Nie wchodząc zbyt szczegółowo w przeszłość Józia Matczaka należy stwierdzić, iż był on już raz - jedynie na skutek ponurego zbiegu okoliczności i niecnych intryg policyjnych - gośćiem więzienia stanisławowskiego. Obecnie do naszej celi przybył w nocy z 1-go na 2-go listopada wraz z całym transportem Stanisławowian.
Wkroczyło wowczas tych Stanisławowian siedmiu i oto stalismy się świadkami emocjonującego wydarzenia które naświetlił nam nie kto inny. jak właśnie Józio.
- Będzie mordobicie, czy nie będzie? - zapytał żarliwyrn szeptem.
Wkrótce szept ten usłyszała cała cela.
Rzecz była w tym że na czele wkroczył pan Leon. Zaś najstarszym (powiedzmy jednym z najstarszych) pensjonariuszy naszej celi był Fiedor Mosiurniak. Pan Leon zamknął Mosiurniaka przed trzema tygodniami. a teraz sam znalazł się w naszej celi.
Mosiurniakowi istotnie goniły ręce i oczy. My patrzyłiśmy nieznacznie, co z tego wyniknie?
Napięcie doszło do punktu kulminacyjnego rano po pobudce kiedy Mosiurniak podszedł do pana Leona. - Oddalili się obydwaj w kąt i zaczęli szeptać. Potem usiedli na lóżku i szeptali w dalszym ciągu wśród ożywionych i namiętnych gestów pana Leona.
Ostatecznie - nie stało się nic. Poszeptali, pogestykulowali i rozeszli się spokojnie.
- Zaczarował chłopaka - wygłosił swoje zdanie Józio Matczak.
Przestaliśmy się tę sprawą zajmować. Mieliśmy inne pasjonujące zajęcia. Przede wszystkim Matczak i jego towarzysze przynieśli całą furę przeróżnych nowości. Skarbnicą ich był zwłaszcza Tadeusz Kaganiec. Dowiedzieliśmy się o utworzeniu rządu polskiego w Paryżu.
Wkrótce zaś mieliśmy okazję stwierdzić, jak pożytecznym był w celi pobyt Matczaka. Mianowicie wzięto nas pewnego dnia do łaźni, dokonawszy przy tej sposobności jak najściślejszej rewizji. W łaźni stwierdziłiśmy, że na ścianie wisi przybita skrzynka z tabernaculuun zabrana z kaplicy więziennej. Teraz służyła jako schowek na mydło.
Matczak spojrzał na nas z pod oka, pokiwał głową i poprosił aby go podnieść. Pomanipulował coś koło zameczka i tabernaciulum zostało otwarte, poczem kilka kawałków mydła zginęło w różnych kieszeniach.
W jednym z tych kawałków był gryps.
Kiedy mianowicie rozcięłiżmy mydło sznurkiem, wyskoczyła kartka papieru. Całe szczęśćie, że było nas przy tym tylko trzech,
tych trzech, którzy dostali ten kawałek mydła do podziału. Tajemnice ludzkiej pomysłowości są nieodgadnione: oto na małym kawałeczku papieru znajdował się spis więźniów kilku cel więzienia stanisławowskiego.
Próbowaliśmy oczywiście posłużyć się tą samą drogą, ale się nie udało. Napróżno podrzucaliśmy nasze kawałki mydła, odpowiedzi już nie było.
Na dziedzińcu więziennym - skoro tylko zapadł zmierzch - warczały motory. Wybuchy z rur wydechowych przypominały odgłos wystrzałów. Co noc od zmroku do żwitu, szalało kilkanaście a może kilkadziesiąt motorów.
- W całym mieście słychać te huki - opowadali Stanisławowianie - i to też jest sposób terroru. Miasto drży po nocach i w przerażeniu opowiada o masowych rozstrzeliwaniach na dziedzińcu więziennym. Motory mają służyć do tego - mówią w mieście - aby zagłuszać huki strzałów.
W naszej celi panowała istna sielanka. Jakoś mniej nagabywano Reissera aby przyznał się do knowań kontrrewolucyjnych, które odbywać się miały pod jego egidą w Kongregacji Kupieckiej, mniej męczono także innych, chociaż oczywiście każdej nocy brano na przesłuchania jednego, czy dwóch więąniów.
Najważniejszym i najgłówniejszym pupilem organów śledczych stał się jednakże - nie kto inny, jak były komendant czerwonej milicji, pan Leon. Zabierano go nieraz z wieczora, a przyprowadzano o świcie. Budzono go wśród nocy, a powracał w dzień wprost do lury zwanej kawą i porcji chleba, ktora na niego czekała. Nie mogłem już wytrzymać z ciekawości. Przysiadłem się do pana Leona i zapytałem dyskretnie:
- Proszę mi powiedzieć, panie Leonie, w czym tkwi tajemnica? Ostatecznie siedzi nas tutaj, w celi kilkudziesięciu. Są tacy, czy inni zbrodniarze: kontrrewulucjoniści, turyści, konfidenci. Ale dlaczego tych innych więźniów władze tak mało stosunkowo niepokoją odkąd pan przyszedł natomiast pana ciągle przesłuchują?
- To są sprawy ideowe - proszę pana. Pan tego nie rozumie...
Co prawda nie rozumiał tego nikt.
- Sprawy ideowe - mówi pan? Opowiadał pan, że za czasów polskich wysiedział pan ogółem cztery lata. Ideowo. No, od biedy mógłbym to zrozumieć, Ale teraz?
Długo różne rzeczy klarował pan Leon i tak głośno, że słyszała cała cela. Zwłaszcza opowiadał o swojej pracy jako członka komitetu P.K.Z.U.
- Byłem szereg lat skarbnikiem komitetu...
To też pewnego dnia, kiedy zabrano go - wyjątkowo we wczesnych godzinach porannych na przesłuchanie, cela odbyła naradę na ten temat. Co też może mieć na sumieniu pan Leon?
Pewnie zwędził pieniądze komitetu padł czyjś domysł. Nie omieszkałem zaaplikować tego panu Leonowi.
- Pan był skarbnikiem partii, panie Leonie. Czy przypadkiem nie było jakichż nieporządków w kasie i może za to pana czepiają?
- Jesteś pan głupi! Idzie tutaj wyłącznie o sprawy różnic ideowych...
A ja rzeczywiżcie byłem głupi: nic z tego nie rozumiałem.
W międzyczasie zaludnienie celi wzrastało.
Wreszcie tak się stało, że na sali mieli przewagę turyści. Z małych pogranicznych kryminalików, ze szkół pozamienianych na więzienia, z różnych miasteczek napływali turyści. Z Doliny, z Nadwórnej, z Kosowa...
Na ogół byli dobrego ducha.
Przecież nie można nam dowieść żadnego przestępstwa. Oczywiście, jak już kogoś złapali na samej granicy to trudno, to co innego. A gdyby nawet nam udowodniono żeśmy szli za granicę, to cóż w tym za zbrodnia? Sześć tygodni aresztu, powiedzmy: trzy miesiące! Należy spodziewać się że pan też prędko wyjdzie na wolność...
- A ja myślę, że zobaczymy białe niedźwiedzie - odrzekłem.
Te białe niedźwiedzie poszły w kurs, przyjęły się.
Pewnego dnia wzięto mnie na przesłuchanie. Wtedy to pan Leon uczynił mi mimowolną przysługę.
Szedłem korytarzem więziennym, z lufą nagana przyłożoną do czaszki.
Stawałem kilka razy pod ścianką ażeby umożliwić przejście komuś, prowadzonemu w przeciwnym kierunku, bo nie wolno mi było go zobaczyć. Stały ceremoniał.
A potem był podwórzec więzienny, na którym stało kilkanaście samochodów. Wśród nich tenże sam z napisem: Poczta Polska, którym mnie tutaj przywieziono sześć tygodni temu. W różnych miejscach ulokowano w sposób mało dyskretny karabiny maszynowe.
Wszedłem do gmachu sądowego, wprowadzono mnie na drugie piętro i stanąłem przed obliczem śledowatiela. Umiałem wówczas tylko kilka słów po rosyjsku i to znakomicie ułatwiło mi sytuację. Przesłuchania moje wyglądały mniej więcej tak, jak rozmowa dwóch głuchych. Jak już coś niewygodnego dla siebie zrozumiałem, to przecież nie musiałem się odrazu do tego przyznawać. Oczywiście nikt nie zadawał sobie tyle trudu, aby przy przesłuchaniu, jak i potem przy rozprawie sądowej, używać jakichkolwiek tłumaczy.
Śledowatiel musiał być człowiekiem conajmniej ostrożnym. O tym myślałem uporczywie, siedząc na krzesełku naprzeciw niego w należytej odległości. Jeden nagan leżał na biurku, drugi tkwił w półotwartej szufladzie W czasie rozmowy śledowatiel kilka razy smarkął na podłogę przy pomocy palców, a potem te palce obcierał starannie o deski szuflady.
Rozmowa dwóch głuchych trwała dłuższą chwilę i śledowatiel był coraz bardziej zdenerwowany. Widząc, że debaty na tematy ogólne nie mają powodzenia, przystąpił do zadawania pytań tyczących istoty mego przestępstwa.
Już przy poprzednich przesłuchaniach w momencie odpowiednim przestałem kluczyć i przyznałem się do zamierzonego przestępstwa. I teraz recytowałem:
- Szedłem za granicę, do Rumunii. Po co? Aby wstąpić do Armii Polskiej. Po co? Aby bić Hitlera.
Nie przyznawałem się oczywiście, że jestem zmobilizowanym żołnierzem. Pozatym, nawet w głupstwach, nawet w drobiazgach, gdzie tylko mogłem nie powiedzieć prawdy. Kłamałem i to sprawiało mi przyjemność, chociaż sporo z tych kłamstw było niepotrzebnych.
W tej chwili śledowatiel szuka w szufladzie biurka kawałka papieru. Wyjmuje różne teczki, ale okazuje się, że nie ma w nich skrawka czystego papieru. Na oknie leży gruba książka. Z daleka poznaję, i wiem, że to wydawnictwo pod tytułem: Dziesięciolecie Polski Odrodzonej. Śledowatiel podchodzi do okna - podchodzi zresztą tyłem, nie odwracając się ode mnie i trzymając w ręku nagan - szufladę z drugim naganem zamknął przed chwilą przezornie na klucz. Zabiera z parapetu pękaty tom i wraca do biurka. Kładzie na biurku rewolwer i księgę. Odwraca książkę od okładki do okładki i oddziera czyste kartki papieru, które umieszczone są między oprawą książki, a zadrukowanymi stronicami. Zagina wyrwane kartki i robi margines. Bierze pióro i zaczyna pisać. Jednak patrzy na mnie z podełba i zadaje pytanie, którego bezwarunkowo nie oczekiwałem:
- Czy wszyscy u was w celi są za sowiecką władzą?
Bez sekundy zastanowienia odpowiadam:
- W naszej celi siedzą nawet komuniści.
Myślałem o panu Leonie.
Nie miałem pojęcia że takie wywołam wrażenie. Jakby bomba pękła w środku biurka! Facet poderwał się, pochwycił rewolwer i zaczął miotać się jak opętany. Bez żadnej przenośni piana ukazała się na jego ustach. Patrzyłem przerażony, bo miałem wrażenie, że zwariował. A on szalał i wrzeszczał, że to nie komuniści tylko bandyci, kanalie i kontrrewolucja! Rewolwer trzymał nie za kolbę, tylko za lufę. Kiedy poderwał się z miejsca, powstałem i ja, okrążyłem krzesełko, na którym siedziałem dotąd i ująłem obiema rękami za oparcie. Zbliżający się do mnie szaleniec - nagle uspokoił się. Byłbym otrzymał cios w zęby tak mi potem tłumaczono. Obroniło mnie krzesło.
- Zginiesz w więzieniu, kontrrewolucyjne bydle - krzyczał śledowatiel - nikt cię już przesłuchiwał nie będzie. Won!
Odprowadził mnie do drzwi celi.
Byłem przekonany że groźba iż nie będę przesłuchiwany będzie wprowadzona w życie. Byłem z tej zapowiedzi niezmiernie zadowolony Pamiętny cios, który otrzymałem przy pierwszym przesłuchaniu... mniejsza z nim!
A jednak 28go listopada zawołano mnie do innego śledowatiela. Tym razem rozmowa była niemal uprzejma. Przyznałem się do wszystkiego i podpisałem wszystko co mi kazano podpisać, a więc protokuł, oraz po dwóch miesiącach więzienia przyjęcie nakazu aresztowania.
8go grudnia w dyżurce więziennej odczytano mi akt oskarżenia, z którego nic prawie nie zrozumiałem.
13tego grudnia przyprowadzono mnie do gmachu sądowego i kazano ugrzęznąć nosem w ścianie. Tymczasem urządzano sa1ę rozpraw:
Wnoszono meble, zielone sukno, itd.
Wprowadzono mnie. Za stołem siedziało trzech ludzi w mundurach. To był trybunał wojenny. Z boku czwarte indywiduum, widocznie sekretarz. Przesłuchanie trwało może pięć minut. Trybunał postanowił odbyć naradę i wyprowadzono mnie za drzwi. Po trzech minutach wróciłem na salę i odczytano wyrok. Nie było obrońcy, nie było tłumacza. Dopiero sekretarz trybunału jakimś łamanym polsko-ukraińskim językem wytłumaczył mi, że otrzymałem trzy lata wychowawczych obozów pracy i dalsze trzy lata zawieszenia w prawach. Chyba uśmiechnąłem się? - nie byłem jeszcze przyzwyczajony do takich paradoksow.
W celi wzbudziłem sensację.
Przed godziną, kiedy miano wyprowadzić mnie na rozprawę, jeden z towarzyszów niedoli powiedział:
- Mam nadzieję, że pana wypuszczą na wolność. Przecież pan odsiedział już dwa miesiące. Niech pan uda się do mojej źony i powie jej.
Nadawano mi w ten sposób sporo poleceń. Przyjmowałem. Cóz miałem robić? Mój dowcip o białych niedźwiedziach wzbudził w pewnych sferach towarzyskich celi - niezadowolenie.
To też, kiedy wróciłem do celi, nie wierzono moim słowom.
- Trzy lata? Niech pan da słowo honoru?
Nie zdążyłem dać słowa. Otworzyły się drzwi, wywołano moje nazwisko i podano świstek papieru. Muszelnicki przetłumaczył wypisaną sentencję. I właściwie dopiero wtedy pojąłem, że się nie przesłyszałem. Nieszczęsna kartka wędrowała z rąk do rąk.
- Jak pan widzi, nie będę mógł iść do pańskich teściów - usprawiedliwiałem się wobec optymisty, który dawał mi polecenia.
Tegoż samego dnia przyniesiono z innego kompletu sądzącego dwa wyroki: na trzy i na dwa lata...
Cela nasza miała obecnie zupełnie inny wygląd, niż dwa miesiące temu. Łóżka stawiało się tylko na dzień aby było na czym siedzieć, Wieczorem rozebrane części opierało się o ścianę. Senników zostało tylko cztery, resztę zabrano. Służyły te cztery sienniki jako poduszki pod głowy. Spaliśmy na gołej podłodze, przytuleni jeden do drugiego: dobrze jeśli ktoś miał z domu jakiś płaszcz i mógł się nim przykryć. Polskich kocy więziennych z napisem Więzienie Łukiszki i Węzienie Stanisławów było sześć, ręczników cztery.
Cela jak gościnny dwór, miała ściany, które mogły się rozszerzać. Przybywało ludzi i przybywało. Ruch był duży. Czasem przychodzili do nas więźniowie tylko na kilka dni, potem nocą ich wywoływano i wywożono.
Na wolność jeszcze nie wyszedł nikt. Landowskiego uwolniono w kilka dni póżniej.
I wtedy - zaszedł zadziwiający wypadek z Grabowskim.
W grupie więźniów z Dohny znajdował się szofer Grabowski. Ogólna opinia orzekła, że jest pomylony. A on chodził po kątach i z różnymi ludźmi odbywał tajemnicze konferencie. Potem siadał na łóżku, opierał łokcie o kolana, ujmował głowę w dłonie i zapadał w zamyślenie. Siedział tak całymi godzinami.
Nawet kiedy przynoszono zupę w południe, podnosił się niechętnie. Brał menażkę w ręce i tak, jak my wszyscy, chłeptał zupę wprost z miski, bo łyżek w celi nie było.
Kilka dni trwała zaduma Grabowskiego. Wreszcie wstał i oświadczył:
- Właściwie jestem Niemcem! Urodziłem się w Lesznie i moja matka jest Niemką. Zażądam wypuszczenia na wolność.
Wtedy cela podzieliła się na dwa obozy. Jeden twierdził, że jest to człowiek bezdennie głupi, a drugi, że to już nie pomyleniec, ale kompletny wariat.
Nazajutrz rano - jak zwykle - przyszedł dyżurny, czyli starszy strażnik więzienny, aby dokonać przeglądu. Stawaliśmy nie dwójkami, ale po pięciu w szeregu - inaczej nie moglibyśmy się zmieścić.
Dyżurny policzył nas raz i drugi, stwierdził z zadowoleniem, że nikt się nie ulotnił i zabrał się do odejścia.
Wówczas Grabowski który umyślnie usadowił się w pierwszym rzędzie wystąpił krok naprzód i przemówił po niemiecku:
- Jestem Niemcem, mimo, że posiadam nazwisko polskie. W tej chwili jestem obywatelem niemieckim. Proszę o przedstawienie do prokuratora mojej prośby. Chciałbym mianowicie napisać do konsula niemieckiego we Lwowie z prośbą o obronę...
Dyżurny zbaraniał. Nie rozumiał ani w ząb. Wówczas jako tłumacz wystąpił Muszelnicki, który przemówienie Grabowskiego przełożył na język ukraiński. Strażnik był tak oszołomiony, że Muszelnicki musiał mu kilka razy tłumaczyć, czego od niego chce Grabowski.
Kiedy strażnik opuścił salę, zaczęły się w niej dziać dzikie sceny. Jedni byli jakby ogłuszeni tym wypadkiem, inni zaśmiewali się spazmatycznie. Pewna częsć mieszkańców celi zaatakowała Grabowskiego, wymyślając mu od hitlerowców.
Tymczasem jednak wypadki zaczęły następować w błyskawicznym tempie. W pół godziny potem zjawił się strażnik i przyniósł kartkę papieru i ołówek. Grabowski napisał podanie po niemiecku. Muszelnicki przetłumaczył je na język ukraiński. I znów strażnik przyszedł ażeby zabrać to podanie.
Właśnie cela zażarcie kłóciła się między sobą na ten temat, kiedy pojawił się nowy gość, tym razem jakiś wysoki dygnitarz więzienny.
Świta jego została w drzwiach, on sam wszedł do celi.
- Który to jest Grabowski?
Wezwany wystąpił.
- Ja!
- Pozwólcie ze mną!
W ten sposób opuścił celę człowiek, którego oczywiście nigdy nie mieliśmy zobaczyć.
A jednak - mieliśmy okazję odczuć jego opiekę.
Tak jakoś było, że od dawna nie przychodziły na naszą celę paczki. Ostatnią otrzymał Matczak, a w niej niezmiernie cenną przesyłkę. Z kilogram chyba liści tytoniowch i kilkanaście paczek bibułek. Zostało to zdeponowane u prezesa celi który wydzielał nam skrupulatniie codzienne porcje. Ale paczki bibułek przeglądał sam Matczak. Na jednej z bibułek czerniały ołówkiem napisane słowa:
Kochany Józiu! Urodził mi się syn. Sikorski utworzył rząd w Paryżu
Pisała siostra Matczaka. Z racji tego siostrzeńca wydano podwójną porcję tytoniu i cela przypominała w tym dniu wyglądem portową tawernę.
Od tego jednak czasu paczki nie nadchodziły. Ze szczególnyrn zainteresowaniem cela śledziła tę sprawę: zwłaszcza chodziło o Wormana. Od chwili aresztowania ten człowiek bowiem nie miał ciepłej strawy w ustach. Jadł tylko chleb i popijał wodą. Dwie, czy trzy poprzednie paczki, przysłane mu przez rodzinę, a łaskawie dopuszczone przez zarząd więzienia zawierały masło i wówczas Werman odżywiał się lepiej.
Według zwyczajów celi, każda paczka była dzielona przez prezesa między wszystkich. Masło zawsze oddawano Wermanowi w całości. mimo, iż się wzbraniał.
I oto w trzy dni po opuszczeniu celi przez Grabowskiego otrzymał nagle paczkę - właśnie Werman! Wewnątrz trochę ciepłel bielizny, jakieś pieczywo i garnuszek z masłem. A wydarzyło się to właśnie wtedy kiedy cela toczyła najzagorzalsze boje na temat:
- Czy Grabowski wyszedł na wolność?
Wtajemniczonych było tylko kilku. W paczce Wermana znaleźli spiskowcy dowód oczywisty, ale wprost nie mogliśmy weń uwierzyć. Mianowicie, oprócz normalnej zawartości, wydobyto - drewnianą łyżkę i do tego opatrzoną znakiem rozpoznawczym: była zakarbowana lekko na rączce z prawej strony.
- Przecież to dowód, że Grabowski jest na wolności! - szeptali wtajemniczeni.
Zaraz następnego dnia przyszły dwie paczki. Dostał paczki Reisser i nawet Landowski, który dotychczas nie otrzymał ani jednej przesyłki, i w obu paczkach znajdowały się łyżki drewniane, zakarbowane na rączkach z prawej strony.
Paczki zostały rozdzielone, produkty spożyte, a tytoń poszedł do wspólnego magazynu.
Nadszedł dzień Wigilii. Nie było chyba w celi człowieka nie czekającego na paczkę. Spodziewali się nawet ci, którzy jej przecież w żaden sposób otrzymać nie mogli. A więc tacy, których rodziny nie miały pojęcia o ich aresztowaniu poprostu zniknęli i sprawa załatwiona, lub ci, którzy pochodzili z innych stron kraju. Tymczasem do południa nie nadeszło nic. Obiad rozdano, menażki wymyto i oddano dla sąsiedniej celi aby miała z czego chłeptać zupkę - nastrój się robił ponury.
A jednak - już w godzinach popołudniowych nadeszła do Kagańca paczka typowo świąteczna. Były w niej cukierki, jabłka i duży kawał ciasta.. Była również - drewniana łyżka, zakarbowana z prawej strony. Tym razem jednak ten znak porozumiewawczy wydał się prawdopodobnie autorowi przesyłek za mało widocznym, bo na rączce łyżki widniała atramentem najbezczelniej namalowana litera G.
Dziwnie uroczyście było tego dnia w celi. Stół wymyto do czysta i ciasto, które otrzymał Kaganiec, podzielono na tyle części, ilu było w celi mieszkańców, bez względu na wyznanie i narodowość. Na każdym kawałku ciasta położono plasterek jabłka i jeden cukierek.
A kiedy zmierzch zapadł - zebrali się wszyscy dookoła stołu. Kazimierz Reisser, prezes celi mówił:
- Jestem człowiekiem starym i nie wiem czy kiedykolwiek wyjdę z tego więzienia. Wiem tylko jedno, że cokolwiek stałoby się i cokolwiek dziać się będzie, Polska nie zginie, powstanie na nowo i będzie żyć!
To była najwspanialsza mowa stanisławskiego go przezesa Kongregacji Kupieckiej. Odważna, bohaterska, nie kupiecka.
A potem zaśpiewaliśmy kolędy. Nie pomogły interwencje straąników. Zresztą zdaje się cały kryminał - od dołu do góry, wzdłuż i wszerz - śpiewał.
Kiedy nadszedł czas, rozścieliliśmy co tam kto miał, oparłlśmy głowy o sienniki i zapanowała cisza. Wśród tej ciszy usłyszałem szept Tadeusza Kagańca, który był moim sąsiadem na podłodze:
- Otrzymałem gryps. Był zapieczony w cieście. W tym właśnie kawałeczku, który mnie przypadł w udziale.
W chwikę potem trzymałem w ręce małutką karteczkę zawiniętą bardzo ciasno w rulonik wielkości i grubości zapałki.
Rozwinąłem i (światło świeciło się całą noc) przeczytałem. Gryps zaczynał się od słów:
G był u mnie. Jestem zdrowa. Finlandia walczy z Rosją"
Następowały informacje o braciach Kagańca, a podpis brzmiał - Wilhelmina. Było to imię żony Tadeusza. Zresztą kartka była pisana jej charakterem pisma. Co do tego Tadeusz nie miał wątpłiwości.
W nocy zaś miał występ prokurator Cholewa
Za wstydliwy parawanik w kącie wlazł Fiedor Mosiurniak i przysiadł skurczony na sedesie. W rękach trzymał własny but i krzyczał do cholewy:
- Czy jest tutaj... taki a jaki?
Głos z cholewy wychodził zduszony istotnie sprawiał wrażenie że to woła ktoś za drzwiami. Kilka razy powtórzyło się nazwisko, aą wreszcie wołany obudził się. Tymczasem w celi nikt nie spał. Wszyscy wstrzymali oddechy.
- Jestem! - odezwał się zaspany głos.
- Tutaj do mnie! rozległ się rozkaz prokuratora Cholewy.
Truchcikiem podbiegł frajer do drzwi, a my juą gryźliśmy chusteczki w ustach (wtedy niektórzy mieli nawet chusteczki). Rozpoczęły się zapytania: Imię, nazwisko, gdzie mieszkał, jaka narodowość i tak dalej. A dureń spowiadał się pod drzwiami że jest... Polakiem sowieckim! że rewolwer który u niego znaleziono, podrzucił mu jakiś oficer polski, wreszcie prokurator Cholewa zapytał:
- Więc jesteś niewinny?
- Jak Boga kocham, jestem niewinny! - wyrzekł z rozpędu frajer.
- Wobec tego jutro każe cię wypuścić na wolność.
- Spasibo, spasibo, spasibo! - bił pokłony o próg celi.
A myśmy zwariowali. Cela dostała spazmów.
Serdecznie śmiał się i prezes naszej celi, bohater wigilijnego wieczoru, bohater świętalny. Czy śmiał się jeszcze kiedy w życiu tak serdecznie, tak szczerze, tak głęboko?
Minęły z górą trzy lata. Na pustyni irackiej dowiedziałem się od człowieka, który razem z nim siedział w więzieniu w Chersoniu, że Kazimierz Reisser umarł wyniszczony doszczętnie. Ten sam, człowiek powtórzył relację Reissera, że po drodze do Chersonia, w wagonie, w czasie transportu, zmarł Werman, do końcu życia nie zjadłszy nic co nie było koszerne.
I znów przeszły dalsze trzy lata. W małym miasteczku palestyńskim Rehowot, rozmawiam z pewnym półkownikiem:
- Siedziałem z pańskim bratem w celi w Stanisławowie. Przybył wraz z transportem turystów z Doliny, ale jeszcze przed świętami wszyscy oni zostali wzięci na etap. Z wyjątkiem niejakiego Grabowskiego. Był to szofer, który wraz z nimi przyjechał z Doliny.
Tego w zadziwiający sposób wypuszczono na wolność. Było to bowiem w czasie najserdeczniejszej przyjażni niemiecko-sowieckiej.
I opowiadam przygodę Grabowskiego. I o zakarbowanych drewnianych łyżkach.
Pułkownik myśli i patrzy. Wreszcie powiada:
- Grabowski?!! A czy pan wie, że Grabowski był u mnie? W styczniu 1940 roku zgłosił się u mnie na wsi.
Opowiedział że siedział w więzieniu z bratem. Nie chciał wziąć, niczego oprócz jadła, nie chciał pozostać, dłużej. Mówił, że ma obowiązek przedostania się do Pińska. Chociaż go zatrzymywałem - poszedł...
