Kavalangi

doslownie - "biala rasa", odpowiednik polskiego "bambus"

Krzysztof Jurewicz

Rozdzial I

Wysiadam z samolotu na Nadi International Airport. Lotnisko syf, i strasznie goraco. Odrazu zauwaza sie brak klimatyzacji. Przedemna dwie kolejki do kontroli paszportow. Czuje jak sie przylepia do plecow podkoszulek. Jestem ciagle ubrany w czarne Levi'sy i welniany golf w ktorych wylecialem z Melbourne. Wiem, ze smierdze po podrozy. Stoje i czekam w kolejce. Przede mna pracuja umundurowani urzednicy. Hindusi. Nie spiesza sie, aroganccy wobec podroznych. Po polgodzinie przychodzi kolej na mnie. Jestem juz caly mokry. Papiery, rutynowe pytania, pieczatki... Po chwili okazuje sie jednak, ze nie jestem standartowym turysta.
- Pod jakim adresem bedzie pan mieszkal podczas pobytu na Fidzi, Sir? - powiedziane po angielsku z takim akcentem, ze ledwo zrozumialem.
- Nie wiem.
- Jak to? Musi pan wiedziec! - pulchny urzednik zaczyna sie czepiac.
- Bede gdzies w Rakiraki, mam tam znajomego. Czy to wystarczy?
Urzednik wscieka sie, bo nie moze nic wpisac w odpowiednia rubryke. Krople potu wychodza mu na czolo. Dziewiedziesiat procent ladujacych tutaj turystow wali prosto do osrodkow wypoczynkowych i hoteli. Siedza tam na dupie i nie wychylaja nosa poza plot. Ja przyjechalem doswiadczyc Fidzi, a nie tylko wode i piasek.
W koncu urzednik wola przelozonego i szepce mu cos do ucha. "Cholera," mysle "chyba mnie nie zaaresztuja za brak stalego adresu." Przelozony cos mruczy do urzednika, potem podpisuje jakis zolty swistek i wali w niego pieczatka. Podajac mi go mowi sucho:
- Musi pan miec ten dokument przy sobie caly czas. To wszystko. Przyjemnego pobytu na Fidzi. - Jestem wolny.
Przechodze przez przejscia i korytarze. Im dalej od klimatyzowanego samolotu tym gorecej. W koncu odbior bagazy. Czekam przy karuzeli az pojawia sie moj plecak. Jest caly zakurzony jakims prochem. Odprawy celnej brak, moglbym przewiesc jakies narkotyki gdybym tylko chcial...
Przechodze do hali glownej. Dopiero teraz zdaje sobie sprawe, ze jestem juz na Fidzi. Przedemna jakies odrapane sklepiki, wynajem samochodow i cala grupa naganiaczy juz czekajaca na nowych turystow. Lapanka. Wyspiarze z falszywymi usmiechami od ucha do ucha podchodza, ciagna mnie za rekaw, zagaduja.
- Bula! Czy masz hotel? Nie? To fantastycznie! Chodz ze mna, ja ci pokaze... Tutaj, patrz na broszure... - itd, itd. Na szczescie wyczuwam ze sa niegrozni. To wszystko legalni naganiacze z osrodkow turystycznych, kazdy w jakims kolorowym mundurku firmowym z karta identyfikacyjna na koszuli.
Ale ja przeciez mam plany. Przyjechalem na Fidzi do Rodneya, znajomego z uniwerku. Mamy sie razem wluczyc po wyspie i nurkowac. Umowilismy sie listownie, ze on mnie odbierze z lotniska. Tylko na razie nikt po mnie nie wychodzi. Rozgladam sie po chali, chodze do okola z ciezkim plecakiem, caly lepki od potu. "Gdzie jest Rodney? Dlaczego sie spoznia? Moze transport mu nawala". Chodze po lotnisku i przypatruje sie ludziom i sklepom. Te ostatnie jakies takie stare i przybrodzone. Naganiacze znowu czepiaja sie. Musze wygladac jak dobra 'przyneta': oto wymeczony Australijski turysta w zimowym ubraniu z wielkim plecakiem na grzbiecie. Uprzejmie prosze ich aby sie odczepili. Momentami wydaje mi sie, ze poznaje Rodneya wsrod taksowkarzy gadajacych na zewnatrz. Ale jednak nie, to tylko zluda.
Powoli zdaje sobie sprawe z idiotyzmu mojej obecnosci tutaj. Przyjechalem do goscia, ktorego spotkalem zaledwie trzy razy w zyciu. Rodney byl studentem z wymiany z Kalifornijskiego Berkely University i robil biolgie na moim uniwersytecie w Melbourne. Raz go spotkalem podczas wyprawy narciarskiej, a potem drugi raz na zebraniu klubu gorskiego. Rodney wrocil do Stanow i trzeci raz widzialem go dopiero dwa lata pozniej, jak wrocil do Australii na wakacje. I to tyle. Zostawil mi wtedy adres i po pol roku do niego napisalem. Od tego czasu pisalismy sobie co jakis czas. Potem Rodney wyjechal jako ochotnik US Peace Core na Fidzi i pracuje tam dla lokalnego ministerstwa rybolowstwa, MAFF (Ministry of Agriculture, Forrestry and Fisheries). Ja korzystajac z dlugich wakacji, postanowilem wybrac sie na tania wluczege z plecakiem do cieplych krajow. Fidzi i Rodney po prostu przyszly mi pierwsze na mysl.
Dalej analizujac moja znajomosc z Rodneyem, zdalem sobie sprawe, ze nawet za bardzo nie pamietam jak on wyglada. Nie wysoki, chudy ze sniadawa skora, lecz rysow twarzy dokladnie nie moge sobie przypomniec. Dalej szukam, wodze po ludziach oczyma. Nic. Ogarnia mnie zlosc i uczucie zawiedzenia.
Nie moge sie opedzic od tych zasranych naganiaczy. Laza za mna i zadaja mi w kolko te same pytania. Uciekam od nich. Z rezygnacja zakladam, ze Rodneya szlag trafil i juz po mnie nie przyjedzie. Siadam oklaply na plecaku posrodku olbrzymiej chali. Nagle czuje jaki jestem cholernie zmeczony i nie wyspany. Moje mysli miotaja sie pomiedzy wyzwiskami ktorymi bym obrzucil Rodneya, a tym co mam zrobic z soba w tej sytuacji. Zaczynam analizowac. Jezyk - nie problem, kolonia eksbrytyjska. Pieniadze - bez rozrzutnosci starcza mi na miesiac. Spanie - zadne, plany rozrywkowe - tez. Wiem, ze z zadnym naganiaczem nigdzie nie pojde, bo wcisnie mi gowno za trzy razy tyle ile jest ono warte. Z tym obrazem mojej sytuacji wychodze na otwarty, rozpalony plac przed lotniskiem. Palmy i slonce stoja dokladnie nad glowa, cienia nie ma. Wzdloz budynku widze tylko grupki czarnych naganiaczy bacznie obserwujacych moj kazdy krok. Na zajezdzie stoi pare odrapanych taksowek; same stare japonskie graty.
Dobra, biore sie w kupe. Musze sie dostac do Nadi, do miasta. Tam na pewno beda jakies tanie hotele i informacja turystyczna. Sprobuje odnalezc telefon do Rodney'a i moze sie z nim skontaktuje. Nie wiem gdzie jest Nadi, poza tym ze na pewno blisko i ze bedzie do niego masa autobusow z lotniska. Ide wiec szukac autobusu.
Idac chodnikiem wzdluz budynku lotniska, zauwazam bialego jeepa z napisem MAFF. Normalnie bym nie zwrocil na to uwagi, gdyby nie fakt ze listy do Rodney'a zawsze adresowalem do tego wlasnie MAFFu. Utknela mi ta nazwa w pamieci. Podchodze do auta. Stoi obok niego grubawy wyspiarz o glowe wyzszy ode mnie.
- G'Day, how are you?
- ?
- Czesc, jestem z Australii! - ten tekscik jakos zawsze otwiera mi drzwi - Wydaje mi sie, ze moj kumpel pracuje dla was.
Szukam go...
- Kto taki? - Facet ma wyglad i ruchy czarnego cielecia.
- Amerykanin, nazywa sie Rodney Porto. Jest ochotnikiem US Peace Corps i pracuje dla MAFFu w Rakiraki. Zajmuje sie hodowla ryb. - Facetowi jakby zachmurzyla sie geba od namyslu. Nagle sie rozjasnia i szczerzac do mnie dwoma rzedami rownych bialych zebow mowi:
- Nie, nie znam go, ale spytam sie kumpla - odchodzi zostawiajac mnie samego przy jeepie. Widze dyndajace w stacyjce kluczyki - ufni ludzie w tym kraju. Po chwili wraca z jakims malym rownie czarnym gosciem. Oboje usmiechaja sie do mnie jakby wygrali na loterji. Wyciagam reke i przedstawiam sie: "Chris". Oni rzucaja we mnie imionami, ktore natychmiast zapominam. Ten maly mowi:
- No wiem kto to jest Rodney, ale z nim nie pracuje. Znam innego US Peace Corps. On tez jest Amerykaninem, tyle ze pracuje w Ba a nie Rakiraki. My jedziemy teraz do Lautoka, a potem do Ba. Chcesz, to cie tam wezmiemy jeepem. Ten Amerykanin powie ci, gdzie jest Rodney... - Mam trzy sekundy do namyslu. Dobra, do cholery z Nadi! Zmiana planow.
- OK, dobry pomysl! - odpowiadam i laduje sie do obstukanego jeepa z dwoma ospalymi tubylcami. Nagle zdaje sobie sprawe, ze ci panowie pomimo bialych koszul i odprasowanych bawelnianych spodni sa przeciez wojownikami plemiennymi, a ich dziadkowie jeszcze piedziesiat lat temu jedli ludzkie mieso. No, to jestem na Fidzi!
Jedziemy na polnoc. Okna otwarte, wiatr masuje mi twarz, wdycham ciezkie tropikalne powietrze... Pluca pracuja ciezko. Wszystko rozkwita mimo srodka zimy. Drzewa sa obsypane olbrzymimi czerwonymi kwiatami. Wiatr przynosi slodki wigotny zapach; miesza sie on z karmelowym odorem swiezo scietej trzciny cukrowej, spalin diesla i gnijacych owocow. Jedziemy waska i kreta asfaltowa droga. Biale linie zatarte, wszedzie dziury i laty. Raz po raz mijaja nas ciezarowki wypelnione po brzegi badylami trzciny cukrowej. Po obu stronach drogi sa jej zielone plantacje ciagnace sie calymi kilometrami, przerywane tylko malymi osadami kolorowych betonowych bungalow. Widze drzewa bananowe i palmy kokosowe rosnace dziko przy drodze. Male, polnagie czarniatka biegaja za psami, zuja trzcine cukrowa, czy tez dogadzaja sobie swiezymi owocami. Zarcie, albo lezy na ziemi, albo wisi tuz nad glowa. Jestem w raju...
Po lewej stronie widze ocean. Nie, nie niebieski, nie ma zlotego piasku i plazowiczow - widze same mangrowce, czyli morskie drzewa rosnace wprost ze slonego blota. Tak wygladaja plaze na Viti Levu (czyli Wielka Fidzi). Syf pulsujacy zyciem. Zyja w tych slonych bagnach ryby, kaczki, kraby i ludzie. Mijamy ich trzcinowe chatki na palach. Pranie powiewa na wietrze, tu i tam sterczy jakas antena. Ludzie zyja z owocow oceanu. Co pare lat przychodzi tajfun i rozwala to cale zycie w drzazgi. Oni jak by nigdy nic, zbieraja je i buduja od nowa. Tak bylo, jest i bedzie. Po prawej stronie gory. Poszarpane, ostre i porosniete ciemno-zielona dzungla. Wyrastaja prosto z ziemi. Wygladaja posepnie i wrogo, jak nie z tego swiata. Skaly, wyplute przez wulkan tysiace lat temu sa czarne, czarne jak smola. Stoja majestycznie potezne. Przez tysiace lat wyspiarze oddawali im holdy i skladali przed nimi ofiary ludzkie, modlac sie aby bog wulkanu spal spokojnie. Dzis australijska kompania wydobywcza gwalci tego boga wiertlami i dynamitem wyrywajac mu zloto i miedz.
Jedziemy dalej, mija jedna godzina potem druga. Rozmowy nie ma. Ryk diesla i wiatr zagluszaja wszystko. Jedziemy powoli. Droga jest tak kreta i spieprzona, ze cokolwiek ponad 70 km/godz byloby szalenstwem. Na poboczach widzi sie swiete krowy - Fidzi jest krajem pol-hinduskim (48 procent populacji). Krowy stoja na poboczach i tepo przezuwaja trawe. Sa niebezpieczne dla przejezdzajacych pojazdow. Mijamy scene wypadku. Ciezarowka z trzcina wypadla z drogi. Wszedzie leza zielone badyle, dookola zgromadzily sie dzieciaki. Stoja, wypinaja swoje czarne brzuszki i gapia sie na zakrwawionego Hindusa siedzacego przy wywroconej ciezarowce. Nic mu nie jest i policja juz przyjechala na miejsce. Przejezdzamy dalej.
Dojezdzamy do Lautoka. Miasto portowe, masa turystow wszedzie. Lapia lodki na wyspy, te wyspy z broszurek z rafami i zlotym piaskiem. Bogata holota z walizkami, drogimi okularami slonecznymi, zorganizowanymi autokarami i slomianymi kapeluszami. Przyjezdzaja z USA, Anglii, Japonii i, cholera, z Australii. Poza tym nigdy nie brakuje Niemcow...
- Czekaj tutaj - mowi ten maly. - My pojdziemy na gore do biura spytac sie o Rodneya i tego drugiego goscia. - Ja czekam. Nareszcie cisza. Gapie sie na przechodzacych turystow i lokalnych rybakow. Wacham zapachy przyniesione przez lad i ocean. Po drugiej stronie plotu Hinduscy chlopcy buduja lodz motorowa z drewna. Robia to z zadziwiajaca wprawa i doswiadczeniem. Pewnie zaczynali mlodo. Obserwuje, chlone doswiadczenia siedzac mokry i cuchnacy w rozgrzanym jeepie MAFFu. Po pol godzinie wracaja moi kochani zbawiciele z wiadomosciami.
- Rodneya nie ma i nikt nic nie wie o nim - mowi ten duzy gruby. - On pracuje w innej prowincji, szukaj go w Rakiraki. - Dla mnie to zadne nowiny, ale nie rzucam sie.
- No, a ten drugi Amerykanin? Co z nim? - Duzy gruby odchodzi z malym na bok. Ida po schodkach na gore z powrotem do biura. Znowu pol godziny. W koncu przychodza i ze smiechem mowia:
- Hej, zawiadomilismy twojego drugiego kumpla - domyslam sie, ze chodzi o tego drugiego Amerykanina - on jest teraz w pracy w Ba.
- Daleko tam? - pytam sie.
- Nie, moze z pol godziny jazdy - "wytrzymam" mysle sobie w duchu.
Jedziemy dalej. Przejezdzamy powoli przez miasto. Pulsuje zyciem. Wszedzie chaos. Pelno jest ludzi i sklepow, a w nich wszystkie towary pod sloncem. Wszystkie biznesy sa hinduskie. To widac. Kolory, wisiorki i pierdolki na wystawach sugeruja subkontynentalne pochodzenie wlascicieli. Na ulice saczy sie wysokotonowa muzyka hinduska. Ruch w miescie jest zabojczy. Samochody, autobusy, motocykle i piesi mieszaja sie razem w permanetnym korku. Drogi sa krzywe i wyboiste i nikt sie nie martwi o przepisy. Architektura budynkow do okola wcale nie taka rozna od tej z podmiejskiego Melbourne. Sklepy z poczatku wieku, jedno i dwupietrowe uwienczone typowymi dla mnie fasadami; cos jak z filmow o dzikim zachodzie, tyle ze otynkowane, pomalowane i poluszczone.
W koncu przebijamy sie przez te korki. Wyjezdzamy z miasta. Po bokach slumsy, a obok nich nowobogackie wille obmurowane szkielkami jak po wsiach w Polsce. Trawa zawsze pieknie wygolona, nawet przed chatami z blachy. Miasto jednak dba...
Jazda zaczyna byc meczaca, trzcina cukrowa powoli mi sie nudzi, ciagle te same zielone badyle. Na szczescie dojezdzamy juz do Ba. Zjezdzamy z glownej 'highway' i jedziemy po wertepach. Nareszcie z ulga widze przed nami tabliczke mowiaca ze rudera, przed ktora sie zatrzymujemy, to biuro MAFFu.
Wyskakuje z jeepa, kosci mi trzeszcza, i czuje jak mokre jeansy odlepiaja mi sie od tylka.
Rozgladam sie do okola. Szesciu bardzo mlodych tubylcow przyglada mi sie uwaznie. Moi bardzo pomocni znajomi z lotniska wyladowuja mi plecak z jeepa. Pytam sie czy im zaplacic za podroz.
- Nieee, - pesza sie wstydliwie - nie, naprawde nie trzeba. - Ja, bedac urodzonym skapcem, chowam szybko forse z powrotem do kieszeni i dziekuje im serdecznie za tak wspaniala pomoc.
Po chwili, ktorys z dzieciakow przyprowadza 'mojego' Amerykanina...
- G'day! - mowie ze szczerym usmiechem. - Jestem Chris Jurewicz z Australii. Jestem przyjacielem Rodneya. Przyjechalem go odwiedzic, ale nie odebral mnie z lotniska. Probuje go teraz odnalezc... - Widze przed soba niskiego lecz muskularnego faceta o pare lat ode mnie starszego. Ma muszkieterski wasik i brodke. Jego geba wybucha nagle duzym usmiechem...
- Aaah, no tak. Hi, how are you? Welcome in Fiji! Dzwonili ze ktos ma przyjechac do Rodneya. Ale on jest chyba w buszu...
Robi mi sie nieprzyjemnie. Jak mogl mnie ten dziad tak zostawic? Po tych wszystkich listach i wspolnym planowaniu... Z drugiej strony czuje, ze ten gosc przede mna jest calkiem OK. Moze bedzie jakas zabawa przez pare dni, dopoki cos sie z Rodneyem nie wyjasni. Gosciu przedstawia mi sie.
- Jestem Patrick, Patrick Rice. - Zauwazam ze ma silny teksaski akcent. - Chodz, pomozesz mi w czyms i zaraz spadamy do domu. Potrzebujesz noclegu?
- Taak!
- No to juz, 'mia casa, sua casa'* - i przyciaga ciezki wozek z pompa i jakimis rurami. - Pchaj!
- Nie masz samochodu slozbowego? - Pytam pchajac razem z nim.
- To jest moj samochod slozbowy! - smieje sie. - O czym ty mowisz?! Samochod dla US Peace Core? Ja jestem ochotnikiem, a tu auta sa tylko dla grubych ryb? Zreszta, w ogole traktuja nas tutaj jak gnoj... A tak wogole, to masz jakas forse? Z jedzeniem w domu raczej krucho...
- No mam. Zrobimy jakies zakupy jak tylko wezme prysznic i sie przebiore. Czemu krucho? - pytam sie.
- No. Oni nam placa taki zasilek, ale to ledwo starczy. Widzisz, to nie jest tani kraj. Koszt zycia jest niewiele nizszy niz w US czy Australii.
- No w porzadku, cos wykombinujemy dobrego na obiad dzisiaj. - Idziemy razem pchajac przed soba ciezki wozek obladowany pompa, rurami i moim plecakiem...

Rozdzial II

Na Fidzi pracownicy rzadowi sa uprzywilejowana klasa. Kazdy, kto pracuje dla rzadu dostaje darmowy dom. Jezeli nalezy mu sie sluzbowy samochod, to jest on takze do uzytku wlasnego. Po odjeciu powyzszych wydatkow, place wychodza tylko nieco mniejsze niz w Australii. To jest wrecz nieporownywalne z placami w sektorze prywatnym, gdzie ludzie zarabiaja okolo jednej piatej stawki Australijskiej. Tak wiec praca rzadowa jest fucha nie z tej ziemi. Po przewrocie 1987 roku, konstytucja zostala tak przekabacona, ze tylko tubylcy moga pracowac dla rzadu. To automatycznie wykluczylo wszystkich Hindusow, ktorzy zawsze stanowili klase bogatsza i wyedukowana. Spowodowalo to masowy eksodus Hindusow z Fidzi, pozostawiajac kraj w rekach nie kompetentnych Fidzyjczykow (Hindusi nigdy nie sa nazywani Fidzyjczykami, mimo ze mieszkaja na tej wyspie od stu piedziesieciu lat). Kraj pograzyl sie w glebokim kryzysie. Zgromadzenie Wodzow przejelo role parlamentu i w ogole polityka plemienna przejela polityke parlamentarna.
W takim klimacie pozytywnej dyskryminacji rasowej, Fidzyjczycy powinni byli szybko zostac klasa dominujaca. Jednak, pomimo wszystkich przywilejow sa oni wrecz dziecinnie zdezorganizowani i nadal Hindusi rzadza, jezeli nie politycznie to poprzez sile pieniadza.
W Ba, idziemy ulica pchajac ciezki wozek. Dom Patricka jest tak blisko, ze widac go juz z bramy biura MAFFu. Domy, ktore mijamy po drodze, sa zrobione z zelbetonu i pokryte blacha falista. Zelbeton jest uzywany, aby domy nie 'odfrunely' podczas tajfunu... Domy dziela sie na dwa drastycznie rozne rodzaje: Fidzijski - farba odrapana, ogrod zapuszczony, okna zwykle przysloniete materialem, i hinduski - ogrodki pokazowo wypielegnowane, chata pomalowana w jaskrawe kolory, w oknach plakaty gwiazd kina hinduskiego. Te tak rozne domostwa stoja obok siebie tworzac egzotyczny kontrast biedy z wrzaskliwym kiczem. Dom Patricka jest tez z rzadowego przydzialu. Wyglada po fidzijsku. Na poworku rosna owoce mango i pawpaw. Jak podchodzimy blizej, zbliza sie do nas dzieciak sasiadow i gapi sie na mnie.
Patrick zna go dobrze.
- Bula Solomoni! - wola do pyrtka - Jak ci leci moj przyjacielu? To przyjaciel Rodinei, Ra-austaliani - zagaduje dzieciaka pol po angielsku pol po Fidzijsku. Widac, ze Rodneya tez tu znaja i ma juz lokalne imie 'Rodinei'. Dzieciak troche sie peszy moim widokiem, ale podchodzi, wyciaga do mnie reke i wita sie.
- Solomoni, badz dobrym kumplem i trzymaj oko na moim wozku, co? - prosi Patrick.
Otwiera dwa zamki w drzwiach i wchodzimy do jego domu. Zrzucam z siebie ciezki plecak i siadam na lozku. Rozgladam sie do okola. Typowy obraz mieszkania kawalerskiego. Trzy male pokoje, sciany od dawna nie malowane i pokryte tropikalna plesnia, wszystko stare... Nad lozkiem wisi siatka antymoskitowa, stol w kacie jest zagracony papierami, kasetami i butelkami po piwie... Na brudnych scianach wisza zdjecia zgrabnej blondynki. Na niektorych z nich jest z nia Patrick. "Dziewczyna..." mysle.
Moja fizjologia zmusza mnie do dzialania.
- Gdzie masz toalete? - pytam sie. Patrick prowadzi mnie przez korytarz na druga strone domu. Toaleta i lazienka sa na zewnatrz w przybudowce. Wchodze i doznaje szoku. Sedes jest najbrudniejszym jaki dotad widzialem w zyciu. Jakis czas temu mieszkalem z dwoma innymi goscmi na Viktorianskiej prowincji i tam nie mylismy toalety przez szesc miesiecy... To co widze przed soba jest duzo gorsze niz wynik naszego lenistwa... Sedes jest porosniety jakims grzybem czy plesnia i ma wizualnie intrygujace brazowe naloty dookola muszli. Mimo tak zniechecajacego wygladu toaleta nie smierdzi. Tak wiec po sprawdzeniu czy jakies zwierze nie mieszka w muszli oprozniam sie...
Podobnie maja sie rzeczy z lazienka. Dosc madrze, prysznic ma odplyw na ogrodek. Czemu marnowac wode? Ciepla woda jest uzyskiwana poprzez wymyslne urzadzenie produkcji brazylijskiej. Jest to elektryczny przysznic. Poprostu podlacza sie kabel elektryczny (na skretke) do specjalnej glowicy ze spirala i wio. Po przelaczeniu pstryczka zaczyna plynac ciepla woda. Oczywiscie, biorac ten przysznic caly czas myslalem o smierci przez porazenie.
Odswiezony i przebrany wchodze z powrotem do domu. Pod nogami petaja mi sie dwa koty. Przeganiam je bo sa natretne.
- Ciekawa masz lazienke - komentuje.
- Huh, no tak, tutaj to standard. Dodaje troche przygody do zycia codziennego - nigdy nie wiesz czy nie bedzie to twoj ostatni przysznic...
Lazimy po chacie bezcelowo, zartujemy. Patrick opowiada mi o blondynce ze zdjec na scianie. To jego zona. Pobrali sie trzy miesiace wczesniej. Ona przyleciala na Fidzi i sie 'chajtneli' w malej wiosce w gorach. Patrick opowiada jak bylo pieknie. Slub odbyl sie wedlug zwyczajow lokalnych i do tego z wielka pompa. Byl udzielony przez pastora kosciola metodystow i potem na wszelki wypadek potwierdzony przez niego plemiennymi rytualami. Wszystko to zostalo przypieczetowane generalna obzerka calej wsi i ciezkim zapiciem sie yaqona (napitek z lokalnego zielska, o wlasciwosciach oglupiajacych i moczopednych).
Popoludnie jest nader przyjemne i cieple. Wychodzimy na zewnatrz. Ptaszki spiewaja, zabki gdzies rechocza, zlote slonko przygrzewa radosnie. Ach, chce sie zyc! Wyciagam $20 i proponuje:
- Ty, Patrick, idziemy cos kupic do jedzenia...
- ... i pare piw - dodaje Patrick.
- OK, prowadz do sklepu!
Idziemy zakurzonymi glinianymi chodnikami, przechodzimy przez trawiaste boisko krykietowe potem przeskakujemy smierdzacy strumyk. Dochodzimy do ceglanego sklepu. Przypomina troche polski GS, tyle ze za grubymi kratami stoi Hinduska. Tak za kratami, a w tych kratach jest otwor wystarczajaco duzy, aby przecisnac przez niego bochenek chleba. Patrick mowi jej co trzeba: piwa, puszki, makaron, jaja, itd. Ona notuje to na swistku i udaje sie na zaplecze. Po chwili przychodzi z rachunkiem i towarem. Podaje rachunek przez krate i ja place. Ceny rzeczywiscie niewiele nizsze niz w Australii. Potem Hinduska szybko podaje pojedyncze towary przez ten otwor w kracie i odchodzi bez slowa. Nie dala nam torby - wszystko laduje w naszych kieszeniach i na rekach. Idziemy z powrotem objuczeni jak osly.
- Czego ona taka cholera? - pytam sie Patricka - i te kraty...?
- No, widzisz tu jest problem z bandytyzmem. Bezrobocie wsrod Fidzijczykow jest okolo 50%, zasilki nie istnieja, a Hindusi sa nadziani. Sprawa jest oczywista - kobieta nie czuje sie bezpiecznie. Jej klienci by ja zaraz okradli. Szczegolnie zle jest tutaj, bo to najbiedniejsza czesc wyspy...
Po drodze spotykamy kilku kumpli Patricka. Lokalne chlopaki. Siedza na krawezniku i pluja przed siebie. Zauwazam, ze paru z nich nosi 'sulu' czyli meskie spodnice do kolan. Widok dosc nietypowy dla nieprzyzwyczajonego oka. Pomiedzy nimi drewniana miska z yaqona. Maja przenosne stereo; powolne psychodeliczne reagge saczy sie z glosnikow. Nierowne 'bula' rozbrzmiewa od kilku z nich. Widac po oczach ze 'palili'. Siedza odymieni marycha i chichraja do siebie nawzajem. Pomiedzy nimi szweda sie chudy pies. Patrick zatrzymuje sie na moment. Czestuje ich papierosami, wszyscy biora. Zaczyna sie gadka...
- Hej, kto to jest ten 'kavalangi'* ? - jeden pakazuje na mnie palcem.
- Turysta? Bula! Na jak dlugo? - rozbrzmiewaja inne glosy.
- Niech sie z nami napije. - mowi inny, a ja nie wiem czy mu chodzi o ich yaqone, czy o nasze piwo. Patrick rozwiazuje moja niepewnosc otwierajac zebami butelke Fiji Bitter. Wrecza mi butelke - jako gosc ja mam zaczynac. Pociagam dlugi pokrzepiajacy lyk. Gorzka rozkosz rozchodzi sie po calym ciele. "No, moze byc," mysle, "calkiem jak nasze piwo VB". Patrze na butelke. Znajomy znaczek Carlton United Breweries. Podaje butelke w okolo. Chlopaki, niektorzy z nich nie starsi niz szesnascie lat, popijaja i zaciagaja sie popierosami. Zgrywaja sie. Zawartosc butelki znika w ciagu minuty.
Teraz na nich kolej. Wyciagaja przed siebie miske z yaqona i dwa male naczynia wystrugane z polowek kokosa.
- Hej 'kavalangi', piles yaqone? - przekornie pyta sie jeden lebek.
- Nie, ale dawaj... - i gryze sie w jezyk. Co bedzie jak mnie to oglupi i jeszcze obrabuje mnie ktos. No ale coz, juz przystalem, poza tym mam nadzieje, ze Patrick bedzie mial sytuacje pod kontrola.
Zaczyna sie rytual. Siadamy wszyscy w kole. Jedni na krawezniku inni na ulicy, byle jak. Reagge pulsuje powoli za nami. Czuje ciezka atmosfere tropikalnego wieczoru. Po srodku stoi ta rzezbiona drewniana micha i metnym plynem o dretwym zapachu. Jeden z lebkow sklada razem rece i zaczyna powoli zataczac nimi kola nad miska mamroczac cos pod nosem. Trwa to chwile, poczym wszyscy klaszcza jeden raz. Prowadzacy meci jednym kokosowym naczyniem w misce i nalewa w drugie do pelna. Podaje mi.
- Masz raz klasnac - mowi Patrick. Ja uderzam dlonmi, tak normalnie jak na koncercie. Smiech w okolo.
- Tak klaszcza tylko baby... - Mowi jeden szczerzac zeby w usmiechu. Pokazuja mi jak to robia prawdziwi mezczyzni. Dlonie lekko zgiete tak, ze jak sie je razem uderzy to odglos jest niskiego tonu, to znaczy meski.
No to po klasnieciu dostaje moje naczynie z yaqona. Oczywiscie mam wychylic duszkiem. Pije... Cale kolko klaszcze trzy razy. Smakuje jak jakies nieokreslone lekarstwo, ktore bralem w dziecinstwie. Cierpki suchy smak. Aaach. Ocieram wilgotne usta. Nie czuje ich! Cala geba jak po wizycie u dentysty. Moj wyraz twarzy musi to pokazywac, bo gromadka zaczyna sie znowu smiac.
Patrick mowi:
- No i jak? Moze byc?
- No taak... ale w ustach nic nie czuje. - i pstrykam sie palcem w wargi. On sie tylko usmiecha. - To chwilowe. Dla prawdziwych rezultatow trzeba wypic tego pare litrow. No, a teraz znowu klasnij trzy razy i oddaj naczynie. - Klaszcze. Podaje to jedno naczynko prowadzacemu, a on je wypelnia i daje nastepnemu w kolejce. I tak w kolko. Sam pije ostatni. Przy tym cala ulica rozbrzmiewa smiechem i grubymi oklaskami. Gdzies w oddali ciemnosci slychac inne odglosy klaskan. Cale Fidzi pije yaqone.
Po kilku rundkach tego picia braknie nam napitku. Zabawa sie konczy. Zreszta zaczyna kapac cieply monsunowy deszcz i kompania sie zwija do domu. Wstaje i odchodze za Patrickiem. "O! Co to?!" Moje nogi!" Ogarnia mnie panika, bo widze ze moje cialo nie robi tego co ja chce. Ide poprosu w bok. Tak calkiem zdecydowanie i trzezwo, ale w bok zamiast prosto! Umysl mam swiezy i wszystko wydaje sie OK, poza ruchami. "To ta yaqona..." mysle. Widze ze Patrick rowniez chodzi dziwnie, ale nic sobie z tego nie robi. Wiec tak pod katem i zygzakami docieramy do jego domu.
Przy wejsciu witaja nas jego koty. Jestesmy tacy "strzaskani" tym narkotykiem, ze nic juz nam sie nie chce robic. Obiad zje sie jutro na sniadanie. Patrick udaje sie do swojej sypialni snic o zonie w Dallas, a ja z trudami zakladam siatke przeciw-moskitowa i tez sie klade. Ah, jaki dzien! A jeszcze rano bylem w mokrym i zimnym Melbourne...

Rozdzial III

Budze sie wczesnie. Szosta rano, slonce wstaje o tej samej porze bez wzgledu na pore roku. Ptaki swiergola jak glupie za oknem, gdzies w wysokich drzewach glosno kloca sie papugi. Dzis musze odnalezc Rodneya.
Myje zeby pozyczona pasta, potem biore prysznic modlac sie, aby mnie prad nie porazil. Patrze w zaplesniale lustro i widze swa zaspana jeszcze twarz. "Golic sie czy sie nie golic? Oto jest pytanie... Aaa nie, zapuszczam brode." Pod lazienka snuja sie smetne kocieta. Jakies nie wyrosniete i niedozywione. Wszystko dookola wydaje sie bujniejsze i wieksze niz u nas oprocz kotow i psow. Pewnie nikt o nie nie dba... Odpedzam sie od tych kotow, bo probuja wejsc do domu. Cicho szykuje sniadanie w kuchni. Pare kromek z pomidorem (egzotyczny przysmak z Nowej Zealandii, dolar za sztuke) i piwo. Mmm, chleb! "Jezu, calkiem jak w Polsce!" Nie wiem dlaczego, ale sto razy lepszy niz u nas.
Patrick wyleguje sie prawie do dziewiatej. Wstaje, chodzi nago po domu. No tak, gosc jest na luzie.
- Hej Patrick, na ktora masz do roboty? - Pytam sie.
- Aaa, przyjde przed dziesiata...
- Nie beda sie krzywic?
- Gdzie tam, ja mam luz. Byle tylko robota byla zrobiona, a tej jest tyle co kot naplakal.
Tez je kromke i pije litr zimnej wody (jak potem dostalem odwodnienia to wiedzialem dlaczego).
- Patrick, ja chce dzis znaleZc Rodneya. Pomozesz mi?
- No dobra, cos sie zaaranzuje. ChodZ ze mna do roboty. Podzwonie tu i tam i dowiemy sie co i jak.
Po pol godzinie wychodzimy. Slonko stoi juz wysoko i prazy. Wszedzie pelno malych rozbawionych Fidzijskich dzieciakow idacych do szkoly na dziewiata trzydziesci. Wszystko schludnie ubrane w jednakowe mundurki szkolne na modle australijska. Biegaja, robia sobie na wzajem kawaly, gadaja, i w ogole robia to co i ja robilem w ich wieku...
Biuro MAFFu, to dyktowo-blaszany bungalow z podlaczona elektrycznoscia i telefonem. Na scianach wisza wyblakle mapy pokryte plamami i recznymi notatkami. Podloga jest z twardo ubitej gliny zakrytej tu i uwdzie popekanym linoleum. Urzednicy, to wyspiarze oczywiscie. Siedza i przygotowuja wlasnie yaqone. Po krotkim przedstawieniu mnie obecnym przez Patricka znowu zasiadamy do picia. Mocna mieszanka tym razem. Znowu dostaje 'dyzia' i nogi odmawiaja mi posluszenstwa. W koncu, urzednicy zaczynaja sie rozchodzic do swoich spraw okolo jedenastej. Tak ponoc ma byc codziennie...
Wreszcie Patrick zabiera sie do pracy 'detektywistycznej'. Dzwoni. Wpierw do Rakiraki.
- Rodney w buszu od tygodnia. - odpowiadaja. Patrick natychmiast dzwoni radiotelefonem do wioski w buszu.
- Rodney nie byl we tutaj od dwuch tygodni...
Powoli zdajemy sobie sprawe, ze cos jest z Rodneyem nie w porzadku. Moze utknal w drodze do tej malej wioski w gorach gdzie hoduje rybki. Moze zachorowal lub mial wypadek gdzies. Czujemy sie dosc nieprzyjemnie i sytuacja staje sie nerwowa. Wtedy Patrick dzwoni do biura US Peace Core w Suva (stolica Fidzi).
- Hallo, szukam Rodney Porto z MAFFu w Rakiraki. Nie stawil sie do pracy od tygodnia...
- Ok, zaraz poszukam, tu sa jakies wiadomosci. Prosze poczekac - odpowiada Amerykanka po drugiej stronie. Puszcza nam muzyczke przez telefon. Zachmurzeni, patrzymy po sobie.
- Pewnie ze sie nie stawil, - po chwili kontynuje panienka przez telefon - dostal pasozyta w drodze do wioski i byl w szpitalu w Suvie przez szesc dni! Dzis go wypuscili i pojechal z powrotem do Rakraki.
Patrick i ja oddychamy z ulga. No to przynajmniej zyje. Naraz rozumiem czemu nie wyszedl po mnie na lotnisko. Pytam sie Patricka o te pasozyty.
- He, he, he! Dostal jednego z tych jelitowych robakow co tu w wodzie siedza. Sraczka nie z tej ziemi! Normalnie nie ma z nimi problemu, ale raz na jakis czas sie trafiaja. Tez to mialem. Dwa tygodnie antybiotykow i po problemie.
- Ty, to co mam robic zeby nie dostac jakiegos pasozyta? - pytam sie naiwnie.
- Ach, no nie wiem... Nic. I tak szanse nie sa duze, abys cos dostal. Rodney pewnie pil wode ze zrodla w gorach, gdzie chore krowy nasraly i tak sie zarazil.
Wiedzac co sie dzieje z Rodneyem, zaczynam sam planowac reszte podrozy. Nie moge przeciez siedziec Patrickowi na glowie caly czas. Rodney jest w drodze do Rakiraki i pewnie jedzie autobusem. Suva jest po przeciwnej stronie wyspy, a Rakiraki na samej polnocy, tak ze jezeli wyjade natychmiast, to moze akurat go dorwe w tym Rakiraki. Potem zobaczymy.
Wykladam te mysli Patrickowi. Zgadza sie ze mna i mowi ze zobaczy czy nikt nie udaje sie w tamta strone jeepem. Gada z urzednikami po Fidzijansku, ale jakos po twarzach widze, ze nic z tego nie bedzie. Jednak chyba pojade autobusem.
Patrick wraca mowiac mi to, co juz zgadlem.
- Ok, gdzie mam lapac ten autobus? - pytam sie.
- Aaa, poprostu stoj na drodze z plecakiem. Sam sie zatrzyma. Bilet bedzie cie kosztowal okolo dolara trzydziesci.
- Tanio! - odpowiadam, przyzwyczajony do prohibicyjnych cen komunikacji w Melbourne.
- ...tylko trzymaj plecak ze soba na siedzeniu, bo gwizdna. - dodaje Patrick.
W biurze za moimi plecami akurat zapada jednomyslna decyzja pracownikow, aby rozpoczac przerwe na lunch juz o jedenastej trzydziesci. Patrick i ja korzystamy z tego i lecimy razem do domu po moje graty. Autobus ma przejezdzac przez Ba okolo dwunastej.
Spakowawszy swoj plecak, wrzucam go znowu na ten wozek, na ktorym go przywiozlem (stal tak przed domem nie pilnowany, pompa i rury byly jednak na miejscu). Pchamy go z powrotem po wyboistej drodze w strone biura. Zatrzymujemy sie przy asfaltowej "highway". Patrick mowi ze poczeka ze mna. Dziekuje mu za goscine, a on mi za prowianty.
- Wiesz, bede tu jeszcze kilka tygodni. - mowie - Moge wpasc, pojedziemy gdzies na rafy nurkowac.. Nurkujesz, nie?
- Pewno! Czlowieku, nie widziales mojego sprzetu! - podnieca sie - Ale nawet nie wiesz jakie tu sa wyspy! Zaraz pare kilometrow od tych zastranych mangrowcow. Mosisz wpasc z Rodneyem. On tu zreszta czasami przyjezdza i wtedy plyniemy na te wysepki. W trojke bedzie razniej. Kupimy sobie pare butelek rumu i przesiedzimy caly weekend na bezludnej wyspie. Dobra, to kiedy wpadniesz?
- Uch, nie wiem. Daj mi swoj numer, to zadzwonie w tygodniu. Nie wiem czy Rodney, jezeli go dzis zlapie, ma jakies plany...
Zapisuje numer i chowam papierek gleboko do kieszeni plecaka. W tym momencie zauwazam wielki srebrny autobus z rykiem wylaniajacy sie zza wzgorza. Sciskamy sobie dlonie jak starzy kumple. Autobus zwalnia sam na nasz widok. Z sykiem zatrzymuje sie i otwieraja sie drzwi. Krzycze Patrickowi proste "Bye!" i wskakuje z plecakiem do autobusu.

Rozdzial IV

Autobusy na Fidzi sa zjawiskiem nader ciekawym. Cala wyspa jest pokryta dobrze zorganizowana siecia komunikacji autobusowej. Docieraja nawet do najmniejszych wiosek, gdzie drogi przypominaja lesne sciezki. Jak wszystko inne, transport jest takze w rekach Hindusow. Autobusy sa przedpotopowe. Kupowane z drugiej reki w Azji, sa przerabiane i remontowane na miejscu. Srednia data produkcji takiego autobusu siega do wczesnych lat szesdziesiatych. Wiekszosc pojazdow nie posiada szyb w oknach. To z dwoch powodow: raz dla przewiewu, a dwa, aby nie klekotaly na dziurawych drogach. W srodku, siedzenia sa pokryte pocietym zielonym plastikiem i uchwyty sa odrapane do golego metalu. Kierowca jest zawsze Hindusem. Pasazerowie, bez wzgledu na rase czy religie, sa non stop bombardowani Hinduska muzyka religijna. Dla zachodniego wymoczka jak ja dodaje to podrozy pewnej egzotyki. Lokalni tego nawet nie zauwazaja. Zaloze sie, ze tutejsze dzieciaki sa przekonane, ze muzyka Hinduska jest czyms tak nierozlacznym i charakterystycznym dla jazdy autobusem jak i ryk dieslowskiego silnika.
Wskoczywszy do autobusu, widze, ze obsluguje go dwoch bardzo spoconych Hindusow w kwiecistych koszulach. Jeden jest oczywiscie kierowca, a drugi konduktorem. Ten drugi wskazuje mi reka jedyne wolne miejsce na koncu autobusu. Patrze na waskie zatloczone przejscie po srodku. Nie ma sily, abym sie przepchal. Konduktor zdecydowanym ruchem jednak pcha mnie do przodu, co polaczone z naglym przyspieszeniem ruszajacego autobusu poprostu rzuca mna w tlum. Fidzijanie sa nader gietcy i uprzejmi. Usuwaja mi sie z drogi jak moga, mimo tego jakas kobieta dostaje po glowie moim plecakiem. W koncu docieram do wolnego siedzenia. Te autobusy musza byc robione w krajach, gdzie ludzie sa tylko polowe normalnego rozmiaru, bo moje siedzenie ma okolo 30 cm szerokosci. Wciskam sie jednym poldupkiem na to siedzenie, przepraszajac wszystkich do okola za zamieszanie. Plecak musze trzymac na kolanach, ale nie chce sie on zmiescic pomiedzy mna a oparciem z przodu. W koncu opieram go o moja glowe i porecz, i w takiej dziwnej pozycji jade dalej. Ta cala przepychanka jest tak wykonczajaca, ze jestem caly mokry od potu. Chce mi sie spac, ale ta glosna muzyka i ciezki plecak dokuczaja mi okropnie.
Wygladam przez okno bez szyby. Wiatr wieje prosto w twaz niosac slodka won. Krajobraz zmienia sie ciagle. Jedziemy blisko oceanu. Czasami nawet widac piaszczyste plaze, a przy nich kampingi w stylu wyspiarskim, drewniane chatki pokryte szczecha. Gory podchodza pod same morze, widac mniej pol trzcinowych, a wiecej plantacji owocowych. Powoli zaczynaja sie pojedyncze domy wzdluz 'highway', a potem osady. Dojezdzamy do Rakiraki.
Miasteczko jest w tym samym stylu co Ba i Lautoka, tyle ze mniejsze. Glowny plac jest otoczony dwu-pietrowymi sklepami i bankami. Po srodku jest zajezdnia autobusowa i targ. Autobus zatrzymuje sie i wysiadamy. Muzyka cichnie razem z silnikiem. Nikt sie nie spieszy. Podchodza do nas sprzedawcy orzeszkow ziemnych i lodow. Krzycza cos po hindusku, nic nie rozumiem. Sapiac strasznie, tarabanie sie z moim ciezkim plecakiem do wyjscia. Ostroznie wyskakuje z autobusu. Dookola mnie wzbija sie chmura zoltego kurzu.
Gorac od popoludniowego slonca jest przerazliwy. Zakladam okulary sloneczne i rozgladam sie za Rodneyem - tak na wszelki wypadek. Oczywiscie widze tylko mase ciemnoskorych ludzi, nawet zadnych turystow. W takiej sytuacji postanawiam odnalezc biuro MAFFu, to w ktorym pracuje Rodney. Jezeli przyjechal juz z Suvy, to pewnie tam beda wiedziec. Podchodze do jakiegos starszego goscia stojacego w cieniu drzewa i pytam sie o biuro. Gosc usmiecha sie i pokazuje palcem na pietrowy budynek po drogiej stronie placu. Znowu wychodze na rozgrzany jak patelnia plac. Szuram nogami wzbijajac kleby zoltego pylu. Co tu musi sie dziac po deszczu?
Rzeczywiscie tabliczka na budynku wskazuje na biuro MAFFu. Prubuje drzwi. Otwarte. Wchodze i ku mojej nieslychanej radosci pierwsza osoba, ktora widze jest moj kumpel Rodney Porto. Siedzi na lawce w poczekalni i czyta magazyn Times.
- Rodney! Ty lobuzie! A ciebie gdzie nosilo caly czas?! - Smieje sie witajac go.
- Chris! No nareszcie jestes! Sorry za tyle klopotow, dostalem pasozyta i bylem w szpitalu... - sciskamy sobie rece w przywitaniu. Czuje sie nagle bardzo szczesliwy, ze nareszcie sie odnalezlismy.
- No wiem, - odpowiadam - skad wiedziales aby czekac na mnie?
- Sam przyjechalem pol godziny temu z Suvy, a tu naraz dzwoni Patrick i mowi ze wlasnie wsadzil cie do autobusu. Jak bylo u niego? Nurkowaliscie?
- Niee... przespalem sie u niego jedna noc i tyle. Troche sie tez zabawilismy z jego kumplami. Spilem sie yaqona...
- No, oni tu ciagle to pija.
- Dobra, co robimy? - przechodze do rzeczy.
- Bierz swoj plecak i jedziemy na wyspy!
- Co?
- Tak, pasozyt pasozytem, ale nurkowac moge. Mam tu caly swoj ekwipunek. Za pol godziny mamy autobus do przystani. Jedziemy do miejsca zwanego Kon-tiki na wyspie Nananui-Ra.
- Noo... dobra - odbakuje. Troche mnie zatkalo, ale jego oferta brzmi fantastycznie. Rodney zamienia pare slow z urzednikiem (plynnie po Fidzijansku), poczym zegna sie z nim. Zabieramy nasze plecaki i wychodzimy z biura na wypalony sloncem plac.
Rodney ma tu sciezki dobrze juz wydeptane. Idzie prosto w kierunku zielonej furgonetki stojacej w cieniu rozlozystego drzewa. Volkswagen Campervan, stary grat pewnie pamietajacy jeszcze lata szescdziesiate. Rodney wita sie z kierowca. Widac sie znaja. Kierowca to Hindus, wiek trudny do okreslenia, jak zwykle. Kierowcy sa zawsze gladcy i puculowaci, czarne wlosy rowno przylizane na amanta z lat piecdziesiatych, cienki wasik.
Rodney rozmawia z kierowca po angielsku. Wydaje sie troche niepewny w kontaktach z lokalnymi. Mowi cicho, jakby przepraszajacym tonem, czasami jakajac sie. Sprawia wrazenie czlowieka niesmialego. A jednak tak nie jest. To z nim chasalem na nartach po snieznych Alpach Australijskich uganiajac sie za pannami. To przeciez ten maly Rodney sluzyl w Kuwejcie i biegal za czolgami po rozpalonej pustyni z geba pelna piachu. Dzieki temu (GI Bill - darmowa nauka dla weteranow) przepchal sie sam przez jeden z najlepszych uniwersytetow w US. Teraz rzucil sie w dzungle Fidzi dla samego doswiadczenia. Rodney to gosc z przebiciem. Ciakaw jestem co go gryzie w stosunku do tubylcow?
Gromadzi sie grupka ludzi. Opieraja sie o zgnita furgonetke i gadaja z Rodneyem. Jakims cudem wszyscy juz wiedza o jego zatruciu pasozytem. Robia sobie z tego zarty, ze to kavalangi ma miekki zoladek. Podchodze blizej i zrzucajac plecak na ziemie pytam kiedy odjezdzamy. Kierowca jakby dopiero teraz mnie zauwaza i zwracajac sie do Roda mowi, ze jeszcze pietnascie minut. Czekaja na kogos. Rodney mnie przedstawia.
- To Chris. Moj przyjaciel z Australii. Jedziemy nurkowac na Na-na-nui-Ra. - Nikt nie wydaje sie byc tym zainteresowany. Turystow tu od liku, lokalni ludzie sa przyzwyczajeni do bialych obszarpanych i nie ogolonych ‘plecakowiczow' bez forsy. Traktuja ich jak popularny towar, na ktorym sie nie robi zysku. Zlo konieczne.
Stoimy i czekamy na niewiadomo co. Rodney w miedzyczasie opisuje kierowcy szpital w Suvie. Kierowca nigdy nie byl w szpitalu. Jest podniecony opisami bialych sal i firanek i pielegniarek w przewiewnych spodnicach.
- Czy mozna palic? - dopytuje sie kierowca.
- Nie, absolutnie wzbronione! Dyscyplina jest jak w wiezieniu. - odpowiada Rodney. Kierowca nie jest zadowolony.
- No to jak pacjeci maja odpoczywac i dochodzic do zdrowia? Tylko sie mecza bez papierosow!
- Uhm, tu nie chodzi o komfort, ale o zdrowie. - Przekonuje go Rodney. - Poza tym, musi byc sterylnie czysto, papierosy brudza posciel - dodaje. Kierowca jakos nie wyglada na przekonanego. Wydaje mi sie, ze mamy tu do czynienia z dwoma bardzo roznymi punktami patrzenia na swiat. Nie wdaje sie w ich dalsze dyskusje, bo widze jak nastepny przedpotopowy autobus wtacza sie na plac. Za nim powoli klebi sie chmura bialego pylu. Autobus zatrzymuje sie, a chmura idzie dalej otaczajac caly pojazd. Powoli wszystko osiada. Ludzie i toboly wyladowywuja sie na plac. To na nich czekalismy. Z tlumu nowo przybylych wylania sie kilka bialych glow. Ida w nasza strone. Niosa na plecach znajome ksztalty plecakow.Dwuch gosci, wszyscy z wygladu po dwadziescia jeden, gora dwadziescia trzy lata, rozmierzwione blond wlosy i te fikusne kolorowe plecaki. Ciekaw jestem skad sa. Usmiechaja sie na nasz widok. Jedno slowo kierowcy wystarczy. Wszyscy zbieramy sie. Lokalni i nas kilku plecakowiczow ladujemy sie do tego starego Volksvagena. Ciasno w srodku, co automatycznie oznacza ze bedzie bardzo goraco jak tylko wyjedziemy na slonce. Juz sie jakos usadowilismy na tej twardej podlodze, a tu kierowca donosi dwa olbrzymie kartonowe pudla i poprostu wciska je do srodka nie zwazajac na nasze protesty. Z hukiem ztrzaskuje drzwi furgonetki, a my scisnieci patrzymy po sobie. Z plecakiem pomiedzy kolanami a broda, usmiecham sie krzywo do jednego z blondynow po mojej lewej.
- Hej, skad jestescie? - Pytam sie stekajac.
- Ze Szwecji. - Brzmi rownie niewygodna odpowiedz. - A ty?
- Z Australii... eh, jedziecie do przystani? - pytam sie jakbym sie nie domyslil.
- No, tak, a potem na Na-na-nui-Ra. Ty tez?
- Aha... Ja i moj kumpel Rodney, - tu pokazuje lokciem na Roda - jedziemy nurkowac na Kon-Tiki. Gdzie spicie? - pytam sie nie wiedzac czy na wyspie sa jakies inne hotele czy resorty.
- A, nie wiemy jeszcze. Zobaczymy na przystani co maja najtanszego.
-AhaĽ
‘Jek, jek, jek, ryk, du, du, du...!' - z bolem rozkreca sie silnik. Rozmowa urywa sie. Odjezdzamy. Siedze z tylu furgonetki i dobrze znany odglos volkswegenowskiego silnika zaglusza mi wlasne mysli. Czuje sie jak jedna z sardynek w puszce. Jedziemy do przystani.
Kto wymyslil sposob pakowania sardynek w puszce? Pewnie ci sami ludzie, ktorzy pierwsi zorganizowali przwoz biednych plecakowiczow furgonetkami. Jestesmy tak dokumentnie upakowani w tym Volkswagenie, ze nawet nie trzesie nami na wyboistej drodze. Nie widze gdzie jedziemy i co sie dzieje na zewnatrz. Na szczescie wiatr bije przez otwarte okna i wbrew moim obawom nie ugotujemy sie. Chyba jedziemy bardzo szybko, bo czuje sily odsrodkowe i przechylenia na zakretach. Wlasciwie to leze na podlodze, a na mnie leza plecaki, czyjas czarna noga i pakunki. Szwedzi sie usmiechaja bolesnie. Ja im odpowiadam tym samym. Zaczynam sie zastanawiac jak daleko ta przystan jest od miasta. Na mapie Raki-raki jest nad samym oceanem. Jedziemy tak kilka minut. Nagle pisk hamulcow i cos zsuwa mi sie z trzaskiem na noge. Stop. Wypadek? Nie, dojechalismy na przystan. Drzwi z tylu otwieraja sie z nie naoliwionym piskiem. To nasz ukochany kierowca. Smieje sie do nas krzyczac piskliwie ‘out! out! out!' Ostroznie, jeden po drugim wykopujemy sie z furgonetki. Rozprostowujemy nogi i plecy.
Rzeczywiscie jestesmy na przystani. Wlasciwie jest to maly porcik. Kilka drewnianych budynkow i betonowy pomost ze schodkami wiodacymi do wody. Na brzegach bloto i odrastajace mangrowce, a nieopodal ruiny jakiejs wielkiej kolonialnej budowli, moze stary port czy stocznia. Przy pomoscie dyndaja na falach male motorowe lodeczki i polnadzy Fidzijanie krzataja sie kolo nich zajeci niczym szczegolnym. Patrze na ocean. Ach, dech zapiera! W oddali, moze dwadziescia kilometrow od nas widnieje plaski bialo granatowy pas z lysinka. Az trodno uwierzyc, ze to wyspa. To wlasnie Na-na-nui-Ra. Plaski pasek piachu i wegetacji osadzonej na koralu i skalach. Ponad granatowa zielenia palm widnieje korona zlotych skal, pewnie jak reszta Fidzi wyplutych przez prehistoryczny wulkan. Oczywiscie po obu moich stronach rozciaga sie sama Viti Levu. Co za widok! Gory potezne, ciemne pokryte polami i dzungla. Tu i tam widac odizolowane strzepki plazy. Przy nich biale wille i zakotwiczone zaglowki. Na niebie widac proste biale slupy dymow z wypalanej trzciny cukrowej. Niebo jest ciemno niebieskie, bez jendej chmurki. Jak to powiadaja u nas w Queensland "pieknie dzisiaj, idealnie jutro" - to samo tutaj.
Rozladowujemy sie. Kierowca zbiera od nas forse i odjezdza swoim gratem. Zostajemy na zakurzonym zajezdzie bez instrukcji co dalej robic. Stoimy w grupce i rozgladamy sie niepewnie po okolicy. Pot leje mi sie na oczy.
- Rodney, co dalej? - pytam sie niepewnie.
- Spokojnie, Chris. - Rodney usmiecha sie - Jestesmy na czasie Fidzijskim, powoli, powoli. Wez bagaze i chodzmy do biura. - Ladujemy swoje graty na plecy i garbaci wleczemy sie w strone drewnianych chatek.
Mila niespodzianka. Biuro to zadaszona kawiarenka jakby dobudowana do okienka biletowego. Wszystko z jakiegos czarnego drewna. Tak musialy wygladac kawiarenki na dzikim zachodzie, jezeli tam w ogole byly kawiarenki. Oczywiscie jak na porzadne okienko biletowe przystalo, i to jest zamkniete. Za to lokalna paniusia sprzedaje piwo i owoce w barze. Pewnie ma tez jakies informacje o lodkach na wyspe. Zanim zwalilem swoj plecak na ziemie, Rodney juz o cos tam ja po cichu wypytuje. Obserwuje. Jednak pomimo tej pozornej niesmialosci do tubylcow, Rodney nie jest zahukany. Panienka chichra i brazowieje jeszcze bardziej (ciemnoskorzy ludzie sie z reguly nie czerwienia na twarzy). Dookola na ciezkich lawach siedza i leza rozwaleni turysci. Wszystko z pleacakami. Czekaja. Jest sporo dziewczyn. Kilka wysokich blondynek pociaga piwo z butelek i glosno gada o niczym. Szwedzi z naszego Volkswagena w koncu tez docieraja do kawiarenki i od razu kupuja piwa. Po chwili wraca Rodney.
- No i co masz randke? - Pytam sie polzartem.
- He, he, he... - Rodney sam sie czerwieni. - Musimy tu czekac az skipper lodki po nas przyjdzie. On nas wezmie na wyspe do samego Kon-Tiki.
- Ile to bedzie kosztowac? - Pytam sie, zawsze liczac moje pozyczone dolary.
- O ten nie zdziera za bardzo. Dwanascie dolcow od lebka.
- Dwanascie?! - Burze sie przyzwyczajony juz do normalnie niskich cen za przewoz - Nie ma innej tanszej lodki?
- Co ty! Monopol i korupcja to narodowa tradycja Fidzi. Pewnie lokalne plemie jest wlascicielem tej lodki i kontrola cen to pierwszy warunek operacji Kon-Tiki. Bruce nie ma innego wyboru.
- Ah... A kto to jest Bruce?
- Aha, Bruce to facet, ktory jest wlascicielem Kon-Tiki. Australijczyk, ale juz tyle lat siedzi na wyspie ze uplemiennil sie. Spotkasz go zreszta. Fascynujacy czlowiek. Ma takie wplywy na wyspie, ze inni hotelarze nie moga nic zrobic bez jego zgody. Ale on jest super gosc. Sam zobaczysz.
- Dobra, - mowie - to jak dlugo bedziemy czekali na te lodz?
- Ha, - Rodney usmiecha sie - jak dlugo bedzie trzeba. Gdzie ci sie spieszy? Zrelaksuj sie facet. Jestes na wakacjach, zostaw stresy w zimnym Melbourne. Chodz kupie ci piwo.
Rzeczywiscie, Rodney ma racje. Do cholery z nerwami. Bedzie co bedzie. Nigdzie sie nam przeciez nie spieszy. Jestesmy w koncu w tropikach, cala egzotyka polega na braniu wszystkiego 'easy'. Zreszta, trzeba sie przedstawic panienkom przy barze. Rozleniwione towazystwo siedzi polnagie przy lawach i ssie brazowe butelki Fiji Bitter. Wyprzedzam Rodneya z kupnem piw, ach nie bede juz skapil. Piwka sa lodowate i zroszone kropelkami i buchajace radoscia zycia. Przysiadamy sie do towarzystwa. Jeden ze Szwedow opowiada reszcie o Alasce. Mowi bieglym angielskim, ale intonacja jest jak u kucharza z Muppetshow. Zawsze lubie sluchac jak Szwedzi mowia. Towarzystwo sklada sie z samych plecakowiczow.
Zaraz obok mnie siedza dwie mlode Angielki. Patrze, slucham i nadziwic sie nie moge. Siedza obok mnie dwie sliczniutkie, wymalowane, wypachniale i wysnobowane ksiezniczki. Az smiac mi sie chce, bo nadaja calemu momentowi groteski. 'Momencik panie sa nie z tego filmu!' Patrze na reszte ludzi: przepocone ubrania, geby pryszczate, opalone i nieogolone, a tu dwa stworzenia jakby wlasnie zeszly z "catwalk'u". Siedza i usmiechniete rzucaja uprzejme teksciki z perfekcyjnym londynskim akcentem. Kompletna sztucznosc i do tego glupota (w tropiku!). Dziwie sie ze im ta cala ‘tapeta' poprostu nie splynie z twarzy. Moze nic nie pija aby sie nie pocic. ‘Zeby tylko nie zemdlaly z odwodnienia' mowie sobie w duchu. Slucham, co mowia - same negatywy. ‘Typowe dla Anglikow', mysle, ‘oni zawsze narzekaja'. Irytuje mnie taka postawa. Po cholere wogole ruszac sie z domu jezeli i tak bedzie zle. Trzeba bylo zostac w tej mokrej Anglii, siedziec przy piecu, i maczac biszkopty w herbacie. Plecakowanie jest dla ludzi przygody, dla wloczykijow i oberwancow uciekajacych od nudy komfortowego zycia, garniturow, krawatow i makijazy.
Widze ze Rodney gada juz z ludzmi. Dla odprezenia ducha zostawiam Angielki i moje ciemne mysli i przysiadam sie do Szwedow i Rodneya. Przed nimi stoi juz kilka pustych butelek. Cos mi mowi, ze sie zrozumiemy.
- Hej, jak przezyliscie furgonetke? - Zartuje - Macie rezerwacje na wyspie?
- No, Rodney mowi zeby walic prosto na Kon-Tiki. - Mowi wyzszy blondyn. Widac juz zapoznali sie z Rodem.
- Jedziecie nurkowac? - Pytam, wiedzac ze nie maja przy sobie sprzetu. Plecakowicze z regoly nie podrozuja ze sprzetem do nurkowania.
- Nieee, jedziemy odpoczac. O, tak przy okazji... - jest zadziwiajace jak prawie wszyscy sa niezreczni przy przedstawianiu sie - ...ja jestem Paul, a to jest Joahim.
- Hi! - macha reka Joahim, rowniez blondyn tyle ze nizszy i chudszy od Paula.
- Chris - odpowiadam. Rodney sie pewnie przedstawil sam.
- A no tak, jedziemy odpoczywac na plazy. Za tydzien lecimy z powrotem do Szwecji.
- Tylko na Fidzi przyjechaliscie? - zapytuje.
- Oh nie. My juz tak szesc miesiecy z plecakami podrozujemy. Teraz jestesmy w drodze z Ameryki, przedtem byla Turcja i poludniowa Europa, Afryka i kilka przystankow w Azji. Juz mamy tego dosc i Fidzi to taki odpoczynek przed powrotem do domu.
- Super - mowie z prawdziwa admiracja. - Ah, za trzy lata tez pojade. Na caly rok, po calym swiecie.
- No, jest takie szwedzkie powiedzenie ‘podroze ksztalca' - wtraca sie Joahim. Ja sie tylko usmiecham i odpowiadam:
- Bardzo prawdziwe. Czlowiek wraca zmieniony po kazdej podrozy, silniejszy.
W tym momencie, osobnik w ogole wygladem nie przypominajacy skippera, wchodzi pomiedzy stoly na sam srodek kawiarenki i donosnym glosem oznajmia:
- Kon-Tiki! Za mna!
Rodney konczy swoje piwo, ja swoje. Szwedzi dokupuja ekstra pare butelek na droge. Zbieramy sie. Jest nas ze dwanascie osob. Ciekaw jestem czy wszyscy zmiescimy sie do jednej lodki. Wleczemy sie wszyscy do przystani. Zaledwie kilkadziesiat metrow. Czuje jak alkohol i goraco zabijaja moj organizm. No coz, do tego tez sie przyzwyczaje. Lodka jest bardzo prymitywna, bez pokladu ani nawet steru. Moj dziadek mial podbona. Ta jest z malym motorkiem oczywiscie. Jakies prowianty i towary sa juz tam zaladowane i tylko musimy zniesc na dol po drewnianych schodkach nasze plecaki. Wszystko idzie calkiem sprawnie. Skipper pomaga z plecakami, rozklada laduek rownomiernie. W koncu usadawiamy sie gdzie nam kazano. Fale lagodnie kolysza tym okrecikiem, a przed nami rozciaga sie potezny ocean.

Rozdzial V

Oj, czuje sie niepewnie gdy widze jak skipper jednym ruchem odwiazuje linke od pala i juz jestesmy wolni. Miedzy nami a zywiolem jest jedynie ta cieniutka watla lodeczka z silniczkiem o sile komara. Trzymam sie mocniej burty, jakby to mialo mi dodac otuchy. No nie myslalem ze takiego pietra bede mial. Statki, okrety nawet poduszkowiec byly OK, ale hustanie sie w takiej skorupce na olbrzymim oceanie pelnym rekinow, to calkiem inna sprawa. Silniczek jeczy i prycha i powoli zaczyna pchac te lodeczke dalej od ladu, od bezpieczenstwa, od gruntu pod nogami. Odplywamy.
Po kilku minutach uspokajam sie. Lepiej, wiatr wieje w moje kudlate wlosy i zaczynam czuc sie zywiej. Lekko muskam palcami wode. To jakby ona plynela szybko, nie my.
- Ile razy byles na wyspie? - pytam sie Rodneya aby zaczac rozmowe.
- No, trzy. Dwa razy z Patrickiem. Nurkowalismy na rafie zaraz kolo Kon-Tiki. Nawet calkiem dobre miejsce, grunt ze mozna nurkowac z plazy.
- A co, to wazne?
- Pewnie. Wynajem lodzi i skipera kosztuje kupe forsy. Rzadko zdaza sie zeby dobre rafy byly przy brzegu. Koral lubi byc otoczony woda ze wszystkich stron.
- Dobra. Co tam jeszcze bedzie ciekawego?
- Laski! - Rodney chichra. Zerka katem na Angielki czy nie uslyszaly. Cos mi mowi, ze Rodney ma straszna ochote na przygody seksualne. Ja tez. Zagadam te Angielki pozniej, moze nie sa tak nudne na jakie wygladaja.
Przestajemy rozmawiac - wiatr sie wzmaga i zaczyelo pryskac od przodu. Skipper szczerzy zebiska w usmiechu, bo Angielki zaczely piszczec i chowaja sie za plecaki. Na nic; lodz pchana przez zawziety motorek wali o fale i woda spada z gory niczym prysznic. Nie ma gdzie sie schowac.
Powoli wyplywamy z zatoki. Przez piec minut jestesmy na oceanie. Horyzonty po lewej i prawej. Dzikie uczucie. Juz przed nami powoli wylania sie w oddali zloty brzeg Na-na-nui-Ra. Bez mangrowcow, sam piaseczek i palmy. Mimo ciaglego deszczu kropel, wyciagam aparat i zaczynam pstrykac. Istna pocztowka z tropikow. Im blizej jestesmy, tym piekniejszy widok. Szesc, dziesiec, dwanascie klatek tego samego ujecia, az mi sie robi wstyd. Zachowuje sie jak japonski turysta.
Ostatnie minuty sa najdluzsze. Juz widac dokladnie szczegoly: chatki trzcinowe, hamaki pomiedzy drzewami i lodzie na plazy. Wydaje sie ze juz zaraz dobijemy do brzegu. Ale to iluzja. To czyste czerstwe powietrze przybliza obraz. Dopiero po pieciu minutach spod lodzi laduje na piaszczystej plazy.
Wita nas cala gromada tubylcow. To pracownicy resortu, dookola biegaja ich dzieciaki i psy. Kilku bialych turystow leniwie obserwuje nas z hamakow wiszacych w cieniu palm. Skiper kaze nam wskakiwac do wody i nosic bagaze. Cholera, nie chce mi sie. Angielki tez sie nie kwapia do noszenia, co gorzej wodza oczyma po mezczyznach jakby chcialy zeby je ktos przez wode przeniosl. 'Trzeba bylo na Bachamy jechac, do luksusu!' kpie sobie w duchu. Lapie sie za dwa plecaki i kanister z dieslem i brne do brzegu. Piasek jest czysty, dziewiczy wrecz. Tu i tam walaja sie muszelki i kawalki suchego korala. No i te palmy kokosowe. Nigdy jeszcze nie widzialem palmy kokosowej. Az smiac mi sie chce ze szczescia. Wszystko wydaje sie perfekt, jak z reklamy biura podrozy. Zwalam moje toboly na plaze. Katem oka widze Rodneya niosacego jedna z Angielek na barana przez wode. Mieczak.
Wtem od strony trzcinowych chatek i kwiecistego buszu wylania sie osobliwa postac. Wysoki usmiechniety starzec, z biala grzywa i broda do piersi, otoczony dwiema pulchnymi i prawie nagimi wyspiarkami. Starzec jest tez prawie nagi poza sulu. Na mysl przychodza mi Robinson Crusoe i Kapitan Kurtz. Wiem jednak, ze to Bruce, o ktorym wspomnial Rodney na przystani. Jest wlascicielem, manadzerem i nieoficjalnym krolem wyspy. Jak sie pozniej dowiedzialem, przybyl na nia z Australii w latach szezdziesiatych, uciekajac przed victorianska policja. Prowadzil wtedy jeszcze nielegalny burdel w Melbourne. Bruce smieje sie i cos tam krzyczy do nas i macha reka, abysmy za nim szli. Nie czekajac, znika z powrotem w krzakach ze swoimi towazyszkami.
Zaintrygowani tym 'Robinsonem Crusoe', podazamy wzdluz sciezki. Oczywiscie znowu pakunki na grzbiecie. Nikt sie nie odwazy zostawic cokolwiek bez opieki. Idziemy przez plaze w kierunku blogoslawionego cienia. Piach zaczyna parzyc mi stopy. Po kilku 'au!' i 'uch!' zakladam z powrotem moje buciory. Wchodzimy sznureczkiem pomiedzy palmy i rozlozyste zarosla. Sciezka wije sie pomiedzy pniami starych wykrzywionych drzew i olbrzymimi glazami obrosnietych mchem i kwiatami. Prawdziwa ciemna dzungla. Ta dluga sciezka prowadzi do samego centrum wioski. Nie jest to oczywiscie zadna wioska z prawdziwego zdarzenia, poprostu grupa tradycyjnych chat zbudowanych dla turystow. Jest czysto, przynajmniej takie odnosze wrazenie. Pokryte liscmi trzcinowe chaty stoja w duzym kole, za nimi sa jeszcze inne. Tu i tam stoja wryte w ziemie drewniane posagi bostw, cale czarne z wykrzywionymi ustami i olbrzymimi nosami. Sa tak stare, ze z niektorych wyrastaja kwiaty. Zaraz za wioska stromo wspina sie gora. Oslizle mszaste kamole, jakby poustawiane w schody. Nie moge zdecydowac sie czy to natura, czy to ludzkie rece je tak ulozyly. Te stopnie prowadza w gore, w busz... az do samej rezydencju Bruce'a.
Zatrzymujemy sie u podnoza, aby ogladnac te dziwna budowle. Na skarpie, moze dwadziescia metrow wysokiej, stoi solidna kamienna chalupa z szeroka weranda wygladajaca ponad drzewami w strone ladu. Nad cala budowla goruje drewniana wieza, punkt obserwacyjny udekorowany czarnymi posagami na rogach. Istny wyspiarski gotyk.
Stojac tak pod tym zamczyskiem zgubilismy Krola Bruce. Powoli zaczynamy piac sie tymi kamiennymi stopniami w gore. Pojedynczo i powoli, chociaz wspinaczka nie jest wcale ciezka. Kamienie sa wrecz fikusnie poukladane i znowu zadaje sobie pytanie czy natura bylaby w stanie cos takiego stworzyc.
Chalupa okazuje sie jeszcze ciekawsza z bliska niz od dolu. Dwa pietra ciezkiego kamienia, male okna i paprocie wyrastojace ze spojen. King Bruce sam tego nie zbudowal. Stojac w kolejce do rejestracji przechodza mi przez glowe hipotezy o zaginionych cywilizacjach, plemiennych fortyfikacjach i swiatyniach... Z tego stanu wywoluje mnie Rodney.
- Biezemy chate razem? - pyta sie.
- Dobra. Po ilu ludzi do kazdej?
- Zwykle sa trzy lozka, ale teraz jest poza sezonem. Dostaniemy jedna we dwujke, jesli chcesz.
W tym momencie staje twaza w twaz z Brucem. Pomiedzy rozwiana siwa grzywa i rownie snieznymi brwiami siedza glebokie niebieskie oczy. Przeklowa mnie tym wzrokiem i mowi.
- Paszport poprosze. - Gosc nie wydaje sie zbyt sympatyczny. Wciaz nie moge sie nadziwic tym silnym zylastym cialem. Chcialbym tak wygladac majac 70 lat.
- Ile dni chcesz tu zostac? - pyta sie gdy wreczam mu dokumenty.
- Aaa... nie wiem trzy, cztery. - Odpowiadam - Dam ci znac dzien przed wyjazdem.
- OK - odpowiada Bruce. Potem juz z usmiechem i wrecz duma dodaje - Mamy tu rafe. Jest super wiesz. Mozesz wypozyczyc maske i rurke ze sklepiku na dole. Jezeli przypadkiem znajdziesz na dnie moza jakies gliniane garnki czy inne przedmioty, to nie ruszaj. One naleza do plemienia, to wymyte z ich grobow. Tu byla siedziba ich krolestwa...
- Bruce przerywa. Czuje ze chacialby mi wiecej opowiedziec, ale nie miejsce na to i nie czas. Za mna stoi jeszcze pol tuzina spoconych plecakowiczow.
- Wieczorem jest party. Bedziemy chlac yaqone.
- Aha... - odpowiadam gdy jedna z wyspiarek wrecza mi przescieradla i siatke anty-moskitowa.
Rodney tez zabiera identyczny ekwipunek i zaczynamy schodzic w dol w strone wioski. Chaty wszystkie sa otwarte, nie ma zamkow, nawet klamek na matowych drzwiach.
- Ty, - zwracam sie do Rodneya - nie zabiora nam naszych gratow?
- Co ty? To jest wyspa, tu nic nie ginie. Spoko.
Wybieramy chate jak najdalej od centralnego placu, zeby mozna bylo sie wyspac. Pomiedzy palmami przeswituje ocean, a w oddali brzeg Viti Levu. Chata jest przyjemnie chlodna i pachnie ogniem. Rozkladamy przescieradla, rozwieszamy siadki. Robie sie glodny.
- Ty, jest tu cos do jedzenia, Rodney?
- Tylko to, co przywiezlismy. Sklepik sprzedaje piwo i krem do opalania.
- Aaa... - usmiecham sie - Chyba nie zginiemy!
- Co glodny jestes? - Pyta sie Rodney.
- No...
- Dobra, dzis juz nurkowac nie bede. Ugotujemy cos hinduskiego, moze curry co?
- Aaa, no dobra. Nie moge powiedziec, ze probowalem. To jest ostre, nie?
- Zalezy jak kto lubi. Peace Corps dal nam specjalna ksiazke kucharska, ktora wykozystuje lokalne produkty. Mam tam dobry przepis na Rybe w Curry a'la PC. Odwazny jestes?
- Pewnie, duzo w tym czosnku? - pytam sie. - Kocham czosnek.
- Ile tylko chcesz. Mam caly peczek.
- No! Natym polega piekno zycia. - zaczalem podniecony perspektywa jedzenia - Egzotyczny kraj, egzotyczne roslinki dookola, egzotyczne panny i teraz jedzonko. Ach, cholera, jestem w raju.
Rozpakowujemy nasze plecaki, wyciagamy puszki z tunczykiem, Rodney ma jakas patelnie, ryz i co tam jeszcze. Idziemy do komunalnej kuchni gotowac. W kuchni lodowka, tylko ze wylaczona z braku pradu. Ktos w niej trzyma detergenty i inne srodki do czyszczenia. Zaczynamy gotowac. Olej na patelnie, drobno pocieta cebula, corriander, pieprz, chili, czosnek i kilka lyzek zoltego curry. Slodko pachnacy ryz juz sie gotuje obok. Mocuje sie z puszka tunczyka. Zardzewialy otwieracz nie chce ciac grubej stali. W koncu udaje sie mi otwozyc te puche. Tunczyk wpada z sykiem w goracy sos, pachnie niebiansko. Otwieramy sobie po piwku i wrzucamy wiecej zmiazdzonego czosnku. Ryz juz gotowy. Curry a'la Peace Corps!
Jak starzy hippisi biezemy patelnie, dwie aluminiowe lyzki i nasze piwa i idziemy jesc na plaze. Siedzac w popludniowym cieniu palm delktujemy sie przepysznym jedzeniem. Zapach zwabia innych gosci. Czarniutkie dzieciaki przychodza swawolic na plazy. Angielki tez pojawiaja sie znowu na horyzacie. Minimalnie przyodzianie, ale kapelusze mialy olbrzymie. Siadaja sobie na recznikach i podwijaja biustonosze odslaniajac wiecej piersi. Ale nie za duzo.
- Wisz, nie rozumiem niektorych ludzi, Rodney. - mowie nie odrywajac wzroku od panien.
- One zeczywiscie wydaja sie dosc sztywne. - odpowiada Rodney zgadujac moje mysli - To sa Angielki, co maja robic?
- Moze potrzebuja sie troche rozluznic... - sugeruje.
- No, mozemy zakrecic sie kolo nich na party wieczorem.
- Tylko ze zadna mi sie w zasadzie nie podoba. - mowie dalej bezczelnie podpatrujac.
- To cie nie powstrzymalo wtedy w Melbourne. - Rodney przypomna mi jeden pijany wieczor w pubie rok wczesniej. Usmiechnam sie. Jednak te panny mnie denerwuja. Cos jest w ich ruchach, mowie i gestykulacji. Jakas nienaturalnosc i snobizm; stan permanentnego zdziwienia niedociagnieciami reszty swiata. Do tego kusza nas biednych meszczyzn swoimi opalonymi cialami. Postanowiam ze przynajmniej przedstawie sie pozniej. Zabieramy nasze brudne naczynia i puste butelki. Wracamy do kuchni, myjemy gary i kupujemy jeszcze jedno piwo. Szwedzi szwedaja sie po placu.
- Hej, wiesz co Chris? Chyba pojde spac. Objadlem sie i dzis jest cholernie duszno. Obudz mnie przed party. - mowi Rodney.
- Ok, ja pojde na plaze. Moze jakies kokosy znajde. - Mowie ubierajac znowu moje buty.
Plaza, hej, jak to plaza. Palmy, zloty piasek, tu i tam jakis mangrowiec probuje wyrosnac pomiedzy kamieniami. Ocean jest dzis wyjatkowo spokojny. Prawie fal nie ma, tylko niebo odbija sie w lustrzanej wodzie. Przyplyw jest teraz wysoki. Plaza ma moze dziesiec metrow szerokosci. Potem zaczyna sie gesta, ciemnozielona dzungla. Najlepsze jest to, ze palny sa pochylone i zwisaja z tego buszu prosto nad gladziutkim piaseczkiem dajac lekki, znikomy cien. Ide sobie ta plaza ciagle skrecajac w prawo. Wyspa jest o ksztalcie elipsy i wielkosci sporego stadionu. Wiec ide tak, pochwili ladu juz nie widze, tylko gladka linie bezkresnego widnokregu.
Na plazy poniewieraja sie kamienie. "Kamien - palma - kokos" - pracuje moj mozg. Jak moi przodkowie podnosze pokazna bryle i ciskam w korone pobliskiej palmy. Kamien szybuje bez problemu pomiedzy kokosami i prosto w krzaki. Podnosze nastepny kamol i powtarzam te sama procedure celujac lepiej tym razem. Tak! Kamien rabie w pien! I nic, kokosy tylko podryguja. Biore sie na inny sposob. Staje pod palma i rzucam prosto do gory. Kamien leci, udeza dokladnie w kokosa, odbija sie i wali prosto w dol w kierunku mojej glowy. W ostatnim momencie udaje mi sie zaslonic twaz dlonia. Kamol wali w reke. Przez nastepne dwadziescia minut leze jak sparalizowany na piachu i wyje z bulu. Dwa ostatnie palce mojej prawej dloni sa opuchniete i czerwone. Bul jakby mi ktos autem po rece przejechal.
W koncu ocieram lezki wscieklosci i wracam do wioski po jakis bandaz. Bez kokosa. Akurat gdy podchodze do sklepiku (ma czerwony krzyz na boku) jeden z pracownikow siedzi na olbrzymiej palmie i maczeta scina kokosy. Tak o, bez zadnych ceregieli.
- Przepraszam, mozna? - wskazuje na porozrzucane kokosy na piachu.
- Tak, tak, biez pan! - slysze odpowiedz z pomiedzy lisci. Podnosze jednego moja dobra reka i jak zaplakany dzieciak, co dostal cukierka biegne dalej z zezimeszkowym usmiechem na gebie.
Sklepikarz przylozyl mi lod na reke i potem obwinal opuchlizne bandazem i powiedzial abym nie przesilal tej dloni. Dobre! Potem siedzac na plazy gapie sie na nia ledwo mogac ruszac palcami.
Bylo juz puzne popolodnie, zloty blask otaczal wyspe. Slonce zniklo po drogiej stronie gory, powietrze zrobilo sie lagodniejsze i zmieklo razem z kolorami dookola. Usiadlem na klodzie i zaczalem sie zastanawiac jak by tu sie dobrac do tego mleka w srodku.
Wieczory w tropikach przychodza nagle. Nie wiem jak dlugo tak siedzialem pod palma torturujac scyzorykiem tego kokosa. Po jakims czasie podnosze glowe, aby rozprostowac zbolaly kark, a tu w okolo ciemno - praktycznie noc. Az mi ciarki przeszly po plecach od zaskoczenia. Jakby mi ktos kawal zrobil i wylaczyl swiatlo. Oczywiscie juz kiedys slyszalem o tym fenomenonie, minuta i juz po wszystkim. Nie moglem sie nadziwic ze przegapilem caly zmieszch. Przyzeklem sobie, ze jutro musze wybrac sie na druga strone wyspy i doswiadczyc zachod slonca na zywo. Na razie siedzialem, rozgladalem sie do okola. Wszystko budzilo sie do zycia. To 'druga zmiana', nocne zwiezaki i owady. Wysoko nad palmami smigaly nietopeze i nocne ptaszyska zaczynaly skrzeczec i wyc. Po drugiej stronie zatoki pojawily sie migajace swiatelka i kilka rozrzazonych czerwienia pol plonacej trzciny. Zrobilo mi sie jakos niewygodnie na duszy tak siedzac samemu w tych tropikalnych ciemnosciach. "Jeszcze cos mnie od tylu zajdzie..." pomyslalem.
Po chwili uslyszalem zapuszczany w oddali silnik. To dieselowy generator. Leniwie zbudzily sie do zycia porozwieszane na palmach lampy. Znowu zrobilo sie jasno. Momentalnie obsadzily je cmy i wszelkie inne robactwo nocne. Nie chcialo mi sie juz dlubac przy tym kokosie. Reka pulsowala mi rownym rytmem. "Musi byc jakis latwy sposob na dostanie sie do mleka. Jutro spytam sie kogos." pomyslalem. Narazie postanawilem znalezc Szwedow i Rodneya. Party sie bedzie zaczynac niedlugo. Moze otworzymy ta butelke rumu.


Swiat