
Gazeta Wyborcza, 8 sierpnia 1996
Korespondencja Bartosza Węglarczyka, Chicago
Polskie życie kulturalne w Chicago kwitnie
Bogusław Linda z Psami zrobił w Chicago nie mniejszą furorę niż w Polsce. Tutejsi Polacy czytają to samo, co się czyta w Polsce: książkę Papieża, każdą ilość Danielle Steel, parapsychologii, futurologii i książek kulinarnych.
Codziennie tysiące ludzi mija w terminalu numer pięć ogromnego lotniska O'Hare w Chicago wielką drewnianą Skarpetę i imponujące "Schody do Nieba". Niewielu wie jednak, że są one dziełem Polaka Jerzego Kenara, bratanka sławnego zakopiańskiego rze*biarza Antoniego Kenara.
Drewniana Galeria, zwana przez bywalców po prostu galerią Kenara, jest natomiast doskonale znana chicagowskim krytykom i kolekcjonerom. Leży w samym sercu dawnej polskiej dzielnicy, zaledwie paręset metrów od dawnej siedziby potężnego Polskiego Związku Narodowego. Związek wyprowadził się stąd wiele lat temu. Dziś Polacy zaczynają jednak wracać do dzielnicy opanowanej przez biednych imigrantów z Ameryki Źrodkowej.
- Kupiłem starą, rozpadającą się mleczarnię i zrobiłem z niej swoją pracownię, swoją galerię i swój dom - opowiada Kenar siedząc na dachu swej mleczarni.
Na tym samym dachu, obok pnącej się w niebo drewnianej drabiny "dla anioła, gdy będzie chciał zejść do mnie z nieba", czytał swe wiersze m.in. Czesław Miłosz. - Kiedyś zrobiłem tu również przyjęcie dla kilkuset osób. Kapela grała tak głośno, że sąsiedzi wezwali policję. Czterej mundurowi weszli na dach, goście się wystraszyli, ale chłopcy z zespołu nie przestali grać. Policjanci chwilę postali, a w końcu jeden z nich wyciągnął harmonijkę i zaczął grać z muzykami - opowiada Kenar.
- To nie po prostu jakaś galeria, ale miejsce, w którym się zawsze coś dzieje - dodaje Jarosław Chołodecki, szef popularnej wśród chicagowskiej Polonii audycji radiowej Twoje Radio i żywa encyklopedia wiedzy o polskim Chicago. - Tu co roku robimy święto duchów, również tu ambasador RP Kazimierz Dziewanowski po raz pierwszy spotkał się z Polonią.
Dziś galeria świeci pustkami, bo większość rze*b Kenara stoi na nowo otwartym terminalu piątym O'Hare. - Przychodzi tu dość często doradca burmistrza ds. sztuki - wzrusza ramionami Kenar, gdy pytam go, dlaczego miejskie władze wybrały na tak prestiżowe miejsce właśnie jego rze*by.
Tuż obok swej galerii Kenar otwiera właśnie Stodołę Anioła, ekstrawagancką knajpę-rze*bę. Łatwo będzie do niej trafić, bo na zewnątrz już stoi zamknięty w klatce wielki drewniany anioł, a kilkanaście metrów dalej stanie lada chwila równie wielka rze*ba penisa z zielonym drzewkiem na szczycie. - To będzie pomnik życia - tłumaczy autor.
- Zagrają u nas młode, nieznane jeszcze zespoły, zarówno tutejsze, jak i z Polski - mówi Dorota, przyjaciółka Kenara i, jak twierdzą ich przyjaciele, pierwowzór drewnianego anioła. - Wybieramy się na Warszawską Jesień właśnie po to, by poszukać tam nowych twarzy.
Barmanem w Stodole będzie Marek, też malarz i rze*biarz. Między innymi jego obrazy będziemy tu wystawiać - mówi Kenar. - Ale by zostać barmanem - dodaje szybko Dorota - Marek musiał skończyć profesjonalny kurs, gdzie uczą, jak zrobić 2300 drinków.
W galerii Kenara już wcześniej wystawiali swe prace młodzi polscy artyści emigracyjni, np. Wojciech Urlich i Mirosław Chudy. - Nie mamy czasu na prawdziwą promocję - tłumaczy się Kenar - więc to trochę happening. Ci młodzi ludzie są naprawdę uzdolnieni, lecz nie mają dojść do amerykańskich galerii. My im to, poprzez swoje znajomości, zapewniamy.
- Stodoła będzie zawsze pełna muzyki, życia, miłości i aniołów - Kenar głaszcze własnoręcznie zrobione schody prowadzące z parkietu na pierwsze piętro. - Będą tu zaglądać rozmaici tutejsi wariaci, na przykład koszykarz Dennis Rodman. Tacy jak on ciągle szukają nowych, szalonych miejsc.
Festiwal: przyjedzie Clinton?
"W tym kraju powszechne jest przekonanie, że polska kultura to polka i pierogi" - mówił niedawno Krzysztof Kamyszew, do 1993 roku dyrektor Muzeum Polskiego w Chicago. Jego słowa cytuje Sanford Ungar, autor wydanej niedawno książki o mniejszościach narodowych w USA.
W 1991 roku Kamyszew zorganizował w Muzeum Polskim wystawę poświęconą "złotemu wiekowi" miejscowej kultury polskiej - latom 20. i 30., gdy na samej Milwaukee Avenue, najważniejszej ulicy polskiego Chicago, było 13 polskich księgarni, a w mieście działało 60 polskich grup teatralnych.
Dziś Kamyszew sam organizuje Festiwal Filmowy, na który co roku przychodzi kilka tysięcy Polaków i Amerykanów. Bogusław Linda zrobił tu swego czasu wraz z "Psami" nie mniejszą furorę niż na festiwalu w Gdyni.
- Niewątpliwie polska kultura w Chicago ma się nie*le - mówi Chołodecki. Teraz, razem ze swoją współpracowniczką Joanną Dobecką, organizują Festiwal Polski, który odwiedzi w ciągu dwóch dni 40 tys. ludzi. - To największa impreza polonijna na świecie - twierdzą oboje zgodnie.
W zeszłym roku wśrod 20 tys. gości festiwalu był ambasador USA w Polsce Nicholas Rey. W tym roku Chołodecki mierzy dużo wyżej - parę miesięcy temu osobiście wręczył zaproszenie na festiwal Billowi Clintonowi.
- Najlepiej, gdyby spotkał się na naszym festiwalu ze swym kontrkandydatem Bobem Dole'em - marzy. - A jak nie ściągniemy Clintona, to może chociaż wiceprezydenta Ala Gore'a lub pochodzącego z Polski głównodowodzącego armii amerykańskiej gen. Johna Shalikashvilego.
Na tegoroczny festiwal do Chicago z pewnością chętnie wybrałoby się wielu fanów rocka z Polski. Zagrają tu m.in. Elektryczne Gitary, Edyta Bartosiewicz i Justyna Steczkowska. - |ciągamy kawałki polskiej kultury z kraju oraz z USA i z Kanady - zapewnia Chołodecki.
Polonia mogła nawet podziękować za świetny występ w Atlancie polskim sportowcom: "Po prostu załatwiliśmy, by do Polski wracali przez Chicago".
Ani Chołodecki, ani Dobecka amerykańskim zwyczajem nie chcą rozmawiać o pieniądzach. Mówią jedynie, że ubiegłoroczny, robiony z dużo mniejszym rozmachem festiwal kosztował 120 tys. dolarów. Praktycznie wszystko wyłożyli sponsorzy amerykańscy, np. PepsiCo.
Książka: czasem dwie tony, czasem sto kilo
Nikt nie sponsoruje Janusza Kałuży, który je*dzi po Stanach sprzedając polskie książki. - Jestem po prostu biznesmenem - zapewnia Kałuża, współzałożyciel otwartej cztery miesiące temu Giełdy Polskiej Książki.
- Zaczęliśmy w 1989 roku - opowiada Kałuża w swoim biurze na zapleczu polskiej księgarni. - Oczywiście pierwsze targi polskiej książki stały się możliwe dzięki zmianom w Polsce. Impreza tak się spodobała, że zaczęliśmy ją powtarzać. Ładowaliśmy dwie tony książek do pociągu i dwa dni pó*niej sami lecieliśmy samolotem.
Kałuża i jego partnerzy odwiedzają miejsca, gdzie polskich księgarni nie ma w ogóle. - Czasem sprzedajemy dwie tony, czasem sto kilogramów - mówi Kałuża.
Kałuża nie rozumie, dlaczego Andrzej Stelmachowski w niedawnym wywiadzie prasowym dziwił się, że w Chicago nie ma ani jednej polskiej księgarni. - A przecież był tu i je widział - kręci głową.
Dziś w Chicago działa i ma się dobrze dziewięć polskich księgarni oraz trzy księgarnie wysyłkowe. - No i trzeba jeszcze doliczyć co najmniej 30 stoisk z polską książką w biurach turystycznych i sklepach. W pięciu księgarniach można robić zakupy poprzez modny dziś Internet.
Naszą rozmowę przerywa telefon - dzwoni wspólnik z Warszawy. - Musieliśmy otworzyć biuro na placu Trzech Krzyży, bo nasze interesy się rozrastają i nie jesteśmy już w stanie prowadzić ich z Chicago - Kałuża rozkłada ręce.
- Tutejsi Polacy czytają to samo, co czytają Polacy w Polsce - mówi Kałuża pokazując mi najlepiej sprzedające się tytuły. - Oczywiście sprzedajemy trochę więcej historii AK, armii Andersa i Piłsudskiego. Ale poza tym każda ilość Danielle Steel, parapsychologii, futurologii i książek kulinarnych.
Największym hitem polskiej książki w Chicago z pewnością jeszcze długo pozostanie wydana w Polsce książka Jana Pawła II "Przekroczyć próg nadziei", której polonusi kupili 10 tys. egzemplarzy. W Chicago sukces zaczyna się już od dwóch tysięcy.
Aż sześć tysięcy egzemplarzy sprzedaje natomiast w USA i w Polsce kwartalnik literacko-polityczny "2B". - W 1993 r. startowaliśmy z tysiącem egzemplarzy - opowiada Joanna Trzeciak z redakcji "2B". - To była totalna partyzantka.
Mimo że dopiero teraz redakcja "2B" myśli o płaceniu autorom, w "2B" drukowali swe wiersze Josif Brodski i Czesław Miłosz, pisali tu również m.in. Stanisław Barańczak i Zbigniew Brzeziński.
Wydawcy polskiej książki w Chicago są coraz bardziej agresywni i żądni sukcesu. Chicagowski Exlibris wydał np. album o Żelazowej Woli... po japońsku. - Wysłali fotografa do Żelazowej Woli, przetłumaczyli tekst tutaj, wydrukowali to dzieło w Jugosławii, a sprzedają je w Polsce turystom - śmieje się Kałuża.
