Horodnia - dziwna miejscowość! Prawdopodobnie cała żyła z tego swojego kryminału. Dwukrotnie przewieziono mnie w samochodzie: raz ze stacji do kryminału, drugi raz z kryminału na stację. Raz też odbyłem nocną wędrówkę do jakiegoś biura, w którym według wszelkich prawideł chciano mi doczepić jeszcze jakiś wyrok, jeszcze jakieś skromne dziesięć latek. Do dziś, zresztą nie rozumiem, dlaczego zaniechano tego zamiaru.
Otóż w czasie tych wędrówek stwierdzić mogłem, iż cała miejscowość składała się z kilku lepianek, z drewnianego budynku w którym mieszczą się miejscowe władze, z kilkunastu bram triumfalnych zaopatrzonych w podniosłe napisy, z dwu pomników (gipsowych - jak się potem dowiedziałem), ale właściwie i przede wszystkim z kryminału, który mieścił się w jakimś starym, przebudowanym klasztorze.
W jednej z celi tego klasztoru zamieszkało nas dwunastu na kilka miesięcy.
Z podziwem patrzyłem na te praktyki. Oto tak: porcję chleba, otrzymaną rano krajano na dwie części. Te dwie części dzielili jeszcze na kilka dalszych. Kiedy przynoszono zabarwioną wodę, która nazywała się herbatą, moi przyjaciele spożywali po większej części jednej połowy chleba, Mniejszą część tejże połowy spożywali na drugie śniadanie... Większość drugiej połowy zjadali do obiadu, a mniejszą część na podwieczorek. Ten ceremoniał wydał mi się zbyt przemyślny.
W więzieniu horodniańskim nie było jeszcze głodu. Był dopiero półgłodek. Już wtedy domyślałem się, że przyjdą czasy gorsze. Dlatego też nie lubiłem powyższych praktyk i denerwowały mnie rozmowy o pieczeni cielęcej pod beszamelem. Zaczyniała się taką rozmową zwykle z rana. Jak to byłoby przyjemnie zjeść kaczkę z jabłkami! Albo kotlet wieprzowy z kapustą? A może szczupaczka faszerowanego A czy wiecie, jak się robi pieczeń cielęcą pod beszamelem? Bierze się kawałek polędwicy cielęcej... itd. Czułem odrazę do tych rozmów. Pieczeń cielęca pod beszamelem jako temat roz mowy na cały dzień!
Minęły miesiące zanim zrozumiałem, że były to początki pewnego rodzaju psychozy
Z tym wszystkim cela nasza była jednak celą; nadzwyczajną. Wiem coś o tym, bo nasłuchałem się dużo opowieści o różnych celach. Tak, nasze horodniańska cela Nr. 17, na parterze gmachu po klasztornego, była celą bardzo przyjemną.
Ledwie nas obudzono, zaledwie podniosłem powieki, stwierdzałem
- Dziś jest piątek, dnia 4 marca - 1940 rok!
Pilnowanie kalendarza należało do moich obowiązków. Albowiem ja byłem prezesem celi, horodniańskim Reisserem - chociaż nigdy przedtem nie byłem prezesem Kongregacji Kupieckiej.
W celi łóżka stały pod scianą w szeregu. Jedno, które w nocy stawiano koło pieca, rozbierane było na dzień. Co to był za kryminał! Były sienniki, prześcieradła, koce! Była kąpiel co tydzień i strzyżenie brody i głowy. Zresztą nie zmuszano do strzyżenia róż. Większość pensjonariuszy zapuściła przeto brody. Były brody dostojne i filuterne. Była i szwedzka bródka.
Na dwa łóżka wypadało po 6-ciu delikwentów. Luksus, komfort wspominany potem i obżałowywany przez długie lata łagrów.
Kolejno mieszkali na tych łóżkach:
Andrzej Żabczyński, czyli mały Andrzej, student.
Ludwik Jedlewski, student Politechniki w Warszawie,
Inż. Henryk Sierosławski agronom, kierownik stacji dośiwiadczalnej dla hodow1i nasion buraka cukrowego w Anglii. Stację tę założyła firma, Bracia Buszczyńscy z Krakowa. Henryk sześćdziesiąt kilka razy przepływał kanał la Manche. Ostatni raz w ostatnich dniach sierpnia. Ostatnim pociągiem przejechał Niemcy. Spieszył się, aby zdążyć na wojnę, aby się nie spóznić!
Andrzej Zarosiński, porucznik zawodowy, radiotelegrafista z Cieszyna.
Jerzy Szachowski, podporucznik rezerwy, student Politechniki Lwowskiej, któremu brakowało tylko kilka przedmiotów do ukończenia studiów i do dyplomu.
Hans Belau.
Józef Mróz z Równego, uczeń szkoły muzycznej,
Antoni Malicki, urzędnik magistratu w Karwinie,
Izydor Winiak kierownik pociągu z Delatyna,
Józef Kozłowski telegrafista kolejowy z Kowarla.
Fryderyk Mattern z pod Stamsławowa - technik spirytusowy jak zwykł mawiać.
A więc prawie sami, turysci. Sierosławski i Jedlęwski szli razem. Razem wpadli, razem siedzą. Dwaj Józefy: Mróz i Kozłowski to samo. Wszyscy mamy po trzy lata obozów pracy. Wychowawczych! Sierosławski, Jedlewski i ja jeszcze dodatkowo po trzy lata dalsze zawieszenia w prawach. To znaczy, że po ewentualnym odsiedzeniu trzech lat wyroku, będziemy mieć jedyne prawo: siedzieć dalej trzy lata.
Malicki ma dwa lata.
A Fryc Mattern - to już inny przestepca. Znaleziono u niego dubeltówkę i było z nim bardzo krucho. Siedział w celi śmierci, ale się wymigał, twierdzi, że tylko dlatego, iż się podał za Niemca. Wogóle ma nadzieję, że żona zdoła go uwolnić przy pomocy konsula niemieckiego.
...Chciałbym odepchnąć od siebie słowa, które pchają mi się na klawisze maszyny. Nie potrafię jednak ich odsunać, muszę je napisać:
Oto siedzi w celi horodniańskiej dwunastu przestępców. Skazani są wszyscy na obozy pracy. Wychowawcze! Wszyscy następnie pojadą przez całą Rosję, przez cały Sybir, do Władywostoku. Stamtąd przez Morze Japońskie przez Morze Ochockie do miasta które nazywa się Magadan. I dalej na północ w tajgę. Do kopalni złota, lub do pracy na drogach, które dla tych kopalni są budowane. Dwunastu ich pojechało w tamtą stronę. Czterech - wróciło. Inni już nigdy nie wrócą. Zostali wychowani na tamten swiat.Nie ma, go, nie zyje, umarł. Został w tajdze. Jeśli go zakopano głębiej, niż na 80 centymetrów, do tej pory leży tam cały nienaruszony, jak żywy. Poniżej 80 centymetrów ziemia tam nigdy nie odmarza...
Wskutek owej pamiętnej wymiany pieniędzy, w celi naszej było krucho z forsą. Ja ich nie miałem zupełnie, ukradziono je przy rewizji. Do celi zaś przychodziła co pewien czas kantyna, czyli tak zwana ławoczka. To znaczy właził strażnik z koszem i zapytywał, czy nie kupimy czego? Nabywaliśmy tylko tytoń. Raz kupiłiśmy kawałek słoniny - po cenie 36 rb. za kilogram. To była cena oficjalna w 1940 roku.
Paliliśmy ile wlezie i rozmawialiśmy po całych dniach. Oczywiście szeptem i to przytłumionym, bo strażnik pukał zaraz do drzwi i klął.
Jedynymi atrakcjami były pochody do kąpieli i przechadzki. Na przechadzkę poszedłem tylko raz. Obszedłem dziedziniec dookoła, popatrzyłem na dwie budki strażników górujące nad murem i odechciało mi się spacerów. W celi było przyjemniej, jeśli strażnicy nie przeszkadzali i nie nachodzili.
Zwłaszcza odkąd ucichły te straszliwe krzyki, które goniły po korytarzach więzienia w nocy. Albowiem pierwsze noce były koszmarne. Ktoś krzyczał, ktoś wył, ktoś jęczał, ktoś płakał. Raz był to głos niewieści, kiedy indziej męski. Nie wiemy, nie mogliśmy się dowiedzieć, nigdy nie dowiemy się, kto płakał, kto krzyczał i dlaczego? Po kilku nocach, kiedy to sen nie przychodził na powieki, krzyki ucichły i w więzieniu zapanowała taka cisza, jaka panuje jedynie w więzieniu sowieckim. Cisza grobu. Żadnego szmeru, żadnego szelestu, żadnych odgłosów. Po jednej stronie naszej celi znajdował się klozet po drugiej inna cela. Niekiedy w ścianie rozlegało się delikatne pukanie. Próbowaliśmy odpowiedzieć, ale nie umieliśmy.
- Ciekaw jestem, co powiedziałaby na to co przeżywamy Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela?
Dyskusję rozpoczął chyba Henryk.
- Aresztowano nas bez nakazu aresztowania. Nakaz doręczono dopiero za kilka dni przed zasądzeniem. Przesłuchano bez tłumacza. Rozprawę przeprowadzono bez tłumacza. Czy bito kogo z was?
- Mnie - powiedział Mattern i przetłumaczył pytanie Hansowi -
- I mnie - odpowiedział Belau.
Ja się nie przyznałem - to nie takie łatwe.
Izolacja jest kompletna. Żadnych wiadomości, żadnych gazet, kilka książek. Same broszury agitacyjne i konstytucja stalinowska. W tej konstytucji czytałem paragraf, który mówi o wolności religii, o wolności słowa, i o wolności sumienia. Z religią, to, już wiemy, jak jest. A jaka może być wolność słowa, jeśli wszystkie drukarnie są państwowe i najmniejszego druczku nie wolno wykonać bez specjalnego polecenia NKWD?
Bo o czym mowić w więzieniu, jeśli nie o tych sprawach?
- U nas do więzienia przychodził ksiądz, kapelan więzienny, czy też rabin, przychodzili członkowie patronatu opieki nad więźniami. Bywały często wizyty rodziny a nawet znajomych. Dwa razy w miesiącu można było otrzymać przesyłki o wadze do pięciu kilogramów, - to w każdy pierwszy i trzeci czwartek miesiąca. W drugi czwartek i czwarty przychodziła kantyna. I znów można było kupić produktów po pięć kilogramów. Na drugim piętrze więzienia stansławowskiego otwierano drzwi celi o dziesiątej rano, a zamykano o piątej po południu. Więżniowie mogli sobie skladać wizyty.
- Są i inne szczegóły charakterystyczne - dodaje inny głos.
- W więzieniu w Stanisławowie, w polskim więzieniu, były w naszej celi dwa okna. Dość duże. prawie, jak normalne. Do poławy
wprawdzie szyby były matowe, ale górna część okna zaopatrzona była w zwykłe. Widać było skrawek niebios i obłoki, włóczące się po nieboskłonie. A tutaj, patrzcie, okna zamurowane, prawie na całą wysokość. Został tylko lufcik. Ale i ten lufcik jest zasłonięty koszem. Niewiele światła przeciska, a nieba nigdy nie widać. Ani chmur.
- Czy proponowano komu adwokata?
Wesołość ogarnia salę.
Po pierwsze nie były nasze procesy procesami pokazowymi. Po drugie: całe szczęscie, że nie mieliśmy adwokatów - z adwokatami podostawalibyśmy po dziesięć lat, a tak wlepiono nam tylko po trzy...
... Jeszcze wtedy prostodusznie wierzyliśmy, że wysokość wyroku - wogóle coś znaczy...
- Albo sprawa klozetu? Co za piękne urządzenia w Stanisławowie. A tutaj... kibel, Parasza Wynoszenie rano śmierdzącego kubła. W dzień zaś męcz się tak długo, aż strażnik zechce pozwolić łaskawie na odbycie pielgrzymki.
Patrzyłem z wściekłością na miejsce, w którym w nocy wstawialiśmy kubeł. Kilka dni chorowałem na żołądek. To były denerwujące przejścia, tym bardziej, że trudno było utrzymać w tej drastycznej mimo wszystko sytuacji, powagę.
Kubeł wynosili rano dyżurni więźniowie, którzy następnie zamiatali i myli celę. Cela musiała być codziennie wymyta. Ponieważ jednak nie było żadnych szczotek, tylko jakieś obmierzłe szmaty, mycie podłogi streszczało się w rozlaniu wody i potem jej zgarnięciu. Mokra podłoga oznaczała umytą podłogę i to było w porządku. W podłodze zaś były szpary bardzo obfite, chociaż trochę poprzykrywane. W ciągu kilku godzin po wymyciu zawiewał od niej smród. Pozatem najróżniejsze wonie płynęły od ścian, z sufitu, a czasem i z pieca.
W kącie celi stał duży, ceglany piec. Otwór od paleniska znajdował się na korytarzu. Tam rozpalano węgiel i piec nabierał ciepła. Ale gdzież te stanisławowskie czasy? Gdzie luksusowy kaloryfer?
...W Stanisławowie pewnego dnia Matczak wyrzekł prostodusznie.
- Trzeba ugotować herbatę!
Kilka listkóm herbacianych znalazło się w jego paczce. Matczak wziął dwie menażki, które udało się nam ukryć i nie oddać przy obiedzie - jedna z nich podstawił pod rurę, doprowadzającą parę do kaloryfera, a z drugiej lał na tę rurę wodę. Raz, drugi, dziesiąty, dwudziesty. I oto woda zaczęła być wyraźnie ciepła. Listki herbaty zobarwiły się na kolor żółty.
Matczak zwrócł się do Wermana:
- To dla pana, niech się pan napije. Przecież pan nic ciepłego nie je.
Ale Werman odmówił, ponieważ menażki były trefne.
Posiadał jednak garnuszek, w którym rodzina przysła mu swego czasu masło. Po pewnym czasie nowa paczka zawierała znów garnuszek. Marczak powtarzał wtedy swoje prestidigitatorstwo przy kaloryferze przy pomocy obu tych naczyn. W ten sposób Werman po trztch miesiacach mógł wreszcie wypić trochę ciepłej lury i zagryść chlebem. A my patrzyliśmy na to z przyjemnością...
Pewnego dnia, przyparty do muru, waliłem pięścia w drzwi, ażeby przywołać strażnika. Każdy ułamek sekundy groził katastrofą! Stojąc pod drzwiami i trzymając spodnie w rękach, krzyczałem z wściekłością. A do swoich kolegów odezwałem się z rozpaczą:
- Oto jest dno! Dno egzestencji ludzkiej!
Nie wiedziałem ... naiwny - że dno leży o wiele niżej. Że będę długie miesiące, długie dwa lata wspominał celę horodniańską, jako oazę spokoju, ciszy i ... dobrobytu. W tej oazie człowiek był mocno niedojedzony, ale nigdy głodny naprawde. Na łóżku ukrytym w kącie tak, że nie dosięgało go oko strażnika, można było wyciągnąć swoje przyszłe zwłoki, podłożyć ręce pod głowę i nie myśleć o niczym. Było to zresztą moje własne łóżko, ale służyło również innym za dzienną sypialnię - co było samo w sobie poważnym przestępstwem.
A zarazem - i to jest równie ważne - cela horodniańska była ostatnim miejscem, w którym można było usłyszeć śmiech. Serdeczny, otwarty, prawdziwe. Śmiano się wprawdzie cichutko, ostrożnie, aby nie usłyszał strażnik, ale śmiano się czesto. Odchodziły różne kawały.
Składano nam od czasu do czasu wizyty. Nie była to oczywiście wizyta kapelana, któryby przychodził z pociechą, ani jakiejś paniusi z patronatu, która przynosiłaby podarunki. Ot przychodził od czasu do czasu sam naczelnik więzienia.
Stanowiliśmy bowiem ciągłą sensacię, jako pierwsi polscy więźniowie, pierwsi zasądzeni Polacy plątający się po kryminałach na Ukrainie i obwożący swoje wyroki na różnych liniach kolejowych.
Składał nam więc wizyty sam naczelnik kryminału. Były to wizyty nie tyle informacyjne, ile agitacyjne.
Luty - w tym roku bardzo groźny miesiąc - miał się ku końcowi. Zwały śniegu były tak wielkie, że nieraz zasłaniały zupełnie lufcik okien i zapełniały kosze okienne. Nieraz w celi było zupełnie ciemno dopóki z koszów nie zrzucono śniegu. Jednakże prawem natury wiosna miała przyjść, wiosna wisiała w powietrzu. I ten to fakt sprowadzał do nas naczelnika. Przychodził nas agitować.
- Niczewo! to wszystko głupstwo - mowił dodając soczyste paskudztwo, które w danym wypadku jednak było czystą ozdobą retoryczną, wyrazem ekstazy rozlewnej duszy.
- Przyjdzie wiosna pojedzieci do pracy... Wychowawczych!!!
- Tam będzie się wam powodziło! - dwa soczyste powiedzenia na oznaczenie, jaka czeka nas kariera życiowa!
- Tak oto! Trzy razy dnia strawa! W obiad i na kolację dwa dania, trzy dania, cztery dania, pięć dań! Kompot, cukierki, cukier, herbata, machorka, i - 1.200 gramów chleba dziennie.
Takie przemówienia robiły na niektorych wrażenie:
- Niechby większość z tego, co on tu nam bredzi, była nieprawdą, niechby prawdą było tylko tych tysiące dwieście gramów chleba, to już będzie wspaniale!
Stanowisko takie zajmowali przede wszystkim ci, którzy codziennie dzielili swoje porcje chleba na sześć części. I męczyli się sześć razy dziennie.
- Będzie papier, będą książki, radio, teatr, rozrywki umysłowe, koncerty, zawody sportowe!
Raj! Tylko, czy ten raj będzie naprawdę taki - rajski? Czy ten raj nie jest przypadkiem urojony? Przecież już dotychczas różni dygnitarze przyrzekali nam różne rzeczy. A potem nie dotrzymali ani jednego przyrzeczenia. Wiemy już obecnie, że to jest metoda. Przyrzeka się tak tylko na odczepne. Obiecuje się na przykład uwięzionemu, że jutro, a najdalej pojutrze wyjdzie na wolność, po to tylko aby mu do głowy nie przyszło uciekać. Obiecuje się zresztą wiele najprzeróżniejszych rzeczy.
W celi trwa jednak dyskusja:
- Coś w tym musi być. Prosty rozum wskazuje, że jeżeli ktoś ma pracować, to musi być lepiej odżywiany. Grunt to jedzenie, oraz świeże powietrze. Tutaj smażymy się w smrodach i gnijemy w wilgoci. O popatrzcie, cała ściana zacieka, wypełzła na nią zgniła plama.
Rozsądek alarmuje:
- Zobaczymy, zobaczymy! Gdzieś tutaj jednak musi tkwić podstęp! Podstęp musi być! Bez podstępu nie ma tutejszej rzeczywistości. Zobaczymy!
