Wino marki Hebron

Borys Wrobel

Złoty garnek, 6 lutego 1999

Jestem w Jerozolimie. Pracuję na Hebrew University. Hebrew University in Jerusalem - ładny skrót. Słyszałem, że Komisja PAN ds. Ortografii zgodziła się już na taką pisownię. Mam pracować nad terapią genową, ale tymczasem usiłuję nie robić z siebie za często głupka. Przychodzi mi to z pewnym trudem. Chyba już nie bardzo wierzą, że mam doktorat, ale w końcu - co mi zależy.

Zmania czasu wynosi tu 25 godzin: dzis piatek, lab pusty, mozna sie rozpisac.

Lecialem strasznie glupio, z Warszawy przez Prage, tam 6 godzin czekania, a potem o 23.30 z Pragi do Tel-Avivu, ladowanie 4.30 rano. No ale moglem zobaczyc Prage... Jak tylko wyladowalem spytalem sie, kiedy musze wrocic na nastepny samolot, powiedzieli, ze spoko, fura czasu do odwiedzenia centrum.

Na lotnisku wymienilem 10 dojczmarek na korony, glupi, trzeba bylo wziac troche koron z domu, bo musialem zaplacic polowe tego za wymiane. Ale potrzebowalem na autobus i metro, wiec nie bylo wyboru. Bilet kosztuje 12 koron, akurat tyle gdzies mi zostalo na ewentualny nastepny raz. Zakonczylem wystup (i nastup) jak juz bylo szaro, ale wszystko ladnie oswietlone. Polazilem troche po Starowce, budynki byly zamkniete, ale z zewnatrz wery bardzo ladne, wieza zegarowa, takie tam.

Strawa duchowa to jednak nie wszystko, wiec poszedlem do restauracji zezrec knedliczki. Dosiadlem sie do grupy Amerykanow i troche sobie pogadalem, niedokladnie o d. Maryni, ale o zyciu i owszem. Nastepnie polazilem jeszcze po centrum chwile, kupilem sobie jeszcze jaka bule, bo w koncu musialem jakos te straszne korony przechulac. Z wielkim trudem dopytalem sie jak dojsc do Mostu Karola. Tez byl bardzo niczego sobie. No a potem wspialem sie na Hradczany bladzac jedynie minimalnie.

Akurat byla zmiana warty i wymachiwali giwerami. Najbardziej podobaly mi sie rzezby z zewnatrz gotyckiej katedry, na nastepny raz zostaje mi srodek, z zewnatrz tez popatrzylem na zamek i czas bylo wracac na lotnisko. Troche mi zajelo odnalezienie stacji metra, bo najpierw poszedlem w ehem niezupelnie dobra strone. Ale spoko, dojechalem dobra godzine przed odlotem.

Lot byl dosyc meczacy, bo nie za bardzo bylo sie jak zdrzemnac, a szefem obslugi byl jakis durny Pepik, co co chwila gledzil "Once again, welcome on board", naprawde, jakis nieziemski duren, gadal tak bez sensu co jakis kwadrans, nie dostarczajac zupelnie zadnych informacji. Przerwal na jakas godzine, ale przed ladowaniem znow sie wzial za te ciezka prace. Nie wiem, moze cwiczyl angielski. Jak przylecialem odebral mnie taksiarz wyslany przez Amosa, mego umilowanego szefa. Zjedlismy cos na lotnisku, zeby zabic czas, a potem pojechalismy do Jerozolimy. Kogos jeszcze podrzucil po drodze, bo strzelalismy do Amosa tak na okolo 6.30. W koncu dojecachelem do niego, dal mi jakie sniadanie, pogadalismy troche, a potem jeden gosc z labu zabral mnie do mojego ehem apartamentu.

Cela owa ma 2 metry na 3.5, jest w niej szafa, trzy polki, dwa biurka i dwa lozka. Dziele ja z lekarzem z Turcji, ktoremu Koray dali, ale nie na chrzcie. Dwa okna plus grzejnik. Na podlodze plytki ceramiczne. Trzy krzesla. Jedno sie nam nie nalezy, zwiniete jest z kuchni. To znaczy raczej korytarza, w ktorym jest zlew, lodowa, palnik gazowy i stol. Do tego jest lazienka z prysznicem, niewymownym i dwiema umywalkami. Takie jak nasza dwuosobowe cele sa jeszcze dwie, jedna jest na razie nie zajeta, w drugiej mieszka Czech, Ludik, oraz tubylec rosyjskiego pochodzenia, Igal.

Oszolomiony tym nieco padlem od razu odespac gledzenie Pepika, ale juz nastepnego dnia bylem bystry i z Czechem i Turkiem pojechalismy autobusem do centrum. Najpierw obejrzelismy szuk, czyli rynek, gdzie pewnie przyjdzie robic zakupy, bo jedyny sklep w okolicy mieszkania jest do d..., d..., detki.

Potem poszlismy do Starego Miasta, wlezlismy na wieze widokowa nalezacego do Kosciola Zbawiciela i popatrzylismy, jaki piekny swiat. Potem spedzilismy troche czasu lazac po zakamarach Kosciola Grobu, ktory wyglada, jak powinien, tzn. jakby budowali go od ostatnich 1500 lat, ale jeszcze nie spedzili za duzo czasu na zastanawianie sie, jak ma wygladac na koniec.

Potem polazilismy jeszcze troche po okolicy, obejrzelismy Sciane Placzu, wyszlismy zza murow i wspielismy sie na Gore Oliwna, po drodze mijajac cmentarz z grobem Zachariasza. Wlezlismy najpierw na sama gore, gdzie zrobilem se fotke z Jerozolima w tle, bo niepredko zdobede sily, zeby tam sie wdrapac jeszcze raz. Na samym szczycie obok meczetu jest Kaplica Wniebowstapienia, wiec zaplacilismy Arabom, coby tam wejsc. W srodku nic nie bylo, kapilca promienia 2 metrow i miejce, gdzie niby byly stopy w trakcie owego wniebowstepywania. W ogole wszystko to jakies malutkie tutaj jest, maly kraik, male zabytki - rozmiarami przynajmniej.

Zlazac odwiedzilismy Kosciol Ojczenasza, a potem na samym dole Ogrod Gatsemani i Kosciol Wszystkich Narodow, i jeszcze Kosciol Grobu Maryji na dokladke. Jak zakonczylismy dzialalnosc, byl juz szabat, wiec postanowilismy zaszalec i wziac taxi. Pierwszy taksiarz powiedzial, ze to bedzie jak dla nas 60 szekli. Wysiedlismy, bo na glupich nie trafil, przeszlismy na szryj przez stare miasto przez dziesiec minut i po drugiej stronie juz bylo 30 (4 szakale wchodza w jedna kapuste).

W zeszla srode natomiast na wlasna reke wzialem autobus znow do rynku. Najpierw rozejrzalem sie, co bede chcial kupic. Prominente miejsce na liscie zajmowal garnek, Amos pozyczyl mi wprawdzie kilka talerzy i sztuccow, ale garnka akurat nie. Znalazlem jeden, ze stali nierdzewnej, no i zaczalem sie o niego targowac. Z 120 szekli zjechalem do 55 i powiedzialem, ze wroce, bo nie chce mi sie go nosic.

Potem wymienilem troche forsy w kantorze i poszedlem do Starego Miasta. Lazilem tam, az mialem go dosc, wytargowalem sie o mycke, tym razem z 55 do 15. Tu wszedzie sie czlowiek musi targowac podobniez, wiec rozumiem, ze bylem grzeczny. I tak kurcze za malo mi sie udalo, wiec wrocilem i jeszcze wymienilem ja na zdziebko wieksza. Tylko chwile gadali, ze musze doplacic, najlepszy dowod, ze kupili ja za gora 5, hehe.

Szukalem po drodze dalej stalowego garnka, ale jesli byly tansze, to jakies chaly, wiec dalem sobie spokoj. Moze lepiej sie tam nie bede pokazywac przez jaki tydzien, bo mnie chyba tam nie bardzo teraz lubia, wyciagali te garnki, a pozniej patrzyli wielce niesympatycznie jak przelazilem drugi raz ta sama ulica, co bylo raczej nieuniknione, bo bladzilem doprawdy nieziemsko. Mycke zainaugurowalem przy Scianie Placzu, nastepnym razem musze miec ze soba kogos do zrobienia fotki, bo tych gosci co tam sie modla nie bardzo jak prosic. Wrocilem na rynek, zrobilem ful zakupow, potargowalem sie o garnek jeszcze troche i w koncu go kupilem, za 45 szekli.

Garnek ma raczki z 24-karatowego zlota i tymczasem stoi sobie na polce w charakterze trofeum wojennego. Wkrotce nadejdzie na niego wileki dzien, ale najpierw musze przemoc lenistwo.

Jutro planujemy pojsc do Starego Miasta na piechote, ogladajac co jest do obejrzenia po drodze, kupa kosciolow zapewne. Czech zna skroty jakowes, wiec dobrze sie by bylo nauczyc zanim wroci do domu.

Wino marki Hebron, 13 lutego 1999

W zeszla niedziele przyszedl malarz pomalowac korytarz. Sprobowalem sie z nim porozumiec po angielsku, czy by nie byl sklonny pomalowac wnetrz cel, jako ze wygladaja one o wiele bardziej obrzydliwie, typu slady przyklejania jakichs plakatow, a takze obuwia na wysokosci dwoch metrow, etc. Malarz zrozumial po pewnym czasie, ale odpowiedzial jedynie, ze musze rozmawiac z Ickiem, czyli szefem akademika.

Akurat na ten wlasnie dzien zaplanowalem sobie podpisywanie wynajmu, wiec przy okazji wyjawilem Ickowi moje marzenie dnia. Icek stwierdzil, ze da sie zrobic, ale niech poprosze malarza. Znow po angielsku tlumaczylem mu z 5 minut, o co chodzi. W koncu malarz zablysl. Wrocilem do Icka, dokonczylem podpisywanie, przyszedl malarz i okazalo sie, ze jest Rosjaninem. No wiec - "priwiet Szasza, mienia zawut Boria. - Tak poczemu mu gawarili pa-angliski ?!". Istotnie, za diabla nie znaju, poczemu.

Sasza przyszedl we wtorek i pomazal sciany. Wyglada to o wiele lepiej, choc oczywiscie z jeszcze trzy warstwy by sie przydaly, zeby bylo porzadnie. Pogadalismy sobie z znowu, teraz wiem, jak znalezc rosyjska stacje w radio, a z Igalem, kumplem z drugiej celi, zaczynamy juz rozmawiac po rosyjsku, mimo jego sprzeciwow, bo woli cwiczyc angielski. Niech sobie cwiczy z kim innym. Tym bardziej, ze mamy juz pelna chate - doszedl Kubanczyk i Amerykaniec, ma z kim cwiczyc. Amerykaniec i Kubanczyk mieszkaja w jednym pokoju i cwicza wspolnote narodow.

Wracajac do jezykow, napoczalem hebrajski i zaczynam czytac nazwy ulic - bo zawsze sa u gory po hebrajsku, potem arabsku, a potem angielsku, a dodatkowo hebrajska wersja ma znaki dla samoglosek, wiec jest latwiej. Dzis jest tylko jeden gosc w labie, wiec byl troche biedny. Maja tu jeden program komputerowy do pisania lokalnymi krzaczkami i musial mi pokazac, gdzie jest ktora literka. Problem polega na tym, ze niektore literki sa jak cholera podobne do siebie, nawet bardziej niz "i" i "j", ale w tym guscie, roznia sie jednym malutkim kawaleczkiem. Program jest o tyle dobry, ze litery drukowane mozna zamienic na pisane, ktore nb. sa zupelnie inne.

Do nauki kupilem sobie rozmowki angielsko-hebrajskie oraz samouczek po rosyjsku. Moge wiec na raz cwiczyc hebrajski i rosyjski. Rozmowki sobie kupilem zaraz w pierwszym tygodniu i widzialem juz lepsze, ale coz, mam te, to najpierw sprobuje z nimi i ewentualnie kupie sobie te lepsze, jak okaze sie, ze rzeczywiscie z nich korzystam. Rosyjskich podrecznikow jest wiecej, bo imigranci z Rosji to 20% populacji, a przyjechali mniej niz 10 lat temu, wiec jeszcze zostaly slady w ksiegarniach. Zobaczymy jak bedzie szlo. Ludzie mowia, ze gramatyka jest prosta, gorzej ze slownictwem, bo malo do czegokolwiek podobne. Nie potrzebuja bowiem brac slow z innych jezykow, wszysciutkie podobniez sa w Biblii.

Z klawiatura przy pisaniu dalej mam problemy, bo czasem strzalki dzialaja w jedna strone, a czasem w druga, nie wiem od czego to zalezy... Ale spoko, nastepna rzecza do nauczenia sa liczebniki, niektore juz znam, bo sa charakterystyczne albo do czegos podobne (np szesc jest szesz), ale musze sie przylozyc, bo przydaje sie to w zakupach. A dwa dni temu i wczoraj znowu zaszalalem i mam z targu zapasy na dwa tygodnie spokojnym leszczem i znowu co wlozyc do zlotego garnka.

Jesli chodzi o zwiedzanie, w zeszly szabat poszlismy znow w trojke, z Czechem i Turkiem, na piechote tym razem, do centrum. Przy okazji odwiedzilismy Ein Kerem, czyli najblizsza wioske, gdzie sie urodzil Jan Chrzciciel. Ludik jest bardzo porzadnym katolikiem i chodzi tam co dzien, Koray zafascynowany obejrzal, jak to nazwal, "rytualy". Spacerek do Starego Miasta zabral 2 godziny, ale bo tez sie nie przemeczalismy i caly czas gadalismy. Z tego wzgledu nie jestem pewien, czy bym potrafil wykorzystac wszystkie skroty Czecha, bo nie zawsze zwracalem uwage.

Po raz kolejny sprobowalismy wejsc do meczetu, ktory stoi na miejscu Swiatyni Salomona (zwanego Kopula na Skale) i po raz kolejny nie poszlo, bo byly jakies - no wlasnie - rytualy. Stanowczo nie bardzo tam lubia turystow. Ale moj arabski akcent w zdaniu "Nie ma boga procz Allaha, etc" wg Koraya jest coraz lepszy, wiec moze niedlugo bede mogl robic za jakiegos Turka z duza iloscia bulgarskiej krwi. Imie pasuje. A na Zydow mam mycke i srodkowe imie. No wlasnie, po raz pierwszy w zyciu robie pozytywny uzytek z moich obu imion, Zydzi zawsze pieczolowicie pisza srodkowe, ze niby taki ze mnie Kubaa, a ci rosyjskiego pochodzenia zwracaja uwage tez na pierwsze. Obie grupy sie pytaja, czy jestem swoj. Niedlugo zaczne odpowiadac, ze no pewnie.

Wracajac do zeszlej soboty, zbieralo sie na padanie, wiec poszlismy do Muzeum Historii Jerozolimy, ktora jest w Wiezy Dawida i cytadeli przy Bramie Jaffy. Jest tam troche o historii, naturalnie, Jerozolimy, wystawy ladne technicznie, ale nie nadzwyczajne jesli chodzi o eksponaty o rzeczywistej wartosci archeologicznej. Zwykle byly to wspolczesnie wykonane rzeczy zbierajace reprezentatywne elementy z roznych artefaktow danej epoki, co moim zdaniem jest bardzo srednim pomyslem. No ale taka przyjeli koncepcje. W kazdym razie bylismy tam ze trzy godziny i tyle akurat starcza na spokojne obejrzenie wszystkiego - absolutnie wszystkiego - bez nijakiego pospiechu. Z ciekawszych rzeczy jest model Jerozolimy z wystawy swiatowej w Genewie w XIX wieku bodajze. Jednym slowem, ekspozycja nie wzbudzila mojego zachwytu. Znacznie ciekawszy jest widok z samej Wiezy Dawida i murow obronnych na okolice.

Wyszlismy potem ze Starego Miasta i odwiedzilismy jedyne miesjsce nalezace od "nowych" protestantow - konkurencyjny grob Chrystusa, Grob w Ogrodzie. W okoicy jest gorka wyerodowana tak, ze jak kto sie uprze, przypomina czaszke. Wszystko odpowiada ewangelicznemu opisowi, w okolicy jest duza cysterna na wode, wiec ewentualnie mogl byc tu ogrod-winiarna Sa nawet pozostalosci prasy do wina. Ale archeolodzy twierdza, ze grob jest z piatego wieku pne. Nikt sie specjalnie tym nie wydaje przejmowac.

Nastepnie poszlismy do dzielnicy chasydow (Mea'Sharim), po drodze odwiedzajac jeszcze kosciol etiopski. Wrocilismy znowu na piechote, bo jeszcze autobusy nie chodzily, ale inna trasa.

W srode jak w zeszlym tygodniu pojechalem sobie sam, na zakupy i przy okazji na zwiedzanie. Kupilem sobie wyzej wspomniany samouczek, a w okolicy gory Zion znalazlem niezly antykwariat angielskojezyczny. Polazilem po samej gorze, jest tam XIX-wieczny kosciol z krypta, w ktorej miala mieszkac i umrzec Maria. Blisko tego jest miejsce, gdzie sporo osob uwaza, ze moze byc grob krola Dawida, znow archeolodzy nie bardzo sie zgadzaja. Na pewno tam wrocimy z Korayem.

Potem przylaczylem sie do wycieczki z przewodnikiem po rosyjsku po Dzielnicy Zydowskiej, odwiedzilem z nimi miejsce, gdzie stala synagoga, zniszczona w czasie wojny o niepodleglosc 1948 roku. Nastepnie z inna wycieczka, tym razem angielskojezyczna, zwiedzilem male muzeum, w ktorym sa modele Drugiej Swiatyni.

Muzeum nalezy, o ile dobrze pamietam nazwe, do Torah Temple Institute, ktory stara sie odtworzyc, jak ta swiatynia wygladala, i jakie w niej mieli sprzety. Sprzety staraja sie odbudowac i testowac, czy by spelnialy swoja role. Ze swiatynia maja gorzej, bo by najpierw musieli wywalic muzulman z Kopuly na Skale. Slonce zaczelo zachodzic, wrocilem wiec na targ i poczynilem znowu wielkie zakupy.

Wczoraj Koray wyrazil chec odwiedzenia miasta znowu, konkretnie Nowego Miasta, wiec polazilismy tam przez kilka godzin, szukajac roznych rzeczy, on glownie sklepow muzycznych, a ja przy okazji znalazlem porzadny drugstore. Dokupilem troche rzeczy na targu znowu, jakichs owocow i produktow ktore sa ciezkie, a dluga moga stac, typu ryz, soczewica i tunczyk w puszce - zrobilem sobie liste. Kupilem sobie tez wino marki Hebron, nawet da sie pic... Spiew robi Turek, brakuje jeszcze trzeciego elementu, ale jest na liscie :-)

Podroby, 20 lutego 1999

W tym tygodniu zwiedania bylo tyle co nic, bo pogoda nietega. Ale za to rozwijalem sie kulturalnie, ze cos. W poniedzialek szef podwiozl mnie do Jerusalem Theatre, gdzie byl koncert muzyki powaznej. Grali niezle, jeden kawalek byl premierowy i kompozytor rozdawal usmiechy wzamian za oklaski. Niestety, w drugiej czesci byl Szostakowicz, ktorego lubie wielce, ale jesli moge obnizyc wysokie tony skrzypiec. Inaczej - jak korek o szybe. I otoz wlasnie ze nie, za mlodu wcale nie sluchalem namietnie MTV. Teorie slonia rowniez odrzucam z niesmakiem. Wlasnie najgorzej, ze to slysze.

Po zakonczeniu plumkania udalem sie zzwawym w miare krokiem na szuk, kupic chleb i owoce. Zamykali kramy juz niestety, wiec bylo sie zwijac, ale co trzeba, kupilem.

We srode natomiast nie tylko kulturalnie, ale i smakowo przyszlo mi sie rozwinac. Poznany w Kaliforni byly Fulbrajtowiec, Ted, z ktorym sie tu ponownie spiknalem, a ktory jest profesorem w moim centrum medycznym, zaprosil mnie z zona (wlasna) na obiad w marokanskiej restauracji. Zamowilem oczywiscie danie najbardziej egzotyczne w karcie, konkretnie jadra indyka. Smakuja jak kurczak, naturalnie. Do tego byl ostry ryz z fasola plus na wstepie pita z humusem, salatkami i oliwkami. Ted z zona pili piwo, ja wino czerwone wytrawne - w koncu dieta srodziemnomorska. Gadalismy glownie o gospodarce, polskiej i izraelskiej, a takze o historii. Mam wrazenie, ze za granica gorzej mam niz w liceum, tym razem oczywiscie byla to wojna druga swiatowa, polskie podziemie, i jego stosunek do Holokaustu. Jednym slowem, bronilem honoru ojczyzny. Z tylu powiewala mi bialoczerwona.

Pieprz kajenski, 27 lutego 1999

Dzis najwidoczniej padl serwer w calym campusie, wiec czuje sie nieco oderwany od codziennej porcji mejli. Straszna jest sila nalogu. Ale nie ma sie co cieszyc, wcale mi to nie przeszkodzilo w produkcji kolejnego odcinka !

Jakze liczni czytelnicy domagaja sie natarczywie zdradzenia zawartosci zlotego garnka. Uprzejmie zawiadamiam mila pania, ze aktualnie stoi pusty, hehe. No dobra, tylko zeby nie bylo, ze ktos takie cos naprawde zrobi wg przepisu, a nastepnie wpadnie, zeby to zezrec i np. sie otruje.

Glownym skladnikiem jest pieprz kajenski. Jest to element niezbedny i nalezy go wrzucic na garnek lyzke od zupy co najmniej. Reszta to szczegol, ale zasadniczo jest to ryz plus soczewica. Zamiast soczewicy mozna uzyc fasoli, grochu, etc, ale to trzeba namaczac, a soczewicy nie, i w tym jej piekno. Wskazane jest jednakowoz oba skladniki przemyc. Gotowanie zabiera ok. 20 minut, w jego trakcie wrzuca sie do garnka, co sie akurat ma, a to:
a) marchew pokrojona na kawalki,
b) pomidorka albo jeszcze lepiej dwa,
c) powiedzmy, papryke. Albo ogorka !

Nastepnie mozna zaszalec i do tego wrzucic jeszcze np. kawal kurczaka albo ryby. Kawal kurczaka warto przedtem ugotowac, kolejnosc poniekad sie wowczas odwraca. Rybe mozna wrzucic wlasciwie od razu, bo wlasnie ma sie rozleciec. Ewentualnie moze byc z puszki, wtedy lepiej wrzucic w fazach pozniejszych. Ogolnie, zdrowy rozsadek wielce wskazany (element wlasciwie rownie niezbedny jak w.w. pieprz). Sol natomiast wedle uznania, jak sie wrzuca np. puszke tunczyka (nb. nalezy przody otworzyc), to i tak jest to dosc slone, i nalezy fakt to ow wziac pod uwage.

Zloty garnek nie jest elementem niezbednym, a takze dokonywanie zakupy wymienionych produktow miedzy ulica Jaffy a Agryppy, ale zawsze dodaje to kolorytu. Tlum w piatki tam jest niezly, bo wszyscy zaopatruja sie na szabat. Dzisiejsze zakupy zaczalem, gdy slonce zaczelo juz zachodzic, dzieki temu mozna bylo obserwoac delikatne poblyskiwanie mojego intelektu, oto bowiem opanowalem hebrajskie liczebniki ! Za pierwszym razem sie potknalem, bo akurat byl halas, i musieli przejsc na angielski, ale potem szlo juz dobrze. Wielka konwersacja to nie byla, trzeba przyznac, pytalem sie ile, goscie rzucali sumy, nastepny slajd prosze, ale zawsze sukces na polu lingwistyki.

Gdy sie robi pozno, ceny spadaja, bo wszyscy chca pozbyc sie towaru przed weekendem. Zwykle trzeba sie wiec troszke spieszyc w tych godzinach, bo zamykaja kramy, wybor robi sie coraz mniejszy.

Akurat dzisiaj zakupy nie byly wprawdzie glownym celem, glownie to pojechalem z Turkiem posluchac jego brzdakania, zaraz obok rynku jest miejsce zwane Pargod Theatre, gdzie co tydzien sa jam sessions. Godzine to maja ze wzgledu na piatek nieco upiorna, impeza zaczyna sie o 13.30, jest tylko piwo i nie za wiele ludzi, a calosc wyglada jak dziura w ziemi, ma tak z 30 krzesel i scenke dwa metry na trzy. Paru gosci monopolizuje przedsiewziecie klasycznymi kawalkami, ale jak sie zmeczyli, Koray zrobil wejscie z jazzem nowoczesnym i perkusista sie troche namachal. Ale widac bylo, ze tez mu sie znudzilo poprzednie lupanie w stylu klasycznym i juz sie umowili na nastepny piatek. Wyszlismy z tiurmy troche po trzeciej, zeby zdazyc zanim rynek i autobusy pojda odpoczywac. Zostawilem Koraya na przystanku z torbami i jeszcze wrocilem sie kupic zapomniany jogurt, akurat jak gosc z bardzoz patriarchalna broda, w czapie, zupanie i gustownych ponczochach odgrywal na trabkie koniec sprzedazy rzodkiewki.

W szabat nie kupi sie zlamanego ogorka. W zeszla sobote jeden sklep w Nowym Miescie, obecnym centrum Jerozolimy, smial byc otwarty. W okolicy poludnia pod ochrona policji pracownicy Ministerstwa Pracy i Spraw Socjalnych, Druzowie (wyznawcy religii, ktora bierze poczatek z islamu, ale wierzacy w reinkarnacje) wlepili kierownictwu sklepu grzywne w wysokosci 15 tys. szekli (jeden szakal wchodzi na zlotego, z orzelka zostaje zloty dziob i pazurki). Sklep sprzedaje glownie srodki chemiczne i leki, ale takze mieso i warzywa, bol polega na tym, ze mozna do niego dojsc w ciagu kwadransa z Mea She'arim, dzienicy chasydow, zwanych tu haredi. Haredi najpierw wydzwaniali do sklepu z pogrozkami, a po poludniu urzadzili pikiete pod wejsciem. Z poczatku glownie krzyczeli "Szabas", potem dwaj z nich pobili sie z kierownikiem sklepu. Rozdzielila ich policja. Dzien plynal dalej w duchu milosci blizniego, uskutecznianej miedzy haredi a swieckimi klientami sklepu. Choc niezla ich grupa pokazala sie tam, by zrobic raczej polityczna demonstracje, niz zakupy - tak jak paru czlonkow Knessetu.

W ogole to tak jak w Stanach swieta sa przesuwane na piatki i w poniedzialki, tak tu jest jak w naszej ukochanej ojczyznie. W przyszlym tygodniu we wtorek jest Purim, co oznacza, ze nikt do roboty nie przychodzi przez caly tydzien - nie warto, zanim sie czlowiek rozpedzi, znowu wolne. Tylko glupki beda pracowac, prosze bez pokazywania palcami.

Obsuwa, 6 marca 1999

W srode bylo swieto, wiec caly szpital lazil na polowie obrotow i niektore przejscia byly pozamykane. Tu wszedzie mozna dostac sie pod ziemia, pewnie dla ochrony przed pobliska gwiazda w lato. Poza tym tak jest na skroty. Juz sie nawet do tych przejsc troche przyzwyczailem, choc czesto sie jeszcze gubie, tym bardziej, ze numeracja pieter jest inna w kazdej klatce schodowej. Ale tym razem czesc byla zabita na glucho a musialem przejsc do innego labu, bo mi braklo odczynnika. Nie, wcale nie mam na mysli "odczynnika" (=alkoholu etylowego).

Trzeba bylo wyjsc na powierzchnie. Po trudach dobilem w koncu do wejscia do tego drugiego instytutu, dokladnie z drugiej strony kampusu, a tam kurna zamkniete. Musialem pojsc do glownego wejscia do szpitala, tam gdzie przyjmuja pacjentow, tam zlezc do przejscia podziemnego i bardzo okrezna droga wreszcie trafilem, gdzie chcialem. Po jaka cholere to zamykaja, jak i tak mozna obejsc, tajemnica .

Po drodze spotkalem dwojke turystow, ktorzy sie zgubili przez te pozamykane drzwi. Warto zauwazyc, ze "moj" szpital to jest obiekt turystyczny, bo w synagodze sa witraze Chagalla, 12 sztuk, kazdy przedstawia inny szczep Izraela (skonczy sie, ze pojde tam ostatniego dnia, oczywiscie). No wiec powiedzialem im, ze moga isc ze mna, bo i tak musze doczolgac sie do tego glownego wejscia, a latwiej pokazac, niz powiedziec, gdzie to jest. Po drodze gadalismy, askad kto (oni z Seattle). Zgadywali, ze ja z Poludniowej Afryki albo z UK, bo im moj brytyjski akcent tak podpowiadal. Kombinuje, ze jak sie nie bede chcial przyznac do ojczyzny w odruchu anty-patriotycznym (dla rownowagi, gdyby mi lopot bialoczerownej "Podroby") przeszkadzal w skupieniu), to moge mowic ze jestem z Poludniowej Afryki. Max political incorrect przy okazji.

Ale najgorsze, ze nastepnego dnia okazalo sie, ze to swieto, to byl najfajniejszy dzien w kalendarzu ! Kazdy dobry Zyd ma obowiazek religijny sie upic, towarzystwo sie przebiera, robi halas ogolnie, a wzajemnie sobie kawaly, w calym miescie bale przebierancow... Jednym slowem straszna sprawa sie stala, brak orientacji w przyrodzie, potwornosc, niesamowite niedopatrzenie... Nic tylko glowe w wlozyc w -20 st. C za kare...

Musialem sobie to jakos odbic, wiec w czwartek pojechalem sobie na basen, do centrum miasta, do YMCA. Niestety, zawiodlem sie: maly byl, ze by sie wstydzili brac za wstep: 5 osob tylko plywalo, ale i tak ledwie sie wyminac. No ale przynajmniej z wyjatkiem oczu (odzywczaily sie od chloru) czulem sie po jak nowiutki szeleszczacy banknot 100-szeklowy. Ale glowny cel tego bylo odbic sobie, co nieopatrznie stracilem, chcialo mi sie skorzystac z tych swiat i porobic co w labie a nie chcialo sie pojechac do miasta. Na szczescie rok ksiezycowy krotszy niz gregorianski, wiec zawsze w przyszlym roku sie zalapie, ale w brode sobie pluje i tak. To znaczy przenosnie, wcale sie nie upodabniam do otoczenia (brr).

Karnawal w Rio, 10 kwietnia 1999

Niestety, w tym roku zydowska Pascha nalozyla sie na zarowno pierwszy, jak i drugi - prawoslawny - Wielki Tydzien. W prima aprilis autobusy nie dzialaly, wiec nie obejrzalem pierwszej serii obmywania stop. Troche zaluje, no ale tydzien pozniej byl riplej, wiec niewielka tragedia. Do miasta pojechalem dopiero w Wielki Piatek: o 10 rano miala byc Droga Krzyzowa. Balem sie, ze nie zdaze, a tymczasem nie bylo niemal jak sie przedostac przez Via Dolorosa, zeby ominac dziesiatki grup przemierzajacych od stacji do stacji, z kims niasacym samemu lub po kilku drewniany krzyz w pierwszym rzedzie. Franciszkanie rozdawali modlitewniki po arabsku, ale poszczegolne grupy poslugiwaly sie od wloskiego po japonski. Przy trzeciej stacji, pod minaretem, mozna bylo obserwowac grupki przeciskajace sie malowniczo z krzyzami przez tlum okutanych zgodnie z wszelkimi regulami Arabow . Muezzini co jakis czas skutecznie zagluszali spiewy niewiernych.
Poruszajac sie dalej pod prad strumienia krzyzy dotarlem do pierwszej stacji, ktore jest obecnie na dziedzincu arabskiej szkoly. Na tym miejscu mialo sie znajdowac Praetorium, ale sladow tego nie ma wlasciwie zadnych i nie ma specjalnie zalowac, ze zwykle jest niedostepna - dziedziniec nie jest nadzwyczajny, chyba ze sie chce pograc w kosza. Z drugiego pietra jednakowoz przez kraty mozna zaliczyc niezly widok Wzgorza Swiatynnego z muzulmanami odpoczywajacymi na trawie, tzn. bardziej na golej ziemi, po drugiej stronie muru.
W ten akurat dzien wiekszy problem byl z wydostaniem sie stamtad przez tlumy, jak juz ich glowna czesc wyszla razem z krzyzem poprzedzana przez ubranych w tureckie mundury i fezy straznikow.
Niestety, zeby nie musiec dralowac na piechote - w piatek po poludniu wszystko przestaje dzialac - byl juz czas sie zbierac. No ale po drodze jeszcze trafilem na pelnowymiarowy cyrk: z dziesiec osob w pseudorzymskich kostiumach otoczonych przez jakies 30 fotoreporterow i dzikie tlumy - takze udalo mi sie jedynie dojrzec kawaleczki przedstawienia. Spiew wielce slodki, jeszcze slodszy niz saczacy sie z magnetofonow stoisk handlujacych kasetami arabo-disco, ze to tak nazwe, w muzulmanskiej dzielnicy, wydostawal sie z dosyc kurpulentnej pani wyposazonej w megafon i spowitej w rozowofioletowe szaty. Jezus mial bodajze plastikowa (z daleka trudno bylo orzec) korone cierniowa i otoczony byl przez straznikow w czerwonych tunikach i zlota farba wymalowanych helmach, ktorzy od czasu do czasu wymachiwali biczami. Tlum, ktory to wszystko otaczal, kilkakrotnie przewyzszal rozmiarami cokolwiek Via Dolorosa podazalo poprzednio... vivat showbusiness!
Dziewiata stacja jest wlasciwie na poziomie dachow budynkow wokol Bazyliki Grobu Swietego, czy raczej Krypty Swietej Heleny, do ktorej z Bazyliki schodzi sie najpierw przez ormianska kaplice, a potem jeszcze schodkami w dol. Tam wedlug tradycji cesarzowa Helena odnalazla Prawdziwy Krzyz, a odpowiednie miejsce jest oznaczone na podlodze (naturalnie, nalezy ucalowac). Przechodzac od dziewiatej stacji do kaplic Etiopskiego Kosciola Prawoslawnego mija sie wybudowana przez krzyzowcow w XII wieku kopule nad Krypta, w ten dzien dochodzace z jej okien dzwieki przypominaly szum pszczol po otwarciu ula. Nie udalo mi sie przesledzic tej najbardziej cyrkowej inscenizacji Drogi Krzyzowej, bo tlum byl tak wielki, ze ochraniajacy impreze izraelscy policjanci odcieli jego czesci, w tym i mnie, droge po schodach na dachy do dziewiatej stacji. Sprobowalem okrazyc Bazylike i zobaczyc, jak schodza z drugiej strony, ale nie udalo sie - albo obchodzilem za wolno, albo cyrk nie mial zamiaru wchodzic do srodka.
Kartki i znaczki kupiłem poprzedniego dnia obok Bramy Nowej, bo tam jest niezły wybór i daleko od głównych traktow - mniejsza szansa, że człowieka oszukają bardzo. Większość wysłałem tego samego dnia, ale zostało mi jeszcze do wysłania kilka do ciotuń-struszek, więc wysmażyłem je na schodach przed Bazylika i nawet, a co, pokropiłem wodą z olejkami z kamienia pomazania mirra. Według legendy kamień jest różowy bo nasiąknięty krwią Chrystusa, jest naprzeciw drzwi do Bazyliki Grobu Świętego i po wejściu się go całuje - tak jak framugi drzwi, różnorakie fragmenty podłóg, skałę samej Golgoty, kamień nad kamieniem, na którym miało leżeć ciało w Grobie, wspomniane w zeszłym odcinku centrum świata, a jak się pielgrzym rozpedzi, to nie ominie też żadnej ikony. Według niektórych przewodnikow rzeczywisty - jesli wogóle jest tu coś rzeczywistego - kamień pomazania jest jakiś metr pod spodem. No w każdym razie ową pachnącą wodę zbiera się do butelek po soku owocowym, amatorzy szmatkę wyrzymają, profesjonaliści używają strzykawki.
Wielka Sobota i Niedziela Wielkanocna jest obecnie w mojej pamieci zaczadzonym kadzidlem spiewem, biciem dzwonow i szumem modlow. Okolo jedenastej wieczor zaczalem robic jakies notatki przy swietle swiec na Kalwarii na zoltej karteczce, ktora w swietle dziennym okazala sie biala. Okolo pierwszej wsiakl mi dlugopis, wiec sorry, wiekszosc musi byc z otchlani mozga mego. Mimo te Bazylika byla bardziej oswietlona niz normalna, zdjec nie bylo jak robic, zaluje porzadnie, ze nie mialem kamery wideo, bo juz po tak krotkim czasie z trudem jestem w stanie odtworzyc, co za niesamowitosci sie tam dzialy.
Maraton rozpoczalem w Wielka Sobote wedrowka na piechote z Ein Karem do Starego Miasta i od ceremonii swietego ognia w Greckim Patriarchacie Katolickim. Troche mnie rozczarowala, w kosciele zbudowanym na dekoracje calkiem niedawno byla gora dwadziescia osob, a nabozenstwo dluzylo sie niemilosiernie. Nie wiem jak dlugo trwalo, bo nie wytrzymalem do konca, a na poczatek sie spoznilem. Na odczucie bylem tam najmarniej dwie godziny, ale to czas psychologiczny, na zegarek nie patrzylem. Po wejsciu trafilem od razu na procesje ze swiecami wokol wnetrza. Spiewane po arabsku modlitwy przypominaly sciezke dzwiekowa do basni tysiaca i jednej nocy (balem sie ze albo jaka szyba peknie, albo cos wykonwacom), a wystroj z kolei prawoslawna cerkiew, tak samo jak brody celebrantow. Po procesji ze swiecami odbyla sie kolejna, obejmujaca jedynie celebrantow i rozsypywanie po wnetrzu pachnacego listowia.
Ten weekend byl o tyle fajny, ze na raz byl wielkanocny i palmowy, ale odpuscilem sobie procesje z palmami z klasztoru na szczycie Gory Oliwnej - tak prawde mowiac nie chcialo mi sie tam za bardzo isc...zreszta na raz bylo nabozenstwo w Katolikonie, wiec trudno sie bylo rozerwac. Zostawie go sobie na pozniej, choc mozliwe, ze normalnie jest zamkniety. Bede musial sledzic sprawe, moze otworza go przy innej okazjii. Po drodze jeszcze raz jednak poszedlem do Wiezienia Jezusa no i okazalo sie, ze tam gdzie bylem zeszlym razem to bylo wiezienie Barabasza, a do Jezusa jest 5 metrow w lewo i o wiele bardziej w deche. Przeciska sie czlowiek przez polmetrowe korytarze, przechodzi z salki do salki, w glownej jest cos przypominajacego dyby, do ktorych jest zalaczona pogladowa ilustracja w formie ikony-mozaiki, na ktorej widac, gdzie mialyby byc stopy. Tak jest, tam sie caluje.
Odchodzac nieco w bok mozna wyjsc poza swiatla i macajac uwaznie sciany w absolutnych ciemnosciach zejsc po schodach jakisc metr do nizszego pomieszczenia, ktore na dotyk ma jakies dwa metry na dwa i polki przy scianach, na ktore mozna wejsc. Te nietoperze eksploracje doprowadzily do tego, ze juz okolo piatej po poludniu moje dzinsy byly niezle umazane od scian.
Przynajmniej nie szkoda bylo dalej je swiechtac w Bazylice w oczekiwaniu na Rezurekcje. Nie zeby oczekiwanie to bylo bezczynne - co chwila cos sie dzialo wokol grobu, czy to jakas procesyjka, czy nabozenstwo albo dwa, katolickie albo i greckie, no i co chwila jakies okadzanie. Z tym to chyba bylo najgorzej, czlowiek sobie spokojnie na cos patrzy, a tu od tylu szura dwoch gosci z naczyniami w reku, w duchu chrzescijanskiego milosierdzia rozpychajac wszystkich niemilosiernie i nie zwazajac czy akurat ktos sie w jakiej kaplicy modli czy nie.
Prawoslawne nabozenstwo popoludniowe rozpoczelo sie od uroczystego wejscia Patriarchy do Bazyliki. Wejscie bylo wielce efektowene, zlote szaty, korona, tren niesiony przez dwoch ubranych na czerwono chlopcow, poduszeczka przed kamieniem pomazania, calowanie, prawdziwie krolewska ceremonia. Ostatni raz moglem cokolwiek zobaczyc nie bedac na galerii, na wszystkich kolejnych nabozenstwach przed Grobem czy w Katolikonie, bylo co najmniej dziesiec razy wiecej wiernych - mozliwe ze tym razem czesc poszla do klasztoru na Gorze Oliwnej, gdzie wkrotce miala sie rozpoczac procesja (Patriarcha pewnie zmotoryzowany, a prosty lud musial wybierac).
Tym razem mozna bylo wrecz stanac miedzy odzianymi na bialo koncelebrantami i z roznych stron spojrzec na siedzacego po lewej stronie Katolikonu na tronie patriarche, wspomaganego przez ubranego na czerwono chlopca, w charakterze jedynej obstawy. To wlasnie byla najbardziej rzucajaca sie roznica miedzy patriarcha a biskupami katolickimi - tych zawsze od laikatu odzielal mur ksiezy i zakonnikow, patriarcha wrecz przeciwnie, przeciskal sie wlasciwie zawsze przez wiernych, ktorzy calowali oczywiscie jego rece i szaty i rozstepowali sie z szacunkiem. Kilka wiec razy bylem okolo pol metra od niego (ale calowanie raczek sobie pozwolilem darowac). Sprobowalem to, jako i wieksze niz zwykle oswietlenie, wykorzystac proszac zaprzyjazniona fotoreporterke o strzelenie i mnie fotki. Akurat w tym momencie jakichs dwudziestu kaplanow ustawilo sie na srodku i poczelo spiewac piesni, tak wiec na jakies 10 minut bylem nieprzyjemnie oddzielony od aparatu... Brak fuksa. Ogolnie rozumiem, ze przynajmniej jednym z celow nabozenstwa bylo poswiecenie pieciu bochnow chleba, ktore pozniej zostaly pokrojone na kawaleczki z skonsumowane po pierwszej w nocy w czasie kolejnego.
W czasie oczekiwan na kolejne nabozenstwa super dokladnie zwiedzilem caly budynynek i mam go juz niemal caly w glowie, lacznie z detalami architektonicznymi, z ktorych najciekawsze sa chyba delikatnie wyrzezbione w marmurze balustrady widoczne z Kalwarii. Korzystajac z wiekszego niz zwykle oswietlenia dokladniej tez obejrzalem popekane, podziurawione i osmalone do kompletnej niemal utraty rozdzielczosci obrazy. Renowacja wielce wskazana... Najsmutniejsze wrazenie sprawia spalona niedawno kaplica syryjska z tylu Rotundy, z ktorej mozna tez przejsc do innej wykutej w skale wneki grobowej. Kaplica katolicka jedyna nie zawiera obrazow, ale raczej nowoczesne rzezby, no ale najbardziej tajemniczym elementem jest stojacy we wnece obok oltarza fragemnt kamiennego slupa z wygladzonym szczytem, udekorowanego wokol kwiatami. Kiedy czekajac na poranne nabozenstwo bardzo dziwne z niewyspania juz mysli przychodzily mi do lba, kontemplowalem mysl zlozenia ofiary Siwie z uzyciem humusu lub jogurtu... Na tle tego typu mysli wykombinowalem szczyt bezczelosci w koszernej restauracji podczas Paschy: poprosic o dobrze wyrosnieta buleczke z maslem, szynka i serem. A jak juz przestana krzyczec, dodac, ze sie prosi jeszcze o kiszonego ogorka do tego wszystkiego.
Przez wiekszosc czasu miedzy nabozenstwami grob byl otwarty i nawet bardzo pozno w nocy do wejscia byla pokazna kolejka. Kiedy chwilowo osiagnela lokalne minimum, i ja wlazlem kolejny raz do srodka, coby zobaczyc, czy cos ekstra sie nie zmienilo w wystroju. Nic sie nie zmienilo. W czasie gdy rozpoczynaly sie przygotowania do kolejnych ceremonii drzwi zostaly zamkniete a na bramce stanal franciszkanski mnich rozmiarow zapasnika sumo. Z jego miny mozna bylo wyczytac, ze wielkie sorry, impreza odwolana, za bilety nie zwracaja: znalezli cialo.
Juz przed dwunasta zajalem pozycje na upatrzonej galerii naprzeciw Aediculi. Galeria z jednej strony ma deski, wiec tam sie bezceremonialnie rozsiadlem i tyle. Bez problemu jak i w czasie poprzednich nabozenstw ogladanych z tego miejsca moglem sie znalezc w pierwszym miejscu, delikatnie jedynie upychajac sie miedzy dwoje rodakow z cyfrowa (hohoho) kamera. W przyszlym roku moze nie byc tak latwo, cos mi sie zdaje, ale tu za kazdym razem moglem nawrzucac kamykow biskupowi do kapelusza. Wedglug programu msze mial celebrowac Custos Ziemi Swietej, ale chyba nie bardzo, bo w czasie mszy nastepnego ranka zupelnie kto inny siedzial na tronie naprzeciw wejscia do Grobu. Trudno mi powiedziec, czy ta katolicka Rezurekcja roznila sie w liturgii od jakiejkolwiek innej, bo w zyciu innej nie widzialem. Organy graly, ksieza spiewali (po lacinie), czytane byly kawalki z Biblii w jezykach zroznicowanych, po francusku, angielsku, hiszpansku, arabsku, niemiecku i wlosku. Franciszkanie rozdawali ksiazeczki z tekstem czytan i lacinskich piesni, ale potem skrzetnie wszystkie byly zebrane, wiec nie mam sciagi. W ksiazeczkach czesc rzeczy byla przetlumaczona, rowniez na arabskie robaczki.
Ludzi bylo nie bardzo wiele, po bokach Aediculi, tak wiec widziec mieli szanse o wiele mniej niz z galerii, ktora byla naprzeciw wejscia do Grobu i tym samym oltarza. Katolicy jako jedyni mieli oltarz zbudowany na zewnatrz: pokryty bialym obrusem stol z kandelabrami i kwiatami, na ktorym rozlozone byly kielichy i talerzyki z hostia. W czasie komunii ksieza po kilku rzedami podchodzili umoczyc chleb w winie.
Ledwo sie skonczyla msza katolicka, o pierwszej w nocy po drugiej stronie galerii, w Katolikonie, rozpoczelo sie nabozenstwo prawoslawne. No nie da sie ukryc, ze jesli chodzi o garderobe, patriarcha Greckiego Kosciola Prawoslawnego jest w innej kategorii wagowej niz Custos Ziemi Swietej, choc i ten niezle oplywal zlotymi nicmi i pelerynke mial odpowiednio ciezka. No ale blyszczacej w rozswietlonym wielkim kandelabrem Katolikonie korony nie ma za bardzo jak przebic. Rano kontrast byl o wiele wiekszy, bo ponownie na galerii moglem ogladac nabozenstwa w wersji stereo, z jednej strony katolickie pod rotunda Grobu, z drugiej prawoslawne z okazji niedzieli palmowej w Katolikonie. Bliskosc Grecji i Cypru, a takze fakt, ze prawoslawnych i na stale w Jerozolimie jest chyba wiecej, sprawil, ze caly byl nabity czernia - wiekszosc wiernych stanowily staruszki odziane w ciemne brazy i glebokie odcienie szarosci. Tym bardziej odcinal sie od nich Patriarcha, zloto na czarnym tle prezentuje sie tym lepiej, tak wiec ceremonia przypominala ilustracje do rosyjskich basni: dobry car pozdrawia i blogoslawi swoj wierny lud. Liczba dwuglowych orlow wybitnie wzmacniala skojarzenie.
Kiedy juz zostaly zjedzone kawaleczki bochnow chleba poswieconych poprzedniego popoludnia wyszedlem zlapac troche swiezego powietrza na zewnatrz. Nie trwalo dlugo zanim sie zgubilem w Starym Miescie: bez ludzi brakowalo mi znakow orientacyjnych. Szybko wrocilem, choc miejsce jest bezpieczne, zawsze sie czlowiek troche glupio czuje, czy cos nie wyskoczy zza wegla.
Rano znowu wyczarowalem sobie miejsce na galerii i wreszcie celebrowal prawdziwy Custos. Pelno bylo TV, ludzi troche wiecej, w tym kilkanascioro gosci honorowych, z przedstawicielem Minsterstwa ds Relgii Izraela, i pewnie ambasad. Czesc nosila pelerynki z maltanskimi krzyzami. Moglem znow nawrzucac kamykow biskupom za kolnierz i przypatrzec sie z bliska, jak sie wsypuje to, co sie wsypuje do kadzielnic. Ale widok byl ciekawy i z drugiej strony, gdzie odbywalo sie prawoslawne nabozenstwo z okazji niedzieli palmowej. Ale jak dokladnie skonczyly sie oba, tak naprawde nie zobaczylem, bo jak tylko katolicy trzykrotnie obeszli Aedicule, postanowilem zmienic pozycje i przejsc do ormianskiej kaplicy na galerii rotundy. Byl to blad, bo jak juz zlazlem, to nie moglem wejsc ponownie, schody byly bowiem obsiedzone przez wyzej wymienione staruszki, a wyjsc z Katolikonu nie bylo jak, bo przez ten tlum nawet takie kosciotrupy jak ja nie mialy szans sie przecisnac. Widac nic nie bylo z jednej i drugiej strony, z jednej z powodu dzikie mrowia ludu, a z drugiej przejscie do Rotundy bylo zamkniete i zasloniete. Tymczasem chociaz tron biskupi, lawki dla koncelebrantow i innej swity, baldachim, stol, ktory robil za oltarz przed wejsciem do Grobu, razem ze swiecznikami etc zostaly sprawnie zwiniete w czasie procesji, to cos tam sie jeszcze po tej drugiej stronie dzialo. Znalazlem w kocnu szpare w zaslonie i moglem dzieki temu obejrzec zakonczenie.
Potem korzystajac z chwili zamieszania bezczelnie otworzylem zamkniecie miedzy pomieszczeniami, co pozwolilo na przeplyw z jednego do drugiego jakichs dziesieciu osob, i wspialem sie na ormianska galerie, gdzie wkrotce potem rozpoczelo sie nabozenstwo z okazji Niedzieli Palmowej. Znow poniekad przyszlo mi ogladac wydarzenia na dwa fronty, bo gdy z jednej strony ormianski chor meski wytezal pluca, a panienki z lisci palm wyczarowywaly krzyze, z drugiej rozpoczynala sie juz grekoprawosławna procesja palmowa wokol grobu.
Widok na sama Aedicule z ormianskiej galerii jest wielce ciekawy. Dopiero niedawno kopula nad nia zostala zamknieta szyba, wczesniej deszcz padal na rozsypujacy sie nieco teraz budynek. Z gory widac wiec rzygacz i daszek, ktory mozna bylo postawic nad dziura w suficie Kaplicy Aniola, ktora jest jakby przedpokojem od Kaplicy Grobu. Nad ta ostatnia wznosi sie dzwonnica, ktora tez dokladnie mozna zobaczyc jedynie z gory.
W mrocznym wnetrzu, w swietle swiec i wsrod dymow kadzielnich zmurszaly, pokryty napisami w niezrozumialych alfabetach budynek kolejno okrazany byl przez procesje. Po lacinskich piesniach - greckie, a potem wspolna procesja Syryjskiego, Ormianskiego i Koptyjskiego Kosciola Prawoslawnego, w rytm wybijanych o podloge okutymi lachami przez straznikow krokow, z szczekiem kadzielnic i grzechotkami nad syryjskim patriarcha, ormianskim chorem, koptyjskimi krzykami.
Jednego dnia widzialem chyba z siedmiu patriarchow... Do tej pory stukaja mi glowie okute lachy ubranych w tureckie mundury i fezy straznikow. W waskich uliczkach Starego Miasta i wewnatrz Bazyli na ten znak ustap pierwszenstwa w wersji Imperium Otomanskiego najepiej przycisnac sie do muru. Brakowalo mi lektyk w czasie tych marszrut patriarchalnych switi tylko raz sie nie zawiodlem - syryjski patriarcha istotnie byl niesiony na tronie przez obstawe. Pozostalym wielkim tego miasta musialo wystarczyc, ze tron jest niesiony za nimi..
Powoli juz zaczynalem rozrozniac poszczegolne odlamy, choc i do teraz przychodzi mi to z pewnym trudem i czasem sie myle. Ormianscy mnisi sa wielce charakterystyczni, ze spiczastymi kapturami, ktore maja symbolizowac gore Ararat, Syryjczycy i Kopci maja kaptury przylegajace do glowy. Wiekszosc oprocz szczyli ma tez niezlych rozmiarow brody. Ormianski patriarcha nosi nakrycie glowy podobne do rzymskokatolickich, choc czasem wymienia je na korone. W czasie procesji z obu stron jego rozchylone szaty podtrzymuje dwoch umyslnych, za kazdmy razem nie moglem sie odpedzic od etologicznego skojarzenia. No i z gory i z daleka liscie palm wielce przypominaja klosy, wiec i tu skojarzenia nachodzily mi do lba roznorakie.
Przede wszystkim najbardziej ciekawym efektem psychologicznym bylo, ze rzymscy katolicy sprawiali wrazenie elementu najbardziej bliskiego i znajomego w tej orgii kolorow, szat, modlow, spiewow, ale tak wlasciwie komplikacja rytualu byla w tym przypadku rownie wielka, jesli nie wieksza niz innych wyznan - to jedno uzywalo tez organow i korzystalo z oltarza na zewnatrz Grobu, pozostale wyznania - ze stolu w Kaplicy Aniola, tak jak i w innych kosciolach, gdzie oltarz oddzielony jest od pomieszczniach dla laikatu.
Jednym z tych niezbyt zbornych mysli, ktore nachodzily mnie o tych rannych godzinach bylo, w jak duzym stopniu te organy stanowia rekwizyt zagluszajacy pozostale nabozenstwa, ktore jednoczesnie odbywaly sie w tym miejscu, tak jak spiewy czy bicie dzwonow z drugiej strony... Ciekawe na ile duzym czynnikiem za pozostawieniem "przestawionego" kalendarza liturgicznego jest ze inaczej ten najwazniejszy kosciol chrzescijanstwa w te niedziele - i nie tylko, w caly, ze tak powiem Wielki Weekend - jeszcze bardziej zakrecajacym glowe kalejdoskopem. I kiedy Rzymianie przechodzili raz za razem przede mna w procesji, pamiec o krzyzowcach, konkwistadorach, Frankach bzykala w moim umysle...
O tej jednak godzinie do lba przychodzily mi juz rozne rzeczy i sfazowany bylem niezle. Po procesjach zmylem sie do domu, ale po drodze musialem jeszcze zrobic zakupy, wiec poszedlem na szuk Mehane Yehuda. Dobrze, ze mialem ograniczone fundusze, bo w stanie mojego umyslu malo patrzylem na ceny i nie chcialo mi sie zupelnie targowac. Za to poszlo mi to wzglednie szybko. Najgorsza chwia nadeszla jednak na przystanku autobusowym... Monopolista autobusowym w calym Izraelu, nie liczac palestynskich przewoznikow i konkurencji ze strony minibusow-taksowek (zwanych tu szerut, czeka sie az taksowka powiedzmy do Haify sie wypelni przez jakis kwadrans, za to cena jest porownywalna z autobusem, a jedzie sie szybciej), jest firma Egged. W miescie u kierowcy kupuje sie bilety na sztuki, albo karnety 11-przejazdowe w cenie 10 (dwa miesiace temu za 43 szekle, teraz 45). No i tego wlasnie dnia i w fazie sen mocno in minus zorientowalem sie, ze forsa cala wydana a wzialem zamiast nowego stary karnet, z jedenastoma dziurkami na jedenascie rubryczek. Ale ze kierowcy Egged to luzacy jakich malo - co zreszta wszyscy kierowcy tu wyprawiaja, to osobna historia, klakson jest dla nich jak odychanie a najezdzanie na czyjs tyl to sport narodowy chyba - i dziurki niekoniecznie odpowiadaja rubryczkom, postanowilem zaryzykowac. No i stal sie cud jak przystalo na Wielkanocna Niedziele, kierowca wstawil mi dwunasta dziurke...
Juz w czasie jazdy w uszach mi tylko dzwonilo, stukalo i spiewalo Alleluja, co zas przymruzylem oczy, widzialem swiece, wiec kiedy sie dotelepalem wreszcie tego dnia do lozka, wstalem nastepnego. Kontrast byl niesamowity, czulem sie jak skrecony na nowo, ale chrzescijanstwa to mialem zdecydowanie na jakis czas dosc... Ale o tym to moze juz w kolejnym odcinku!


Swiat