Zima poza oknami, zamurowanymi prawre w całości, za koszem, który zasłania niebo, za grubym klasztornym murem - srożyła się w dalszym ciągu. Były dni, że nie wyprowadzano na przechadzkę z powodu zimna! Prawdziwe sanatorium! Jakże cenne nasze zdrowie! W dni te jacyś robotnicy (oczywiście więźniowie uprzątali zaspy na podwórzu.
Właściwie więcej z nudów, niż dla istotnej potrzeby awanturowania się wywołaliśmy pewnego dnia awanturę. Przyniesiono nam mianowicie wieczorem zupę. Dyżurny kolega, po otwarciu celi wyszedł na korytarz i wniósł do celi wiadro. Zamieszał w nim chochlą. Zupa cieniusieńka. Sama woda. Kilka krup pływa gdzieś na dnie. Ani jednego ziemniaka! I ani jednego kawałka mięsa!
Mięsem nazywaliśmy różne flaki, płuca i nerki, które od czasu do czasu w mnimalnej ilości pływały w wieczornej zupie. Owego wieczora, wobec stwierdzenia, że kilka dni pod rząd, otrzymujemy tylko samą wodę wybuchła wściekłość. Tymbardziej, że Malicki, który był na izbie chorych , właśnie wrócił i przyniósł wiadomości z innych cel. Więźniowie opowiadali mu, jaką to oni gęstą zupę otrzymywali wieczorem.
Rada w radę. Dyskusja trwa. Jest tak ożywiona, że strażnik. - mimo, iż jest zajęty wydawaniem kolacji do innych cel - podbiega kłusem przez korytarz i wali w drzwi, ucisza.
Zapada decyzja. Zupy wogóle nie ruszamy i czekamy, aż strażnik zgłosi się po wiadro. Po godzinie szczęk klucza w zamku. W celi panuje półmrok, ponieważ świeci się tylko mała lampka naftowa. W korytarzu także ciemno - lampa bowiem wisi dość daleko. Otwierają się drzwi, dyżurny więzień zwraca pełne wiadro.
Po godzinie dalszy ciąg awantury. Przychodzi starszy strażnik...
- Dlaczego kolacji nie przyjęli? - Węszy i świdruje oczyma. Albowiem jest to zmowa, organizacja, bunt!
- Nie dobre! Mało! Smierdzi! I nie ma ani jednego ziemniaka! Dlaczego zżeracie nasze mięso? W południe zupa nie do jedzenia, wieczorem nie do jedzenia! Czy takie są przepisy karmienia więźniow... ?
A ktoś - niewiadomo kto - zimnym półszeptem cedzi:
- Nic, tylko sabotaż w kuchni. Kontrrewolucja!
Starszy strażnik wybiega. Po chwili wraca z naczelnikiem kryminału.
- Dlaczego wy kolacji nie przyjęli?
To samo pytanie, taka sama odpowiedź.
- Nie wolno wam nie przyjmować - krzyczy - jedzenia! To jest przestępstwo! Możecie dostać nowe wyroki!
Coś wiemy już o tych sprawach. Na przykład głodówka jest już nie przestępstwem, ale wręcz ciężką zbrodnią. Polityczną! Nie wolno głodować! A głodówka zbiorowa, to bunt! Buntu zaś nie byłoby, gdyby nie było organizacji. Każda organizacja jest, zbrodnią polityczną. Organizacja to straszliwe słowo! To sama kwintesencja kontrrewolucji!
Kłótnia trwa dłuższy czas. Przynoszą wiadro z brudną cieczą z powrotem i podtykają nam pod nos - w nadziei, że nas zwycięży nasz półgłodek. Odpowiadamy:
- Zjedzcie sobie sami! Nie chcemy!
Rozpoczyna się tłumaczenie:
- To źle nalano z kotła do wiadra. Jutro każę zamieszać głębiej w kotle i dostaniecie znpe z samego dna. Ale dziś macie zjeśc to, coście dostali!
- Nie będziemy jesć! Nie chcemy! Zabierajcie to!
Chociaż ta zabawa trwała dość długo, chociaż grożono nam najwymyślniejszymi karami, to jednak wiadro powędrowały pełne z powrotem. Skutek jednak był. Na dzień następny otrzymaliśmy wiadro większe, z zawartością. Istotnie zaczerpniętą z dna kotła. Sporo kartofli i było nawet...mięso, czyli flaki. Zabawny szczegół, że tego samego wieczora słyszeliśmy głuche łomoty w drzwi przeciwległej celi i jakiś krzyk. Ruch był wielki na korytarzu. Można przypuszczać, że z kolei tam, u naszych sąsiadów, robiono awanturę o zupę.
... Mimo wszystko tej sprawy jednak nie rozumiałem. Skad ten popłoch? Dlaczego nas nie wsadzili do izolatora? Co za niezwykła uprzejmość! Jak to sobie wytłumaczyć? Wytłumaczono mi dopiero na Kołymie.
Przy kołymskim ognisku wysłuchano mojej opowieści bez zdziwienia i bez niedowierzonia. Diagnoza była, krótka:
- Za dużo tam kradli, u nas, w tej Horodni. Woleli nie robić hałasu...
Po kolacji jeszcze jakiś czas można było posiedzieć i szeptem porozmawiać. Ileż rzeczy zostało opowiedzianych w tych zakopconych godzinach! Historyjek osobistych, opowieści zadziwiających, anegdot dziennikarskich.
O Anglii opowiadał Sierosławski, o polowaniach gawędził Mattern. Padł pomysł tworzenia powieści. Codziennie wieczorem jeden z więżniów opowiadał dalszy ciąg tej powieści.
Śmiech dławi, śmiech dusi...
A oto ciekawe - ile ten prosty człowiek posiada w sobie godności i dostojeństwa...
Piszę mianowicie o Izydorze Winiaku.
Piszę wspomnienie o nim:
Opowiada rzeczy szare, drobne, nic nie znaczące, językiem prostym, zwykłymi słowami, akcentem śpiewnym i rozrzutnym. Mówi o sprawach małych. A jakoś w jego ustach, w jego mowie, te sprawy małe, szare i drobne nabierają konkretnych linij, jędrnych barw, głębokich uczuć.
Izydor Winiak zostawił żonę, dwie córki i dom, który wybudował własnymi rękami. Pojechał do Worochty, ażeby przejść na węgierską stronę. Tam go wsypano, aresztowano i postawiono przed sąd. Nic mu nie zdołali udowodnić. Tłumaczył się, że przyjechał do Worochty po siano dla kozy.
- W Delatynie jest dość siana! - powiedzieli sędziowie - chciałeś sukinsynu iść za granicę!
I wlepili mu trzy lata.
O żonie, o córkach, o domu, o ciężkiej służbie kolejowej, o dwóch katastrofach kolejowych, w których brał udział, o tym mówił Izydor.
- Po kilku latach żeniaczki mówię do żony: Słuchaj, zebrałem trochę grosiwa. I jest tutaj kawałek gruntu do nabycia: tam na zboczu górki. Więc poszliśmy w niedzielę oglądnąć. Żona niosła na rękach pierwszą naszą córkę. Stanęliśmy na zboczu pagórka. Bój się Boga. Izydor - powiedziała - przecież tu nic tylko kamień i kamień.
Jakaś w nastroju niewspołczesna saga o zmaganiach - jakże współczesnych! - jednego człowieka ż życiem, o jego pracy, o trudzie, - o wytrwałości tak dalece nieprawdopodobnej, że słuchało się jakby mówił o dziejach egzotycznych pionierów w odwiecznych puszczach.
- Kiedy przyjeżdżałem ze służby, spałem tylko cztery godziny, albo najwyżej pięć. Czasem nie spałem wcale, jeśli gdzieś po drodze w naszych koszarach kolejarskich udało mi się porządnie przespać. Żona była zajęta domem i pilnowała dzieci. A ja szedłem na swój grunt i zbierałem kamienie.
Nie odrzucałem ich, ale skladałem w stosy. śmiali się moi znajomi: Cóż ty wyrabiasz, głuptasie? A ja kamienie zbierałem dwa lata i urodziła nam się druga córka. Wtedy parcela była już z kamieni oczyszczona. I przyszedł żyd i mówi: Panie Winiak, pan masz kilkanaście metrów kubicznych kamieni, może pan by je sprzedałeś? Nie sprzedam kamieni - mówię - kamienie mi są potrzebne. Co to pan chce budować kamienicę? Może odrazu willę? Budować to będę, a co, to pan zobaczy, jak będzie wybudowane.
- Zaś z tymi kamieniami, to myślę, że była to moja pierwsza satysfakcja. Ale nie zacząłem budować tak zaraz domu, Najpierw od drogi wybudowałem mostek. Kupiłem cembrowinę i ułożyłem w rowie, a mostek zbudowałem ze swoich kamieni. Dom miał być cofnięty od ulicy o czterdzieści dwa metry, wobec tego wybudowałem sobie własną, prywatną drogę i porządnie wybrukowałem ją swoimi kamienikmi, źle mówię od ulicy. Jaka tam ulica? Żadnej ulicy nie było, była zwykła podmiejska droga. Moja prywatna szosa miała trzy i pół metra szerokości i czterdzieści metrów długości. I jeszcze mi kamienia zostało. Czasami żona przychodziła też pomagać mi. Wtedy młodsza córka leżała gdzieś na stronie, stasza bawiła się, a żona pracowała ze mną i mówiła. Jak to nam będzie dobrze, kiedy stanie nasz dom i będziemy już na swoim.
- Ziemia była jałotwa i było jej nie wiele. Przekopaliśmy wobec tego to wszystko raz, drugi dziesiąty motykami, porozgarniali łopatami. Wreszcie mówię do żony: Szkoda pieniędzy, ale trzeba kupić kilka fur ziemi. I przez mój mostek, po mojej wybrukowanej szosie przejechało kilkadziesiąt furmanek z ziemią, a ludzie w miasteczku nazywali mnie wariatem. Potem sprowadziłem kilkadziesiąt fur nawozu.
- Cztery lata to wszystko trwało, aż wreszcie zacząłem budować dom. Sam wymurowałem fundamenty. Kamienia ciągle było jeszcze dosyć. Trzeba było tylko kupić wapno i piasek. Drzewo już zakupione, leżało na boku. Sam jednakże domu nie potrafiłem zbudować...
Nuta - jakby rozżalenia pod adresem samego siebie - brzmi w słowach Izydora...
- Nie umiałbym. Tom porozumiał się z cieślami okolicznymi. Jak nie było gdzieś w okolicy pilnych robót, przychodzili do mnie, jeden, albo dwóch i pomagali mi. I znów upłynął rok, a drzewo na budowę domu leżało ociosnne, i jeszcze jeden rok minął, a dom już stał! Nikt nie potrafi powtórzyć nic nie zdoła oddać owego dyskretnego tonu dumy i zadowolenia jaki brzmi w tej chwili w głosie Izydora.
- Dwie izby, kuchnia, sień i ganek. Zwłaszcza ganek! Ganek był piękny!
- A tu już tymczasem dookoła drzewka owocowe powyrastały pięknie. Przecież dawno je sadziłem. Kilka jabłonek, dwie grusze kilkanaście śliw węgierek. Zdążyły tymczasem uróść. Kiedy wprowadzaliśmy się do nowego domu śliwy były obsypane owocem. W całym miasteczku nie ma śliw tak dobrych jak moje. Duże jak pięśc dziecka, czarne, jak włosy mej młodszej córki...
Pasjonowaliśmy się historią Izydora Winiaka. Braliśmy udział w jego troskach, dzieliliśmy się jego wzruszeniami, razem z nim zbieraliśmy kamienie, budowali mostek, wznosili dom.
...Ten czlowiek przywykly do pracy, był swego rodzaju bohaterem pracy. W kilka miesiecy później miał sie stać bohaterem dramatu. Człowiek, który pracę ukochał chyba ponad wszystko, po kilku uderzeniach kilofem - uderzenia te były wprawne, zręczne mistrzowskie - poczuł do pracy nienawisć...
Lampki na noc nie było wolno gasić. Tyle, że zdejmowało się ją z podstawki, przyczepionej do ściany i stawiało na stole. Nie wolno jednak było przykręcać płomienia. Niektórzy nie mogli spać przy świetle - są tacy, niewiarygodne! - ale noce upływały spokojnie, odkąd umilkły potworne wrzaski i jęki wariatów, epileptyków, czy też (po prostu) ludzi zamęczanych.
Aż nadeszła noc niespokojna. O północy zabrano dokądś Andrzeja Żabczyńskiego, czyli Andrzeja Małego. Wzięto potem Andrzeja Starego oraz równocześnie z nim Izydora Winiaka. Sądziliśmy, że już nigdy nie zobaczymy się ale nagle Żabczyński wrócił. Wzięto zamiast niego Jurka Szachowskiego i Hansa Belaua. Kiedy ta para wróciła, zabrano mnie.
Wśród ciemnej nocy wyszedłem na dziedziniec, potem wyprowadzono mnie przez szeroką bramę, wiodącą do osady. śnieg był olbrzymi. Miałem na sobie tylko cienką zarzuteczkę i żółte półbuciki na nogach. Mróz był siarczysty.
...O ciche noce ukraińskie, z waszym niewinnym 35-cio stopniomym mrozem ...
Jak nurek idący na dno - byłem tej nocy zdania, że nie może istnieć mróz bardziej bestialski. Półbuciki miałem pełne śniegu i dygotałem z zimna.
Szliśmy tak pod silną eskortą kilka kilometrów, aż doszliśmy do jakiegoś placu, na którym czerniały zarysy pomnika. I oczywiście jakichś bram triumfalnych. Wprowadzono mnie do drewnianego domku, który chlubnie odznaczał się jako większa plama wśród małych kopców lepianek, czerniejących na tle nieba.
W tym domu poddano, mnie nowemu przesłuchaniu. Tym razem zdenerwowałem się należycie:
- Jestem już skazany - mówiłem podniesionym tonem, - W porządku! Jestem zasądzony. Otrzymałem za przestępstwo, które w Polsce było karane sześcioma tygodniami aresztu, aż trzy lata i oprócz tego jakieś inne trzy lata zawieszenia w prawach, których to praw nie mam i nie chcę mieć wcale, bo jestem obywatelem polskim.
- Polski nie ma. Hitler zabrał połowę, a my zdążyliśmy zabrać drugą połowę. My z Niemcami teraz druzja.
Słyszałem to i wysłuchuję ciągle, aż do znudzenia. Nie zwracam na to uwagi.
- Niech i to, coście zrobili ze mną, będzie w porządku. Ale czego jeszcze ode mnie chcecie?
A on zapytuje o imię, nazwisko, otczestwo, miejsce zamieszkania i tak dalej.
- Przeciez to wszystko jest w aktach.
Ja mówię po polsku, a on po rosyjsku. Mam jednak wrażenie a nawet pewność, że tym razem mój wypytywacz rozumie, albo wogóle zna dobrze język polski. Ja ponimaju nie wiele. I diabli mnie biorą, że pyskuje do mnie per ty.
- Gdzie mieszkałeś?
Milczę. Muszę być czerwony na twarzy, bo drżę z pasji. W tej chwili jest mi wszystko obojętne.
Na krześle opodal, pod boczną ścianą, na której wisi olbrzymi portret, siedzi jakiś władca. Siedzi, słucha i świdruje mnie z boku wzrokiem. Muszę na tych dwu dobrze uważać. Wreszcie ten z pod ściany wybucha:
- Nie chce gadać, nie chce gadać! Ja mu pokażę! Ja go zmuszę!
Runęły nieodzowne przekleństwa, które oparzyły by wargi najbardziej wyuzdanemu i zwyrodniałemu wyrzutkowi spdłeczeństwa na Zachodzie. I oczywiście nieodzowny nagan w garści (przecież mogę mieć w kieszeni karabin maszynowy! ) Jegomość z pod portretu wstaje. Ja też.
Uciekam za krzesło i chwytam je za oparcie. Ustawiam się półfrontem do obu: do tego, który siedzi i do tego, który się zbliża. Mam już taką metodę.
- Siadaj!
- Nie usiądę! Dlaczego mnie męczycie i szykanujecie? Jestem zasądzony i sądził mnie wasz sąd, trybunał wojenny. Czy nie uznajecie waszych sądów?
Facet stojący wraca do swego krzesła, siada. Jegomość za stołem rozkazuje:
- Siadaj!
Siadam.
- Gdzie mieszkałeś i jaki jest twój zawód?
Milczę. Wali pięścią w stół i drży! Drgawek drań dostał!
- Dlaczego uciekaleś za granicę?
Teraz zdecydowałem się zabrać głos:
- Jeżeli będziesz mówił do mnie ty nie odezwę się ani słowem. Jestem starym, siwym człowiekiem...
... To była świetne! Miałem wtedy nieukońiczonych 39 lat. Ale nosiłem długą siwą brodę, bojarskiego fasonu ...
- ...a u nas, w Europie, do starych ludzi młodsi nie mówią ty! Drży. I bełkoce:
- Pan! Gwałcony w usta pan!
Tym razem owo: gwałcony w usta, to nie tylko ozdoba retoryczna. To nabrzmiałe pasją przekleństwo...
Nagle obrano inną metodę. Twarz dygnitarza zaczęła się poruszać miarowo: to w lewo, to w prawo - jak wahadło zegara. I na różnych tonach mówiono moje nazwisko:
- Krakowiecki, Krakowiecki...
Brzmiało to w jego wymowie jak:
- Krakawiecki, Krakawiecki!
I nagle padł - grom:
- Krakawiecki! Ty nawierno sam gławnyj pomieszczyk Krakowa! Tytś napewno najgłówniejszy właściciel Krakowa! Błyskawiczne odprężenie nerwów! Właściciel Krakowa! Owo małe mieszkanie, wynajęte, cudze: szczęśliwe, ale cudze - i właściciel Krakowa! Książki, obrazy, liche mebelki i - więcej nic! A tu: właściciel Krakowa! Pomieszczyk! Landlord!
Obaj patrzyli na mnie, jak na wariata. Wobec nich nikt chyba nigdy tak się nie śmiał. Być może pierwszy raz wogóle widzieli, jak wygląda prawdziwy śmiech? Jeśli tak, to mieli okazję dokładnie przyjrzeć się temu zjawisku.
Jednak przeszedł na wy. W pokoju wisiało lustro, luksus zgoła niezwykły. Patrzyłem na siebie, na człowieka siwego, o bojarskiej brodzie. Smakowałem tę mordę. Własną mordę, żebraka lub rzezimieszka.
Na dalsze pytania odpowiadałem identycznie, jak przy wszystkich poprzednich przesłuchaniach. Prawdę tak, jak ją kiedyś zeznałem, kłamstwa co do joty tak jak je wtedy mowiłem. Dziś naśmiewam się z niektorych tych kłamstw - nie były wcale potrzebne. Głupstwa i drobiazgi. Czy to działał już instynkt kryminalisty, a może satysfakcja okłamania prześladowcy?
Potem czekałem dłuższy czas w jakiejś komórce, która była poczekalnią, ściany drewniane i wpółotwarte drzwi. Słychać każde słowo.
Odbywa się przesłuchanie pewnego bankiera. Drwią z niego. Pochwycili go na granicy polsko-rumuńskiej z walizą pełną złota - było tego kilkanaście kilogramów, spiewa potulnie na każdy temat, a oni grożą rewolwerem i naigrywają się:
- Bankier! Wot, postowim ci budkę nad morzem we Władywostoku i będziesz sobie bankierem. Będziesz handlował pieniędzmi! My z ciebie skórę ściągniemy, ale nie tak, jak ty ściągałeś innym, my dosłownie!
Zmiana tonu. Groźby.
- Już nigdy nie zobaczysz żadnego kantoru! My ciebie zagrzebiemy w ziemi! Ty najgłówniejszy wróg ludu!...
Kiedy zebrało się kilku więźniów w mojej komórce (na to widocznie czekałem) poprowadzono nas do kryminału. Była okazja zapytać się szeptem sąsiada:
- Czy was już zasądzili?
- Nie, dopiero się śledztwo zaczęło...
Umówiliśmy się, ale już w kilka dni potem nakryto naszą niezdarną robotę. Korespondencja między naszymi celami chodziła w klozecie. Wykryto znaki na ścianie i zamalowano wszystkie ściany dokładnie, a potem z nami wchodził do środka strażnik i bardzo pilnie przypatrywał się, jak załatwialiśmy swoje potrzeby. To było bardzo nieprzyjemne i - przyjemne, ach! ach!
...Zal mi było tego bankiera! Zupełnie steroryzowany mówił, co mu kazano i czego nie kazano. Śpiewał całą arię potulności i tchórzostwa, a oni nazywali go największym wrogiem ludu. Aż minęło kilka lat i okazało się, że jednak bankier nie otworzył budki nad morzem we Władywostoku. Wcale nie. W prost przeciwnie - został wypuszczony na wolność. Nawet żonę jego odszukano w szerokiej Syberii i doręczono mu ją z komfortem. I razem wyjechali legalnie za granrcę.
A potem bankier za granicą załatwiał sprawę... dostawy miedzi. Najpierw miedź szła do ZSRR, a potem stamtąd zaraz do Niemiec. Nie inaczej. Ale są to już sprawy polityki. Nie chcę ich ruszać.
Tylko nie mogę sobie dać rady z zestawieniem: Izydor Winiaka i ten, ten bankier. Sarkastyczny kawałek!
Raj proletariatu...
