Czternastego marca wzięto Andrzeja Zarosińskiego i mnie na etap. Rano tegoż dnia wróciłem do celi z izby chorych nie najgorzej naładowany wiadomościami o tym, co się dzieje w innych celach kryminału. Na izbie chorych można było spotkać się z ludzmi z innych cel i pogawędzić.
Kiedy zeszedłem na dół, zastałem duży ruch w naszej celi. Tym razem do moich przyjaciół miał osobiste interesy sam naczelnik kryminału. Przywołał ich do siebie i przeprowadzał małe śledztwo na własną rękę. Ostatecznie skończyło się na tym, że Andrzeja Starego i mnie odłączono od reszty.
Zeszliśmy na podwórzec. Tam dopełniono najrozmaitszych formalności i zostaliśmy włączeni do grupy ludzi, przeznaczonych na etap. Zdumiałem się. Nie wyobrażałem sobie, że nasz kryminalik ma aż tak obfitą pojemność. Na podwórzu stało stu kilkudziesięciu ludzi. Wkrótce okazało się, że wśród tej ekipy etapników tylko my dwaj jesteśmy skazańcami. Wszyscy inni, to - śledztwienni, czyli więźniowie w śledztwie ludzie, którzy w dalszym ciągu znajdują się w poszukiwaniu własnych wyroków.
Obstawiono nas strażą. Komendę objął olbrzymi politruk. A potem nastąpił pełny ceremoniał:
- Ustawić się piątkami! Krok w prawo, krok w lewo, a strzelamy bez uprzedzenia! Pierwaja, wtoraja, pierwsza, druga, trzecia, czwarta...
Zawieziono nas na dworzec samochodami. Był biały dzień. W pośród śniegu jaskrawo gnieździła się nieopisana nędza tej kryminalnej dziury.
Mróz dawał się we znaki. Wsadzono nas do wagonów osobowych i zawieziono nas do Homla. Tutaj przesiadka. Przyjechaliśmy wieczorem. Zaprowadzeni do poczekalni dworcowej, potulnie usiedliśmy na ławkach.
Musiało to być zabawne widowisko:
My, grupa więźniów, wyglądaliśmy na tle tego rekordowo brudnego i odrapanego dworca (rekord światowy! ) i publiczności, kręcącej się po nim, jak ... arystokraci. Poza gęsto otaczającym nas kordonem (na jednego więźnta wypadało 3/4 strażnika - obliczyliśmy szybko), przesuwa się tłumek zaciekawionej publiczności; ci wolni ludzie wyglądają, jak koncesjonowani żebracy ze zwolnieniem od taksy ze względu na nędzę wyjątkową. Wreszcie naszej eskorcie zaczyna dokuczać ciekawość tych obtargańców, wszarzy, łachmaniarzy i brudasów. Odpędzają ich. Opróżniają połowę poczekalni i w ten sposób jesteśmy ochronieni od zbyt natarczywych spojrzeń i zapytań.
W poczekalni znajduje się również bufet. Tylko, że w bufecie nie ma nic. Jest tylko wrzątek, sławny kipiatok i są ... lody! Po peronie chodzi, zaglądając niekiedy i do poczekalni, obtargany chłopiec, któremu napewno mróz przewiewa całe ciało. Na brzuchu nosi skrzynkę i pokrzykuje zachęcającym głosem:
- Morożenoje, morożenoje! Lody, lody!
Jest zimno, jak cholera. Zima tego roku była na Ukrainie bardzo ostra. Chłopak ma czerwony nos, siną z zimna twarz i z nosa mu kapie. A my stwierdzamy ze zdumieniem, że lody mają nawet pokup. - Po płanu - według planu - objaśnia znawca stosunków. - Odpowiednia instytucja musi wyprodukować w ciągu roku odpowiednią ilość lodów. Czy nie wygodniej przenieść sezon na zimę? O lód łatwiej i taniej i płan jest wykonany.
- Ależ ludzie kupują...
- Ba, jedyna słodycz na dworcu, a może i w mieście. Przecież całymi latami tutaj bufet nie widzi ciastka, ani cukierka...
Tymczasem niektórzy z pośród więźniów wyjmują z woreczków listki herbaty, zaparzają we wrzątku. Z innych woreczków wydobywają cukier i słodzą tę herbatę. Ludzie patrzą na to, jak urzeczeni. Ludzie wolni patrzą na nas, na więźniów. Wybałuszonymi z zachwytu oczyma spozierają zazdrośnie na nasze kapelusze, na nasze ubrania, palta, zarzutki, buciki, Jesteśmy zjawiskiem z innego świata.
W Czernihowie, w celi mającej może sześć metrów kwadratowych zamknięto nas trzydziestu sześciu. Jeszcze stać można jako tako, ale ze spaniem jest gorzej. śpimy na siedząco, sposobem sardynkowym. Ten pierwszy, oparty o ścianę, siedzi z rozkroczonymi nogami. Między te nogi wciska się następny, opiera się tułowiem a tułów tamtego i znów rozkracza nogi, ażeby zrobić miejsce dla następnego. Tak śpimy trzy noce, a potem biorą nas na etap.
Nie mamy gęstych min z Andrzejem. Etapników zebrało się już chyba z tysiąc, a wśród tego całego towarzyatwa tylko my dwaj jesteśmy skazani. Towarzysze nasi, sledatwienni, zwracają na to uwagę
- Pewnie chcą wam dolepić jakiś nowy wyrok? - powiadają fachowcy.
Ale ponieważ podróże kształcą, poznajemy tymczasem nowy typ stołypinówki. Wagon więzienny, do którego ładują nas w Czernihowie, w ogólnym stylu podobny jest do tamtego, który tak dobrze pamiętamy. Po jednej stronie wagonu małe zakratowane okienka, po drugiej pusta gładka ściana. Wewnątrz urządzenie jeszcze sroższe, niż w tamtym wagonie. Cały wóz jest także podzielony na szereg boksów, ale między nimi nie ma połączenia. W tamtym wagonie wystarczyło ustawić się w ogonku, a można było dostać się do miejsca ulgi. Tutaj trzeba się awanturować. Trzeba podnieść piekielny wrzask i dopiero wtedy strażnik otwiera kratę i prowadzi. I w tym wagonie nie ma wody. I tu rozpoczyna się ponury refren:
- Woody! wody!
W naszym przedziale robi się słabo jakiemuś młodemu żydowi z Sambora.
Wczepiony rękami w kratę, jak małpa w menażerii, stara się wypchnąć poprzez nią na zewnątrz fioletową twarz i krzyczy:
- Wypuście mnie, ja muszę!
Zbliża się strażnik - chyba aby wypuścić delikwenta? Nieporozumienie. Strażnik staje z tamtej strony kraty i wali w fioletową twarz zaciśniętą pięścią.
W ogóle biją w tym wagonie raz po raz!
Jako protest, nasz przedział podnosi wrzask, jakiego do tej pory nigdy nie słyszałem. Sąsiednie boksy podejmują natychmiast wezwanie. Cały wagon wrzeszczy jak banda szaleńców. Bezskutecznie. Nikt nie przychodzi, nikt się nie troszczy o to, nikt się tym nie interesuje. Po dobrej pólgodzinie kilku strażników wylega na korytarz: sprawca, ten który uderzył, grozi pięścią i potrząsa rewolwerem. Znaleziono jednak sposób na uspokojenie wagonu. Wtaczają się dwaj dalsi strażnicy i niosą kosz z chlebem.
- Dodatkowe porcje!
Burza się ucisza. Wagon staje się potulny. Wagon zdradza sprawę, wagon sprzedaje się za chleb. Najwięcej poszkodowany, Żyd z Sambora, pierwszy przyjmuje dodatkową porcję chleba. Potem krata się otwiera i wyprowadzają go. Wraca z cichego ustronia rozradowany rzeźki, szczęśliwy, jakby nie ten sam. Załatwił się i ma dodatkową porcję chleba.
Wyładowują nas na jakichś ślepych torach na dworcu w Kijowie. Samochody wiozą nas około jakichś bud, drewnianych ruder - do centrum miasta.
Siedzę na podwiniętych nogach, które cierpną i chciwie patrzę na świat. Samochód przystaje. Spostrzegam tłum ludzi, który się gromadzi pomiędzy ruderami. Ci ludzie są podnieceni. Pytam sąsiada:
- Co to jest? Czyżby to była demonstracja?
Odpowiada mi milczenie dopóki samochód nie ruszy. Potem słyszę stłumiony półgłos:
- Demonstracja śmiejcie się z tego. U nas nie ma nigdy demonstracji... - brzmi w tych słowach jakby nuta uznania.
- Nie rozumiem - podniecam rozmowę - a więc to nie była demonstracja?
Ostatnia demonstracja w Kijowie odbyła się w 1924 roku. Jestem kijowianinem i pamiętam. Było to 24 lub 25 marca. Demonstracja rozpoczęła się o godzinie 5-ej popołudniu, a o 7-ej ani jeden jej uczestnik nie żył. Nikt nie żył, rozumiecie. Wszyscy zostali zastrzeleni i zakłuci bagnetami. Dwa tysiące ludzi. Rozumiecie? W tym z pięćset, może sześćset, a może osiemset takich, którzy naprawdę demonstrowali, albo chcieli demonstrować...
- A reszta?
- Reszta, to przypadkowi przechodnie. Gapie, robotnicy wracający z roboty, kobiety śpieszące na zakupy. Boh znajet. Zrozumcie, że u nas nie może być demonstracji. U nas nie może być nieporządku.
Nie, nie ulegam złudzeniom. Mój rozmówca, więzień, pewnie kontrrewolucjoner, mówi o tym fakcie historycznym z zachwytem. Wielbi porządek, podoba mu się sposób zaprowadzenia i pilnowania tego porządku. Potęga władzy, która dokonywa takich rzeczy, jest w jego umyśle i uczuciach utrwalona najwyższym rodzajem podziwu. Jest to podziw bałwochwalczy dla Przeznaczenia. Z politowaniem dla ograniczoności mojego polskiego mózgu dodaje:
- Tam jest bazar i ludzie ci pchali się po chleb.
Mijamy tramwaje długie, przepchane i bardzo brudne. Znów rekord: najbrudniejsze tramwaje świata! Szeroka ulica i szeroki skwer. Leżą olbrzymie zwały śniegu, pomieszane z błotem. Ogrodzenie skweru połamane i zrujnowane. Wjeżdżamy w boczną uliczkę, otwiera się brama i samochody wpuszcza do środka.
Ulica nazywa się ulicą Szewczenki, a budynek w tyle w jakimś czwartym podwórzu to: wnutrienna tiurma NKWD - więzienie wewnętrzne NKWD.
Wchodzę przez jakiś zaułek w jakąś bramkę, w jakieś wrota, na jakieś schody i - nie wiem, co mam robić ze swoim osłupieniem. Jest wąsko, ciasno, ale czysto. Na schodach i korytarzach leżą chodniki. Najmniejszego szelestu, żadnego szmeru, żadnego odgłosu życia.
Rozdzielają nas z Andrzejem i bardzo mi to jest nie na rękę. Chciałbym zwierzyć się komuś, jak mocno jestem zaniepokojony. Taki komfort, taki luksus!
Niepokój przeradza się w strach, kiedy rozglądam się po celi. Wąski, malutki pokoik bez śladu okna. Trzy łóżka, ale jakie! Żelazne łózka ze sprężynami, przyzwoite materace, poduszki, wypchane pierzem i watowane koce.
Prześcieradło na łóżko, prześcieradło pod kołdrą, czysta poszewka na poduszce. Nie mogę uwierzyć własnym oczom, które patrzą na to zjawisko. Nie wierzę własnej ręce, która dotyka tych cudów: prześcieradła, kołdry, poszewki i sprężyny. Jedyna reakcia niepokój przeradza się w lęk!
- Tu ci chyba łeb ukręcą, kochaneńki! Ani chybi - mówię do siebie, - Luks-kryminał, pokazowa tiurma. U nas tiurem niet, u nas nie ma więzień - mówią na każdym kroku. Mówią to więźniowi, który ma przecież świadomość, że siedzi w więzieniu. Ale - kryminał jest - według nich, fikcją, albowiem zasada: U nas tiurem niet - obowiązuje. Tak, jak wolność słowa. Dwadzieścia pięć milionów mieszkańców tego kraju mieszka w kryminałach, ale u nas nie ma kryminałów.
Któryś z moich współtowarzyszy szepce:
- Kiedy trzeba komuś z zagranicy, albo jakiemuś komisarzowi pokazać kryminał, to go tutaj prowadzą. Ale do Horodni go nie zawiazą, ani do Czernihowa. Chocaż w Czernihowie też musi być reklamowy kawałek kryminału! Pewnie ze dwadzieścia cel. A w tiurmie czernihowskiej siedzi dwanaście tysięcy ludzi!
Otwiera się okienko w drzwiach i podają nam chleb. Czy przypadkiem nie śnimy? Trzecia porcja chleba tego samego dnia! Rano jedna w Czernihowie, druga, ta w mordę bita, w wagonie, trzecia w tej chwili! To są rzeczy niesamowite! W chwilę potem okienko znów się otwiera. Strażnik podaje talerze, oraz łyżki. Potem do tych talerzy nalewa barszcz. To nie zgniła kapasta, ale rzeczywisty, czerwony barszcz, ugotowany na mięsie. W barszczu pływają trzy kartofelki i dwa kawałeczki mięsa. Nie żadne flaki - mięso! Ten barszcz i te kawałki mięsa - załamują mnie nerwowo.
I znowu po upływie pół godziny otwiera się okienko - czarodziejski zaiste Sezam - i podają nam cukier. Po półtora kostki na osobę. Dobrze rafinowany, krystaliczny cukier w kostkach!
- Tu gdzieś jest podstęp, tutaj musi być podstęp! Zasadniczy podstęp tkwi już w fakcie, że takich tiurem pokazowych, nie podobnych w żadnym szczególe do innych - jest zaledwie kilka w całej Rosji. Ale i w łonie tego podstępu, musi być jeszcze kilka innych mniejszych. Tu musi być jeszcze nie jeden subpodstęp...
Ba, wieczorem podają krupnik, w którym pływają całe kawały ryby.
Tylko, że cisza jest tak absolutna, o jakiej nie miałem pojęcia. Nawet cisza horodniańska wobec tutejszej zakrawa na hałaśliwy jarmark. W Stanisławowie Muszelnicki wyśpiewywał piosenki - półgłosem. W Horodni długie godziny rozmawialiśmy szeptem. Tutaj wystarcza zamienić szeptem trzy słowa, a zaraz otwiera się okienko i strażnik robi awanturę.
- Tu chyba mają aparaty podsłuchowe? Jak można poza drzwiami usłyszeć taki szept? - pada przypuszczenie, bliskie może prawdy.
Nad drzwiami świeci się lampa o olśniewającym, przenikliwym świetle. Kilkaset świec.
Aby przywołać strażnika, nie puka się tutaj w drzwi i nie kopie w nie. Należy tylko przekręcić kontakt, a na korytarzu nad drzwiami zapala się lampka. Strażnik zjawia się jak duch i rozmawia najcichszym z szeptów. A gdzież te wspaniałe wrzaski strażników horodnianskich i te bogate ich przekleństwa?
Przekręcamy kontakt i prosimy, żeby nas wyprowadzono.
Po korytarzu, wysłanym chodnikiem, kroczymy również jak duchy. Jest nas trzech, a strażnik czwarty - te cztery osoby nie wydają najmniejszego szelestu. Od czasu do czasu strażnik cmoka. Cmokaniem tym ostrzega strażników, aby przypadkiem w chwili, kiedy przechodzimy nie otworzyli drzwi innej celi - nam nie wolno ujrzeć innego więźnia. (W róznych więzieniach było różnie. W Stanisławowie pstrykano palcami lub cicho gwizdano. W Horodni psykano, tutaj rozlega się psykanie ciche, ale przenikliwe).
W ustępie czysto i wytwornie ściany wyłożone kafelkami. Każda kafelka jest wprawdzie innego koloru i o innym deseniu, ale kafelki są. W podłodze otwory - tak, jak na dworcu w Homlu. Sedesów oczywiście nie ma. To urządzenie tutaj jest nieznane. Otwory fajansowe. Obok przemyślne urządzenia, na których należy postawić stopy. Przed wyjściem musimy wymyć klozet. Wracamy do celi. A ja ciągle myślę o tym chodniku, kafelkach, o komforcie.
- Jeśli ta noc przejdzie spokojnie, jeśli nie zawołają na przesłuchanie, to może wyniosę głowę całą z tego komfortu? - pocieszam się.
Rozebrałem się, ubranie ułozyłem na stołku, podniosłem kołdrę i wlazłem pod nią. I zrozumiałem, że nie ma mowy o śnie. Leżę zwrócony nogami w stronę drzwi. Lampa, umieszczona nad drzwiami, świeci mi prosto w twarz oślepiającym blaskiem. Jednakże można sobie chyba poradzić? Przenoszę poduszkę w nogi i kładę się głową do drzwi. Nogami do wnętrza celi - tyłem do światła. W tej chwili rozlega się pukanie w drzwi. Nie wiem, co ono ma oznaczać. Nikt bowiem w cel; nie rozmawia, chociaż i nikt nie śpi. Znowu słychać pukanie, a mnie ogarnia złość, bo nuż udałaby mi się zasnąć? Uchylają się drzwi, wchodzi strażnik.
- Nie lzia! Nie wolno spać w ten sposób - szepce - musicie spać twarzą zwróceni do drzwi!
Złażę z łóżka i znowu je prześcielam. Kładę z powrotem na dawnym miejscu poduszkę i włażę pod kołdrę. Strażnik wychodzi, Zostaje przeklęta lampa, światlo jest tak silne, że przebija moje powieki, okazuje się, że są one przezroczyste, jak szkło. Pod zamkniętymi, pod zaciśniętymi powiekami mam oczy pełne światła, które mnie razi i rani - mam gałki oczne przebite lancetami. Uczucie staje się coraz bardziej nieznosne...
... Wspominam czasy redakcyjne. Kraków. Wakacje i kanikuła. Adjustuję do druku artykół jakiejś agencji, obszernie opowiadający o takich lampach w moskiewskich Butyrkach, czy na Łubiance. Poprawiam, wykreślam, daję tytuł. I mówie?
- Istny skandal, co za brak materialu: Niech diabli wezmą taką kanikułę. Co za bzdura z tymi lampami! I takie głupstwa ma czytać czytelnik i jeszcze do tego płacić!
Dwa lata temu zaledwie, w lecie.
Nie wierzyłem w takie bujdy. Naiwna propaganda, mówiłem. Gdzież człowiek inteligentny może w to uwierzyć ...
Tutaj inteligencja, która zmuszona była uwierzyć, powiada mi, że na wszystko są sposoby. Naciągam watowany koc na oczy i za chwilę pewnie usnę. Ale oto strażnik jest znów koło mnie. Znowu mówi, że nie lzia. Mianowicie, że nie wolno naciągać koca na oczy, nie wolno zasłaniać sobie twarzy, nie wolno spać na boku. Ręce mają być wyciągnięte na kocu. Wolno spać tylko na wznak, i mówi, że zaraz pójdę do karceru.
- Przecież w ten sposób nigdy nie zasnę - próbuję tłumaczyć, jak mogę. Bezskutecznie. Nie wolno i nie wolno! Więc układam się na wznak: wolę to, niż izolator.
W ten sposób noc jest stracona bezpowrotnie. Rozumiem, więcej: wiem, że mogli i mogą istnieć ludnie, którzy miesiącami nie zasnęli. Do tego chyba nie można się przyzwyczaić? Nie potrafię, nie mogę usnąć. I jestem zdumiony tym, że to co mnie otacza jest, jednak prawdą. I nie mogę ogarnąć wyobraźnią, jak bezlitosną torturą może być światło!
... Jest wiele tematów, o których myślę tej nocy. Na ileż to bowiem natrofiłem rewelacji w czasie dotychczasowej więziennej wędrówki? O wielu rzeczach słyszałem prztedtem, ale wydawały mi się ponad uwierzenie ...
Noc przeszła. Najokropniejsze noce przemijają. Drzwi w nocy już się nie otworzyły, na przesłuchanie mnie nie wzięto, chociaż oczekiwałem tego każdej sekundy.
Z rana przyniesiono herbatę, prawdziwą zaparzoną herbatę, a nie wodę barwioną tłuczoną cegłą. I znów porcja chleba.
Zaraz jednak po śniadaniu, wywołano nas i prowadzono przez korytarz. Gdy korytarz się skończył, otworzyła się przed nami jakaś ubikacja, w której stało biurko i szafa - widocznie, dyżurka - a potem wprowadzono nas w inny korytarz. Szereg drzwiczek, po obu stronach. Nie domyślam się, co to może być? Czy to są może pojedynki - cele pojedyńcze? - A drzwi gęściutko, jedne koło drugich.
Strażnik otwiera jedne z nich. Pakuje nas trzech do środka. Dwóch już tam siedzi. Razem jest nas pięciu. Lokal nie jest większy od normalnej budki telefonicznej. Musimy stać ściśnięci, jak śledzie. Ręką nie można ruszyć, Dmuchamy sobie prosto w twarze. Powietrze jest zepsute, ponieważ nie tylko nie ma okna, ale wogóle żadnej wentylacji. Teraz już wtem, gdzie się znajduję - w izolatorze. Zdumiewa mnie ilość tych izolatorów - długi szereg drzwi po obu stronach korytarza. Sto izolatorów, dwieście? Ileż tysięcy ludzi musi siedzieć w tym kryminale, skoro jest tyle izolatorów?
Stoimy tak kilkadziesiąt godzin. Dwadzieścia? Trzydzieści, czterdzieści? Tracę rachunek czasu. Jestem potwornie głodny, ale potem mam już tylko szum w głowie, warkot tętn, jestem chyba ślepy i tracę przytomność. Nie usuwam się na ziemię, bo nie można: tkwię między ludźmi. Przestaję odczuwać głód. Przestaję być człowiekiem, przestaję istnieć. Robię w spodnie raz, drugi i trzeci, może dziesięć razy. Głowę mam jakby ściśniętą, jakby chwyconą w obcęgi. Ogród udręczeń, jeden kłomb tortury ogrodu udręczeń! Nic nie wiem, nic niepamiętam. Jestem cały jednym cuchnącym ekskrementem.
Wreszcie odbywam podróż. Wyprowadzają nas? Nie, chyba wynoszą. Nie wiem. Tracę raz po raz przytomność. Świeże powietrze uderza, jak gaz. Dusi. Cuci i dławi. Orzeźwia i powala. Nie wiem... Podróż odbywa się luksusowo. Tak zwanym czarnym woranem, czyli czarnym krukiem. Na podwórzu stoi karetka więzienna. To ona jest krukiem.
W środku karetki korytarzyk. Po obu bokach malutkie kojce. Widocznie karetka jest pełna, bo pakują mnie do pierwszego z lewa takiego kojca. Zatrzaskują się drzwiczki i zgrzyta klucz. Po raz pierwszy tracę rachubę czasu. Nie wiem, którego jest dzisiaj. Widziałem, że jest noc.
Do kojca kazano mi wejść tyłem w pozycji przykucniętej. Albowiem w kojcu można siedzieć tylko w tej pozycji. Mowy nie ma o staniu. Ale - o dziwo - pozycja ta sprawia mi raczej ulgę, tyle godzin stałem. Siedzę, a kolana moje opierają się o drzwiczki. Ręce muszę trzymać wyciągnięte na kolanach. Jest tak ciasno, że nie mogę rozstawić łokci. W drzwiach gęsta siatka o średnicy może 8 centymetrów. Zobaczyć przez nią nic nie można. Nad głową, na szczęście wentylator. Mdleję chyba, czy ja wiem? W tym ruchomym kojcu powietrze eksploduje przy każdym oddechu - uderza, tak ciężka para. Jedziemy początkowo dość gładko, potem po jakichś wertepach. Kiedy samochód zaczyna podskakiwać, moja czaszka wchodzi w bezpośredni kontakt z sufitem. Krew przywraca mi znaczną dozę przytomności. Pochylam głowę i krwawię. Czuję - i zaczynam myśleć.
Zapuszczam czarną kurtynę na te godziny, godziny, godziny...
Przyjechaliśmy wreszcie na miejsce i w żaden rozsądny sposób nie mogę zrozumiec: po co była ta izolacja? Dlaczego?
Jakieś kazamaty, wilgotna forteczna sień. Duża sala o ciężkim sklepieniu. Tutaj spotkałem wszystkich więźniów z mojego etapu. Przede waszystkim Andrzeja Zarosińskiego, następnie etapników z Horodni i wreszcie tych z Czernihowa.
Doszliśmy do wniosku z Andrzejem, że prawdopodobnie będą nas jeszcze na nowo czepiać. Że nam wsolą nowych dziesięć lat. Obojętne, ale trzeba być na to przygotowanym. Andrzej w izolatorze był tylko kilka godzin, za to tutaj na posadzce siedzi dwa dni. Widocznie cała ta masa więźniów została przewieziona jednym czarnym krukiem i myśmy, to jest zawartość naszego izolatora - dlatego tak długo musieli czekac na naszą kolejkę.
W chwilę potem rozdzielono mnie z Andrzejem. Prowadzono nas przez jakieś dziedzińce do olbrzymiego gmachu, który nosił sympatyczną nazwę speckorpusu, oddziału specjalnego, że to niby tam przechowuje się specjalnie ważnych więźniów. Szedłem omal na klęczkach.
Cały ten olbrzymi obiekt dookoła nazywa się Łukijanowska Tiurma. Wybudowała ją jeszcze Katarzyna, zwana wielką. Na jej to cześć kompleks tych gmachów - ma kształt litery E (Je - Jekaterina). Więzienie - pomnik!
Za czasów Katarzyny Rozwiązłej kryminał ten był bardzo potrzebny. Upłynęło 150 lat; zmieniło się bardzo wiele na świecie, a wszystko się zmieniło w Rosji. I oto kryminał jest teraz potrzebniejszy, niż kiedykolwiek. Mówią, że siedzi w nim w tej chwili 25 tysięcy ludzi. Oczywiście mogę w to nie wierzyć, ale - wierzę.
I znowu ten specjalny korpus, to więzienne całkiem inne od tych, które już zdążyłem zwiedzić. Do dużej celi pakują 35 ludzi. Są łóżka i na trzech więźniów przypadają po dwa. Przynoszą nam całe wiadra jedzenia, a zupa jest gęsta, jak nigdy i pływają w niej spore kawałki ryby. Bez trudu można otrzymać dobawkę, czyli repetę. Ale można otrzymać również dobawkę do... wyroku...
Czasy ciszy minęły. Jest gwar, jest szum i ruch. Rozmawia się głośno, leży się w dzień na łóżkach - nikogo to nie obchodzi, nikt na to nie zwraca uwagi. Sielanka po raz drugi. W celi rozlegają się nawet śpiewy. Raz próbujemy zaśpiewać chórem i dopiero wtedy wybucha awantura. Kłócimy się przy grze w domino. Tyle, że nie wiemy, co się dzieje w świecie. Wszyscy siedzą bardzo dawno, lub trochę krócej, wszyscy wszystko sobie opowiedzieli i to po kilka razy. Tak, ale jedynym skazanym na celi jestem - ja. Wszyscy inni, to śledztwienni...!
Cela nasza mieściła się na parterze. I nareszcie miała okno. Było ono dość wysokie i chociaż od zewnątsz zasłonięte bardzo gęstą drucianą siatką, cieszyło oko. Mimo, iż szyby były matowe, bardzo radowała nas ta świadomość, że poza oknami jest świat. Ten swiat przedstawiał się jako duży, bardzo wysokim murem ogrodzony dziedziniec, który służył jako miejsce spacerów dla więźniów.
Pewnego dnia czekał nas wstrząs. Poza oknami usłyszeliśmy kobiece głosy, a co straszniejsze - kobiety te mówiły po polsku. Widocznie dowiedziały się o naszym pobycie w tym budynku, bo wkrótce w okno nasze zaczęła uderzać jakieś lekkie pociski. Może to były grudki śniegu, może grudki ziemi? Dźwięczały te pociski na siatce okna. Aż nagle kobiety, spacerujące na dziedzińcu, znalazły się tuż pod oknami naszej celi. Kilkanaście głosów zanuciło Warszawiankę. Zrobił się straszny hałas, okropny wrzask. Wszystkie cele parterowe podniosły śpiew. Krzyki straży, gonitwa, uderzenia, bicie, pościg! W celach wybuchły awantury.
Siedem dni trwał mój pobyt w celi. Niezapomnianej! Był to bowiem kryminał o najwyższym komforcie życiowym, o największej swobodzie. Dawano znośnie jeść. Chleba mało komu brakowało. Ciszy nikt nie żądał. Wilegiatura.
I - opowieści Oleksego! Oleksy był chłopem z Chełmszczyzny:
Było dla niego obojętne, czy uważano go za Polaka, czy za Ukraińca. Oczytany politycznie, samouk. Nie mowił, że jest komunistą, ani, że nim był. Ale z każdego jego odezwania poznać, że jeśli nie wielki, to mały katechizm komunizmu umie na pamięć.
W październiku 1939 r. Oleksy zaprzągł parę koni do wozu. Wóz wyładował matami. Do drabiny wozu przywiązał dwie krowy, a na wozie posadził żonę i troje dzieci. Opuścił dwanaście morgów własnego pola i pojechał za Bug, na wschód. Oparł się gdzieś koło Morza Czarnego. Znalazł pracę w rafinerii spirytusu. Pracował i żył Jak pies. Dokładnie nie wiadomo, jak się to stało, (bo nie lubił o tym opowiadać), ale wkrótce nie miał ani koni, ani krów, a wóz był mu wówczas niepotrzebny. Została żona i dzieci. W tej chwili - Oleksy siedzi. Jest w śledztwie. Ale potrząsa głową:
- Dobrze będzie, jeśli się skończy na dziesięciu latach - wróży sobie samemu.
Przyłapano go bowiem, jak pieszo z żoną i trojgiem dzieci - wracał za Bug. Do siebie, na swoją rolę. Spróbował, doznał, poparzył się, Raj mu się nie udał...
Pewnego poranka wywołują mnie z rzeczami.
- Z wieszczami! Wychodi! Z rzeczami wychodź!
Takie wezwanie oznacza etap. A ja mam nawet trochę rzeczy ów koc więzienny ze Stanisławowa, lniany ręcznik i kilka szmatek. Zwijam to i biorę pod pachę.
Na korytarzu już stoi Andrzej Stary, który siedział w sąsiedniej celi, jako jedyny również skazaniec.
Labirynt podwórców i małych drzwiczek. Idziemy i idziemy. Dopiero teraz mam przybliżone pojęcie, jak olbrzymie jest to więzienie. Teraz nie mam już wątpliwości, że w tej cytadeli Katarzyny Rozwiązłej może istotnie znaleźć pomieszczenie 25 tysięcy ludzi.
Wpychają nas do celi, w której z trudem można znaleźć miejsce do siedzenia. Jest coś czterysta chłopa. Sami skazańcy. Przybycie Polaków wywołuje sensację, chociaż w tej celi jest już kilku Polaków, a chyba nie ma jednej celi w tym olbrzymim kraju gigantycznych więzień, aby już teraz - koniec marca 1940r. nie, gościli Polacy. Polacy uwolnieni od ucisku polskich panów.
Toworzy się polski kąt. Jakiś Rosjanin odzywa się złośliwie:
- Ot i macie Polaków. Już tworzą grupę, już się znaleźli.
To już, jak zmowa, a może nawet jak organizacja?
Odwraca się któryś:
- Zemknij mordę, prowokatoże!
