Wigilia i Boże Narodzenie w celi czterdziestej. Sylwester i Nowy Rok w czternastej. Jest to cela skazańców. Każdy mieszkaniec celi ma jakiś wyrok. Najmniejsze mają złodzieje. Potem zaraz idziemy my, turyści, a następnie są wyroki po pięć, osiem i dziesieć lat. Zwłaszcza policianci są obficie zaopatrzeni w te lata. Jeden z nich był skazany na śmierć. Dość niezwykła historia z tym policiantem. Bo, o ile można przyjąć i taki punkt widzenia, że zajmowanie stanowiska policjanta w obcym, suwerennym państwie stanowi przestępstwo polityczne, to wypadek, o którym wspominam, jest jeszcze drastyczniejszy.
Pewien jegomość mianowicie został w sierpniu zmobilizowany do rezerwy policji. Zgłosił się do władzy, włożył mundur, ale na dobrą sprawę nie zdążył właściwie rozpocząć służby. Po wkroczeniu wojsk sowieckich został aresztowany, postawiony przed sąd i skazany na śmierć. Z zawodu zresztą nie był wcale policjantem, tylko artystą malarzem.
Zaledwie jednak go skazano już zaproponowano, by wniósł prośbę o ułaskawienie. Chłop nie chce. Chodzą do niego do celi, przynoszą papier i ołówek i namawiają:
- Pisz!
A jegomość nie chce. Zioną na niego przekleństwami, a on na nich. Siedzi o chlebie i wodzie wśród sopli lodu i robi awantury. Wreszcie zawiadamiają go, że został pomiłowany na dziesięć lat i przyprowadzają na celę skazańców, na czternastą...
- Tu już chyba jest dno! - powiadam sobie.
Albowiem nieodżałowane są czasy pamiętnej celi numer czterdziesty. Tu jest brud i smród i zepsute urządzenie w kącie, z którego wylewają się strugi obrzydliwej cieczy. Tu są wszy, tu są kłótnie i awantury. Tu jest zorganizowany front zawodowego świata przestępczego przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Zaczyna ginąć chleb i różne drobiazgi z kieszeni.
Wytrawny paser stanisławowski, wybitny łotr terroryzuje celę. Nie dopuszcza do mycia się, sam chce zająć pierwsze miejsce w celi. Ząda, żeby mu usługiwano. Kiedyś ciężką drewnianą pokrywą rzuca w siedemnastoletniego skazańca. Trzeba stworzyć wspólny front. Starosta celi, Andrzej Zarosiński ma z paserem ustawiczne starcia.
Jeść dają coraz gorzej i coraz większe awantury przy rozdzielaniu chleba. Dochodzi do bitki. Wreszcie wkracza w tę sprawę Hans Belau. Przed nosem pasera wywija potężną pięścią murarza, czy żeglarza. Zdecydowana postawa robi swoje - stary paser i młode szczenięta złodziejskie uspakajają się.
Nadchodzi dzień 2go stycznia i biorą nas na etap. Mamy zażyć przyjemności uczenia się musztry więziennej. Wyprowadzają nas na dziedziniec i formują piątki.
- Ustawić się w piątki!
Słyszę wezwanie, rozkaz, który potem będzie uderzał wrzaskiem w moje uszy może kilka tysięcy razy.
- Ustawić się piątkami! Krok w lewo, krok w prawo, a będę strzelał bez uprzedzenia!
Pierwsza piątka rusza. Przy bramie stoi strażnik i odlicza:
- Pierwsza!
Pierwszych pięciu ludzi wychodzi za bramę.
- Druga. trzecia, czwarta, piąta,...
I tak dalej, bez końca. Obstawieni jesteśmy dookoła strażnikami. Karabiny w rękach, nagany w dłoniach. Karabin maszynowy naprzeciw. I psy - obrzydliwe, wściekłe psy. Zajezdża samochód i ceremoniał zaczyna się od nowa:
- Pierwsza druga, trzecia,...
Pięć piątek, dwudziestu pięciu ludzi. Zęby szczękają bezradnie. Podwiewa wiatr oczy się łzawią. W serca wdziera się rozpacz. Napróżno oczy rozglądają się dookoła, napróżno serce domaga się cudu. Nie ma cudu! Nie ma luk w konwoju! Charczą groźne psy i szarpią się na łańcuchach. I jest zimno.
Któż w danej chwili może przypuścjć, że to zimno nie jest jeszcze zimnem w całym tego słowa znaczeniu, że ta rozpacz nie jest jeszcze rozpaczą? Ze ta bezsiła nie jest jeszcze otchłanią beznadziei? Błysnęły światła reflektorów i widać jak na dłoni: nie ma luk, nie ma przerw w konwoju! Nie ma wyrw w szpalerze! Są ludzie, karabiny i psy, I reflektory.
Kolumnę więźniów prowadzą na rampę, segregują w jakiś tajemniczy sposób i pakują do wagonów. Rozwarte drzwi wagonu i pomost. Nie można bluznąć pod pomost, nie można dać nura pod wagon. Ludzie, karabiny, psy. I znów odliczenie:
- Pierwsza, druga, trzecia,...
Pakują do wagonu trzydziestu sześciu ludzi. Jednego, Więckowiaka, byłego komendanta posterunku policji musimy wynieść. Ma opuchnięte nogi - cały jest opuchnięty.
W wagonie stoi wmontowany piecyk. Na ten piecyk z nadzieją kierują się uradowane oczy (nie tylko dlatego, że będzie ciepło...).
W naszym wagonie jest tylko kilku skazanych. Reszta, to więźniowie śledczy. My już uważamy się za załatwionych, oni będą tułać się od więzienia do więzienia, od śledztwa do śledztwa w poszukiwaniu wyroku W innych krajach przestępcę wiezie się na miejsce przestępstwa, a żeby łatwiej było przeprowadzić śledztwo. Tutaj przestępcę wywozi się z miejsca przestępstwa - też żeby było łatwiej przeprowadzić śledztwo. Bodaj czy nie jesteśmy od nich szczęśliwsi, my - skazani? Chyba - tak? Nasze oczy skazańców szukają luk, wypatrują szpar, rozglądają się gorączkowo dookoła.
- Uciekać!
Oto jest myśl, która przeszywa większość mimysłów. Tutaj jako sprzymierzeńcy dołączają się przestępcy kryminalni, których świat odnosił się do nas kilka godzin temu tak wrogo.
Pociąg rusza: wśród nas są kolejarze. Obserwują świat przez otwarte jedyne okienko wagonu patrzą na mijane stacje i dziwią się, że jedziemy na zachód, a nie na wschód. Niektórzy z naszych mają dla nich, dla tych kolejarzy, specjalne zainteresowanie. Tworzą grupkę w kącie wagonu i leżąc na dolnych narach, szepczą:
- Jak jest zbudowane podwozie wagonu?
Stary kolejarz, kierownik pociągów z Delatyna, Izydor Winiak rysuje na desce, jak wygląda żebrowanie podwozia wagonu. Nie można przecież męczyć się po to, aby natrafić na żelazo. Mimo ustawicznych rewizji w wagonie jest kilka ołówków, chronionych jako rzecz niezwykle cenna.
Piecyk stoi na środku wagonu. Tylko węgla nie ma. Nie ma czym palić. Jest zimno ludziom, którzy dopiero mają nauczyć się co to jest zimno potworne. Na najbliższym postoju wrzask:
- Węgla! Węgla!
Tworzy się chór i skanduje jedno słowo: Węgla! Ale chór, to już: bunt! To zmowa, to organizacja! Wagon obstawiony dookołą. Ludzie, karabiny, psy. Szczęk kłódki i zgrzyt odsuwanych drzwi. Osiem karabinów wymierzonych w otwór wagonu. Jakaś władz, jakiś naczelnik. Klnie, rzuca się, wyzywa. Nie uderzy, bo za dużo świadków. Grozi rozstrzelaniem, że to bunt, że to zmowa, że to organizacja! A samo słowo: organizacja, jest kontrrewolucją!
Izydor Winiak przedkłada mu prośbę o trochę węgla. Jakoś skutek jest osiągnięty. Przynoszą worek węgla i wysypują do wagonu. Zwyciężyliśmy! Nie zdajemy sobie sprawy, że to umyślna polityka ustępstw. Pocąg jedzie przecież ciągle przez ziemie polskie. Polski pociąg, polskie wagony. Na tych ziemiach i w tutejszych składach pociągowych nie znają jeszcze pełnej organizacji i typowego wyposażenia pociągu więziennego. Całego pociągu więźniów nikt tu nigdy nie widział. Ale my o tym wszystkim wówczas nie mogliśmy wiedzieć: mamy się o tym przekonać dopiero później, dopiero, później mamy zrozumieć, że mijają niepowrotnie okazje.
Lecz węgiel jest! Za chwilę w piecyku płonie ogień. W wagonie robi się cieplej. Zwłaszcza cieplej jest na górnych narach uczymy się pierwszej z zasadniczych prawd kryminalnych. Na dolnych narach w nogi jest ciepło, ale głowę otula szron.
Nie wiem - - skąd wzięło się to żelazo? Wiele takich tajemnic otaczać mnie będzie w przyszłości. Dość że żelazo jest! Na podłodze, pod dolnymi narami, leży młody człowiek. Inny młody człowiek trzyma żelazo w piecyku. Żoelazo jest wreszcie rozpalone, czerwone, sypie iskry poczem wędruje pod nary. Za chwilę słychać syk i dym unosi się w powietrze. Teraz trzeba czekać aż dym się rozpłynie o dopiero wówczas żelazo można powtór nie zaglębić w podłogę wagonu.
A tu pociąg stuka na zwrotnicach i może zatrzymać się? Zaś foszty drewniane stanowiące podłogę wagonu, są bardzo grube. Ciężka, mozolna i niebezpieczna praca! W wagonie nie ma chyba nikogo, kto nie zdawałby sobie sprawy z toego, co się dzieje. Są jednak tacy, którzy nie chcą widzieć, nie chcą wiedzieć, nie chcą słyszeć. Zaczynają ostrożnie szemrać, że dym gryzie w oczy - i od tego momentu nabrzmiewa protest.
Przejeżdżamy Stryj i docieramy do Sambora. Stajemy na stacji. Długi, więzienny pociąg - nazbieraliśmy tych wagonów po drodze bez liku. Niebywałe w Polsce widowisko. Wagony, wagony, wagony. A każdy z nich zamknięty, zatrzaśnięte wrota, skoble zamknięte na klódkę. Dookoła ludzie w mundurach, karabiny i psy. Przez małe, okienko można ujrzeć świat. Skrawek peronu.
Na tymże peronie zaczyna się ruch. Jakieś dzieci przebiegają, jakieś kobiety nadchodzą. Jest tych dzieci coraz więcej i kobiet coraz więcej. Ale kobiety nie przychodzą z pustymi rękami. Niosą jakieś paczki i jakieś koszyki. Gromadka wychodzi z peronu na tory kolejowe i przystaje. Potem znowu kilka kroków znów stają. Czarny rząd czarnych dzieci i czarnych kobiet. Te kobiety wyglądają jak płaczki w tragedii greckiej. Już są w tej chwili niedaleko od pociągu. Słyszymy rozmowy
- Chcemy dać więźniom chleb i papierosy...
- Nie wolno!
- Może tam jest mój mąż? Może tam jest mój brat? Nie chcemy wiedzieć, kto tam jest, chcemy dać im chleb i papierosy...
- Nie wolno! Polskie suki!
Kobiety, czarne płaczki, zaczynają płakać. I dzieci płaczą również.
- Nie wolno! Nie wolno!
Wkracza jakaś władza, jakiś naczelnik. Krzykiem, pełnym plugastw, znieważa kobiety, znieważa dzieci. Wyje:
- Każę opróżnić jeden wagon i wsadzę was do niego!
Pada jakiś rozkaz i płaczące kobiety muszą uciekać. Strażnicy depcą po koszykach, po chlebie, po jajach, po papierosach. Za chwilę tory kolejowe są puste. Trochę rumowiska i trochę krwi.
Taki wycinek świata widać przez malutkie, zakratowane okienko wagonu. My już dobrze wiemy, że nie istnieje przy tej władzy żaden Patronat Opieki nad Więźniami. Ani żadna Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela - obywatel nie ma żadnych praw, obywatel nie ma prawa być człowiekiem. Nikt się za nim nie ujmie!
Pociąg jedze dalej, ostrożna praca trwa. Tyle, że protesty dotychczas bardzo ciche zaczynają być głośniejsze. Rozwiały się różne optymistyczne marzenia. Pociąg wraca na wschód. Jedzie z powrotem do Stryja, a potem kieruje się na Lwów. Na dolnych narach w kącie trwają narady.
- Dym gryzie w oczy! Co wy robicie? To szaleństwo! Nas tutaj pozabijają!
Pociąg coraz bardziej zbliża się do Lwowa. Wreszcie na dworcu Łyczakowskim nie ma już mowy o dalszej robocie. Sama robota jest zresztą niepoważna. Rozbabrana. Jeszcze trzeba by godzinę popracować, ażeby otwór był gotów. Na dworcu pracować jednak nie moąna. Przynoszą jakieś jedzenie. Mało i paskudne. Zaczynają się pierwsze awantury o jedzenie. I o wodę. Palić już nie ma co. Palimy wspólnie fajkę ulepioną z chleba. Fajka pokoju. Chociaż pokoju, to na pewno nie. W każdym razie fajka przyjaźni.
Udzieramy długi kawałek białego i wystarczająco czystego płótna. Trzeba pisać ołówkiem kopiowym, a wody nie ma ani kropli. Wobec tego każdy pluje na ten kawałek płótna, na którym mam napisać jego nazwisko. śpieszę się, trzeba zdążyć. Wszystkie nazwiska obecnych w naszym wagonie są wypisane, ale organizuje się drugi skrawek płótna, a na nim widnieją nazwiska tych, z którym każdy z nas zetknął się w różnych celach. Nie ma jednak czasu dokończyć tego spisu. Przetoczono nas bowiem na inny dworzec.
Nasz pociąg staje niedaleko peronu. Między nami, a peronem stoi jakiś pociąg towarowy. Okienko naszego wagonu zatrzymało się w ten sposób, że stoi właśnie w luce między dwoma wagonami tamtego pociagu. Okoliczność przychylna, że jeden z tamtych wagonów, to cysterna nafty, do której wysoko doczepiona budka hamulczego.
Po peronie chodzą ludzie, wolni ludzie, Jeszcze nie aresztowani.
Naprzeciwko naszego okienka zatrzymuje się jakaś pani i dwóch panów. Rozmawiają swobodnie. Boję się rzucić rulon, obawiam się, że nie rzucę celnie. Oddałem go młodemu człowiekowi. Ten rzuca. Widzimy, jak rulon upada na platformę wagonu-cysterny, poniżej budki hamulczego - i toczy się Stoczył się po schodach z tamtej strony i upadł na peron. Tuż u nóg pani. A pani opuszrza torebkę i podnosi ją zwolna, od niechcenia. Rulonu już nie ma na peronie. A potem - też zwolna i też odniechcenia - wszyscy troje odchodzą.
Kiedy myślę o tej scenie, przyłapuję się na bezsensownych marzeniach. Czyż można oddawać się marzeniom wstecz? Czy można marzenia rozpoczynać od słowa: gdyby?
Wtedy, dnia tego, o tejże godzinie, tam na Dworcu Głównym we Lwowie, jakiś chaos, i jakieś bezładne bezhołowie zapanowało wśród naszej eskorty. Były chwile, że nie było widać strażnika koło naszego wagonu. Może gdzieś tam byli, ale myśmy ich nie widzieli, nader bacznie obserwując. Widzieliśmy, jak gonili w pewnym oddaleniu, jak krążyli zaaferowani. A o kilka metrów przed nami przesuwali się wielkim tłumem wolni ludzie, jeszcze wolni, jeszcze nie uwięzieni. O, gdybyż otwór w podłodze był wykończony! Gdyby...
Ale nie można marzyć wstecz, nie można wierzeń zaczynać od słowa: Gdyby!...
I znowu nas przetoczono - znowu jakaś rampa - znowu odczytywanie nazwisk - znowu ustawianie piątkami. Tym razem mamy sposobność zakosztowania rozkoszy wagonu pullmanowskiego długiego, szerokiego świetnie resorowanego.
Tylko że jest to wagon więzienny! Małe zakratowane okienka z jednej strony żadnych okien z drugiej. Luksus więzienny. Co stary Pullman powiedziałby na taki wynalazek?
Wchodzimy pojedynczo. Drzwi otwarte gościnnie. Długi, wąski korytarz wzdłuż całego wagonu po tej stronie, po której są okienka. Korytarzyk przedzielony kratą. Za kratą przedziały. Wagon - menażeria wagon-klatka, wagon do przewozu dzikich zwierząt.
Ale nie zwierzęta siedzą za kratą, lecz ludzie.
Każdy wspina się osobno na stopnie wagonu. Wchodzi w otwarte drzwi. Przechodzi niezmiernie wąskim korytarzykiem ocierając się do o ścianę wagonu to o kratę. W tejże kracie znajdują się inne wrota. Przekroczywszy je, znajdujemy się w pomieszczeniu gorszym, niż więzienie (dotychczasowe) i jeszcze bardziej upokarzającym.
Wagon podzielony jest na przedziały. Jest parter pierwsze piętro, drugie i trzecie nawet. Na trzecie, najwyższe wpakowano Karpatorusinów. Są to ludzie, którzy przeszli masowo granicę aby otrzymać polską ziemię w raju. Ziemi nie otrzymali: otrzymali leżące miejsce na trzecim piętrze wagonu więziennego.
Tego rodzaju sytuacja wytwarza pewne niedogodności. Jasną jest rzeczą, że wszyscy mamy wszy, chociaż na szczęście w jakiejś naogół skąpej ilości. Natomiast Karpatorusini są w nie zaopatrzeni niezwykle obficie. Są z nimi oswojeni, są do nich przyzwyczajeni i nie mają do nich żadnych pretensji - poprostu nie wiedzą, że wogóle istnieje życic bez tych owadow. Czasem robią żarty. wyjmują z za pazuchy wesz i nieznacznie rzucają z góry poprzez kratę na strażnika, który spaceruje po korytarzu. Jednakże - zupełnie już bez żartów wszy same odłączają się od swoich właścicieli rozstają się z nimi i kapią na niższe półki. A więc na nas.
W wagonie znajduje się w częsci odgrodzonej kratą, rownież luksusowe urządzenie. Nawet jest taki interes do spuszczania wody. Tylko, że wody nie ma, a cały ten interes jest zepsuty. Trzeba stać w długim ogonku, ażeby się tam dostać. Już po upływie pół godziny funkcjonowania tego pomieszczenia brnie się w kale.
W każdym przedziale ludzie łączą się w grupy. Łączy ludzi narodowość, pochodzenie, sympatia. Znajdują się między nami więźniowe, którzy niedawno zostali aresztowanei. Od nich dowiadujemy się co dzieje się na świecie. Jest między innymi człowiek, który 14-teg grudnia opuścił Warszawę. Opowiada jak Warszawa wygląda, a serca ściskają się z rozpaczy. Mówi o spalonym Zamku, o zrujnowanym Placu Teatralnym, o gruzach ulicy Marszałkowskiej.
Uczucie nie do zniesienia. Widzę wszystko, jakbym miał narysowane na soczewkach oczu. I widzę siebie samego - idącego wśród ruin. To męczy.
Nowiny polityczne są różne. Te prawdziwe nie zanadto pocieszające. Te fałszywe - buńczuczne. Moja ostrożność obawia się zbyt optymistycznych informacji.
Pamiętam wrzesień i wiadomości o rewolucji w Niemczech. O 8 tysiącach czołgów, zniszczonych pod Nowym Targiem o tysiącach samolotów, czekających w Constanzy. Wobec tego nie wierzę w tej chwili w murowaną wiadomość o wypowiedzeniu wojny Sowietom przez - Węgry, Rumunię, Francję i Anglię! Są tacy, którzy wierza.
Rozdano żywniość. Otrzymujemy po łyżce cukru. Oraz śledzie. A wody ciągle tak mało, że na wiadro z wodą ludzie rzucają się jak szakale. Ten śledź nie jest rozdawany umyślnie, aby wzniecić pragnienie. To tylko tak wynikło z posiadanych zapasów - poprostu śledzie były pod ręką.
Wagon szumi, burczy, a Karpatorusini udają, że śpiewają. Co jakiś czas wybucha awantura o wodę!
- Wody! Wody!
Ten ponury okrzyk trwa jak nieustanny refren naszego wagonu. Słyszy się go w ciągu całych dziewięciu dni. Tyle bowiem trwa nasza podróż ze Lwowa do Horodni, przez Homel.
Nie ma również papierosów. Robimy burzę i wrzask. Przychodzi starszy strażnik i nieodmiennym obyczajem obrzuca nas obelgami. Ale potem zgadza się na zakupienie dla nas papierosów.
- Dajcie pieniądze, poślę po papierosy.
Nikogo nie zdumiewa takie postawienie sprawy ani nawet jego samego, starszego strażnika. Mianowicie to, że przecież pieniędzy nie powinno być w wagonie. Przecież zrewidowano każdego niezliczoną ilość razy i wszystkie pieniądze zabrano, złożono gdzieś tam w jakiejś kasie i wydano kwitki...
- Z pieniędzmi była komiczna sprawa. Pewnego dnia, nagle, w ciągu kilku godzin, kazano wymienić polskie złote na ruble. Więźniowie nie mogli osobiście wymienić tych pieniędzy, ponieważ kryminale. I oto czy myślicie że:
a) wymieniono pieniądze wszystkim więźniom?
b) nie wymieniono pieniędzy nikomu?
c) wymieniono pieniądze tylko cześciowo?
Nie! Jednym - wymieniono wszystkie pieniądze, innym wyogóle nie wymieniono, a jeszcze innym - wymieniono część na ruble część pozostawiono w złotych. Oczywiście złote przepadły, stały się nieważne...
Kiedy jednak starszy strażnik zażądał pieniędzy, okazało się, że forsa jest. Kilkanaście rąk wyciągnęło się z banknotami rublowymi. Starszy strażnik, bynajmniej nie zdumiony takim stanem rzeczy, zabrał pieniądze i wkrótce mieliśmy co palić.
Zasadniczo służbę w wagonie pełnił jeden strażnik, chodzący po korytarzu. Drugi stał w korytarzyku poprzecznym. Czasami jednak zbierało się przed kratą kilku strażników, najwidoczniej będących poza służbą i znudzonych bezczynnością. Wciągali więżniów w dyskusje. Przede wszystkim mówiono o sprawach politycznych. Ale były również i rozmówki na temat Boga. Dziwili się ogromnie gdy prawie wszyscy więżnowie, zapytani, czy wierzą w Boga, odpowiadali:
- Tak, wierzę!
Wtedy wykrzykiwali bluźnierstwa. Bezsensowne, pięknie wyuczone, zawsze te same. Pozytywki, papugi.
Jechał z nami młody człowiek, chłopaczek. Nie miał ukończonych szesnastu lat. Pochodził z Hajnówki i był uczniem gimnazjalnym.
Pewnego razu, kiedy stał koło kraty wysunął mu się z za koszuli medalik i szkaplerz. Strażnik sięgnął nagłym ruchem poprzez kratę i starał się szkaplerz zerwać. Chłopiec błyskawicznie zorientował się, plunął w twarz strażnikowi i odsunął się. Cisza zapadła w wagonie. Drżeliśmy, jakie też represje spadną na chłopca. Tymczasem strażnik otarł twarz i rozpoczął dyskusję o Bogu. Mówi, że Boga nie ma.
Mówi, że Boga nikt przecież nie widział.
- Czy ty widział Boga, duraku? - zapytuje chłopca.
I wówczas padła wspaniała odpowiedź. W wagonie paliła się lampka elektryczna.
- To ty jesteś głupcem - mówi chłopiec spokojnie. - Czy widzisz tę żarówkę?
- Widzę.
- Czy świeci się?
- Oczywiście świeci się.
- Widzisz więc żarówkę i widzisz że się świeci?
- Widzę.
- A czy wiesz co sprawia, że świeci się ta żarówka?
- Elektryczność
- Więc przetnij, idioto, drut i zaglądnij do środka! Czy potrafisz ujrzeć elektryczność? Czy potrafisz zobaczyć jak ona wygląda?
W ciągu całych lat powtarzałem sobie tę rozmowę co pewien czas. Tam na Kołymie, w tajdze, jeśli była okazja krzyczałem na cały głos. W barakach powtarzałem sobie ją po cichu.
Ażeby nie zapomnieć. Ażeby ją kiedyś napisać. Załatwione. Napisałem...
