
Zupa sniegowo-solna wypelniala swoja wypoziomowana gestoscia wszystkie dziory i zaglebienia w chodniku. Szarosc switu maskowala lodowate pulapki. Paskudny NowoJorski Listopad zaslugiwal w tym roku w pelni na swoj przydomek.
Wspaniale w swej ponurosci gmachy fabryk tworzyly mroczny kanion przeciety u gory paskiem swiatla. Czesc byla jeszcze w uzytku, reszta to wytrawione pozarami szkielety. Platanina instalacji wyzierala przez pozbawione okiennic oczodoly. Puste okna oprawne w luki brwiowe z wystajacej cegly nadawaly fasadom wyglad tragicznych masek z greckiego teatru. Widok tych budynkow zgniatal swoim ogromem i przyprawial zamglony ranek beznadzieja.
Kobiety z wielkimi torbami gromadzily sie wokol ogrodzenia fabrykcznego budynku.
O wpol do osmej brama odtoczyla sie na bok ciagnieta elektrycznym mechanizmem. Teraz tlum kobiet wypelnil dziedziniec. Trzeba bylo zajac miejsce przy samych wrotach do ceglanego kolosa. Przypominalo to ruch plemnikow obserwowanych pod mikroskopem, gdzie kazdy jeden swiadomy bezsensu swej egzystencji w razie fiaska, za wszelka cene pcha sie na przod. Kiedy wrota ustapily tlum wlal sie do srodka budynku. Zwieszone z sufitu na nieskonczonych przewodach zarowki rzucaly mdle swiatlo ktore z trudem rojasnialo wnetrze. Kobiety, zdobywszy transportowe wozki przepychaly sie teraz ku srodkowi sali. Znajdowala sie tam platforma siegajaca do pol uda. Pokryta wyslizgana stalowa blacha byla glownym oltarzem w tej swiatyni ohydy. Nad nia, z sufitu zwisala blaszana struktura w formie kwadratowej rury, wystarczajaco wielkiej by spuscic przez nia w dol osobowy samochod. Powietrze drzalo szmerem jak w ulu. Rece kobiet trzymaly wozki. Bystre oczy badaly otaczajace wspolzawodniczki. Mimo chlodu na zewnatrz i otwartych wrot, w sali zaczelo sie robic goraco. Gwizd zapuszczanego elektrycznego motoru rozcial powietrze a po chwili zawtorowal huk pracujacej ciezkiej maszynerii. Tlum zafalowal. Z wielkiej rury z sufitu zaczely powoli spadac na platforme ubrania. Na tle rownomiernej szarosci falowal jasny las wyciagnietych w gore rak. Najwaleczniejsze kobiety trwaly przy stalowej plaszczyznie. Ich rece niby czulki gigantycznego ukwialu drapieznie rozdrapywaly pierwsze porcje ubran. Wielka rura wyrzygiwala teraz pelna gardziela kolorowy strumien. Szum wypelniajacy sale wzbogacil sie o krzyk kobiet przyciskanych do platformy przez napierajacy tlum. Cena miejsca przy krawedzi byl bol. Wytrwac przy platformie graniczylo z niemozliwoscia ze wzgledu na rzadzaca sie ruchami Browna gestwe ludzka.
Oczy lgnely ku wielkiej dobrodajnej rurze. Rece wznosily sie ku mdlemu swialu powyzej ktorego rozciagala sie nieskonczona ciemnosc. Przestrzen wypelnial psalm bolu. Obrzadek w swiatyni ohydy byl pelny.
Walka trwala. Wprawne oczy notowaly warte zdobycia kawalki jeszcze zanim te zdazyly spasc na platforme. Nastepnie lokalizowaly pozadany okaz w usypanym na platformie stozku. Silne rece musialy teraz schwycic choc rabek cennej materii i wyciagnac ze stosu, ktory wciaz rosl przywalany nowymi odchodami wielkiej rury z sufitu. Odkladany na pozniej bol rozgniatanych o platforme ud nie przeszkadzal w gromadzeniu zdobyczy, znajdowal jedynie ujscie w krzyku. Wiele kobiet pracowalo czworkami. Napastniczki wyszarpywaly zdobycz ze stosu i walczyly z sasiadkami, ktore tez zdolaly zlapac ten sam kawalek. Pozostale dwie ladowaly zdobycz do wozka i bronily jego zawartosci. Latajace w powietrzu ubrania, halas i ruch walczacych kobiet wypelnialy przestrzen. Krzyk zlosci, wysilku i bolu mieszal sie z hukiem maszynerii.
Uwaga kobiet skupiala sie na miarowych odchodach wielkiej rury. Zadnej nie przyszlo do glowy, ze sa obserwowane. Ladowacze nad sufitem rzucali na tasmociag co pewien czas jakis "lepszy" kawalek garderoby. Trwalo jakies pol minuty zanim nie zostal on wyrzygany przez wielka rure wraz ze "slabym" towarem. Okienko pod sklepieniem dawalo swietne pole obserwacji dla kilku graczy. Teraz wystarczylo znac gust i mozliwosci fizyczne zawodniczek by sie zakladac ktora zdola zdobyc podrzucony kawalek. Ten wynaleziony przez ladowaczy sport to najuczciwszy hazard w Nowym Jorku.
Kilka godzin walki minelo blyskawicznie. Wielka Rura wreszcie przestala rodzic. Kobiety ubijaly zdobycz w plociennych brzuchach wozkow. Bacznie strzezone pelne wozki ubran zaczely powoli formowac zakrecony, uzbrojony kasa tasiemiec. Cala zawartosc wozkow przesypywano na wage i okreslano pieniezna cene. Wrota przepuszczaly kobiety objuczone workami ze zdobycza. Za parogodzinne taplanie sie w ohydzie dostaly troche szmat za ktore jeszcze musialy zaplacic. Sa takie zajecia, ktore trzeba lubiec.
Jeszcze tego wieczora towarzyszki broni wypiora wszystko co zdobyly i rozdziela miedzy siebie. Potem beda dlugo przymierzac zdobyte szmaty, segregowac i dyskutowac komu z rodziny nalezy sie jaki egzemplarz. W tygodniu wszystko bedzie juz zapakowane i gotowe do wyslania do domu. W nastepna sobote o swicie znow zbiora sie te kobiety by walczyc o to, co wydali na stalowa platforme mechaniczny rog obfitosci.
Zadna z kobiet nie uwierzyla by do jakiego wysilku jest zdolna gdyby nie to miejsce. Tu mozna sie sprawdzic. Tak juz jest, ze ludzie z wlasnej woli wypelniaja najnizsze ogniwo biologicznego lancucha Planety Brooklyn. Spelniaja pozyteczna role podobnie jak kraby, ktore pelzaja po samym dnie i z zawzietoscia rozdrapuja smierdzaca padline, ktorej juz nikt inny tknac nie chce.
Dla tych co bardzo chca dzien potrafi byc hojny.
