
Siedziałem w obozie. Dla uchodźców politycznych oczywiście, w Traiskirchen. W Austrii.
Zaczeło się pierwszego grudnia (12 dni przed stanem wojennym) od stania pod bramą obozu. Było jeszcze ciemno. Ludki gromadziły się całą noc i czekały na otwarcie bramy. Teorie ataku bramy były różne. Strategia była opracowywana na bieżąco, odpowiednio do tego co działo się w tym miejscu dnia poprzedniego. O 8.00 wyszedł przed bramę Pan strażnik. Widocznie wolał: tej bramy nie otwierać! Kiepską polszczyzną powiedział:- proszę podawać paszporty
W tym momencie wysypało się mu na głowę przynajmniej sto paszportów. Zaczął je zbierać. Zebrał garść i chciał wycofać się do strażnicy. Ludki zaczeli napierać.
- Pan weźmie mój, pan weźmie mój - krzyczeli.
Jedni popychali Pana strażnika, drudzy ciągneli za rękawy. Pan strażnik jakoś wyswobodził się i jak nie furknie trzymane w ręku paszporty na oślep, w tłum. Ludki rzucili się zbierać paszporty, a Pan strażnik zniknął w dyżurce. Tłumek falował i radził jak podejść Pana strażnika nastepnym razem. Pogoda była ładna. Leciuteńki mrozek. Słoneczko. Przy budce telefonicznej grzeczna kolejka. Każdy chciał porozmawiać z Polską: "na blachę". Tłumek przybiera na wadze.
- Szopen przyjechał - ktoś zauważył.
Mijają dwie godziny. Pan strażnik pojawia się w drzwiach dyżurki. Na wszelki wypadek nogi z progu nie zdejmuje. Robi się cisza. Pan strażnik oznajmia:- Osoby z dziećmi proszę ustawić się po prawej stronie bramy, osoby bez dzieci ale z bagażami po środku, a samotni po lewej stronie bramy.
I zniknął w dyżurce. Tłumek zafalował.
- Panowie nie róbcie jaj, bo nigdy nie wejdziemy - ktoś zauważył.
- Panowie ustawmy się
- Ej, macie troje dzieci, pożyczcie jadno, co wam zależy, ech nieużyci jacyś
- Hej! Kazik, ja jestem z wami, powiedzcie, że wujek jestem
Samotni mają niewesołe miny. Oceniają, że ich szanse na wejście do środka, maleją. Po następnej godzinie czekania wyłania się Pan strażnik. Spojrzał, ludki grzecznie stoją w grupkach jak przykazał. Ruszył, w stronę grupki z dziećmi oczywiście. Wziął kilka paszportów, a tu jak nie ruszą dwie pozostałe grupki. Tumult się zrobił jeszcze większy niż za pierwszym razem. Pan strażnik potargany z trudem wycofuje się do stróżówki. W ostatnim momencie zniknięcia za drzwiami jeszcze zdążył: fru paszporty w tłumek. Sypią się epitety. Jak można takie dokumenty, zdobyte z takim trudem, bardzo często "za dodatkową opłatą", cisnąć tak na odlew bez poszanowania, gdyby nie przymrozek, to w błoto.
Z tłumku wyłaniają się organizatorzy-samozwańcy.
- Panowie tak nie można, bądźcie ludźmi, a nie bydło jakie, już południe, a nikt nie wszedł do środka. Tłumek rośnie.
- LOT przyleciał - ktoś zauważył.
- Panowie nie róbcie jaj, bądźcie w grupkach, bo nigdy nie wejdziemy do środka - postulują samozwańcy.
Wychodzi Pan strażnik i zaczyna najspokojniej w świecie zbierać paszporty z rąk wetkniętych przez płot jak przez kraty. Zbiera od samotnych, bo ta grupka była najspokojniejsza, zrezygnowana wcześniejszymi przejściami. Nie ryzykuje tym razem kontaktu z tłumem. Ja samotny, byłem bez szans w poprzednich układach. Teraz stałem akurat przy płocie i Pan strażnik wziął odemnie paszport jak gdyby nigdy nic. Po następnych 2 godzinach zostałem już wyczytany z listy i po pańsku wszedłem do środka obozu. Była godzina szósta wieczorem. Śnieg zaczął pruszyć ciut większy.
W Traiskirchen byłem 2 tygodnie. Tłok był niesamowity. Obóz przepełniony. W Polsce władze ogłaszają stan wojenny. Połowa ludków nie wie co robić. Jak szturmowali bramę, to wszyscy byli polityczni, teraz rura zmiękła. Połowa chce wracać. Najbardziej trzesą porami ci co pozostawiali domy albo inne majątki. Mają stracha, że jak właściciel jest za granicą, to dobra zostaną im zabrane. Administracja obozu nie wyrabiała z przerabianiem papierów, teraz doszła dodatkowa robota, ludki odbierają paszporty, oddać paszporty i wykreślić z ewidencji połowę uchodzców. Tak było. Tym co się ostali władze obozowe przyznały azyle polityczne i przyspieszyły wyjazdy do krajów, które w Austrii niczym na targowisku zaopatrywały się w emigrantów, czyli białą siłę roboczą. Po tych dwóch tygodniach chodzenia z kąta w kąt po obozowych komnatach, pojawiał się pan z listą 45 nazwisk i szuka przynależnych twarzy. Był to pan kierowca, który zabrał te 45 osób do autobusu z napisem CHARTER i zawiózł nas do pensjonatu w pięknej miejscowości Mondsee nad jeziorem Mondsee. Tu upłynęło mi 9 miesięcy w oczekiwaniu na wyjazd do Ameryki. Pracowałem w warsztacie samochodowym, więc nie było mi nudno. Zarabiałem 1250 - szylingów na tydzień. Były to duże pieniądze. Duże, bo "na czysto". Niejednemu austriakowi tyle nie zostawało z dużo większej pensji, po odliczeniu wszystkich wydatków z jedzeniem włącznie. Tego nikt z Polaków nie rozumiał. "Oboz" jaki był, taki był, ale pokrywał wszystko to, za co Austriak musiał zapłacić z zarobionej pensji. Do dnia dzisiejszego żaden "turysta" przyjezdżający do Ameryki dorobić nie rozumie, że $5 na godzinę, to duże pieniądze. Natychmiast przyrównuje te $5 do $20 co biorą tubylcy, ani przez moment nie pomyśli, że z tych $5 nie musi płacić: mieszkania, samochodu, ubezpieczeń, narzędzi i mnóstwa innych wydatków. Prześpi się, naje, do pracy zostanie "podrzucony". Całe $5 idzie do skarpety. Ja nie mam $5 - na czysto do skarpety za każdą przepracowaną godzinę. Wreszcie, któregoś dnia wracam z pracy. Czeka na mnie wiadomość. Za dwa dni o godzinie 23 podjedzie mikrobus i zawiezie mnie do miejsca większej zbiórki. Następny dzień upłynął błyskawicznie. Od rana do południa wyrabiałem paszport podróżny, po południu pożegnanie się z właścicielem warsztatu, wieczorem pożegnanie z zaprzyjaźnionymi austryjakami, pakowania niewiele i już byłem gotowy. Autobusik podjechał punktualnie, było już w nim kilka osób. Zawiózł nas do domu starców - punktu zbiórczego. W pustym domu starców każdy dostał pokój. - Autokar bedzie rano o 6.00. Zawiezie was do Wiednia na lotnisko. Proszę być gotowym - zameldowała jakaś osoba.- Wszyscy byli gotowi już w tym momencie, a do rana tyle godzin. Nikt nie kładł się spać tej nocy. Mikrobusik co jakiś czas przywoził po kilka osób. Jedni informowali drugich o rannym autobusie. Droga do Wiednia bez niespodzianek. Wody też jakoś nikt nie ruszał.
Wiedeń, lotnisko, dużo ludzi. Przyjeżdżają autobusy z nowymi grupami. Żadnej informacji, ludki trzymają się w grupie, ale tylko dlatego, że Polacy. Jedyna informacja, to ta przywieziona, że samolot będzie nazywał się "Charter", poleci do Nowego Jorku o godzinie 12 w południe. Chodzimy po tym lotnisku, patrzymy w monitory odlotów i nic. Czeski film. Nikt nic nie wie. Nie pamiętam, która to była godzina, wszystkie monitory zgasły. Po chwili pojawią się spiker i z grobową miną zapowiada smutną wiadomość, że właśnie w Polsce umarł towarzysz W. Gomułka. Ludki zdębieli. Po chwili zaczęły się tańce i śpiewy w około monitorów. Takiej radości w narodzie dawno nie widziałem. Około południa pojawiają się jakieś urzędowe ludki. Nic nie mowią, tylko stawiają dwa stoły, razem jeden obok drugiego. Pojawiają się kartonowe pudła, a w nich żółte koperty. Pudła wędrują na zestawione stoły. Pan w krawacie, niezbyt czysto po polsku objaśnia:
- Proszę się nie pchać - widocznie ma już doświadczenie.
- Każdy dostanie swoją żółtą kopertę. Odbierać proszę osobiście za pokwitowaniem. Kopert nie wolno otwierać, pod żadnym pozorem. Muszą nienaruszone dojechać do Ameryki i osobiście wręczone pracownikowi emigracyjnemu na lotnisku. Otwarcie koperty grozi niewyobrażalnymi konsekwencjami z deportacją włącznie.
Tak nastraszone ludki trochę mniej już pchali się do pana w krawacie. Pan w krawacie okazało się, że jest też emigrantem, tylko z emigracji po studenckich rozruchach w 1968 roku. Jakoś polskiego języka mu się troche zapomniało. Też przeszedł ten sam obóz. Wybrał wtedy Austrię. Wyczytywał nazwiska, koślawiąc wymowę, wręczał każdemu żółtą kopertę. Byłem na "S" wiec miałem czas popatrzeć. Ludki z kopertami gromadzili się w kupki dyskusyjne. Każdy ważył kopertę w ręku. Brał pod światło. "Przelewał" zawartość. Namacywał wnętrze. Domysłom nie było końca. Pan w krawacie powiedział też, że samolot będzie ok. godziny drugiej po południu. Gate number... (już dzisiaj nie pamiętam). Na monitorach pojawił się wreszcie "Charter to NY". Ludki zaczęli przemieszczać się grupkami do wskazanej bramki. Bramka była na poziomie płyty lotniska. Drzwi duże szklane, zamknięte. Niektórzy próbują otworzyć. Nie ma klamek. Oglądają, macają. Ktoś zrobił odkrycie, że otwierane są elektrycznie. Ludki krążą. Każdy trzyma żółtą kopertę, niektórzy w zębach, dosłownie, bo ręce i pachy zajęte bagażami. Każdy sprawdza zegarek, która godzina, pewnie żeby nie przegapić odlotu. Druga godzina nadeszła. Nic się nie dzieje. Zaczyna się wysyłanie "czujek" w inne rejony budynku. Szybko wracają. Żadnych wiadomości. Czas płynie bardzo powoli.
Wreszcie pojawiają się panie ubrane w uniformy lotnicze. Jedna zapowiada:- wyjść na płytę jest trzy, samolot stoi daleko, nie widać go, do tych wyjść podjadą autobusy, samolot zabiera 250 osób, dla każdego jest miejsce siedzące, stojących nie ma, proszę podzielić się na trzy grupy, jedna grupa - pasażerowie z dziećmi, druga - pasażerowie z większymi bagażami podręcznymi, trzecia - samotni.
Ja to skąś znam. Już raz ustawiałem się w takich grupach dziewięć miesięcy wcześniej. Grupki grzecznie poustawiały się. Czekamy. Pojawiają się autobusy. Szklane drzwi drgnęły, rozsuwają się. Jak się wiara nie rzuci. Panie "lotniczki" ledwo odskoczyły na bok. Ludki walą pędem do autobusów. Nikt nie patrzy, kto z dzieckiem, a kto z bagażem podręcznym.
- Kaziu, zajmij mi miejsce przy oknie!
Autobusy miały pootwierane bagażniki pod podłogą, nikt nie kładzie tam bagażu, jeden przez drugiego walą z tobołami do środka autobusu. Autobusy zapełniły się iw mig. Kierowcy powyskakiwali zza kierownic na bezpieczną odległość i patrzą co się dzieje. Autobusy już pełne, a połowa ludków na chodniku. Nie ma miejsca. Ja oczywiście nie załapałem się. Spóźnony refleks. Stoję z boku, ściskam żółtą kopertę w jednym ręku, jedyną torbę jaką miałem w drugim, mankietem oczy przecieram, niedowiary co się dzieje. Pani która poleciła zrobić grupki przed drzwiami usiłuje tłumaczyć:
- Są trzy autobusy, bagaże należy położyć do bagażników, wtedy wszyscy zmieszczą się.
Mowa trawa. Nikt nie ruszył się. Kierowcy poczekali chwilę. Pozamykali puste bagażniki. Pokiwali do siebie głowami. Odjechali. Reszta czeka. Czekaliśmy dobre pół godziny, zanim autobusy wróciły po nas. Ta grupa była już spokojniejsza. Kilka osob położyło nawet bagaż do bagażników. Podjeżdżamy pod samolot. Niektórzy próbują biec do samolotu, ale szybko zauważają, że schody do samolotu są pełne ludków. Tłoczą się na nich ludki jeszcze z pierwszych autobusow. Okazało się że po tych pierwszych autobusach wszystkie miejsca w samolocie są już zajęte. Jak oni to zrobili? Jest 250 miejsc w samolocie, jest 250 pasażerów, połowa pasażerów jeszcze na płycie lotniska, a w samolocie nie ma już wolnych miejsc?
Polak jednak potrafi. Upychanie ludków połączone z tłumaczeniem, że każdy ma miejsce siedzące i nie ma miejsc stojących trwało dwie godziny.
Wreszcie siedzę. Chciałem przy oknie, ale trudno. Od przejścia też jest dobrze, nawet lepiej, bo bede mógł przejść sie od czasu do czasu bez przepraszania i proszenia o pozwolenie ruszenia się. Z tym różnie bywa.
Lecimy. Zaczynają się wedrówki ludów. Szukanie zgubionych przy wsiadaniu przyjaciół. W ogonie samolotu słychać pobrzękiwanie szkła. Polewają znaczy się. Ktoś ma dylemat. Otworzyć żółtą kopertę, czy nie otworzyć.
- Otwieraj, co ci mogą zrobić, samolotu nie zawrócą, jak będziesz już w Nowym Jorku to cię w tyłek mogą pocałować.
- Co deportują? To ty otwórż swoją kopertę, jak takiś mądry. A pewnie, że otworzę, nie takie przewalanki się robiło.
Puszczają jakiś film. Nikt nie patrzy. Panie roznoszą słuchawki. Cena $2. Nikt nie bierze. Panie roznoszą jedzenie. Wszyscy biorą. Piwo do obiadu? Proszę bardzo, $2. Nikt nie bierze. Wielu ma własne zapasy. Obsługa samolotu anglojęzyczna. Nikt nic nie wie. Niektórzy jakoś sobie radzą. Wiadomo, światowcy.
Po 6 godzinach zbliża się lądowanie. Panie roznoszą deklaracje do wypełnienia. Mało kto wypełnia. Ludki nie wiedzą o co chodzi. Ja zresztą też. Lądujemy. Ludki klaszczą. Obsługa nie wie o co chodzi. Na wszelki wypadek uśmiechają się. Wysiadanie przebiega bez dramatów. Idziemy rękawem do poczekalni. Przy wyjściu z rękawa jacyś żółtojęzyczni ludzie, skośnookie każą na migi oddawać żółte koperty. Jeden, okazało się Wietnamczyk, studiował w Polsce, zauważa:
- Oooo, pańska koperta była otwierana, proszę na tę stronę, pana również była otwierana, proszę tutaj.
Moja nie była otwierana, więc nie znam dalszej drogi tych ludków którzy otworzyli swoje koperty. Z lotniska zawieziono nas do hotelu. Była godzina jedenasta w nocy czasu NY. Mam pokój z człowiekiem zupełnie mi nieznanym. Nawet nie pamiętałem go z samolotu. Nie jest rozmowny. Zostawia swoje bagaże i gdzieś znika. Włączam telewizor (kolorowy). Przemawia pan prezydent, Reagan. Nic nie rozumię, ale czuję, że to dobry znak. Przychodzi mi do głowy pytanie: czy jeszcze za jego kadencji zrozumię co mówi? Rano zebraliśmy się w hallu recepcji i już małymi grupkami rozprowadzano nas do samolotów w różne kierunki Ameryki.
Ja i pięciu innych samotnych trafiło do Amarillo w Texasie.
Nigdy nie dowiedziałem się co było w mojej żółtej kopercie.
