji i sowieckiej ojczyzny. Koniec. Obeliski sklecono z desek i pomalowano lichą farbą. Kilka deszczów zmyje farbę i na cmentarzu będzie stał taki szkielet nagrobka, aż się rozleci zmurszały...
Ostatni samochód znikł za zakrętem i droga jest zupełnie pusta, jak zwykle. Głos, wypowiadający obok mnie słowa, zamilkł. Nie znam tego głosu. To mówi obcy człowiek. Obcy, kulturalny człowiek, kresowiak o akcencie śpiewnym, ale już stonowanym na skutek długiego przebywania na zachodzie Polski. Nie patrzę w bok, nie oglądam się. Wiem, że usiadł obok mnie na nasypie podpierającym barak, jak na przyzbie.
- Czy to prawda, że pan jest dziennikarzem?
Myślę, że ustawiczne wrzaski Hansa Belaua: Redarteurchen i ciągłe naszych: redaktorku, sprowadzą na mnie wreszcie nową biedę, ale znajduję w tym pewien styl, a reszta jest dla mnie obojętna. Postanawiam właśnie, że trzeba ewentualnie posłać kogoś z donosem, że jestem właściwie ukrywającym się wojskowym, a udaję tylko dziennikarza. Pomysł, który w tej chwili przychodzi mi do głowy, uważam za zabawny. Odpowiadam niechętnie:
- Tak. Czy pan chce zapytać o książkę Andre Gide'a?
- Choćby i o nią, ale skąd pan wie?
- Odpowiadałem na to pytanie niezliczoną ilosć razy.
Opowiadam, jak pozytywka. Nie przerywa. Kończę, coraz bardziej się streszczając.
- Dziękuję. Kiedy czytałem recenzję w naszych pismach, nie trudno było się domyślić, co Gade napisał... Czy Mona Lisa wisi na dawnym miejscu?
- Nie wiem - odrzekłem a dopiero wtedy popatrzyłem.
Twarz schudzona do ostatecznych granic schudzenia. Wystające policzki, oczy głęboko osadzone, szare, jasne, stanowcze. Ręka wyciągająca się ku mnie, jest piszczelem, okrytym skórą. Na ciele łachmany. Tak więc mniej więcej wyglądamy wszyscy? Zmobilizowany 24-go sierpnia 1939 ważyłem 94 kg. Wczoraj ważono nas - 59 kg.
- Nie wiem, proszę pana, nic o Monie Lisie. Ukradziono ją, odnaleziono, ale w Wersalu nigdy nie byłem...
Pewnie mówię jakieś niedorzeczności, ale nie peszę się tym. Zarzucony jestem pytaniami, na które w olbrzymiej większości odpowiedzieć nie umiem. Pytania są pośpieszne, łaknące i zachłanne. Dotyczą jedynego tematu: dzieł sztuki i nie znają przestrzeni: latają z Europy do Ameryki, z Ameryki do Afryki; nie znają też czasu: lataja po róznych wiekach.
- Nigdy nie miałem złudzeń co do tego, że bardzo mało wiem o tym temacie, ale dopiero dzisiaj widzę jak kompletnym jestem ignorantem - tłumaczę się pokornie, bo człowiek, który pyta, coraz bardziej mnie interesuje i coraz dotkliwiej boli mnie, że nie mogę zaspokoić jego pośpiesznej zachłanności, jego łapczywego głodu.
- I tak mi pan masę rzeczy powiedział... - Mówi to przez grzeczność - odczuwam wstyd, załuję że ruchliwe życie oddaliło mnie tak bardzo od tych spraw.
- Bo widzi pan, byłem profesorem historii sztuki na polskim uniwersytecie w Kijowie, dopóki uniwersytet nie został zamknięty, a ja nie pojechałem kopać Białomorkanał... Dziękuję panu, masę rzeczy wiem już teraz...
- Proszę nie żartować sobie ze mnie - jestem zupełnym laikiem w tych sprawach. Pan wie masę rzeczy pięknych i bardzo potrzebnych, ja w zakresie swojego zawodu musiałem wiedzieć masę rzeczy niepotrzebnych i o wiele za dużo rzeczy bardzo brzydkich. Pan...
...Tyle lat upłyneło od owego poranka i przedpołudnia władywostockiego, takie nastąpiły zdarzenia, tyle krwi się polało, tylu ludzi spalono w krematoriach, tylu poszło pod sopki, że nie mam obaw - wymienię prawdziwe nazwisko człowieka, z którym rozmawiałem. Już mu nikt nic zrobić nie potrafi. Już go nikt nie schwyta trzeci, czy czwarty raz, nikt nie będzie bił i kopał przy przesłuchaniach, pluł w twarz, głodził i zamykał w izolatorze o lodowatej podłodze i płaczących ścianach - nagiego.
Gdzieś ktoś może przeczyta słowa, które teraz piszę, pomyśli, przypomni sobie o nim, dowie się, jaki los był tego człowieka... Nie sposób, aby profesor uniwersytetu w Kijowie, który studia odbył we Włoszech i we Francji, był człowiekiem nieznanym. Trzeba go wydobyć na jaw, skoro przed laty zaginał... Uderzyło go jakby to słowo: pan - dopiero w tej chwili. Mówi pomału:
- Jestem księdzem. Nazywam się ks. Arkadiusz Rudenko Rudnicki... Dziwne - powiada uśmiechając się
- imię - Arkadiusz...
- Jestem wytrzymały na dziwne imiona - powiadam nierozsądnie chyba i po to, aby zasłonić zaskoczenie - sam mam cudaczne imię...
Stoimy naprzeciwko siebie, a słońce jest ponad nami. Toż to już południe.
- Muszę iść. Wrócę wieczorem. Powinienem z panem porozmawiać. Etapy za etapami odchodzą - za kilka godzin możemy się rozstać na zawsze...
Zniknął między barakami. Wszystko szło normalnym trybem.
Rozdano zupę, a jeden z pracujących poszdł po dodatkową porcję dla ochotników: otrzymał pełne wiadro.
Słońce spływało ku manżurskim wierzchołkom. Chociaż zbliżała się połowa maja chłód obsuwał się na ziemię, nieobudzoną jeszcze. Drzewa zaledwie zaczęły puszczać pąki, ziemia szarzała wielkimi łysinami, gdzieniegdzie blado zieleniła, się nowa trawa. Ale wiosna szła wyraźnie i gwałtownie.
- I pomyśleć, że teraz we Włoszech wiosna już dobiega ku końcowi, ku latu się zbliża...
- Ba, we Włoszech - powiada ktoś nieopatrznie.
Wkrótce bowiem ukazuje się mapa. Kto by tam pytał o tłumaczenie, skąd się wzięła? Dość, że jest, chociaż w olbrzymiej skali. Mimo tej skali w środku Europy spostrzegamy zamalowany fioletowo skrawek z miniaturowym napisem rosyjskim: Obszar państwowych interesów Niemiec. Mapa jest nowiuteńka, wprost z pod prasy, obsługa geograficzna szybka i rzetelna: Polski już nie ma w Europie, ani oczywiście nigdzie gdzieindziej na świecie - państwowe interesy Germanii pochłonęły ją, usłużni geografowie serdecznie zaprzyjaźnionych Sowietów, zamalowali ją na fioletowo...
A zarazem dla niektórych - rewelacyjne odkrycie. Władywostok leży na linii równoleżnikowej, przebiegnjącej gdzieś między Neapolem a Rzymem. Więc rozmowa o Saharze. Golfstromie i Kurosziwie.
Równocześnie jednak mapa odsłania nam - teraz wszystkim już bez wyjątku inną tajemnicę:
Henryk, chowając przede mną mapę zapytuje:
- Odpowiedz: co to jest Kołyma
- Wyspa chyba nie, bo o takiej słyszałbym. Pewnie półwysep? Ktoś inny jest jednak zdania, że musi to być malutka wysepka.
- Wysepka? Malutka? Przecież tam od kilku lat wywożą po kilkaset tysięcy ludzi. W tej chwili tutaj, na punkcie przesyłkowym we Władywostoku, ma być do 70 tysięcy ludzi i to wszystko pojedzie na Kołymę...
Albowiem los nasz jest nam już omal, że wiadomy. W każdym razie coraz mniej zostało nadziei, że ominie nas jeszcze może - to najgorsze: Kołyma.
- A ilu jeszcze pojedzie do końca sezonu żeglarskiego? - Henryk objaśnia:
- Ani wyspa ani półwysep, ani wogóle ziemia! Kołyma to jest rzeka, która wpada do Oceanu Lodowatego. - (Pokazuje na mapie.) Okolice rzeki i dorzecza Kołymy nazywają się Krajem Kołymskim, która to nazwa nawet na tej mapie nie jest oznaczona. Kołyma jako nazwa, to poprostu skrót...
Jednakze wieczorem z księdzem Rudnickim o Kołymie nie mówimy. Zresztą wogóle jak najmniej przeszkadzam swoimi słowami. Słucham całym sobą i całą swoją pamięcią:
- Po rozpędzeniu uniwersytetu polskiego w Kijowie, niedługo cieszyłem się wolnością. W pół roku później zostałem aresztowany przez ówczesne GPU. śledztwo, bicie, bicie, śledztwo, karcery - to pan już zna...
- Znam - skinąłem głową bezradnie.
- Nie myślę o tym opowiadać, jak również i o następnym okresie. Kiedyś pan o tym napisze...
- Ne wiem, czy przeżyję. Ale już teraz wiem, że gdybym napisał to co już datychczas co zaledwie dotychczas przeżyłem i na co patrzyłem, to by mi w Europie, w świecie nie uwierzono...
- Zaledwie? Jeśli nie uniknie pan Kołymy, to przysłówek ten będzie aż zanadto uzasadniony... Więc potem oczywiście łagier - jeden, i drugi. Potem praca przy Białomorkanale. Nie potrzebuję panu opawiadać, sam pan to zobaczy - gdzieindziej, to samo... Ale pewnego razu uciekłem...
Słyszałem już o takich wypadkach...
- Uciekałem kilka razy, kilka razy: śledztwo, bicie itd. Ale ostatecznie udało mi się - zwiałem. Poł roku trwało, zanim dotarłem w swoje strony...
Ksiądz mówi, jakie to strony, nazywa miasta, wsi i sioła. Nie widzę powodu, aby za nim powtarzać, tyle powiem: okolice Kijowa, dalsze okolice...
- Powróciłem do wsi, w której byłem przed laty proboszczem. Wieś duża, było zbyt niebezpiecznie, za bardzo narażałem ludzi. Wobec tego przeniosłem się do niedalekiego osiedla, złożonego z kilkunastu gospodarstw chłopskich. Mieszkałem na strychu i nie schodziłem z niego... Kilka lat to trwało... Nie chodziłem, znaczy się, w dzień, schodziłem nocami. Czasami nieobecność moja trwała kilka dni. Chrzciem, spowiadałem, udzielałem komunii św., błogosławiłem związki małżeńskie. Ludzie zwiadywali się i zjeżdżali dziesiątkami i setkami mil. Zorganizowano dla mnie ucieczkę za granicę, nie poszedłem... Podniosłem się aż:
- Dlaczego, księże?
- Moje obowiązki nie były zagranicą...
Chwila milczenia.
- Patrzę na te zamglone gwiazdy, słucham szumu niedalekiego oceanu... Bardzo się w ostatnich latach postarzałem, ale będę jeszcze raz próbował ucieczki przy okazji... A wtedy, to mnie wydał mój własny organista, oczywiście organista z tych dawnych, dobrych czasów. Przyszedł do mnie, dotarł do mnie i bardzo się cieszył, że mnie wreszcie odnalazł. Ksiądz, mówią, jest w okolicy, Chrzci, spowiada, śluby daje. Nasz ksiądz. Coś mnie tknęło, czy to przypadkiem nie dobrodziej. Poszedłem śladem. I oto, proszę jegomości, jestem... I płakał z radości. Potem ludzie, którzy mnie chronili, ostrzegali mnie przed nim. Płakał - mówiłem. Cóż złego, że płakał, ale jest przewodniczącym siełsowieta. Zrozumiałem, że się bali, narażałem ich tyle lat. Zapowiedziałem, że następnej nocy przeniosę się gdzie indziej, ale już nie zdążyłem. Przyszli za kilka godzin i oto znów kilka lat siedzę... Przydługa chwila wahania się, czy namysłu:
- Wygląda pan na sceptyka i ironistę... - Musiałem odpowiedzieć, bo milczenie trwało:
- Nie wiem czy jestem sceptykiem, ale wiem, że ksiądz jest nielada psychologiem. Albowiem, zawołany na wojnę, wstałem od stołu szyderców i poszedłem. Byłem ironistą i satyrykiem...
- Wygląda pan na człowieka, który wyjdzie z tego.
(A ja już w to coraz mniej wierzyłem...)
- Wobec tego, chcę powierzyć pewną sprawę... Czy słyszałeś o głodzie na Ukrainie?
- Słyszałem. Nie słyszałem nigdy w Polsce, ani w Europie, chociaż jestem zawodowym dziennikarzem. Gdybym był wtedy słyszał, nie uwierzyłbym.
- Rozumiem. Ale ja byłem księdzem chodzącym nocami po cmentarzach i ugorach i święciłem groby. Chodziłem tak po krainie mogił i święciłem. Dziw, że umysł mój zachował równowagę... I trwało to trzy lata, prawie cały okres mojej wolności. Czy można liczyć mogiły - mogiły byle jak usypane, zwłoki ledwie pokryte ziemią, rumowiskiem, śmietniskiem? Dziewięć milionów ludzi umarło wtedy, w tych latach, na Ukrainie, na najżyźniejszej ziemi świata, na czarnoziemiu na glebie ogrodniczej... Psy włóczyły po polach części ciał. Psy się truły i wściekały. Smród ciała bił z ziemi pod niebo...
- Europa nic o tym nie wiedziała, a jeśli i wiedziała, wolała milczeć.
- Musiałem być bardzo grzesznym człowiekiem jeżeli kazano mi na to patrzeć i przeżyć to i wyjść...
- Księże...
- Już prawie nie widzę pańskiej twarzy. Ale musi mi pan przyrzec, że jeśli pan wyjdzie, to pan o tym napisze. Poświęciłem sto tysięcy mogił, czy pół miliona - któż policzy? Chcę panu powierzyć tajemnicę spowiedzi i proszę, żeby pan napisał, o ile pan wyjdzie, ale chyba wyjdziesz, synu...
Oto jego słowa, tak, jak się ich nauczyłem na pamięć:
- Spowiadałem ludzi z grzechu ludożerstwa. Czy dużo jest takich kapłanów w świecie? Ludzie, nie tylko psy, wygrzebywali zwłoki i jedli. Ludzie zabijali ludzi, ażeby ich zjeść. Niektórzy bardzo nieliczni, bliscy obłędu, szukali mnie i spowiadali się. A teraz posłuchaj...
- Odszukała mnie jakaś szalona kobieta i wyspowiadała się. Dziecko jej, niemowlę, umarło z głodu. Pokarmu nie miała, bo skąd? Wraz z inną kobietą zaniosła zwłoki na cmentarz, wygrzebały rękami dołek i pochowały. Dołek grzebały umyślnie nie głęboki. W nocy zaś przyszły, wydobyły zwłoki i zjadły. Matka zjadła zwłoki własnego dziecka. Wyspowiadałem ją i...
Głos w mroku załamał się:
- ...i udzieliłem jej rozgrzeszenia. To napisz i napisz to wyraznie. Reflektor gonił po niebie i po okolicy. Co kilka sekund oświetlał stoki wzgórz.
- Czy pan widział ten czarny barak, tam na południu?
Poza miastem baraków, w odległości kilkuset metrów, oddzielony przestrzenią i osobnymi zasiekami z drutów, stał na zboczu wzgórza koreańskiego olbrzymi barak. Zbudowany w stosunku do zamieszkałych przez nas baraków poprzecznie, ciągnął się czarną plamą - jednolitą i nieprzerwaną - na przestrzeni chyba kilometra. Barak gigant był martwy, dookoła pustka. Jakże mogłem nie spostrzec tego baraku?
- Jeśli będą panu mówić, że w baraku tamtym umarło w jesieni 1938 roku 50 tysięcy ludzi, należy wierzyć, bo to prawda. Mówiono mi już o tym wielokrotnie, ale - wierzyć? Uwierzyłem dopiero w tej chwili...
Następnego dnia spotkałem księdza kilkanaście razy. Rozmawiał coraz to z innym człowiekiem. To siedział w baraku na pryczy, to chodził uliczkami łagru. Mało się odzywał. Zawsze człowiek towarzyszący mu coś żywo opowiadał. Przecież nie trudno odgadnąć - spowiadał.
Wieczorem wśród dalszej rozmowy zapytałem wprost:
- Księże. Boję się, że nikt nie uwierzy. Mnie samemu trudno uwierzyć.
Niech pan mimo to napisze. Nie moja rzecz i nie pańska, ale mój obowiązek i pański, skoro pan wie.
- A ten organista, czy pan wie? - dodał z ożywieniem - On był tutaj. Widziałem, jak z sąsiedniego oddziału prowadzono więźniów. Szedł wśród innych w stronę portu - pewnie na Kołymę. Jeżeli i pana wywiozą tam możecie się spotkać...
- I ani nie będę wiedział...
- Nie, nie będzie pan wiedźiał, bo po co? To jest sprawa zupełnie ostatniorzędna, niech pan tym sobie głowy nie zaprząta. Niech pan wszystko, co się stanie dzieli na dwie grupy: na to co pamiętać trzeba i na to, co tylko balast dla pamięci stanowić może. A ponieważ ksiądz przy tej okazji znowu użył swojego znamiennego zwrotu w stosunku do mnie nie mogłem się powstrzymać, zapytałem wśród przeproszeń:
- Czy to ma być przepowiednia?
Chyba się uśmiechnął:
- Nie, drogi panie. To takie trochę wyrozumowane. Widziałem pana przy kilku okazjach. Przede wszystkim po przyjeździe do Władywostoku stałem w kantorze tuż za panem w kolejce, kiedy wypełniano kwestionariusze. Słyszałem awanturę na temat obywatelstwa. Szczegół na pozór nieważny, ale ostatecznie jest pan zanotowany, jako obywatel polski, a nie jako poddany byłej Polski, czy też obszaru zagarniętego przez Niemcy. Zauważyłem, że rozumie pan więcej po rosyjsku, niż się do tego przyznaje, powiedzmy dokładniej: trochę więcej. Potem patrzyłem na pana uważnie. Widziałem pańskie krążenie koło ogrodzenia, to znaczy że starannie pan szuka okazji do ucieczki. Następnie usiadł pan i oddaje się nieróbstwu. Ciągle gdzieś pan siedzi i ciągle na coś patrzy. W różnych miejscach i w różnych sytuacjach widziałem pana i odniosłem wrażenie, że pan się czai. Byłem wczoraj wśród słuchaczy pańskiej anegdoty o jakimś koledze redakcyjnym i całe lata nie śmiałem się tak, jak wtedy w baraku. To są ważne szczegóły. To by świadczyło, że pan stosunkowo długo przetrzyma. A historia ma swoje nieoczekiwane zakręty...
Pokryłem ten fragment rozmowy śmiechem...
Poniżej nas, na szarym tle nieba wyraźnie czerniała jakaś postać. Słyszeliśmy odgłosy tak charakterystyczne, że nie było żadnych wątpliwości: to następny z kolei
- jeden z tych, którzy przez cały dzień dzisiejszy nosili wszy. Męczy się.
- Za dużo zjedli tej obrzydliwej zupy. Nażarli się żarłocznie - napchali wygłodzone żołądki. To bardzo źle - jakże się będą męczyć na Kołymie...
Druga postać zamajaczyła obok pierwszej i również zaczęła rzygać. Władywostocka groteska: ludzie chorują z... przejedzenia!
