Gdzie są chłopcy z tamtych lat?

Jan Kanty Steczkowski

 Z Adamem Podgóreckim, profesorem Carleton University odwiedziłem w londyńskim apartamencie dr Andrzeja Ciechanowieckiego. Gospodarzowi domu, znanemu poliglocie, koneserowi sztuki i marszandowi, Kraków (zwłaszcza kościół w Mistrzejowicach), jak też warszawski Zamek zawdzięczają szereg inicjatyw i cennych darów. W krótkiej recenzji trudno by było wymienić Jego liczne światowe kontakty z "Very Important Persons", instytucje, w których działał i godności, jakimi został uhonorowany. W związku z niedawno wydaną książką rozmowa zeszła na wspomnienia. Mimo, iż minęło już pół wieku od omawianych wydarzeń, powinny one zainteresować nawet młodego człowieka, odnosiły się bowiem do bodaj pierwszego po wojnie studenckiego klubu dyskusyjnego wzorowanego na brytyjskich "Debating Societes". Mianowicie, młodzi ludzie z własnej woli organizują spotkanie, dla wysłuchania wybranego prelegenta, by z kolei przejść do najistotniejszej części zebrania - zaangażowanej, ale równocześnie kulturalnej i rzeczowej dyskusji.

 Krakowski odpowiednik tej koncepcji pojawił się wiosną 1947 roku pod nazwą "Klub Logofagów". Całkowicie jawny, za przedmiot debat przyjął szeroko rozumianą problematykę naukową, społeczną oraz humanistyczną ze sztuką włącznie. Jego pomysłodawcą, jednym z organizatorów oraz prezesem był podejmujący nas Gospodarz, w opisywanych czasach student Akademii Handlowej w Krakowie. Nie zaliczałem się do członków Klubu, ale zapraszano mnie na jego zebrania, jak też kolegowałem, a nawet przyjaźniłem się też z niektórymi jego aktywnymi działaczami. Niejeden kilometr przepłynęliśmy razem na mazurskich wodach oraz przeszli górskimi szlakami. Trzeba jednak zacząć "ab ovo". W niepewnych czasach przypadek rządzi ludzkimi losami. W styczniu 1945 roku "z lasu" powróciłem do Krakowa, zdałem maturę i podjąłem studia na Politechnice. W zamęcie ogólnej "wędrówki ludów" ze wschodu na zachód i powrotów do domu natknąłem się na kolegów - podchorążaków z Czernichowa i zdecydowaliśmy, że przed zapowiadanymi wyborami trzeba ludzi informować o rzeczywistej sytuacji politycznej i uzmysławiać im rozmiar terroru rozpętanego głównie przeciw "zbrojnemu podziemiu" i PSL-owi St. Mikołajczyka. Do chwili "wpadki" wydawaliśmy więc tajną gazetkę pod tytułem "Sygnały". Mieliśmy szczęście, bo po rocznym pobycie w różnych piwnicach zwolniono nas z racji ujawnienia się Krakowskiego Okręgu AK. Zostałem jednak relegowany ze studiów, stąd pozostała mi tylko "prywatna" Akademia Handlowa. W tym okresie była to uczelnia szczególna, gdyż stała się azylem dla późniejszych znakomitości w rodzaju Zbigniewa Herberta. Wykładali w niej prawdziwi profesjonaliści tacy, jak profesorowie Feliks Młynarski, czy Jerzy Fierich. Do dziś pamiętam gorące dyskusje toczone na ich seminariach, bowiem "okupacyjna" młodzież odczuwała potrzebę wzajemnej wymiany myśli. Poza tym kształcili nas profesorowie innych uczelni, głównie ze stanowiącego intelektualną potęgę Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, i z pozostałych ośrodków, z Akademią Górniczo-Hutniczą włącznie.

 W tych latach krakowskie środowisko akademickie tworzyło zintegrowaną całość. W miarę potrzeby oraz chęci studenci i pracownicy naukowi bez trudności przenosili się na wybrane kierunki studiów, uczelnie bowiem nie konkurowały ze sobą, lecz raczej się uzupełniały. Uniwersytet Jagielloński pełnił wśród nich należną rolę primus inter pares. Nic tędy dziwnego, że ten stan rzeczy w sposób jednoznaczny określi powstanie i rozwój omawianego Klubu oraz ukształtował jego oblicze. W organizacji i kierowaniu pomagali koledzy, a przede wszystkim - wtedy student AH - profesor Tadeusz Chrzanowski, pomysłodawca nazwy Klubu oraz znany na terenie Warszawy adwokat Aleksander Kiwerski, wtedy student prawa. Mieszkał w gmachu YMCA obok pracownika naukowego UJ i AH tarnopolanina Grzegorza Leopolda Seidlera. Ten ostatni zawiadywał tym obiektem i popierał omawianą inicjatywę, udostępniając salę na cotygodniowe zebrania. Wyróżniał się barwną i pełną temperamentu osobowością, a liczbą anegdot krążących na Jego temat można by wypełnić niejeden towarzyski wieczór. W początkach naukowej kariery admirator uznanych (ale nie w Związku Radzieckim) teoretyków prawa L.Petrażyckiego i J.Landego, po likwidacji YMCA zaskoczył otoczenie nieoczekiwanym wstąpieniem do Partii. Przemawiał ze swadą, ale jak by to określił pan Zagłoba "z dziwnym materii pomieszaniem". Przypominam sobie, że gdy otrzymywał doktorat honoris causa Akademii Ekonomicznej w Krakowie, wygłosił przy tej okazji wykład o przewagach socjalizmu nad innymi ustrojami społeczno-politycznymi i z emfazą zakończył go wierszem Karola Huberta Rostworowskiego. Mimo partyjnej przeszłości, człowiek - moim zdaniem - życzliwy ludziom i nie słyszałem, by komuś bezpośrednio wyrządził krzywdę. Z marksistów - członków Klubu wypada też wymienić profesora H. Markiewicza. Odnosiłem wrażenie, że nie czuł się swobodnie w tym otoczeniu. Może dlatego, że pozostali uczestnicy w pewnej części wywodzili się z ziemiaństwa, niedawno brutalnie wyzutego z ojcowizny i próbującego się odnaleźć w nowej sytuacji. Zasadniczy trzon członków nawiązywał do wartości i stylu życia przedwojennej inteligencji, czym tłumaczę wysoki autorytet oraz zakres oddziaływania tej przecież niewielkiej grupy osób. Znacząca część wyraźnie manifestowała przywiązanie do Kościoła, a kilku z nich jeszcze dziś zalicza się do znanych katolickich działaczy na polu kultury i polityki.

 Gwoli prawdzie trzeba dodać, że w miarę umacniania się sowieckiego systemu zdarzali się i tacy, co porzucali młodzieńcze ideały na rzecz "pełnej michy", jak pewien adept sztuki pisarskiej zmieniający mecenat A. Gołubiewa i P. Jasienicy z "Tygodnika Powszechnego" na rzecz W. Machejka z "Życia Literackiego". Do wygłaszania prelekcji zapraszano osoby z różnych ośrodków i środowisk, niekiedy o krańcowo odmiennych poglądach. Raz mógł nim być przedwojenny socjalista, a powojenny komunista B. Drobner, jak też B. Piasecki, szef bojówek "ONR - Falanga", w czasie wojny oddziałów "Uderzenia", a po wojnie PAX-u. Akurat ci reprezentowali ideologię sprofanowaną, ale większość zaliczała się do intelektualistów najwyższego lotu. Mówili nam o rzeczach ważnych w sposób jasny i ciekawy. Wszystkich nie da się wymienić, a więc dla orientacji przypomnijmy niektóre nazwiska: J. Parandowskiego, W. Horzycę, J.Turowicza, S. Kisielewskiego, E. Kwiatkowskiego, F. Młynarskiego, R. Ingardena. W. Tatarkiewicza, St. Pigonia. Mówią one same za siebie, jak też świadczą o zakresie i poziomie spotkań, z których wymienię dwa, gdyż te najbardziej utkwiły mi w pamięci. Na jednym z nich profesor Adam Krzyżanowski podjął arcyciekawy problem o nieco bulwersującym tytule: Walka klas w Starym Testamencie. Miała miejsce ożywiona dyskusja, w której rej wodził profesor W. Skrzywan. Głos również zabierali zaproszeni żydowscy intelektualiści. Na innym wystąpił profesor Witold Krzyżanowski, bratanek Adama, też uczestniczącego - co za pech dla prelegenta - w tym spotkaniu. W charakterystyczny sposób, wysuwając do przodu siwą bródkę zniszczył swego siostrzeńca żelazną logiką wywodu. Była to polemika między przedstawicielem wolnej i sterowanej koncepcji rynku. Po dojściu komunistów do władzy W. Krzyżanowski robił wrażenie ciężko przestraszonego. Być może obawiał się represji, przed wojną bowiem opublikował książkę o korporacjonizmie, ekonomicznej doktrynie włoskiego faszyzmu. Na domiar była to monografia naukowa, zbyt słabo ideologicznie zaangażowa na.

 Nadeszły barbarzyńskie czasy niesprzyjające istnieniu takiego azylu dobrych obyczajów, wiedzy i uczciwego dialogu, jakim był Klub Logofagów. Nasilający się z dnia na dzień terror i niepokojące sygnały nadchodzące z różnych stron spowodowały, iż na przełomie lat 1949/50 został decyzją Prezesa rozwiązany. Należy przypuszczać, że to postanowienie i bolesny zamysł spalenia Księgi Klubu uratowała szeregowych członków od co najmniej dotkliwych szykan. Niestety nie można było tego powiedzieć o samym A. Ciechanowieckim, aresztowanym w drugiej połowie 1950 roku za kontakty nie z tymi, co trzeba, zachodnimi dyplomatami. Przesiedział kilka lat w mokotowskim więzieniu i we Wronkach. Na ogół ludzie nie orientują się lub nie chcą pamiętać, jakie to były wtedy katownie, w niczym nie ustępujące gestapowskim. W innych okolicznościach wylądował w kryminale znany krakowski mecenas A. Rozmarynowicz (ten od sprawy studenta Pyjasa). Miał dużo szczęścia, bo za "chęć obalenia ustroju przemocą mógł nawet dostać czapę".

 Wydawałoby się, że opisana działalność na rzecz wolności myślenia i otwartej dyskusji była z góry skazana na niepowodzenie, zgodnie z niezbyt eleganckim, galicyjskim powiedzeniem: Kań mań singen. kań mań tanzen. aber nicht mit den zaś...cen. Takie postawienie sprawy nie byłoby słuszne. Klub przestał istnieć, ale pozostawił po sobie wzorce i ludzi. Już na początku roku 1948 Andrzej Wielowiejski przeniósłszy się do stolicy chciał zrealizować podobną ideę, ale tajne służby inicjatywę sparaliżowały w zarodku. Inny członek Klubu Logofagów, Zygmunt Skórzyński w swej ożywionej karierze działacza nie ominął Klubu Inteligencji Katolickiej, współtworzył "Klub Krzywego Koła", współorganizował Komitet Polska 2000, jak również powołał do życia Konwersatorium "Polska w Europie". Po roku 1956 inny uczestnik zebrań Klubu Logofagów, zmarły profesor Franciszek Studnicki na Uniwersytecie Jagiellońskim -kierował przez szereg lat konwersatorium, które swoim zasięgiem wychodziło poza macierzystą uczelnię, na przykład przez kilka lat udzielał się w nim Stanisław Lem, zaznajamiając nas z cybernetyką, wówczas jeszcze "reakcyjną doktryną Pentagonu". Powyżej zarysowana działalność - trudno uwierzyć - była całkowicie pozbawiona chęci pozyskiwania korzyści materialnych lub robienia szumu wokół własnego ego. Mimo, iż nikomu się wtedy nie przelewało, na różny sposób pomagano innym.

 Przykładem niech będzie pomysł A. Rozmarynowicza, który wraz z A. Podgóreckim, P. Czartoryskim oraz Z. Markiem utworzyli instytucję wspierającą wybijających się, a słabo sytuowanych naukowców i pisarzy. Zawierano z nimi umowy wydawnicze i na tej podstawie co miesiąc wypłacano pewną sumę pieniędzy. Korzystali z pomocy tej miary uczeni, jak S. Kasznica. A. Krzyżanowski lub E. Taylor, dzięki czemu ujrzały światło dzienne do dziś cenione dzieła, a obok nich pisarze: S. Kisielewski, L. Tyrmand, J. J. Szczepański i inni. Wykorzystując własne kontakty naukowe niektórzy udzielali pomocy osobom nie mogącym liczyć na oficjalne instytucje. Sam jej doznałem. W siedemdziesiątych latach Z. Skórzyński załatwił mi pierwsze stypendium naukowe, które otrzymałem od rządu włoskiego, zresztą na kilka lat zablokowane przez rodzimy resort. A. Podgórecki zaś poznał mnie ze światowej stawy statystykiem Alan'em Stuartem profesorem London School of Economics. Pomogła też chęć Anglika zobaczenia "Damy z łasiczką". Skądinąd wiem, że przez szereg lat, aż do ostatnich czasów profesor Podgórecki wykazuje na tym odcinku ożywioną aktywność. Przedstawione inicjatywy pozwalały, by poza "pupilkami reżymu" mniej ustosunkowani również mieli dostęp do światowych centrów wiedzy.

Szereg osób z dawnego grona Logofagów jest dziś profesorami znanych uniwersytetów i członkami międzynarodowych instytucji. Wszyscy jednak w młodości przeszli ciernistą drogę, a że nie była ona łatwa, dowodzą tego losy przedwcześnie zmarłych byłych studentów UJ:

 Zbigniewa Marka oraz Andrzeja Rażniewskiego. w opinii kolegów najzdolniejszych z całego ich rocznika. Przedstawione rozważania przeprowadzone na kanwie cytowanej książki prowadzą do wniosku, że nieprawdziwy jest sąd, iż opozycja skierowana przeciw komunistycznemu reżymowi zrodziła się dopiero w październiku 1956 roku, a są nawet tacy, którzy cezurę tą przesuwają na rok 1968. Takie stawianie sprawy pozwala na utożsamienie opozycji przede wszystkim z partyjnymi dysydentami - odpadem wewnętrznych, frakcyjnych rozgrywek np. między Natolińczykami a Puławianami. Nie wspominając już Popiołu i diamentu, w filmach od Człowieka z marmuru zacząwszy, a na Matce Królów kończąc z reguły prześladowanymi przez służby bezpieczeństwa są towarzysze partyjni:

 "Ideowi komuniści, co znaczy uczciwi ludzie". Na tym odcinku historii przeinaczanie prawdy jest dość łatwe, konsekwentnych bowiem antykomunistów albo zlikwidowano (czasem nawet rękoma późniejszych rewizjonistów, w rodzaju generała Frey-Bieleckiego, czy Kiszczaka) lub rozproszyli się po świecie, jak też są po prostu już starzy i zmęczeni trudnym życiem, które im zgotowano.


 Klub Logofagów - wspomnienia. Zebrał, opracował i uzupełnił wprowadzeniem Andrzej Rozmarynowicz, Kraków 1996 (odbito 350 ręcznie numerowanych egzemplarzy)


indeks - Świat