Indyk wyścigowy, czyli Baja 1000

Iwona Szymańska

Wyruszyliśmy z domu o 2-giej, w środę 26-go listopada. Jak na złość pada - musi przez to El Nińo. Naszym celem dziś - Ensenada, sześćdziesiąt mil na południe od granicy ze Stanami. Na autostradach rzeź. Każdy chce się o tej porze dostać na lotnisko, by w ten Thanksgiving Weekend odwiedzić krewnych. Żółwim tempem przepychamy się przez korki, omijając lotniska, gdy się tylko da.
Pancho Villa W Ensenadzie mieszka Ewa Głowacka, która zaoferowała się robić za przewodnika. Dotarliśmy na miejsce wieczorem, po szóstej. W ciemnościach nie było sensu zwiedzać zabytków z zewnątrz. Wpadliśmy więc jedynie do najstarszego baru "Hussong". Został on założony ponad sto lat temu przez niemieckich imigrantów i jest rowieśnikiem miasta. Wygląda jak z westernu. Po jednej stronie lada z wysokimi stółkami, lustra na ścianie i rząd butelek z egzotycznymi trunkami. Na sali rozstawione jest ze dwadzieścia stolików. Ciemna drewniana podłoga nasączona jest olejem, śmierdzi jak w warsztacie samochodowym. Emiliano Zapata Na ścianach wiszą zdjęcia bohaterów narodowych; Emiliano Zapaty, Pancho Villi i innych, nie znanych mi, ale równie groźno patrzących wąsatych mężczyzn, ze spluwą w ręku. Za barem równie wąsaci Meksykanie, ci nie patrzą w oczy, bo uwijają się jak w ukropie by napoić wypłacalnych klijentów. Do pełnego obrazu brakuje im jedynie sombrer i pasów amunicji skrzyżowanych na piersiach. Powietrze gęste od dymu papierosowego i głośnych okrzyków podnieconych graczy, którzy usadowili się przy narożnym stoliku. Rżną w karty. Przy wejściu Mariachis przygotowują się do występu - stroją swoje instrumenty. My rownież dostosowaliśmy się do atmosfery i zamówili trunki. Nasze głosy zmieszały się z gwarem "saloonu". Staliśmy się częścią kłębiącej się gromady.

wizyta u Ewy Nastepnego dnia rano po zrobieniu niezbędnych zakupów wyruszyliśmy do naszego celu, czyli do Canyonu Guadelupe. Nie my jesteśmy jego odkrywcami. Przed nami był tam Joel Grasmeyer, który swoje doświadczenia i piękne zdjęcia zamieścił na www. Pierwszym etapem naszej podróży było miasteczko Tecate, na granicy ze Stanami. Tu umówiliśmy się z Bożeną Pruską i jej towarzystwem - gastarbeiterem z Niemiec Markiem Esserem i jego dziewczyną Beatrix. Spóźniliśmy się godzinę i ich już nie było. Zostawiliśmy karteczkę w piekarni w której mieliśmy się spotkać. Pokręciliśmy się trochę, zjedli ciastka i w dalszą drogę. Sześćdziesiąt mil dzieliło nas do zjazdu na żwirową drogę. Niby nie dużo, ale akurat okazało się, że droga jest w remoncie. To powodowało monstrualne korki. Sunęliśmy z prędkością żołwia wyścigowego. Tuż przed zachodem słońca wjechaliśmy na Lagunę Saladę, a następnie zboczyli na południe na żwirową drogę prowadzącą do kańionu. Po przejechaniu zaledwie kilkunastu mil natrafiliśmy na zakopany w piachu samochód Bożeny i przygodnych Gringów próbujących ją wyciągnąć. Byliśmy już prawie w komplecie. Po powitaniach ruszyliśmy dalej. Zapadł zmrok. Z mapy wiedzieliśmy że po lewej leżała błotnista Laguna Salada, a po prawej pasmo gór Sierra Juarez. W światłach reflektorów widać było jak droga robi się co raz gorsza. Na tarce dzwoniły luźne plomby w zębach. Potem trafiliśmy na grzęzkie piachy, a potem wyschnięte rzeki ze sterczącymi kamulcami.

zakopany w piachu samochód Canyon Guadalupe znajduje się w masywie górskim Sierra Juarez. Jest jednym z kilku na jego wschodnim zboczu. U jego podnóża leży niecka Laguny Salady, która w czasie dużych opadów wypełnia się woda. Z górnej części kanionu rozciąga się daleki widok na północną cześć Laguny i na góry Sierra de los Cucapah. W zachodzącym słońcu widać że składają się z dwóch kolorów. Bliższe, czekoladowe, wraz z płytą pacyficzną przyjechały z południa (z prędkością 4 cm/rok), ciut dalsze śmietankowe, stoją w miejscu na płycie kontynentalnej. Canyon Guadalupe jako jedyny został zagospodarowany. stoły Gorąca woda wypływająca tu z podziemii, została wepchnięta przez człowieka do basenów różnej wielkości. Robią one wrażenie naturalnych, gdyż do ich budowy wykorzystano okoliczne głazy. Te baseny są porozrzucane na stoku pogórka, oddzielone palapami i naturalnymi usypiskami głazów. Dzięki temu są jakby prywatnymi kąpieliskami. Cały teren kanionu jest porośnięty palmami, pod którymi dla wygody Gringów ustawiono stoły.

grzaliśmy przejedzone cielska Rob Williams, nadzorca całego tego terenu wskazał nam miejsca biwakowe i pobrał $15 od samochodu. Po rozłożeniu gratów przystąpiliśmy do głównego punktu imprezy - konsumpcji indyka. Lukasz, mąż Bożeny, upichcił ptaszydło uprzednio w domu i teraz po podgrzaniu mogliśmy zatopić ząbki w soczystym mięsiwie. Z innych obozowisk rownież dolatywały zapachy i odgłosy mlaskania. Nasi gringowi sąsiedzi podobnie świętowali ten dzień. Po uczcie udaliśmy się na relaks do ciepłych basenów. Wszyscy wleźliśmy do niego i popijając najrozmaitsze trunki, grzaliśmy przejedzone cielska. Mark opowiadał nam jak ciężkie jest życie niemieckiego gastarbeitera w USA. Czuliśmy bluesa, kiwali głowami i serdecznie współczuli, a nad nami skrzyła się mleczna droga.
pełny relaks Rano trudno wstać. Kości i mieśnie jakoś dziwnie nie mają ochoty na zwleczenie się z wyrka. W półśnie znowu do baseniku. Oj jak przyjemnie. Potem śniadanko z resztek indora i wyprawa w górę kanionu. Trzeba się poruszać. Srodkiem kanionu plynie zimny strumyk, skakalismy wiec po olbrzymich obłych bambulcach, aż dotarliśmy do wodospadu. Zajęła nam ta wyprawa kilka godzin. No a po niej ciepła kąpiel w basenie. Wieczorem zjawili się kolejni uczestnicy: Waldek z synem Tomkiem i Jurek. Byliśmy już w komplecie. Na kolację znowu indyk. Już nam bokiem wychodzi i znowu leżenie pod gwiazdami w ciepłej wodzie, to nam sie nie nudzi. Zadzierając głowy opowiadamy historię poczęcia.

wyprawa w górę kanionu Rano postanawiamy się zwinąć i zwiedzić miejsca dalej na południe. Na mapie pokazana jest przerywaną linią droga na południe ok. 40 mil do asfaltu w La Ventanie. Postanawiamy ją przejechać i dotrzeć na wieczór do San Felipe. Decydują się z nami zabrać - Ewa, Waldek i Jurek. Bożena z ferajną wraca do San Diego. Mamy jedynie drogową mapę kupioną w Stanach. Nie jest ona dość dokładna, kupujemy od Roba kserograficzną kopię ręcznej mapy i zasięgamy języka jak się dostać na drogę przecinająca Lagunę, mnie więcej w połowie. Po drugiej stronie Laguny biegnie za pasmem pagorków Sierra de los Cucapah asfaltowa szosa do San Felipe. Staramy się jechać zgodnie ze wskazówkami. wyprawa w górę kanionu Okazuja się one diabła warte. Błądzimy i błądzimy. W czasie tego krecęnia się w kółko po polnych scieżkach trafiamy na patrol meksykańskiego wojska. Dzielni poborowi wojacy, gdzieś z zabitych deskami wiosek centralnego Meksyku nie wiedzą nic, ale starają się nam dogodzić jak mogą. Nawet eskortują nas hummerem na główną drogę i udzielają rad jak tu trafić na właściwy szlak na którym nigdy nie byli. Przekonują nas jednak że przejazd przez Lagunę Saladę obok ich obozowiska jest zalany wodą i nieprzejezdny. Musimy jechać dalej na południe, tylko tam na południowym skraju Laguny moze być przejście. Na to wskazuje amerykańska mapa. Dalej błądzimy i trafiamy na kolejnych życzliwych. Tym razem wiertników poszukujacych energii geotermicznej. Oni rownież udzielają nam rad jak dojechać do La Ventany. Informacje są sprzeczne z tymi podanymi przez wojaków.

dolina pełna kwiatków Verbena Tak błądząc i klucząc trafiamy na niezmierzone dywany pustynnych fiołków. Scielą się po horyzont. Upojnie pachną. Natrafiamy w końcu na uczęszczaną drogę. Śmiga nią na północ pojedyncze sand rail, widać Gringi się scigają. Z wyglądu pojazdu domyślamy się że to jeden z wielu rajdów z serii Baja_1000. Zaczyna robić się późno i do tego Jurkowi kończy się benzyna. Trzeba podjąc decyzję w którą stronę jechać. My zdecydowanie jedziemy dalej, tam skąd przyjechał rajdowiec. Ewa, Jurek i Waldek decydują się wracać na północ. Nie tylko kończąca się benzyna za tym przemawia, ale i to, że żaden z ich samochodów nie jest 4X4, a zanosi się na to, że dalej będzie to niezbedne. Żegnamy się i w drogę.

wojsko daje wskazówki Prujemy jak się da najszybciej oznaczoną wstążeczkami drogą. Celujemy miedzy dwa pagórki zdala od Laguny Salady. Droga robi się co raz bardziej piaszczysta, ale nadal jest przejezdna. Tuż przed zapadnieciem zmroku zjezdżamy do koryta wyschniętej rzeki. Piaszczyście. Piotr włącza naped 4X4 i posuwamy się z wysiłkiem. Zjezdżamy w boczny kanion i zostajemy na noc. Nie natrafiliśmy na ani jednego rajdowca, choć po zmierzchu słychać było kilka pojazdów prujących na północ - to ci spoźnialscy. Widać rajd się kończy. Na biwaku jest pięknie i dziko. Wygląda na to, że przed nami nie było tu żywej duszy. Rozpalamy ognisko z licznych suchych gałęzi mesquit'u. eskortują nas "hummerem" Na kolację kiełbaski, a do popicia resztki wódeczki. Na rozgrzewkę, bo zaczyna być chłodnawo. Jesteśmy przecież już w górach na 1400 stopach nad poziomem morza.

Droga robi sie co raz bardziej piaszczysta Rankiem budzi nas świergot ptaków. Nie samochody, lecz tylko ptaki słychać. Zbieramy się i dalej w drogę. Nie mamy właściwie wyboru, bo droga jedna, oznaczona wstążeczkami. Pomagają nam też inne znaki pozostałe po rajdzie. Mamy nadzieję trafić na któryś z punktów kontrolnych na trasie rajdu, po to by wypytać o dalszą drogę. Wnioskujemy że droga musi byc przejezdna, tylko dokąd ona prowadzi? Mamy nadzieję, że do drogi asfaltowej do San Felipe, a nie na zachód do Ensenady. Tam nie starczy nam benzyny. Widoki zapierają dech w piersiach. Jesteśmy sami. Nie spotykamy już ani jednego pojazdu. Wielokrotnie musimy włączać 4X4. W końcu zjezdżamy na duży "wash" tuż przy Lagunie Salada. Teraz dopiero się zaczeło. Droga rozjezdzona niesamowicie, prowadzi wydmami. Piach, piach i jeszcze raz grzęski piach.
biwaku jest pięknie i dziko Nie sposób go przejechać bez napędu na cztery koła. Nawet po włączeniu mamy kłopoty. Udaje się jednak i wjezdżamy na Lagunę Saladę. Tu z kolei obawiamy się błota, a może nawet zalanej i nieprzejezdnej drogi. Suniemy wyjezdżonym traktem. Widać, że mokro, bo miejscami błoto fruwa za kołami, oblepiając cały samochód. Gdy w oddali zobaczyliśmy nasyp asfaltowej drogi, ulżyło nam. Jedziemy w dobrym kierunku i wygląda na to, że nie będziemy musieli wracać. W tym momencie mamy juz tylko 1/3 baku, co oznacza że gdybyśmy musieli wracać na północ nie starczy nam paliwa na powrotną drogę. Przystajemy więc aby zrobić okolicznościowe zdjęcia. No i tu niespodzianka. Gdy Piotr, z wrodzonej ciekawości, zszedł z ubitego traktu, na wydawało by się suche pobocze, natychmiast zapadł w błoto po łydki. Szybko zrobiliśmy zdjęcia i znowu do samochodu. droga jedna, oznaczona wstążeczkami Skóra mi scierpła na myśl, że lada moment samochód może się zapaść w bagnie. Dojechaliśmy do asfaltu bez niespodzianek. Odetchnęłam. Było już koło południa. Drogowskaz na asfaltowej drodze pokazywał skąd przyjechaliśmy - El Saldania #2.

Postanowiliśmy zobaczyć co słychać w San Felipe oddalonego o 40 mil i odwiedzić naszego znajomego Buca Taylora. Przy stacji benzynowej w San Felipe napotykamy poznanego w kanionie Guadelupe Niemca - Karla Nesebera. Jeździ on przedziwnym wehikułem, skrzyżowaniem małej dieslowej ciężarowki o wielkich kołach ze skrzynią kontenerową. W tej skrzyni bez okien, mieszka z dwiema Szwajcarkami - Mary i Ann. Opowiedział nam jak to przez cztery miesiące pracuje w Niemczech w warsztacie samochodowym, po czym znika na osiem. Włóczy się wówczas po świecie tę cieżarówką. Tego roku będzie zwiedzał południową cześć półwyspu Kalifornijskiego. W przyszłym - Południową Amerykę

Suniemy wyjezdżonym traktem Buc Taylor był jak zwykle w porcie, na swojej łodzi. Zawołaliśmy go przez morskie radio VHF. Ucieszył się jak dziecko. Mieszka samotnie na 40-sto stopowym trójmaranie "Tripple Play", model z siedemdziesiątych lat. Zaskoczył nas też obraz portu. Kamienne falochrony oddzielające go od morza znikły w kilku miejscach. Znikły też wieżyczki z latarniami stojącymi u wejścia. Na plaży było wiele rozbitych pang, a w wodach portu zatopiony kuter. Wyglądało na to, że musiał tędy przejść spory kataklizm. Buc nam to wyjaśnił. Otóż w połowie sierpnia przeszedł tedy huragan Nora, który wywołał to spustoszenie. Jedząc lunch opowiadał nam jak walczył z żywiołem by ocalić łódź. O mrożących krew w żyłach zmaganiach z olbrzymimi falami i wiatrem. Efektem tego kataklizmu jest wiele jeszcze dotychczas nieprzejezdnych dróg. Nawet droga do granicy ucierpiała. W kilkunastu miejscach są wieksze i mniejsze wyrwy, a w jednym miejscu została całkowicie przerwana. Naprawiono ją tymczasowo. Buc opowiedzał nam o emerytowanym kucharzu z Palm Springs - Clark Waters, który wraz ze swoim psem "Sam the Sea Dog" wyruszył z San Felipe w rejs swego życia. Lądem przytransportował tu do portu 28-mio stopową "Columbię" - jednomasztową, masowo produkowaną żaglówkę o proroczej nazwie "Paradise Bound". Przez tydzień naprawiał w San Felipe uszkodzony w transporcie ster, po czym na tydzień przed Norą wypłynął na południe. Wprost w oko huraganu. Nikt o nim od tej pory nie słyszał.

Buc Taylor walczył Od Buca dowiedzieliśmy się też o rajdzie na który trafiliśmy poprzedniego dnia. Był to jeden z wielu "Poker Runs" z San Felipe do Mexicali. Zabawa polega na przejechaniu trasy na której jest pięć lub siedem punktów kontrolnych. W każdym z nich zawodnik wybiera kopertę z kartą do pokera. Na mecie otwiera koperty i najwyższa ręka wygrywa rajd. Za to uczestnik dostaje puchar i satysfakcję. Po pogaduszkach z Buciem zbieramy się w drogę powrotną do domu. Robi się ciemno.

Piotr wsłuchuje sie w kołatanie dochodzące z silnika. Akurat jedziemy wąskim nasypem przez Lagunę Saladę. Kołatanie się wzmaga. Nie ma tu gdzie przystanąć. Spekulujemy co to może być. Zębatka koła zamachowego? Już raz się poluźniła. Stukanie wzmaga się, jeśli to coś krytycznego możemy spaść z nasypu do błota w lagunie. Po piętnastu minutach trafiamy na posterunek wojskowy w La Ventanie. Jest tu placyk by przystanąć. Piotr potrząsa kołami. Przednie lewe koło ma z centymetr luzu. Jeśli pękło łożysko to zostaniemy tu na noc. Piotr chwyta nakrętkę koła, a ta obraca się w palcach. Widać trasa rajdu nie tylko poluźniła plomby w zębach, lecz i nakrętki kół. Dokręcamy nakrętki u kół, a językiem przytrzymujemy plomby w zębach. Dalej w drogę.

W Mexicali jak zawsze kolejka do granicznego przejscia. Zajęło nam to pół godziny. Tym razem jednak przejście nie było takie proste. Urzedas, nadgorliwiec popukał karoserię jeepa i doszedł do wniosku, że coś brzmi nie tak. Kazał więc zjechać na dokładniejszy przegląd. Tu kazano nam wysiąść z samochodu, otworzyć wszystkie drzwi i stanąć pod ścianą. Zaczęli grzebać i wyciągać rzeczy. Po dotarciu do niedopitego "Baczewskiego" doszli do wniosku, że my nie przemytnicy narkotyków, a zwykli turyści - thrill seekers, a ten głuchy dzwięk karoserii to błoto, a nie kontrabanda. Ruszamy z kopyta do domu.


Ameryka