Ko³ymska tajga

Krzysztof Szafran

1991, wyprawa ko³ymska

Nocleg w tajdze

pochylone drzewa  S³once chyli³o siê ku zachodowi, opadaj±c za wierzcho³ki ³agodnych sopek otaczaj±cych dolinê rzeki. Sk±pe promienie o¶wietla³y ¿ó³topomarañczowym blaskiem zbocza gór. Woda burz±c siê i szumi±c na p³yciznach, p³ynie w szerokim, kilkudziesiêciometrowym korycie. Pofalowana powierzchnia wody po³yskuje srebrzystymi promykami niczym ³uski syberyjskich ryb. Rzeka meandruj±c po szerokiej dolinie usypuje wyd³u¿one ³achy z drobnych kamieni - otoczaków. Biel ich ostro kontrastuje z sino granatow± barw± wody. Na zakolach z podmywanych brzegów spadaj± do wody smuk³e modrzewie, brzozy, topole, kêpy dzikiej ró¿y i borówek. Stoj±ce nad brzegiem drzewa rzucaj± ostry cieñ na g³adk± jak lustro powierzchniê rozlewisk.

 W porastaj±cym dolinê lesie dominuj± wysokie modrzewie, miejscami pojawiaj± siê brzozy, topole i pojedyncze jarzêbiny, których czerwone grona upiêkszaj± otaczaj±c± zieleñ. Poszycie le¶ne zape³niaj± krzewy g³ogu, dzikich malin i jagód. Pomiêdzy plastrami wszêdzie obecnego tu gêstego mchu, na zielonych woskowanych listkach czerwieniej± kuleczki borówek niczym rozsypane korale. Z kêp mchu tu i ówdzie wystaj± br±zowe kapelusze grzybów. Jest koniec sierpnia, wiêkszo¶æ drzew li¶ciastych ju¿ po¿ó³k³a. W tajdze ju¿ jesieñ. Noc± czêsto temperatura spada poni¿ej zera. Podp³ywamy pontonem do brzegu. Po niewielkich przygotowaniach rozpalam ma³e ognisko. P³omienie szybko po¿eraj± wysuszone na wiór modrzewiowe ga³êzie. W pobli¿u ognia rozk³adamy przemoczon± odzie¿.

rzeczka Siejmczanka  Na ostatnim progu skalnym ogromna fala zala³a ponton po brzegi, na szczê¶cie obesz³o siê bez wywrotki. Nieopodal, o kilka kroków od ogniska w wilgotnej ziemi odci¶niête ¶lady ma³ego nied¼wiadka, wygl±daj± na ¶wie¿e - pewnie spacerowa³ tu niedawno. Czas pomy¶leæ o noclegu. Druga noc w tajdze, daleko od ludzi w towarzystwie burunduków, sus³ów i nied¼wiadków. Z zasiêgniêtych wcze¶niej informacji wiedzia³em, ¿e w tym rejonie na brzegu powinien znajdowaæ siê "ba³ok" - po chwili uwa¿nego rozgl±dania spostrzegam go na niewielkim wzniesieniu. "Ba³ok" to maleñki, drewniany domek na p³ozach o solidnej drewnianej konstrukcji. Ma oko³o 1,5m szeroko¶ci i 2,5m d³ugo¶ci. Daje siê przeci±gaæ po lodzie. Z regu³y w ¶rodku znajduj± siê drewniane prycze, stolik i obowi±zkowo metalowy piecyk "pieczka" z rur± wyprowadzon± nad dach. Stoi oko³o piêædziesi±t metrów od wody pomiêdzy krzakami wikliny.

Hotel w tajdze - ba³ok  Szybko gromadzimy drewno na opal, zapada zmrok. Przed domkiem p³onie ognisko. Znoszê czê¶ciowo wysuszone rzeczy do ¶rodka. Przygotowujê do rozpalenia piecyk w domku, rozpalam - okropnie kopci. Po kilku nieudanych próbach nareszcie pieczka ³apie cug i zaczyna siê dobrze paliæ. Na gor±c± p³ytê pieczki stawiam kubek z wod± - bêdzie gor±ca herbata. Po zamkniêciu drzwi w domku robi siê od razu gor±co. Na piecyku syczy woda . Z plecaka wyjmujemy ostatni± such± bu³kê, ma³± konserwê mintaja w oliwie i odrobinê cukru. Jutro na ¶niadanie bêd± jagody, maliny i herbata z g³ogu. Przed domkiem powoli dogasa ognisko, od strony rzeki ci±gnie przenikliwy ch³ód. Nad g³ow±, wysoko, czyste, rozgwie¿d¿one niebo. W pobliskich zaro¶lach cos zaszele¶ci³o, w niezm±conej ciszy s³ychaæ ka¿dy szmer. Pewnie jaki¶ zwierzak wyszed³ na pó¼n± kolacjê, my te¿ zamierzamy cos zje¶æ. Po niezbyt obfitym posi³ku, próbujemy u³o¿yæ siê do snu na twardej pryczy. Drzwi zablokowa³em przetkniêtym przez uchwyt wios³em od pontonu. Obok pieca przygotowa³em spor± stertê po³amanych, suchych ga³êzi. W piecyku weso³o buszuje ogieñ, od stalowej rury promieniuje przyjemne ciep³o. Powietrze intensywnie pachnie ¿ywic±. Po kilkunastu minutach zasypiamy.

Suse³  W ¶rodku nocy przebudzi³ mnie dotkliwy ch³ód, w ¶wietle zapa³ki spogl±dam na zegarek - jest trzecia. W piecu ju¿ dawno wygas³o. Zgrabia³ymi z zimna rêkami ponownie rozpalam. Przygotowane wieczorem drewno teraz siê przyda³o. Zaczyna byæ znowu ciep³o. Wyjmuje wios³o z uchwytu drzwi, wychodzê na zewn±trz. Ogarnia mnie przejmuj±ce zimno, jest chyba oko³o zera, ka³u¿a obok domku pokry³a siê cienk± warstewk± lodu. Szybko wracam do ¶rodka. W piecu pali siê ju¿ dobrze, podk³adam do ognia resztê ga³êzi i ponownie uk³adam siê do snu na niewygodnej pryczy. Teraz ¶pimy spokojnie a¿ do rana. Tak minê³a kolejna noc spêdzona w tajdze. Rankiem, maj±c ju¿ dosyæ k±pieli w lodowatej wodzie, pakujemy rzeczy, sk³adam wysuszony ponton do worka i postanawiamy przedostaæ siê do drogi, a potem drog± do Siejmczanu. Z niezbyt dok³adnej mapy wynika, ¿e najbli¿ej do drogi bêdzie wprost przez stare pogorzelisko. Jest chyba oko³o pó³tora km. Dwa lata temu po¿ar zniszczy³ tê cze¶æ doliny. Przestrzeñ pomiêdzy zwêglonymi, niedopalonymi resztkami drzew zaros³a gêsta, wysoka na metr trawa. Pod nogami z trzaskiem pêkaj± resztki suchych ga³êzi. Grube, powalone pnie trzeba obchodziæ, nadk³adaj±c drogi. Po ponad godzinnym przedzieraniu siê przez trawê i osmalone resztki drzew, nagle wychodzimy na wysoki nasyp po którym biegnie szutrowa droga. Do osady zosta³o jeszcze oko³o 15 km. Za kilka godzin powinni¶my byæ w Siejmczanie.

Swiat