
Moja wypowiedź nie aspiruje do bycia pełną i usystematyzowaną relacją, nie ma więc charakteru opracowania historycznego. Jest to przypomnienie spraw, które wydarzyły się w drugiej połowie 1944 roku na terenie leżącym między Białą Podlaską a warszawską Pragą.
Wspomnienia te oparte są przede wszystkim o moje własne przeżycia i spostrzeżenia. Ponad 50 lat, jakie upłynęły od tamtych dni, pozwalają na dokonanie pewnych uogólnień, a także na wzbogacenie o różne informacje wykraczające czasem poza główny wątek. Moim zdaniem jest to wskazane, zwłaszcza że czytelnikami "Okruchów" są także młodzi ludzie, którzy - przy różnych przemilczeniach w nauce najnowszej historii Polski - nie mieliby możliwości, bez specjalnych studiów, zapoznać się z nimi.
Wydaje mi się także, że takie wspomnienia mogą wnieść coś istotnego do opisu klimatu tamtych czasów. Jeżeli gdzieś zawiedzie mnie pamięć, liczę na uzupełnienia innych uczestników opisywanych zdarzeń.
l września 1939 roku hitlerowskie hordy rozpoczęły, bez wypowiedzenia, wojnę z Polską. Mimo męstwa i bohaterstwa żołnierzy ulegliśmy przeważającej sile. Możliwość przedłużenia oporu i walki na wschodnich rubieżach przekreślił zdradziecki atak Sowietów dokonany 17 września 1939 roku. Pod okupacją Związku Radzieckiego znalazły się tereny od wschodniej granicy opartej na Zbruczu po Bug. Wyprzedzając rozwój wydarzeń należy stwierdzić, że był to dopiero pierwszy etap zagarnięcia ziem polskich przez Sowietów przy pomocy Armii Czerwonej i służb specjalnych. Po zwycięstwie pod Stalingradem i złamaniu na wszystkich odcinkach frontu niemieckiego oporu podporządkowali sobie obszary od Bugu do Wisły. Wreszcie w 1945 roku po wyparciu Niemców całkowicie uzależnili od siebie dalsze tereny - od Wisły po Odrę. Mieli więc dość czasu, by przetrawić nowe zdobycze i rozprawić się z elementami dla nich "niewygodnymi". W pełni uwierzyli, że nasz Kraj stał się rzeczywistym łupem dopiero w trzecim etapie. Konstatacja ta jest o tyle ważna, że w różnych okresach prowadzili w stosunku do społeczeństwa polskiego odmienną politykę: na terenach zabranych Polsce - wprost ludobójczą; między Bugiem a Wisłą - skrajnie represyjną. Od 1945 roku sowiecka propaganda zaczęła wyraźnie forsować tezę, że utworzona przez nich Polska Rzeczpospolita Ludowa posiada atrybuty suwerenności. Zdawali sobie sprawę, iż koniec wojny jest bliski, a po wojnie zaczną obowiązywać nowe reguły gry politycznej. Poza tym polski ruch komunistyczny ucieleśniony w PPR był w swej początkowej fazie bardzo słaby, stąd jego poplecznicy starali się pozyskać zwolenników. Temu służyła m.in. reforma rolna, która likwidując duże gospodarstwa, zniszczyła również rolnictwo. Penetrowano także kręgi inteligenckie i trzeba z ubolewaniem stwierdzić, że wielu poszło na lep ówczesnej propagandy.
Brutalny, skryty terroryzm pozostawiono NKWD i GRU oraz "polskim" służbom bezpieczeństwa powołanym do życia w październiku 1944 roku. Cenę krwi i poniewierki płaciła w tym czasie - obok swych dowódców - przede wszystkim AK-owska młodzież (pokolenie dzisiejszych 70-latków), która nie chciała przystosować się do rzeczywistości jakże różnej od tej, o którą walczyła.
Placówka szkolna AK - kryptonim "Pardwa" - zorganizowana została w Szkole Rolniczej w Czernichowie i podporządkowana IV Batalionowi "Ważka" dowodzonemu przez por./rtm. Kazimierza Burgielskiego ps. "Janusz" w ramach VI Dywizji AK "Kraków". Dowódcą 2 kompanii w Czernichowie kryptonim "Pług" był kpt. rezerwy inż. Walenty Wesołowski ps. "Dołęga", który, jak się później okazało, był także delegatem na powiat. Żołnierzami placówki byli uczniowie szkoły. W jednostce tej zostałem przeszkolony, początkowo w programie podoficerskim, a następnie w podchorążówce piechoty. Kierował nią zastępca komendanta szkoły i instruktor do spraw szkolenia pchor. T. Próchnicki ps. "Korczak", uczestnik Kampanii Wrześniowej, walczący w Warszawskiej Brygadzie Pancerno-Motorowej.
Szkolenie prowadzone było w zasadzie poza murami szkoły na zakolu Wisły, które porośnięte wikliną stanowiło doskonałą kryjówkę przed ciekawskimi. Oczywiście cała działalność wymagała dużej ostrożności. Szkolenie prowadzono w oparciu o Podręcznik dowódcy plutonu i inne instrukcje przywożone z Warszawy. Tak się szczęśliwie złożyło, że przez cały okres nie było żadnej "wpadki", mimo że w 1944 roku około 20% uczniów było "zrzeszonych" - chociaż z pewnością niektórzy uczniowie nie należący do organizacji przynajmniej domyślali się, że "coś" istnieje na terenie szkoły.
Szkoleniem wojskowym, na kursach podoficerskich kształcących dowódców sekcji i drużyn, a potem w Szkole Podchorążych kształcącej dowódców plutonów, zostali objęci uczniowie z roczników szkolnych 1941-1943 (14 osób), 1942-1944 (18 osób) i pierwszego rocznika 1943-1945 (6 osób). Szkolą Podoficerska została przekształcona w Szkołę Podchorążych, a jej komendantem został Walenty Wesołowski. Był on jednocześnie komendantem placówki, a także 2 kompanii "Pług" I V batalionu "Ważka" pułku piechoty AK, o kryptonimie "Nurt". (...) Zastępcą komendanta szkoły i instruktorem do spraw szkolenia został pchor. Tadeusz Próchnicki, ps. "Korczak", instruktorem organizacyjnym Jan Szczepkowski, ps. "Pobóg", a instruktorem łącznikowym Andrzej Świerczewski, ps. As. Po opuszczeniu szkoły przez dwóch ostatnich instruktorem łącznikowym był Zbigniew Sroczynski, ps. "Gór".
Szkota składała się z klas po pięciu elewów, przy czym nie byty one ze względów bezpieczeństwa bezpośrednio ze sobą powiązane. Kurs obejmował zajęcia teoretyczne i praktyczne, w tym znajomość broni i materiałów wybuchowych, terenoznawstwo, organizację wojsk własnych i nieprzyjaciela, oznakowania itp. Szkolenie wojskowe prowadzono w oparciu o Podręcznik dowódcy plutonu i inne instrukcje, wydane w Warszawie przez Tajne Wojskowe Zakłady Wydawnicze. Tematy ćwiczeń wyczerpywały wszystkie możliwe warianty walki. Szkolenie prowadził najczęściej sam pchor. Tadeusz Próchnicki ps. " Korczak", z dużym udziałem samych elewów i nader rzadko z pomocą instruktorów z zewnątrz. W latach 1943-1944 Szkota Podchorążych wizytowana była przez przedstawicieli Inspektoratu Rejonowego Kraków AK, którzy stwierdzili właściwą pracę i chwalili za osiągnięte wyniki. Szkoła zakończyła swoją działalność 15 czerwca 1944 roku, kiedy Niemcy wywieźli uczniów młodszego rocznika do budowy rowów przeciwczołgowych.
Szkołę Podchorążych ukończyli:
- w latach 1941-1943 Jan Czarnecki, Józef Góra leży k, Władysław Gra-czyk, Wiesław Gryszka, Bronisław Kopciński, Bolesław Kossowski, Stefan Li-powski, Bogdan Podczerwiński, Jerzy Podczerwiński, Zbigniew Skotnicki, Stanisław Starzyński ps. "Pohóg", Jan Sz,czepkowski, Andrzej Swierczewski ps. "As", Witold Żarski;
- w latach 1942-1944: Stanisław Biatecki ps. "Turgor", Jan Ciezps. "Góral", Tadeusz Głód, Amond Janeczko ps. "Manek", Eryk Kalinowski, Wiesław Karhowicki, Artur Lipowski, Stefan Matraś, Sz.cz.epan Murdziński, Bogusław Nowakowski, Olgierd Piekarski, Franciszek Ksawery Piekielnik-Bukowiecki ps. "Zielonka", Tadeusz Próchnicki ps. "Korczak"
- zastępca dowódcy, Bronisław Romaniec, Zbigniew Sroczyński ps. "Gór", Jan Kanty Steczkowski ps. "Zagroha", Bogusław Szcz.epański, Jerzy Wesołowski;
- w latach 1943-1945: Stanisław Banaś-Brzeski, Leon Bocheński, Andrzej Kuhl.
Nie ukończyli szkoły w latach 1943-1945:
Władysław Biatecki, Kazimierz Gałuszka, Marian Purbaix. (...).
Po zakończeniu w dniu 15 czerwca 1944 roku szkoły i szkolenia wojskowego uzyskałem stopień kaprala podchorążego. Z chwilą ukończenia nauki wytworzyła się napięta sytuacja związana z wywózką przez Niemców młodego rocznika do budowy rowów przeciwczołgowych. Żądano od nas - starszych roczników - abyśmy się zobowiązali do wymiany, po określonym czasie, młodszych kolegów. Żeby tego uniknąć postanowiłem udać się do Warszawy; wybrałem się pociągiem wraz z sześcioma kolegami (w tym trzech zbiegów z transportu niemieckiego). Moimi towarzyszami byli: Zbigniew Sroczyński, Artur Lipowski (zginął potem od bolszewickiej kuli), bracia Stanisław (Kazimierz) i Władysław Białeccy, Kazimierz Gałuszka i Marian Pourbaix. Pseudonimów niestety nie pamiętam, jedynie przypominam sobie, że Zbigniew Sroczyński miał ps. "Gór", a Stanisław Białecki ps. "Turgor" (w szkole przezywaliśmy go "Kalsampeter") - w czasie okupacji używał imienia Kazimierz, a jego brat - nazwiska Biernacki. Wynikało to z tego, że "stary" Białecki pracował przed wojną u książąt Pszczyńskich i w związku z tym był wraz z całą rodziną poszukiwany przez Niemców.
W stolicy początkowo mieszkałem na ulicy Dziennikarskiej w domu rodzinnym pisarza Melchiora Wańkowicza, a potem na Mokotowie, chyba na ulicy Weinerta. Kontakt w Warszawie z podziemiem zabezpieczył nam Zbigniew Sroczyński, który od 1942 roku był w organizacji warszawskiej, a po przyjeździe do Czernichowa w ostatnim okresie instruktorem łącznikowym.
Po wymianie Kennkart - z nowymi nazwiskami, aby w przypadku "wpadki" nie ucierpiała rodzina - i po krótkim dodatkowym kursie w zakresie obchodzenia się z materiałami wybuchowymi, zostaliśmy skierowani na teren Podlasia, co również załatwił Zbyszek Sroczyński.
Był to oddział typowo partyzancki działający w trójkącie Międzyrzec Podlaski-Łuków-Radzyń. Pierwsza kompania miała charakter "oddziału leśnego", a dwie pozostałe (składające się na pułk) tworzyły tzw. "terenówkę". W razie pełnej mobilizacji "terenówka" miała dołączyć do "oddziału leśnego", co wiązało się z potrzebą ich wojskowego doszkolenia i zapoznania z różnorodną bronią.
Dowódcą "Oddziału Mullera" wchodzącego w skład 35 pułku piechoty był major K. Witkowski ps. "Muller". Miał swój punkt dowodzenia w Radzyniu Podlaskim. (Aresztowany w trakcie rozmów z przedstawicielami Armii Czerwonej i więziony na Zamku Lubelskim, wówczas głównej kaźni przeciwników "czerwonego reżimu". W tym czasie tam właśnie ostrogi kata zdobywał osławiony pułkownik UB A. Umer vel Humer).
Naszym bezpośrednim dowódcą był por. "Sęp". Sierżant Szef nosił pseudonim "Robak", Szef Kedywu - jak pamiętam - "Skrzetuski".
Ostatnią noc przed zameldowaniem się w Oddziale, a był to koniec czerwca, spędziliśmy na folwarku Przyłuki (należącym do klucza majątków rodziny Potockich), którym administrował ojciec dwóch naszych kolegów. W Oddziale posiadanie oraz picie alkoholu było zabronione, żegnając więc dotychczasowe życie podchmieliliśmy sobie nieco. Mimo iż na folwarku kwaterowali żołnierze niemieccy wycofani z frontu wschodniego, zachowywaliśmy się beztrosko, żeby nie powiedzieć lekkomyślnie, i myślę, że wszystko skończyło się dobrze tylko dlatego, że po przeżyciach frontowych żołnierze Wehrmachtu byli obojętni na to, co się wkoło nich działo.
Na drugi dzień zameldowaliśmy się u dowódcy. Major chciał mnie przydzielić do karnej drużyny wojskowej: "Masz takie bladoniebieskie oczy i jesteś krzepki, będziesz tam dobry". Ośmieliłem się posłusznie zameldować, że wolałbym dostać przydział zgodny z moim wyszkoleniem. Popatrzył na mnie tak, że ciarki mi przeszły po plecach, jednakże odparł spokojnie: "Dobrze, dostaniesz "sukę"". Od tego czasu kilometrami taszczyłem niemiecki karabin maszynowy MG 35 zwany "suką", gdyż przy ogniu ciągłym wył jak pies. Z dodatkowymi taśmami był to ciężar nielichy. Broń doskonała i precyzyjna, stąd wymagająca wielkiej o nią dbałości. Byłem przydzielony do I drużyny l. kompanii. Mieliśmy w oddziale obcokrajowców: Amerykanina, byłego przedstawiciela Linii Oceanicznych z Warszawy, także kilku angielskich lotników z zestrzelonego bombowca i dwóch włoskich oficerów. Odznaczali się dużą odwagą. Jeden z nich, rodem z Sycylii, o imieniu Scipio, zaprzyjaźnił się ze mną. Pewnego razu powiedział: "Żal mi Polaków, jesteście między młotem a kowadłem". Służyło z nami także co najmniej dwóch polskich Żydów: lekarz oraz zawodowy podoficer piechoty, bardzo sprawny i kompetentny. Piszę "co najmniej", bo tylko oni wyróżniali się semickimi rysami. Podkreślam ten fakt dlatego, że rozpowszechniane są insynuacje, że AK-owcy mordowali Żydów z pobudek rasistowskich.
Do naszych kontaktów z partyzantami radzieckimi odnosiliśmy się z nieufnością. Ich aktywność nie wyrażała się bezpośrednią walką z wrogiem, gdyż konfrontacji z Niemcami raczej unikali, koncentrując się przede wszystkim na "rozpracowywaniu" terenu, na którym działali. Wspominam o tym, gdyż propaganda komunistyczna, zarówno sowiecka, jak i rodzima, aż do znudzenia powtarzała, że AK stało z bronią u nogi, nie walcząc z okupantem.
Polskim podziemnym strukturom narzucali się ze współpracą, w imię walki ze wspólnym wrogiem, w rzeczywistości inwigilując je. Gdy nadchodził front, przenikali na jego drugą stronę i pozostawali w dyspozycji dowódcy danego odcinka, odpowiadającego obszarowi ich działania. Po przejściu frontu niektórzy z dowódców stawali się komendantami wojennymi na obszarze "swojej" gminy czy powiatu, pomagając NKWD i wywiadowi wojskowemu w wyłapywaniu, wywożeniu oraz likwidacji przede wszystkim członków AK. Do pierwszego mojego spotkania z radzieckimi dywersantami doszło niedługo po moim przybyciu do oddziału. Wówczas jeszcze porucznik "Bej" wydał rozkaz udania się z beczkowozem do pobliskiej wsi i przywiezienia wody pitnej. We wsi obskoczyli nas Sowieci - o ile pamiętam z grupy "Iwanowa". Jeden z nich sięgnął po moją "Błyskawicę" (polską wersję Stena), ja z kolei po jego Pepeszę. Z ciekawością oglądaliśmy obcą broń. Bez kłopotów nalaliśmy wody i wróciliśmy do siebie. Zameldowałem dowódcy o spotkaniu, a ten natychmiast posłał gońca do ich "komandira" z żądaniem, aby wyszli ze wsi. Skoro polscy żołnierze ponoszą trudy leśnego bytowania, by nie narażać ludności na zbędne niemieckie represje, to i oni powinni podobnie postępować. Wtedy jeszcze bez protestów przenieśli się w inne miejsce.
Był to czas wzmożonej aktywności. Podejmowaliśmy akcje dywersyjne, zdobyliśmy pociąg z bronią, przeprowadzaliśmy ćwiczenia z nowymi rekrutami, a nawet - jak pomnę - 10 lipca odbyła się podniosła uroczystość z okazji rocznicy Bitwy pod Grunwaldem, ze sztandarem (w którego poczcie miałem honor się znaleźć) i Mszą świętą, którą odprawił nasz kapelan - proboszcz z Polskowoli. Na leśnej polanie ustawiliśmy się w czworobok, którego trzy boki tworzył nasz, wtedy liczny Oddział, zaś czwarty - grupa radzieckich partyzantów i AL-owców - wówczas jeszcze w zgodnej koegzystencji. Uzbrojenie mieliśmy doskonałe. Myślę, iż nieco inny byłby przebieg walki, gdyby oddziały AK idące na wschód na pomoc Powstaniu Warszawskiemu mogły tam dotrzeć na czas w zwartych szeregach.
Ostatnią potyczkę stoczyliśmy z silnym niemieckim oddziałem kawalerii pod Strzakałami. Niemiecki dowódca popełnił kardynalny błąd, gdyż ze zwiadu wracał tą samą drogą i wpadł w zasadzkę zastawioną wzdłuż "lizjery" lasu. Dostali się pod silny czołowy ogień broni maszynowej i poszli w rozsypkę. Po starciu kolega Sroczyński był tłumaczem przy przesłuchiwaniu jeńców, a ja otrzymałem rozkaz penetracji pola starcia usłanego trupami kawalerzystów i koni. Zadaniem moim było zebranie dokumentów i map.
W kułbace jednego z zabitych tkwiła złota, wysadzana drogimi kamieniami monstrancja - chyba prawosławna - z pozaginanymi promieniami. Trafiłem także na zdjęcie młodej kobiety z dwojgiem dzieci. Znalazłem też diariusz pisany - pamiętam - pismem gotyckim; zabrałem go dla naszego oficera wywiadu. Pod lasem natknąłem się na rannego podoficera; seria z broni maszynowej rozpruła mu brzuch. Zobaczył orzełka na mojej czapce i powiedział: "Polnischer Partisant? Gdybyśmy wiedzieli, to byśmy się poddali". Może? Poprosił o pistolet. Było ich wiele wokoło, więc mu jeden rzuciłem i odszedłem. Miałem jakąś irracjonalną pewność, że do mnie nie strzeli. Bywa, że rzeczywisty krajobraz, szczególnie górski, przypomina kiczowaty landszaft, podobnie takie sytuacje - jak powyżej opisana - są w relacji zbyt "westernowe". Na drugi dzień zabici leżeli na polu już tylko w kalesonach. Nasz dowódca posłał po sołtysa i powiedział mu, że skoro potrafili ich rozebrać, to niech ich teraz pogrzebią. Nie wiem, kto zabrał monstrancję.
Zbliżała się Armia Radziecka, a wraz z nią I Dywizja Kościuszkowska, która przekształciła się w I Armię dowodzoną przez gen. Z. Berlinga. 19 lipca 1944 roku przekroczyła rzekę Bug, uznaną przez Stalina i sojuszników zachodnich za nową granicę sowiecko-polską.
Nasz oddział znalazł się na operacyjnym przedpolu I Frontu Białoruskiego, dowodzonego przez K. Rokossowskiego, późniejszego marszałka PRL i dowódcy Ludowego Wojska. W dniach 24-25 lipca na Siedlce, Łuków i Mińsk Mazowiecki natarła grupa generała Czujowa - obrońcy Stalingradu. Opór Niemców był słaby, cofali się na całym froncie zmęczeni i zdezorientowani. Związek Radziecki uaktywnił działania polityczne. W dniu 22 lipca 1944 r. oficjalnie w Chełmnie, a w rzeczywistości w Moskwie ogłoszono manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, na czele którego stała de facto Wanda Wasilewska, nota bene córka polskiego profesora. W Moskwie działał Związek Patriotów Polskich, zaś na terenie kraju tzw. Krajowa Rada Narodowa, której przewodniczył etatowy funkcjonariusz NKWD Bolesław Bierut.
Odrodził siew nowej postaci znany w carskiej Rosji typ "pierekulszczyka", polskiego odszczepieńca, który dla kariery przechodził na prawosławie. Główną bazą polityczną zwolenników Moskwy była Polska Partia Robotnicza z Wł. Gomułką na czele. Jak się ostatnio okazało, był on członkiem KP Związku Radzieckiego, gdy przedwojenna Polska Partia Komunistyczna została w latach trzydziestych rozwiązana przez Komintern, wybitniejsi jej członkowie - przebywający na terenie ZSRR - rozstrzelani, a niektórzy w czasie wojny wydani Niemcom.
Oficjalnym Rządem Polskim był wciąż jeszcze rząd w Londynie, którego premier Stanisław Mikołajczyk, prezes ówczesnego Polskiego Stronnictwa Ludowego, udał się 28 lipca na rozmowy do Moskwy. Politycy zachodni, przede wszystkim Roosevelt i Churchill, całkowicie zignorowali swego najstarszego i do końca lojalnego sojusznika - Polskę, zupełnie nie uwzględniając jej stanowiska.
Nawet rozpatrując rzecz w kategoriach wyłącznie politycznych i biorąc pod uwagę interesy li tylko zachodnich aliantów w pełni aktualne okazały się słowa wypowiedziane przez Talleyranda: "To było więcej niż zbrodnia, to był błąd". Podziemne Państwo Polskie, a z nim Armia Krajowa, weszło w ostatnie stadium agonii, z czego wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy.
W lipcu 1944 r. dowódca AK, generał Bór-Komorowski ogłosił akcję "Burza", powszechny zryw przeciw Niemcom. W dniu l sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. 14 sierpnia następny rozkaz polecił oddziałom AK maszerować na pomoc Stolicy. Pamiętam ostatnią noc (było to pod koniec lipca), gdy przewalał się front. Byliśmy cały czas na nogach, przerzucani z miejsca na miejsce w zależności od rozeznania ciągle zmieniającej się sytuacji. Szliśmy w nocy przez opustoszałe wsie. Zza okiennic domów dochodziły nas głosy gromadnych modlitw lub religijnych śpiewów, a często i płacz dzieci. Od czasu do czasu okolicę rozświetlały wolno spadające "flary". Ciszę mącił ciągły, ale o zmiennym natężeniu odgłos strzelającej artylerii. Od czasu do czasu nasilał się jazgot broni maszynowej, a pociski świetlne rysowały przecinające się tory na ciemnym niebie. Nie było widać walczących czy przebiegających żołnierzy wrogich armii. Sceneria jak z przedstawienia "światło i dźwięk". Niemcy bronili się małymi grupkami, ale o dużej sile ognia.
Wczesnym rankiem zalegliśmy we wsi Kąkolewnica k. Międzyrzeca Podlaskiego, o której pisała prasa w związku z odkryciem grobów żołnierzy II Armii - byłych AK-owców zabitych na rozkaz b. przedwojennego generała, zarazem agenta NKWD, późniejszego marszałka LWP - M. Roli-Żymierskiego oraz sowieckiego gen. Waltera-Świerczewskiego, dowódcy II Armii WP. Pierwszy mój kontakt z regularnymi żołnierzami Armii Czerwonej można uznać za klasyczny. Właśnie schodziłem z placówki, gdy natknąłem się na zabiedzonego sołdata z "mieszkiem" na plecach i karabinem na ramieniu. Zobaczywszy mnie zawołał:
"Kuda na Berlin?"
W odpowiedzi kiwnąłem ręką na zachód, a on apatycznie ruszył dalej. Stanowił element sowieckiej taktyki wojskowej: najpierw szli bezplanowo i bezładnie pojedynczy żołnierze, za nimi coraz liczniejsze ich grupy, dalej już regularne oddziały o większej sile, zaś na końcu większe związki taktyczne. W zależności od oporu, na jaki natrafiali, albo go przełamywali w marszu, albo też zalegali w polu czekając na idące za nimi większe siły. W ten sposób narastał nacisk, aż do przełamania linii obrony.
Sytuacja na tyle dojrzała, że nasz Dowódca wraz z lekarzem pojechali do sztabu radzieckiej jednostki, aby omówić warunki wspólnej walki. Podczas jego nieobecności pojawili się u nas oficerowie, tzw. "berlingowcy". Zastępca dowódcy kazał nam stawić się na apelu i pozwolił tym oficerom do nas przemówić. Krótko mówiąc, zaproponowali nam przejście pod rozkazy gen. Berlinga. My zaś zapytaliśmy ich, czy im coś wiadomo na temat zwolnienia nas przez Naczelnego Wodza gen. Sosnkowskiego ze złożonej przysięgi? Było to tak, jakbyśmy mówili w różnych językach. "Berlingowcy" odjechali, a my rozeszliśmy się na kwatery. Po pewnym czasie pojawił się nasz lekarz z rozkazem mjr. "Mlillera", abyśmy złożyli broń. Na takie dictum jego zastępca pozbawił majora dowództwa. Później okazało się, że ten rozkaz nie pochodził od majora, lecz lekarz poszedł na współpracę z Sowietami, a naszego Dowódcę uwięziono. Miało to tragiczne następstwa, o których dowiedziałem się pośrednio.
Nad ranem ogłoszono alarm, bowiem wieś została otoczona przez czołgi i krasnoarmiejców. Ogarnęliśmy się szybko, zabraliśmy broń osobistą i przedostaliśmy się pojedynczo lub małymi grupkami przez otaczający nas pierścień wojsk. Mieliśmy namiar na nowy punkt koncentracji, aleja straciłem kontakt z kolegami i nie dotarłem na miejsce. Przyczyna była prozaiczna: ciężkie buty kawaleryjskie paskudnie odcisnęły mi palec u nogi, w którym rozwinęło się ropne zakażenie; zdołałem dowlec się do najbliższej wsi, ukryłem się w stodole i... straciłem przytomność. Majaczyłem i jak przez mgłę pamiętam, że nachylał się nade mną i poił gorącym mlekiem jakiś wąsaty mężczyzna, okazało się że gospodarz. Gdy trochę doszedłem do siebie, gospodarz przyprowadził mojego kolegę z oddziału i on się mną dalej opiekował. Gdy wrzód pękł i wylała się ropa, palec zaczął się goić i wkrótce byłem zdrów, jak ryba. Nie ma to jak młodość! Dowiedziałem się, że major "Miiller" po krótkim okresie wolności ponownie został aresztowany, a Oddział rozproszył się. Opiekujący się mną kolega, mieszkający w tych stronach, wrócił do domu, a ja boso - z butami na plecach - ruszyłem ku Warszawie.
Nie było to łatwe zadanie, bowiem na wąskim obszarze między Bugiem a Wisłą zalegała Armia Czerwona z całym zapleczem i służbami bezpieczeństwa. Byli dosłownie wszędzie, nawet w leśnych ostępach i bezdrożach, których tak unikali Niemcy. Największe zagrożenie stanowiły tzw. "dzieci pułku" (przygarnięci przez oddziały chłopcy-sieroty), bowiem byli bardzo ruchliwi i wścibscy, i gdy zauważyli coś podejrzanego - donosili o tym, gdzie trzeba.
W drodze spotkałem błąkających się żołnierzy AK, którzy bądź uszli z Wileńszczyzny, bądź uniknęli losu np. swoich kolegów z 27 Dywizji Wołyńskiej. Wielokrotnie nas zatrzymywano, ale udawało nam się uciec albo "wyłgać", gdy przesłuchujący nie należał do zbyt dociekliwych. Ja miałem przygotowaną "bajeczkę", potwierdzoną moją "lewą" kenkartą, z której wynikało, że przed wojną mieszkałem w Gdyni. Mianowicie wyjaśniałem, iż ojca osadzano w obozie, a ja wraz z matką zostałem wysiedlony do Generalnego Gubernatorstwa. Zamieszkaliśmy w Warszawie, skąd od czasu do czasu wyprawiałem się w okolice Łukowa, by taniej zakupić żywność. W czasie ostatniej wyprawy działania wojenne odcięły mnie od domu i matki. Ta "historyjka" po części usprawiedliwiała moją chęć dotarcia do Warszawy.
W ostatniej dekadzie lipca oddziały marszałka Rokossowskiego przekroczyły Wisłę, stworzyły przyczółki zamierzając oskrzydlić stolicę. Jednak na wieść o wybuchu Powstania Warszawskiego Stalin zmienił pierwotny zamiar. Swoje postępowanie tłumaczył opinii międzynarodowej, że jest to następstwem przegranej bitwy pancernej, jaka toczyła się między Wołominem a Radzyminem. Na początku sierpnia dotarłem pod Mińsk Mazowiecki. Schodziły się tu dwie ważne drogi: siedlecka i lubelska. Na własne oczy widziałem, jak oddziały sowieckie cofnęły się - bynajmniej nie pod naporem nieprzyjaciela - i zajęły budowaniem "umocnień". Po prostu front zatrzymał się.
Niestety, bezskutecznie próbowałem dostać się na przedpola Warszawy. Nie wiedziałem, że w ówczesnej sytuacji było to po prostu niewykonalne. W czasie wędrówki spotkałem kilku kolegów, akowców, z którymi "zadekowałem się" na noc w opuszczonym budynku gospodarskim w okolicy Miłosnej. Jednakże ktoś nas zauważył, po czym zostaliśmy otoczeni przez "polską" milicję i oddani w sowieckie ręce. Zapakowano nas na ciężarówki i zawieziono na Majdanek. Nie pamiętam dokładnej daty, na pewno było to w sierpniu.
Obóz w Majdanku usytuowany był przy szosie Lublin-Zamość. Po drugiej stronie szosy znajdowały się tereny lotniska wojskowego. Akowcy, którzy uczestniczyli w wyzwoleniu Lublina, wzięli do niewoli SS-manów należących do załogi obozu i kazali im wydobyć z ziemi rozkładające się szczątki rozstrzelanych tuż przed wyzwoleniem więźniów. Później SS-manów tych publicznie powieszono na kominach krematorium.
Właśnie na tej szosie biegnącej obok obozu zginął poeta Lucjan Szenwald, przedwojenny komunista, w owym czasie oficer polityczno-wychowawczy w Armii Berlinga. Jechał samochodem do Lublina; został zatrzymany wraz ze swoją ekipą przez sowieckich żołnierzy i gdy nie chciał wysiąść z samochodu, zabito go serią z Pepeszy. Przeczytałem potem w prasie, że zginął bohaterską śmiercią w walce z okupantem, a przecież tego morderstwa dokonano niemal na naszych oczach i obóz "szumiał". Wydarzenie to nie wróżyło nic dobrego na przyszłość.
Gdy przywieziono nas do Majdanku rozmieszczono nas w barakach po SS-manach przy tej właśnie szosie. Pilnowali nas żołnierze w polskich mundurach, ale wydaje mi się że byli to raczej Białorusini dowodzeni przez radzieckich oficerów. Spotkałem tam też Polaków, byłych partyzantów, wcielonych do tworzącej się wtedy II Armii. Nie wiem, czy mogli wychodzić poza teren obozu i jaki mieli status. Gdy tylko mogli, pomagali nam.
Dzień rozpoczynaliśmy modlitwą i pieśnią "Kiedy ranne wstają zorze", wieczorem również kazano nam się modlić i śpiewać nabożne pieśni. Aby utrzymać nas w ryzach zastosowano z iście azjatycką perfidią bardzo prosty zabieg; jedzenie dostawaliśmy raz dziennie: kawałek chleba i jakaś zupa. Złe warunki sanitarne i żywieniowe powodowały, że wszyscy bez wyjątku cierpieli na biegunkę. Jak wyglądał obóz przy takiej "epidemii", można sobie wyobrazić. My zaś leżeliśmy wyczerpani przed barakami i grzaliśmy się w słońcu.
Sowieckie obozy różniły się od niemieckich obozów śmierci tym, że spełniały jednocześnie różne funkcje: nie tylko katowni, ale i miejsca, w którym dokonywano selekcji na wywózkę, obozu internowania, miejsca biologicznego wyniszczenia, a także jako środek pacyfikacji społeczeństwa przez zastraszanie. Żołnierzy oddzielano od oficerów, o których później nie było żadnej wieści. Kilku oficerów ukryło się między nami i trzeba było być bardzo ostrożnym i wystrzegać się "kapusiów". Wzywano nas na przesłuchania do spec-oficerów. Ja także to przeszedłem. Gdy stanąłem przed radzieckim oficerem zorientowałem się, że to człowiek bystry i niebezpieczny. Nie miałem doświadczenia w rozmowie z takimi ludźmi, ale wiedziałem, że nie wolno chwalić się sukcesami bojowymi, bowiem każdy sprawny żołnierz AK stanowił dla Armii Radzieckiej potencjalne zagrożenie. Najlepszą strategią przy tych przesłuchaniach było "udawanie głupka". Powtórzyłem mu swoją opowieść o ojcu w obozie koncentracyjnym i matce w Warszawie. Nie wiem, czy uwierzył, w każdym razie stwierdził, że potrzebują takich jak ja, pójdę więc do Oficerskiej Szkoły Broni Pancernej w Riazaniu. Rzeczywiście była w Riazaniu szkoła oficerska, ale wiedziałem też, że nieopodal znajdował się jeden z najcięższych obozów, w którym więziono członków AK.
Nie miałem innego wyjścia, tylko "wiać", jednakże realizacja zamysłu nie należała do łatwych. Na szosie do Lublina był punkt wartowniczy ze szlabanem, kontrolujący ruch pieszy i kołowy nawet w nocy. Obóz okalał płot z drucianej siatki, ale nie pod napięciem, z niezbyt gęsto rozstawionymi wewnątrz obozu strażnicami. Podkradłem się w nocy pod siatkę i zrobiłem w niej dziurę. Następnego dnia wziąłem rulon tytoniu (zdobyłem go w zamian za jedyną parę półbutów) i dwie książki; w porze obiadu pewnym krokiem podszedłem do upatrzonego strażnika, kontynuującego leniwy spacer wzdłuż wewnętrznej linii drutów, i bez słowa wcisnąłem zaskoczonemu tytoń do ręki. Błyskawicznie prześlizgnąłem się przez druty i stanąłem nieruchomo z drugiej strony, czekając na jego reakcję; nie chciałem, żeby odruchowo strzelił do mnie. Strażnik zdębiał, upuścił tytoń na ziemię i po chwili wahania, nie patrząc w moją stronę, podjął swoją wędrówkę wzdłuż ogrodzenia. Myślę, że o jego zachowaniu zdecydował ten tytoń, z którego posiadania, gdyby wszczął alarm, musiałby się gęsto tłumaczyć. Szedłem spacerowym krokiem, z książkami w ręku - markując, że je czytam, rozglądałem się wkoło siebie. Na drodze zobaczyłem dwie dziewczyny, dołączyłem do nich niedaleko szlabanu i zacząłem pleść jakieś "dusery". One, jak to młode panny, zaczęły się chichotać. I tak minęliśmy szlaban.
Lublin był siedzibą władz centralnych nowego reżimu. Miałem kontakt w tym mieście z podziemiem niepodległościowym, ale nie musiałem z niego skorzystać, bowiem spotkałem na ulicy kolegę mojej siostry, Siwadłowskiego, który zaprowadził mnie do mieszkania jakiegoś doktora. O nic nie pytałem, ale później się dowiedziałem, że był to Delegat Rządu Londyńskiego. (Gdy kilka miesięcy później, w drodze do Krakowa, po raz drugi zapukałem do Jego mieszkania, zastałem tylko żonę i córkę. Doktor, skazany w kapturowym procesie, został stracony. Siwadłowskiego wywieziono do ZSRR, skąd szczęśliwie wrócił).
Dostałem nowy "lewy" dowód i ruszyłem do Warszawy. Dotarłem do Pragi, już zajętej przez polskie oddziały. Tymczasem marszałek Rokossowski za przerzucenie, zresztą małego tylko oddziału żołnierzy, na drugą stronę Wisły dla wsparcia walczących powstańców na przyczółku Czerniakowskim odwołał gen. Berlinga; zastąpił go gen. S. Popławski (prawdziwe nazwisko Siergiej Grochów).
Próbowaliśmy przedostać się przez Wisłę do lewobrzeżnej Warszawy; rzecz jasna pod osłoną nocy i to wpław, bowiem mosty zostały wysadzone przez Niemców po dokonanej rzezi na Woli i Ochocie. Nie było łatwo, bowiem z przodu ostrzeliwujący Niemcy, z tyłu - patrole sowieckie. Nie sposób opisać tu wszystkiego, co przeżyliśmy, bowiem brak miejsca na to nie pozwala. Dla zobrazowania tamtych dni przytoczę jeden przykład:
"przygodę", jaka przydarzyła się dwóm moim kolegom, uciekinierom z Majdanka. Gdy wpadli w ręce funkcjonariuszy NKWD, w czasie przesłuchania jeden z sowieckich oficerów oderwał zdjęcie z Kennkarty, spreparowanej w Lublinie. Z tyłu zdjęcia była wybita data jego wykonania, przez co wszystko się,,sypnęło" i koledzy nie mieli innego wyjścia, jak przyznać, że są partyzantami, a nie niemieckimi dywersantami. W ich obecności rozgorzał spór: czy należy ich rozstrzelać, czy też nie. Jeden z oficerów uważał, że może to i prawda, co powiedzieli moi koledzy, lecz "dla pewności" trzeba ich zlikwidować. Drugi natomiast sprzeciwił się, że to "nielzia". W końcu ten ostatni przeforsował swoje zdanie. Jeden z nich wyglądał na Wielkorusa, drugi na Żyda i po prostu nie lubili się. Nigdy nie wiadomo, co może człowiekowi życie uratować.
W trzeciej dekadzie września wiedzieliśmy już, że upadek Powstania jest tylko kwestią czasu. Niemcy, gdy doszli do wniosku, że Polacy nie są już dla nich groźni, w ulotkach zaczęli ujawniać zbrodnie popełnione na naszej ludności przez obywateli radzieckich, służących w hitlerowskich siłach zbrojnych:
Kałmuków, Własowców, Kozaków, "SS Galizien", RONA itp. (było ich około 800 tyś.). Aby lepiej do siebie usposobić Polaków, uznali 25 września walczących akowców za kombatantów. Alianci uczynili to dzień później. Związek Radziecki nigdy takiego oświadczenia nie złożył. Mimo że przed wybuchem Powstania komunistyczna radiostacja "Wanda" nawoływała do zbrojnego zrywu przeciw okupantowi, gdy doszło do starcia, ograniczyli się wyłącznie do nadawania przez megafony pieśni, jak "Warszawo, ty moja Warszawo"... Zorganizowali dwa zrzuty dla ginącej stolicy, ale dopiero z 13/14 oraz 28/29 września - za późno, żeby mogły pomóc. Na wieść, że gen. Bór-Komorowski kapituluje, komunistyczna propaganda z zajadłą wściekłością nazwała Go zdrajcą i sprzedawczykiem. A przecież w Warszawie zginęło więcej ludzi niż w Hiroszimie...
W Siedlcach zameldowałem się u por. "Jerzego". Nigdy nie poznałem jego nazwiska, wiem tylko, że był z oddziałów "Uderzenia". (Do dziś pamiętam fragment refrenu ich pieśni: "To wymarsz Uderzenia. I mój i mój i mój. W ten ranek tak słoneczny piosenka nasza brzmi"). B, Piasecki, przed wojną przywódca radykalnego odłamu ruchu narodowego ONR-Falanga, w czasie wojny zmienił poglądy i zorganizował oddziały "Uderzenia", które weszły w skład AK; działały głównie na wschodnich rubieżach kraju. Skupił wokół siebie bardzo bojową i utalentowaną młodzież, przede wszystkim warszawską, spośród której można wymienić takich poetów, jak Gajcy-Topornicki, czy Łomień-Trzebiński. Piasecki, internowany w Związku Radzieckim, poszedł na układ z osławionym generałem I. Sierowem2424 (za Chruszczowa - pacyfikatorem Węgier), powrócił do Kraju i odegrał w PRL niechlubną rolę prezesa PAX-u. Postać tragiczna, gdyż w okresie "Października", w dotąd niewyjaśnionych okolicznościach, zamordowano jego syna.
W opisywanych przeze mnie czasach opcje polityczne nie miały szczególnego znaczenia. Po prostu w obliczu zagrożenia podejmowało się wyzwanie i wykonywało konkretne zadania, jakie życie stawiało. Należy przypomnieć, że na Bugu była granica, na Wiśle front, w środku zaś ogromna Armia Radziecka. PKWN wydał 30 października dekret "o ochronie państwa" z mocą obowiązującą od 15 sierpnia, w którym na 18 artykułów 11 przewidywało karę śmierci.
Żołnierzy AK tropiono w tym czasie ze szczególną zajadłością, przy czym najbardziej narażeni byli ci z nich, którzy pochodzili z terenów leżących poza Bugiem i Wisłą. Jako że nie mieli oni żadnych rodzin, ani innego oparcia na tym terenie, trzeba było im pomóc; przede wszystkim trzeba było zapewnić im cywilne ubranie, bowiem mundury bardzo rzucały się w oczy; trzeba było również znaleźć dla nich miejsce, gdzie mogliby przetrwać do końca wojny. Nie ograniczaliśmy się jedynie do tego rodzaju pomocy, czasami były organizowane akcje wykupywania lub nawet odbijania więzionych kolegów.
Potrzebne środki były zdobywane różnymi sposobami. Handlowaliśmy nawet drewnem z "bunkrów" postawionych przez sowieckich saperów dla przemieszczających się oddziałów. Pewnego razu ledwo uszliśmy z życiem, bowiem w miejscu, w które się podkradliśmy, przygotowano na nas zasadzkę. Na nasze szczęście jeden z bojców za wcześnie zaczął strzelać, dzięki czemu zdołaliśmy się wycofać.
Szczególne warunki tworzą szczególne sytuacje. Pozbawieni dowództwa młodzi chłopcy, ścigani jak wściekłe psy, "odgryzali się"jak potrafili. Stali jednak na straconych pozycjach. Dla ich dobra trzeba było takie grupy poddać kontroli i chronić przed zagładą.
Otrzymałem od "Jerzego" polecenie, aby nawiązać kontakt z młodym człowiekiem, który skupił wokół siebie grono rówieśników. Spotkałem się z nim, i gdy rozmawialiśmy w tylnym pokoju weszła jego siostra i ostrzegła nas, że przed chwilą opuściła mieszkanie młoda kobieta, oferująca zakup "ciuchów"; w pewnym momencie, gdy jej torebka szerzej się otworzyła, siostra zauważyła w środku pistolet. Powiedziałem chłopcu, aby natychmiast wyszedł z mieszkania, sam też wyszedłem. Miałem przy sobie powielone instrukcje, musiałem niezwłocznie pozbyć się ich. W małych miasteczkach wiele domów miało wspólny klozet na podwórzu, poszedłem więc tam i wrzuciłem "trefne" papiery do szamba. Chwilę odczekałem i wyjrzałem na zewnątrz. Nic się nie działo. Myślałem, że to fałszywy alarm, ale jak się później okazało, ubecy tymczasem wpadli do mieszkania i złapali tego chłopaka. Jako że byłem pewien, że w mieszkaniu nie ma już mojego rozmówcy, nie poszedłem - na moje szczęście - na górę. Po południu spotkałem na ulicy ich krewną, która mnie ostrzegła. Obserwowałem ten dom przez kilka dni i gdy upewniłem się, że nie założono tam "kotła", wszedłem, by dowiedzieć się czegoś więcej. Była to rodzina inteligencka, wysiedlona z Poznania. Ojciec po kampanii wrześniowej dostał się do Oflagu. Matka, płacząc, powtarzała w kółko: "Co ja powiem mężowi, gdy wróci, że nie upilnowałam syna?".
Ekstremalne i patologiczne działania często wywołują takież reakcje. Było to 20 października, datę dobrze pamiętam, bo to dzień moich imienin. Wracałem pociągiem towarowym z Białej Podlaskiej, bowiem w tej okolicy zamierzaliśmy umieścić kilku naszych "podopiecznych". Leżałem na słomie wśród radzieckich żołnierzy, pochodzących chyba z Kaukazu. Nie bałem się tych prostych sołdatów, bo nie miałem nawet porządnej koszuli na grzbiecie, a poza tym odnosili się do mnie z sympatią. Bardzo pięknie śpiewali (melodia do dziś pobrzmiewa mi w uszach). Gdy rankiem pociąg przejeżdżał przez Siedlce, wyskoczyłem. Od razu natknąłem się na znajomego, "Kadeta". Zdziwiło mnie to spotkanie w mieście, bowiem został skierowany na kwaterę do gospodarza w okolicy. Byłem głodny jak wilk, "Kadet" kupił mi ciastka (ja bym wolał porządny kawałek zwykłego chleba). Potem zaprowadził mnie do swojego wynajętego pokoju. Byłem coraz bardziej zdziwiony. Zapytałem, skąd ma na to pieniądze? Przyznał, że ma zamelinowane Parabellum i wieczorami penetruje różne odludne miejsca, polując na NKWD-zistów, gdyż mają najbardziej wypchane portfele. Nic się na to nie odezwałem. Gdy udałem się do "Jerzego", aby mu zdać meldunek z wyprawy, zastałem go wściekłego: "Mam kilkunastu chłopaków, których nie zdążyłem jeszcze przerzucić na meliny, a "jakiś taki-syn" strzela NKWD-zistów. Latają po mieście jak wściekli i chłopaki mogą wpaść w ich łapy. I wiesz, co się z nimi stanie?". Odpowiedziałem mu, że przyprowadzę winowajcę. Wróciłem do "Kadeta" i kazałem mu iść ze mną. Gdy stanęliśmy przed dowódcą, powiedziałem krótko: "To on". "Jerzy" zrugał chłopaka "jak burą sukę" i zakończył słowami: "Wracasz tam, skąd przyszedłeś, a jak Cię spotkam w Siedlcach, to osobiście rozwalę". Każdy wiedział, że z "Czarnym Jurkiem" nie ma żartów. Gdy "Kadet" odchodził, popatrzył z obrzydzeniem na mnie i wycedził przez zęby: "Świnia!". W pewnym sensie miał do tego prawo.
Jako że skończyłem szkołę rolniczą, Państwowa Rada Narodowa w Siedlcach skierowała mnie do Krześlin w charakterze inspektora rolnego. Dowiedziałem się, że tam, w dawnych dworskich piwnicach na ziemniaki uwięzieni są żołnierze AK, toteż otrzymałem polecenie rozpracowania terenu. Następnie pewnej nocy przyszli nasi ludzie i uwolnili uwięzionych. Wiecznie pijany komandir, bestia w ludzkim ciele, toczył po nas przekrwionym wzrokiem i złorzecząc powiedział, że na pewno ktoś ze wsi musiał być w zmowie z "faszystowskimi bandytami" i że on go złapie. Cóż, miałem świadomość, że niebawem dojdzie do wniosku, iż jestem na tym terenie obcy, toteż po dwóch dniach dałem nogę.
Po nowym roku ruszyła radziecka ofensywa. 17 stycznia 1945 r. Sowieci zajęli zgliszcza Warszawy. 18 stycznia wkroczyli do Krakowa. Czas było wracać do domu. Odcinek z Wieliczki do Krakowa zajął mi cały dzień, bo mocno mi doskwierała potłuczona noga. Na szczęście miasto uniknęło większych zniszczeń. Jednakże wśród zburzonych domów znalazła się i ta przy ul. Studenckiej, gdzie mieszkała moja rodzina. Po raz trzeci wszystko straciliśmy. Matka przeniosła się na ul. Żuławskiego, do mieszkania wynajętego od księcia Radziwiłła, właściciela Balic (kilka dni potem wywieziono go do Związku Radzieckiego, skąd już nie powrócił).
Miałem 21 lat i nie wiedziałem, że wraz z całym polskim społeczeństwem przeżyję bez mała 50 lat pod "dyktaturą proletariatu".
Patrząc z perspektywy lat można by zapytać o sens naszych poczynań? Wydaje mi się, iż na tak postawione pytanie trudno uzyskać racjonalną odpowiedź. Moje, wtedy jeszcze młode pokolenie było pierwszym zrodzonym w Wolnej Ojczyźnie. Lektury, jak np. Lord J'im Conrada wychowały nas w przekonaniu, iż bez względu na okoliczności powinniśmy być wierni sobie i wyznawanym zasadom.
W dzisiejszym świecie zdominowanym przez utylitaryzm i relatywizm etyczny postawa ta wydaje się anachroniczna. Może jest to dla wielu wygodne i pociągające, ale czy rzeczywiście rozsądne? Gdyby wszystkie narody, unikając ofiar, kapitulowały w starciu z totalitarną przemocą-po jego tryumfie zostałyby unicestwione.
Nietrudno też zauważyć, że dominujący dziś światopogląd nie chroni ludzkości, a więc i nas, przed coraz bardziej narastającymi zagrożeniami. Problem bowiem nie leży w gotowości ponoszenia ofiar, ale w ich marnotrawieniu. Pięćdziesiąt lat temu stało się tak z winy cynicznych i krótkowzrocznych "sojuszników". Zryw "Października", jak tego dowodzi Powstanie Węgierskie i Praska Wiosna, nie pozwalał jeszcze na zrzucenie obcego jarzma. Jednak zaprzepaszczenie owoców lat 1979-1989 zawdzięczamy tylko sobie. Ktoś kiedyś dość pesymistycznie stwierdził, że "My Polacy nie przeoczymy żadnej okazji, aby przeoczyć każdą okazję".
Do druku przygotował Zdzisław Chwastowski przy współpracy Krzysztofa Wędrychowskiego
Od Redakcji.
Pragniemy przytoczyć jeszcze jeden fragment z cytowanego opracowania:
Losy okupacyjne wielu absolwentów Szkoły nie są niestety znane, szczególnie tych, którzy byli aktywnymi działaczami ZWZ-AK i ZJ-NSZ (Związku Jaszczurczego-Narodowych Sił Zbrojnych). Wpływały na to niewątpliwie pierwsze lata powojenne, kiedy pewna ilość Czernichowian kontynuowała pracę na rzecz odzyskania pełnej niepodległości i suwerenności. W walce tej i postawie pozostawali oni nieugięci przez wiele lat. Byli za to represjonowani i prześladowani. Franciszek Ksawery Piekielnik-Bukowiecki ps. "Knieja", Jan Kanty Steczkowski ps. "Sokrates" i Ryszard Kozłowski ps. "Świt" zostali aresztowani w Krakowie i w 1946 roku oskarżeni o przynależność do tajnej nielegalnej antypaństwowej organizacji AK, która zamierzała " obalić ustrój demokratyczny Państwa Polskiego i Rząd Jedności Narodowej", oraz za redagowanie tajnych pism: "Sygnały", "Wiadomości" i "Przebojem". Wydawnictwa te "miały podkopywać lojalność społeczeństwa i autorytet rządu", za co zostali skazani na sześć, pięć i cztery lata więzienia. Szczęśliwie zostali niebawem zwolnieni na mocy amnestii.
1
Szkoła Rolnicza w Czernichowie w zamyśle Niemców miała dawać wykwalifikowane siły do prowadzenia, pod ich nadzorem, gospodarstw rolnych, które miały być tworzone na zdobytych ziemiach na Ukrainie. Niezależnie od oficjalnego szkolenia w zakresie rolniczym prowadzone było tajne nauczanie na poziomie gimnazjalnym. Muszę powiedzieć, że "małą" maturę zrobiłem dzięki p. Wesołowskiemu, który mi pewnego dnia powiedział: "Mecenasie (nie wiem dlaczego, ale tak mnie nazywał) albo zrobicie małą maturę, albo nie zrobicie Czernichowa i małej matury". Cóż było robić - zrobiłem.
2
Żołnierz I Brygady Legionów, był uczestnikiem kampanii ukraińskiej i bolszewickiej oraz walczył w trzecim Powstaniu Śląskim. Za wykazane bohaterstwo został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, trzykrotnie Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem Niepodległości.
3
Po wojnie wyjechał na ziemie zachodnie, gdzie był aresztowany.
4
Szerzej o działalności szkoleniowej informacje podajemy w formie wyciągu z książki: Szkoła Rolnicza w Czernichowie im. F r. Stefczyka. Zarys historii 1860-1995, zebrał i opracował Jan Jarosz, Kraków-Czernichów 1995. Rozdział opracowany przez Józefa Hyla, "Czernichowski Ośrodek konspiracyjny Związku Walki Zbrojnej - Armii Krajowej, str. 34-35 i 38. (Red.).
5
W tym miejscu odsyłamy Czytelników na koniec artykułu, gdzie zamieszczono dalsze informacje z cyt. książki, dotyczące okresu po 1945 roku. (Red.).
6
Obecnie członek Prezydium ŚZŻAK (Red.).
7
Jan Jarosz na str. 36 podaje: "W czerwcu 1944 roku, bezpośrednio po zakończeniu nauki, siedmiu podchorążych (Stanisław Białecki, Władysław Białecki, Kazimierz Gałuszka, Artur Lipowski, Marian Purbaix, Jan Kanty Steczkowski i Zbigniew Sroczyński) wstąpiło na terenie Podlasia do oddziału partyzanckiego mjr. Konstantego Witkowskiego ps. "Muller", który w ramach odtworzenia sił zbrojnych (OSZ) miał organizować 35 Pułk Piechoty. Podczas działań "Burzy" uczestniczyli oni w kilku akcjach dywersyjnych i potyczkach z cofającymi się oddziałami żandarmerii, Wehrmachtu i ostlegionów".
8
35 pułk piechoty wchodził w skład 9 Dywizji Piechoty, którą dowodził generał L. Bittnerps. "Halka" - w 1944 roku aresztowany i osadzony na Majdanku.
9
Karnej - tzn. zajmującej się dyscyplinowaniem społeczeństwa, m.in. likwidacją konfidentów, zwalczaniem band, ochroną ludności.
10
Po przejściu marszałka Badoglio na stronę Aliantów zdezerterowali, dostali się do francuskich "maquis". Złapani i transportowani do jednego z obozów na terenie Generalnej Guberni zostali odbici.
11
Por. Zygmunt Teodorowicz, patrz: Jerzy Sroka, Podlaska Dywizja Piechoty Armii Krajowej, Biała Podlaska 1995, s. 341.
12
Opis naszych działań przytoczę z książki Edwarda Korpatha, Pawtowski i inni, Pruszków 1995, s. 118: "W nocy z 11 na 12 lipca II i III bataliony 35 pp, liczące 170 żołnierzy, dowodzone przez mjra "Mullera", przeszły do wsi Strzakały, bliżej Międzyrzeca, który miały zdobyć w ramach "Burzy". 14 lipca zorganizowano zasadzkę na kierunku z Brzozownicy na szwadron Własowców. Oddział 20 żołnierzy z "Wiarusem" z III batalionu zamknął drogę, a oddział 40 żołnierzy pod dowództwem por. "Kruka" urządził zasadzkę obok drogi, zaś II batalion kpt. "Beja" zamknął im powrót do lasu. Szwadron został rozbity, zdobyto broń o konie. Pułk ruszył w kierunku Międzyrzeca. Po drodze dotarł patrol plut. Henryka Narojka "Podmucha" informując o sytuacji w mieście. "Muller" wysłał wzmocnioną drużynę Kedywu do miasta, a reszta pułku zajęła kwatery we wsi Dębowierzch. Tu doszło do pierwszego spotkania z czołówką ACz. Do pułku dotarł płk Kazimierz Tumidajski "Marcin", który brał udział w rozmowach "Mullera" z ACz o akcji na Międzyrzec. 16 lipca wieczorem pułkownik ruszył do Osin, gdzie kwaterował do 18 lipca. Pluton II batalionu por. Leona Sołtysiaka "Groma" urządził wypad na stację Bedino, opanował ją i zatrzymał pociąg. Po walce wzięto do niewoli 12 Niemców, zdobyto broń i amunicję. Oddział "Groma" uderzył na stację w momencie walk ACz o Międzyrzec. Zdobył następnie tartak rozbrajając ochronę i biorąc do niewoli kilku Niemców. "Kruk" z oddziałem 20 żołnierzy (z III batalionu) zatrzymał pociąg w Jaśkach na linii do Łukowa. Po walce wziął do niewoli 9 Niemców oraz zdobył 3 Ikm, 7 rkm, kilka kb i amunicję. Jeńców postanowiono przekazać ACz. Pułk przeszedł do Lipniak. "Mliller" z "Sową" udali się do Białej, gdzie stacjonowało dowództwo 9 DP na czele z gen. "Halką". 19 lipca 20-osobowy oddział st. sierż. Henryka Potasińskiego "Skóry" w lesie koło majątku Kostunina rozbił oddział niemiecki. Zaskoczonych kilku esesmanów popełniło samobójstwo, a 11 żołnierzy Wehrmachtu wzięto do niewoli. Na 20 lipca zarządzona została mobilizacja oddziałów z rejonów, które kierowano do Lipniak. Drużyna (następnie pluton Kedywu plut. Henryka Narojka) została przydzielona jako oddział ochrony sztabu 35 p.p.".
13
Konstanty Rokossowski w latach 50. był inspiratorem szeregu procesów i kaźni kilkudziesięciu polskich wyższych oficerów, głównie marynarki, lotnictwa i wojsk technicznych. Najbardziej zaciekle tępiono tych, którzy przeszli do służby w Kraju z Armii Polskiej na Zachodzie. Byt to dalszy ciąg zaplanowanej akcji niszczenia polskich sił zbrojnych, rozpoczętej w Katyniu i innych miejscach zagłady naszych oficerów. Początkowo ich miejsce zajęli oficerowie radzieccy, następnie zastąpili ich Janczarzy szkoleni w sowieckich akademiach wojskowych. Jeżeli bliżej przypatrzyć się przebiegowi bitwy pod Lenino, zdobywaniu Kołobrzegu, forsowaniu Odry, rajdowi na Budziszyn i innym tego rodzaju akcjom, to wyraźnie widać, jak z militarnego punktu widzenia niepotrzebnie narażano polskich żołnierzy na zdziesiątkowanie. Nawet pod sowieckim kierownictwem stanowili potencjalne zagrożenie i nie mogli prezentować realnej siły. Tego rodzaju postępowanie było konsekwentnie realizowane aż do ostatnich lat istnienia LWP, choć już nieco innymi, bardziej perfidnymi metodami /J.S./.
14
Andrzej Albert (Wojciech Roszkowski), Najnowsza Historia Polski 19J4-J993, s. 559: "Zapowiedziana w "Manifeście" idea powołania do życia Krajowej Rady Narodowej jako "reprezentacji" Polaków została zrealizowana w nocy z 31 XII na 11 1944 r. w Warszawie. W skład KRN weszli działacze PPR, kilku odstępców z RPPS i kryptokomunistów z SL "Wola Ludu", a także grono bezpartyjnych klientów Stalina. Przewodniczącym KRN został Bolesław Bierut, postać tajemnicza, o którym wiadomo, że byt agentem Kominternu i NKWD w przedwojennej Polsce oraz wywiadu radzieckiego w Mińsku pod okupacją niemiecką. Bierut ukrywał zresztą swój udział w PPR. Wiceprzewodniczącym został Edward Osóbka-Morawski (RPPS), a członkami prezydium KRN: kryptokomunista Władysław Kowalski (SL) oraz gen. Michał Rola-Żymierski, odsunięty z przedwojennego Wojska Polskiego za nadużycia, prawdopodobnie od końca lat trzydziestych związany z wywiadem radzieckim, a w czasie okupacji odrzucony przez AK, BCh i NSZ".
15
Patrz: A.K. Kunert, Ilustrowany przewodnik..., s. 449: "W końcu 1943 r. plan powstania powszechnego zastąpiono planem "Burza". Od II 1944 realizowano plan "Burza". Kolejno, w miarę przesuwania się frontu wschodniego... (23-27 VII 1944) na Polesiu, Lubelszczyżnie, Podlasiu, Kielecczyźnie, w Krakowskiem".
16
Patrz: A.K. Kunert, Ilustrowany przewodnik..., s. 344: "Kalendarium: 14 VIII 1944. Warszawa, Rozkaz Dowódcy Armii Krajowej, wzywający oddziały AK do marszu na pomoc walczącej Warszawie, już 15 VIII 1944 zamieszczony przez wiele pism brytyjskich".
17
Patrz: A.K. Kunert, Ilustrowany przewodnik...,s. 6n: "Słownik. Żymierski (poprzednio Łyżwiński) Michał (1890-1989), "Rola", gen. LWP, marszałek Polski (3 V 1945). Od 1914 w Legionach Polskich, dowódca 3. i 2. pułku piechoty, w 1918 szef sztabu II Korpusu Polskiego na Wschodzie, od 1919 w WP, ostatnio drugi zastępca szefa administracji armii, w 1927 skazany za malwersacje i zdegradowany ze stopnia generała brygady do stopnia szeregowca. W 1932-1938 i 1942-1945 współpracownik wywiadu sowieckiego. W konspiracji naczelny dowódca Armii Ludowej, utworzonej 11/1944 i członek prezydium Krajowej Rady Narodowej (do 1947). Na czele delegacji KRN 5/6 VII 1944 odleciał do Moskwy. Od 21 VII 1944 naczelny dowódca LWP. Od 31 XII 1944 do 1949 minister obrony narodowej, w 1947-1952 poseł do Sejmu Ustawodawczego, w 1949-1952 członek Rady Państwa, w 1953-1955 więziony, od 1956 wiceprezes Narodowego Banku Polskiego. Zmarł w Warszawie. Obok Mariana Spychalskiego współautor zbioru: Wojsko Polskie J944-1947. Wybór rmkaww, przemówień i artykułów, " Prasa Wojskowa", Warszawa 1947.
18
Edward Jan Nalepa, Oficerowie Armii Radzieckie} w Wojsku Polskim 1943-1968, Warszawa 1995, s. 19: "Pierwszym generałem radzieckim przybyłym 15 sierpnia (1943) do służby w WP był gen. mjr (gen. bryg.) Karol Świerczewski, obywatel ZSRR narodowości polskiej, urodzony, ochrzczony i mieszkający do 18 roku życia w Warszawie...".
19
Ktoś mógłby powiedzieć, iż wyciągam zbyt daleko idące wnioski na podstawie obserwacji jednego odcinka frontu, jednakże stanowił on główny kierunek natarcia, a poza tym była to najkrótsza droga do centrum Niemiec, którą zresztą potem ruszono. Znane są również przypadki odmowy udostępnienia lotnisk samolotom alianckim, startującym z Brindisi, a także z Anglii ze zrzutami dla Powstańców, co zasadniczo utrudniało pomoc i powodowało duże straty w samolotach i ludziach. Zresztą Armia Radziecka zachowała się podobnie na wieść o wybuchu Powstania Słowackiego, zatrzymując się na Przełęczy Dukielskiej. Sowieci odnieśli jeszcze dodatkowe korzyści z tego półrocznego "zamrożenia" Frontu Wschodniego, mianowicie w tym okresie cały ciężar wojny w Europie spadł na zachodnich sprzymierzeńców, którzy 6 czerwca wylądowali w Normandii i do 24 lipca toczyli ciężkie walki o połączenie i poszerzenie zdobytych przyczółków. Nie bez znaczenia było dla nich również to, żeby nie przeszkadzać Niemcom w oczyszczaniu z oddziałów partyzanckich terenów leżących zaWisla. J ako przykład można podać ciężkie walki toczone ze zgrupowaniem AK Okręgu Radomskiego, czy likwidację "Rzeczypospolitej Kazimiersko-Proszowickiej".
20
Patrz: Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1976, t. 4, s. 350: "Szenwald Lucjan (1909-1944), poeta; członek grupy poetyckiej "Kwadryga", od 1930 działacz KZMP, od 1932 KPP; od 1941 w ZSRR, od 1943 kronikarz I Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki, brał udział w bitwie pod Lenino; w poematach, wierszach agitacyjno-politycznych i liryce patriotycznej i antyfaszystowskiej (Z ziemi gościnnej do Polski, 1944) nawiązywał do tradycji klasycznej i romantycznej; przekłady z literatury ang. i ros.; Pisma wybrane (1955), Wiersze wybrane (1964), Wiersze lityczne (1964)", (Red.)
21
Zastanawiające było, że przy żadnej okazji nie śpiewano Hymnu Narodowego, zastępując go Rotą. która była natrętnie lansowana, a słowo "Bóg" zastąpiono słowem "lud".
22
Już po wojnie spotkałem na ulicy w Katowicach naszą sanitariuszkę, która również była w obozie w Majdanku. W rozmowie powiedziała: "Przecież ty jesteś zupełnie normalny, kiedy jednak w obozie uczyłeś się z książek siedząc przed barakiem, myśleliśmy, żeś zwariował".
23
Patrz: Andrzej Albert, Najnowsza historia..., s. 595: "W armii "kościuszkowskiej" podjęto tymczasem inicjatywę pomocy dla powstańców. Rosjanie nie przeciwdziałali, gdy wobec rosnącego niezadowolenia aliantów zachodnich posunięcie takie było im nawet na rękę. 16 IX oddziały 3. dywizji WP zaczęty forsować Wisłę w rejonie mostów Poniatowskiego i Kierbedzia. Nie otrzymały jednak w ogóle wsparcia artylerii radzieckiej z Pragi. W rezultacie załamania się akcji po paru dniach utrzymywania przyczółków na Czerniakowie i Żoliborzu 3.7 tyś. nieprzygotowanych do walki w mieście żołnierzy "ludowego" WP zginęło. Śmierć tych żołnierzy i niepowodzenie akcji, do którego przyłożyło ręki dowództwo radzieckie, posłużyło jako argument o rzekomej i-iomocy dla powstania, a jednocześnie - dowód nieudolności i samowoli dowództwa WP. W konsekwencji bowiem 9 X władze radzieckie usunęły na cywilne stanowisko w PKWN dowódcę l. Armii gen. Berlinga, mianując na jego miejsce gen. Siergieja Grochowa z armii radzieckiej, który wystąpił jako Stanisław Popławski". Patrz również: W. Wołoszyn, Walki l Armii WP o Warszawę, "Wojskowy Przegląd Historyczny" 1958, nr 2; J. Nowak, Jesica w sprawie Berlinga., "Zeszyty Historyczne" 1977, z. 41, s. 211-215.
24
Patrz: Artur Leinwald: Przywódcy Polski Podziemnej prz.ed sądem moskiewskim. Warszawa 1992, s. 63: "Warto przypomnieć o jeszcze jednej dziedzinie działalności Sierowa, która na długie lata zaciążyła na życiu politycznym i społecznym w Polsce Ludowej. Gdy w listopadzie 1944 roku NKWD aresztowało Bolesława Piaseckiego, byłego przywódcę ONR i komendanta Konfederacji Narodu, Sierow zainteresował się jego osobą. Piaseckiemu groziła kara śmierci, a właśnie Sierow go ochronił i spowodował przekazanie władzom polskim (pisał o tym Micewski i wspominał Berman). A po pertraktacjach z Gomułką rozpoczął Piasecki swą bujną karierę w Polsce Ludowej".
