Przyprowadzili mnie pod drzwi celi dwaj uzbrojeni po zęby cywile i wepchneli do środka. W celi stało pięć łóżek a w kącie trzy sienniki, ułożone jeden na drugim, udawały tapczan. Prawdopodobnie po wejściu powiedziałem uprzejmie:
- Dzień dobry panom... czym byłbym skompromitowany w normalnej celi. Ale cela do której wszedłem nie była normalna. Choćby to pierwsze spojrzenie: na stole, ustawionym w środku, sterczą piramidy chleba. Byłbym na ten widok zrobił jakiś gest zdziwienia, gdyby nie to, że obiema rekami musiałem przytrzymać ineksprimable. Żeby nie spadły. Albowiem w kancelari więziennej obcięto u mego ubrania i bielizny wszystkie guziki.
- Czy pan coś zje? - ktoś zapytał.
Wytworna cela: przez cały czas mego w niej pobytu wszyscy ze wszystkimi na Pan.
- Nie, dziękuje, nie chce mi się jeść...
- Jutro też pan nic nie weźmie do ust, ale pojutrze rzuci się na jedzenie. Murowane!
Uśmiechnąłem się. Nie uwierzyłem, abym kiedykolwiek chciał spróbować czy choćby powąchać cokolwiek do jedzenia. Na razie zmęczenie uderzyło mi do głowy. Przede wszystkim chciałem spać. Usiadłem na tapczanie i po chwili spałem.
Nie pamiętam w jaki sposób zrekonstruowano moją garderobę. Dość, że zaopatrzono ją w przemyślne kombinacje: sprzączki, malutkie kółeczka itp. aparaty. A potem strażnicy przynieśli jakąś zupę, której nie tknąłem i znów położyłem się spać.
- Oto jestem na dnie! - rzekem sobie na dobranoc.
Bardzo byłem zdumiony nazajutrz że obudziłem się żywy. Wstałem, umyłem się, a potem usiadłem na instrumencie ze spuszczaną wodą. Ostatecznie nie żenowałem się zbytnio. Wojna - nawet tamta, o tyle łagodniejsza - nauczyła mnie pewnej poufałości w stosunku do niektórych wstydliwych zjawisk życiowych. Potem przedstawiłem się obecnym. Najzwyklej w świecie: powiedziałem imię, nazwisko i zawód. Chciałem po celi trochę pospacerowac Zaledwie jednak zrobiłem kilka kroków, odezwał się prezes:
- Dlaczego pan chodzi, proszę pana? Czy pan myśli, że jak pan chodzi to pan nie siedzi?
Śmiech powitał te słowa. W kilka dni potem prezes innemu delikwentowi zadał to samo pytanie. Wiedziałem, że ono padnie i czękałem na nie. Czękali i inni, poczem dławiliśmy się ze śmiechu. I później ryczałem z tego dowcipu może z pięćdziesiąt razy. W tej krotochwili mniejszą odgrywa rolę sam dowcip niż mina zagadniętego, która zawsze była jednakowa...
Czy można wiedzieć, jak pan wpadł?
Opowiedziałem ze szczegółami jakie można było opowiedzieć. Musiała to być bardzo zabawna historia, bo znów wszyscy zapłakiwali się od śmiechu.
- Widocznie ktoś pana sypnął? - skonstatowano.
I bez żadnego kontaktu z zewnątrz, samodzielnie, zupełnie samorzutnie powstała kwalifikacja mojego przestępstwa:
- Turysta!
Byłem złowiony, jako jeden z pierwszych pod zarzutem usiłowania przekroczenia granicy. Przynajmniej w naszej celi byłem pierwszym i jedynym na razie pechowcem tego typu. A jednak i tutaj zrodziła się nazwa turysta która może w tym samym dniu, również samorzutnie powstawała w kilkuset innych celach w Polsce.
Wszyscy moi współtowarzysze mieli start dawniejszy. Ja aresztowany 7-go października, wpieprzony zostałem do celi 8-go. Pięciu moich kolegów siedziało od 23-go września, to jest dokadłnie od dnia wkroczenia wojsk sowieckich do Stanisławowa.
- Za co pana zamknęli? - pytam prezesa.
- Byłem prezesem Kongregacji Kupieckiej.
- Ach, ach! - powiedziałem z podziwem - co za przestępstwo!
- I prezesem Sokoła.
- Więc co z tego wynika?
- Wołają mnie po nocach na śledztwo.
Zwracam się do sąsiada:
- A pan za co siedzi?
- Jestem prezesem Ukraińskiej Niezaieżnej Partii Socjalistycznej - mówi mi inż. Ilia Topowicz.
Ktoś szeptem dodaje informację:
- A jego syn przebywa w Bukareszcie i jest adiutantem Skoropadskiego. P. Wergman jest prezesem Kahau, a p. Szewah Alsmajer prezesem organizacji sjonistycznej. Oprócz tego siedzą w celi: eks-dezerter z armii rumuńskiej Roszko. Dalej młody komunista ukraiński Fiedor Mosiurniak i wreszcie szofer z Lidy Stanisław Szykowski. Ten ostatni był już za granicą, ale wrócił i dla porządku zgosił się do władz sowieckich. Dlatego, również dla porządku, został zamknięty.
Widzę we wszystkich oczach ogniki rozbawienia. Zwracam się z zapytaniem do szczupłego pana, który zajmuje pierwsze łóżko i którego w gruncie rzeczy najpierwej powinienem by zapytać:
- A pan?
Odpowiada mi tylko ruch ramion. Za to śpieszy z informacją prezes.
- Pan Landowski jest prezesem Deta...
- Czego?
- Deta
- O cześć wam, panowie prezesi! Ale co to jest Deta?
Ci ludzie są chyba niespełna zmysłów: znów się śmieją! Pan Wergman, brodaty i szacowny, aż ociera łzy z oczu. Tylko Landowski jest jakiś niepewny siebie.
- Nikt nie wie, co to jest Deta.
To chyba naprawdę szpital wariatów? - myślę.
- Proszę pana. sędzia śledczy przykada mi rewolwer do czoła i mówi: gadaj, sukinsyn, co to jest za kontrrewolucyjne stowarzyszenie Deta i ile lat jesteś jego prezesem?
Tutaj cela poważnieje i pełna skupienia zaczyna sprawę rozważać z różnych stron.
- Najlepiej, żeby się pan przyznał! - doradza ktoś.
- Przyznam się, gotów jestem się przyznać, tylko poradźcie mi:
co to jest?
Debata trwała dugo. Bez rezultatów.
- A może to jest skrót: D.T. Deutsches Theater? Czy pan grywa kiedy w niemieckim teatrze?
- Grywać grywałem, ale w polskim, amatorskim....
I słyszę, jak w nocy płacze. Czasem płacze też i jego sąsiad p. Kazimierz Reisser, prezes naszej celi.
Zresztą trzymają się obaj bardzo dobrze, a prezes nawet znakomicie. Sieje kawałami. Powtarzają się one za każdym razem kiedy do naszej sali wchodzi nowa postać. Nie szkodzi. Nowa postać też zna kilka kawałów i opowiada. I tak płynie dzień po dniu. Pewnego dnia cela zaczyna śpiewać. Oczywiście nie nązbyt głośno. Ale śpiewa pięknym, jasnym, radosnym tenorem. To przybły nam Ukrainiec - Józef Muszelnicki, aplikant adwokacki, bratanek profesora Muszelnickiego, rozstrzelanego swego czasu w Kijowie.
Nie zamierzam nawet pytać go, za co siedzi. Nie trudno domyślić się. Nam, celi, jest z nim dobrze. Bardzo wesoły jegomość! Przyprowadzili go w nocy, wraz z policjantem Mrowiakiem. Mrowiak runął na podłogę Muszelnicki rozciagnął się na stole. Na tym stole od kilku dni nie było już ani okruszynki chleba. Piramidy dawno zniknęły. I nigdy nie miały powrócć.
Józio Muszelnicki rano wstał, przedstawił się od niechcenia, przywitany owacyjnie przez znajomych zaczął mówić po ukraińsku. Na krótko. Zaraz przeszedł na język połski który był językem urzędowym celi. Ukraińcy tylko zrzadka mówili do siebie swoim językiem, Żydzi jeszcze rzadziej żargonem.
Po pewnym czasie wiedzieliśmy o sobie nawzajem prawie wszystko. Zwłaszcza o Stanisławowianach, nawet o tych, którzy siedzieli w innych celach. Każdy nowoprzybyły przynosił też wiadomości ze świata. Byliśmy nie najgorzej poinformowani.
Pewnego dnia zgrzytnęły klucze - jak to się zwykło nazywać. Ledwie mieliśmy czas schować karty do siennika.
Nowa rewizja!
Bo to z okazji państwowych świąt sowieckich, których w październiku jest kilka, raz po raz bywały rewizje. Wyprowadzono nas na korytarz, gdzie było juz całkiem chłodno i kazano rozbierać się do naga. Rewizja była nad wyraz szczegółowa. Zaglądano do ust, oraz odwrotnie do otworów w których normalnie nie nosi sie monokli.
Zadziwiającym jest doświadczenie zdobyte w czasie odwiedzania kryminałów i podróży wieziennoznawczych. Od Stanisławowa do Władywostoku rewidowano nas 37 razy i za każdym razem znaleziono u kogoś najbardziej nieoczekiwane rzeczy, które nie wiadomo w jaki sposób narastają, czy przyrastają do wieźniów. Poza tym w celach można dokonywać sensacyjnych odkryć. Jeden z więźniów na przykład - zaledwie wszedł i rozglądnął się po celi, natychmiast przystąpił do szczegółowego zbadania żelaznych łóżek. Przewertował sienniki, oglądnął deski w podłodze, a potem popatrzył w jasne okna i usiadł zgnębiony. Po chwili podszedł do drewnianego wieszaka i zaczął szamotać się z kołkami. Wreszcie bez trudu wyciągnął jeden z nich. Ukazało się nam piękne szydło - ale też była to cała zdobycz.
Wówczas, - kiedy to zgrzytnęły klucze - nie groziła nam rewizja. Wszedł umundurowany strażnik (cywilów-komunistów, ideowych ochotników na stanowiska strażników więziennych już dawno wyrzucono, a kilku z nich zamknięto). Miał kartkę w ręce.
- Na literę T
Był to zwyczajowy sposób. Na takie dictum wszyscy mieszkańcy celi, których nazwiska zaczynały się na litere T, mieli obowiązek je powiedzieć.
- Topowicz.
Strażnik miętosi kartkę w ręce. Obraca ją dookoła:
- Ale to napisał! - Klnie w żywy kamień. - Przeczytać nie można! Czy jest tutaj kto drugi na litere T? ---
- Nie ma.
- A no, to chodź ty! rozkazuje Topowiczowi.
- A czy jest ktoś na literę A?
- Alsmajer. Jest tylko jeden Alsmajer
Strażnik patrzy na kartkę. Mówi niepewnie:
- Nie można przeczytać... Zdaje sie, te Alsmajer. Wobec tego Topowicz i Alsmajer, zbierajcie się z rzeczami!
Obaj wywołani zabrali rzeczy i wyszli. Zająłem łóżko po Alsmajerze i zdołałem na tym łóżku mieszkać bodaj z tydzień.
Stopniowo bowiem przybywało coraz więcej pensjonariuszów, aż wreszcie było ich tylu, że nie wiadomo było już jak ich lokować na łóżkach. Nie było innego sposobu jak tylko na noc lóżka składać i w pożycji stojącej opjerać o ściany. Tylko w ten sposób można było zdobyć tyle miejsca, aby wszyscy więźniowie mogli się jako-tako na podłodze ułożyć.
Topowicz i Alsmajer poszli. Ale jeszcze przez wiele tygodni przychodzili dyżurni i zapytywali o nich. Byli za każdym razem bardzo zdumieni kiedyśmy odpowiadali, te przeciez Topowicz na litere T i Alsmajer na litery A dawno zostali od nas wzięci i że to oni sami powinni najlepiej wiedzieć, gdzie ci dwaj wieźniowe w tej chwili się znajdują. Za każdym razem wywoływało to burzę awantur.
Znaczne powiększenie ilości pensjonariuszów nastąpiło w nocy z 1-go na 2-go listopada. Przybył do celi miejscowy właściciel drukarni Tadeusz Kaganiec, cukiernik Kramarczyk, urzędnik kolejowy i radny miejski Zatorski, student Politechniki Lwowskiej Seemań (aresztowany za to że przed rokiem wystąpił z partii komunistycznej), a między nim drugi Józio: Matczak. Na samym końcu weszła figura nie byle jaka, a mianowicie p. Leon Rozenthal, który do wczoraj jeszcze był naczelnikiem cżerwonej milicji w Stanisławowie. Człowiek ten osobiście zapełnił więźniami chyba połowę więzienia stanisławowskiego. W naszej celi siedzieli Fiedor Mosiurniak i Roszko, przez niego własnoręcznie aresztowani.
W celi były reprezentowane najróznorodniejsze przestępstwa kontrrewolucyjne:
A więc Kazimierz Reisser, jako prezes Kongregacji Kupieckiej był kontrrewolucjonistą, skoro posiadał własną kamienicę i renomowany skłep. Ponieważ w skiepie tym zatrudniał pracowników, przeto był rownież burżuazyjnym krwiopijcą. A dalej: Reisser kontaktował się przecież z racji swego stanowiska z przedstawicielami połskich władz. Wobec tego nie mógł nie być... konfidentem! Wobec tego posądzono go o kilka zbrodni najróżnorodniejszych i ciągano po nocach na śledztwo.
Wergman nie mógł nie być kontrrewolucjonistą, skoro był prezesem kahału. I on na takim stanowisku - musiał być konfidentem - to przecież jasne!
Najcięższymi zbrodniażami byli niewątpliwie wywiezieni niedawno Topowicz i Alsmajer. Albowiem - w jakiż to sposób mógłby nie być kontrrewolucjonistą mógłby nie knuć spisków przeciwko sowieckiej władzy - prezes niezależnych ukraińskich socjalistów, czy też - przewodniczący organizacji sjonistycznej? Muszelnicki był Undowcern, a więc kontrrewolucionistą. Zatorski był radnym miejskim, a więc konfidentem. A Landowski? był prezesem Deta! Ponieważ nikt nie wiedział co to jest Deta a on się nie chciał do niczego przyznać mogły mu grozić zatrważające i bardzo groźne konsekwencje.
Było w celi kilku turystów. Józio Matczak zaś był posądzony o jakieś przestępstwo natury kryminalnej. Wśród turystów coraz przybywało takich którzy udawali się zagranicę: na Węgry, czy też do Rumunii. Ale było też i kilku turystów powrotnych, to znaczy takich, którzy byli już za granicą i wrócili. Przeważnie byli to szoferzy i przywozili masę najróżnorodniejszych wiadomości. Od nich dowiadywaliśmy się nie tylko, co się dzieje w miejscowościach pogranicznych, ale również o tym, co słychać w Bukareszcie i Budapeszcie. Nie były to wiadomości pocieszające, lecz raczej rozprężające nerwowo. Opowiadali, jak namówieni o takich sprawach które denerwowały nas, więźniów. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że wiele tych opowieści jest przesadzonych i że opowiadający stosują przesadę, ażeby wobec nas usprawiedliwić decyzję powrotu. Kilku zresztą szoferów powróciło z zagranicy z ciężką forsą, nie kryjąc się iż uzyskali ją ze sprzedaży cudzych samochodów.
Wśród turystów. którym nie powiodła się ucieczka byli: porucznik lekarz Czyżewski, porucznik Zamorek, sanitariusz Józef Lęczycki i inni. Pod koniec listopada zjawiła się grupa turystów z Doliny, (to znaczy aresztowanych w Dolinie) a wśród nich szofer Grabowski.
Uwaga celi była jednak zwrócona na pana Leona. Pan Leon był waźną figurą w tajnej organizacji Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (K.P.Z.U.) O ironio losu! Był figurą aż tak ważną, że zainteresowania organów śledczych z chwilą przymknięcia pana Leona bardzo osłabły jeśli idzie o innych więźniów. Ciągle go wołano. I w nocy i w dzień. Przesłuchiwania jego trwały po kilkanaście godzin. Już po kilku dniach mówił pan Leon, że jego akta liczą kilkadziesiąt stron.
A osoba pana Leona - zresztą bez wiedzy właściciela tej osoby - uczyniła mi mimowolną przysługę. Dzięki niemu wybrnąłem przytomnie z bardzo ryzykownego położenia...
Wreszcie jedna z konferencji uchwaliła, że Landowski wzięty na przesłuchanie, ma w czasie śledztwa zemdleć. Landowski - wykonał to dokładnie. I z precyzją. Przewrócił się na stół śledowatiela tak, że ten musiał wołać felczera, z czym było znowu dużo kłopotu ponieważ to była oczywiście noc.
Czekaliśmy na skutek tej demonstracji, a tymczasem zaszła sprawa z Grabowskim, Wreszcie w sam dzień Bożego Narodzenia wywołano Landowskiego z rzeczami już go więcej nie ujrzeliśmy.
Został wypuszczony na wolność! Jedyny w celi w ciągu trzech miesięcy. Chociaż Grabowski, o czym mowa będzie w następnym rozdziale, wcześniej wyszedł.
A sprawa... Deta?
Wyjaśniła się przy innej okazji. Mianowicie Landowski był kolejarzem, kolejarzem był również Zatorski. Pewnej nocy właśnie przy przesłuchiwaniu Zatorskiego, wyszła na jaw lista, którą jakiś konfident przedłożył sowieckim władzom śledczym Pokazano tę listę Zatorskiemu. Zaczynała się ona od nazwiska prezesa Z.K.P., czyli Związku Kolejarzy Polskich. I oto - zauważył Zatorski - zaraz na drugim miejscu widniało nazwisko Landowskiego. Zaś w rubryce, w której poprzednio figurowały litery: Z.K.P. obok nazwiska Landowskiego widniał dopisek:
- Detto
Stąd więc - prezes Detta!
W ciągu grudnia wzięto ..na etap grupę turystów z Doliny, a w ich miejsce przyprowadzono innych więźniów. W celi zrobiło się tak ciasno, że ruszyć się nie było gdzie, a w nocy wszyscy spali pokotem na podłodze. Za polskich czasów w tej samej celi siedziała rekordowa ilość jedenastu więźniów. Teraz było nas czterdziestu a póżniej doszło do pięćdziesięciu sześciu.
Mimo tak różnych atrakcji, cela jednakowoż była najżywiej zainteresowana sprawą Landowskiego. No bo co zrobić z owym Detem?
