Aloha from Hawaii.

Elzbieta Brozek

Hawaje to najbardziej odizolowany archipelag na Ziemi. Przez conajmniej 81 milionow lat na skutek aktywnosci wulkanicznej z dna Oceanu Spokojnego wynurzala sie wyspa za wyspa. Hawaje spoczywaja na plycie tektonicznej Pacyfiku. Plyta ta przemieszcza sie w kierunku polnocno-wschodnim nad tzw. "goracymi miejscami" znajdujacymi sie w plaszczu Ziemi z predkoscia okolo dwoch cali na rok. W tych miejscach magma moze wydostawac sie przez dno oceaniczne i niezliczone erupcje prowadza do tworzenia sie coraz to wiekszego stozka wulkanicznego, ktory z uplywem setek tysiecy lat zamienia sie w wyspe. Kiedy nowo powstala wyspa (wraz z plyta tektoniczna) przesunie sie dostatecznie daleko od "goracego miejsca" zanika dzialalnosc wulkaniczna na niej, a wulkan uwaza sie za wygasly. Aktywnosc wulkaniczna trwa dalej i w innym miejscu plyty tektonicznej, nad "goracym miejscem" zaczyna powstawac kolejny wulkan - zarodek nastepnej wyspy. Proces ten trwa do dnia dzisiejszego. Obecnie Hawaje leza na 125 wyspach i malutkich wysepkach, zajmuja powierzchnie 6450 mil kwadratowych, ktora ciagle sie powieksza. Najwieksze, najbardziej znane i zamieszkane wyspy to:
Hawaii - najwieksza wyspa, jest ona prawie dwa razy wieksza od pozostalych wysp z wulkanem Mauna Kea (13796 stop npm - 4205 m), z ktorego szczytu mozna zobaczyc caly archipelag. Powszechnie uwazany on jest za najwyzszy masyw gorski na swiecie. Od podnoza na oceanicznym dnie do wierzcholka ma 32000 stop wysokosci (9754 m).
Maui - "wyspa dolin" z drzemiacym wulkanem Haleakala.
Oahu - ze stolica Honolulu i slynnym z drugiej wojny swiatowej Pearl Harbor. Ta trzecia pod wzgledem wielkosci wyspe zamieszkuje prawie 80% populacji archipelagu.
Kauali - "wyspa ogrodow", jedno z najwilgotniejszych miejsc na Ziemi.
Molokai - z polami ananasowymi i ranczami.
Lanai - wielka plantacja ananasow, wlasnosc koncernu Dole.
Kahoolawe - niezamieszkala, kiedys kolonia karna pozniej do 1991 roku uzywana przez wojska amerykanskie jako poligon doswiadczalny do spuszczania bombek, dzis zamknieta dla turystow.
Niihau - prywatna wyspa na ktorej zamieszkuja rodowici Hawajczycy. Mowia po hawajsku (alfabet ich zawiera tylko 12 liter: a, e, i, o, u, h, k, l, m, n, p, w), hoduja owce i bydlo, pozbawieni sa elektrycznosci i kanalizacji.

Okolo 1500 lat temu Polinezyjczycy z Markiz i Tahiti (wyspy na poludniowym Pacyfiku) przybyli na Wyspy Hawajskie. Zeglowali oni na dwukadlubowych, wielkich kanu (canoe), pokonujac ponad 2500mil (4000 km) otwartego oceanu. Polozenie gwiazd, plywy i prady morskie a takze ptaki sluzyly im za "drogowskazy". Polinezyjczycy przywiezli na Hawaje slodkie ziemniaki, trzcine cukrowa, drzewa chlebowe a takze psy, swinie i kurczaki. Przyplyneli nie tylko z calym dobytkiem ale takze ze swoimi wierzeniami i tradycjami. Cztery pomniejsze polinezyjskie bostwa zyskaly duze uznanie i byly powszechnie czczone na Hawajach. Sa to:
Kane - ojciec zywych istot, Ku - bog wojny, Kaneloa - wladca swiata zmarlych, Lono - bog zniw, sportu i pokoju, a takze Pele - bogini ognia. Uwazano, ze ma ona wladze nad wulkanami.
Pierwsi mieszkancy zyli jak w czasach Epoki Kamiennej (z kory drzew robili ubranie, budowali lodzie i domy z trawy, zywili sie rybami, owocami i warzywami). Z czasem wyksztalcil sie system podobny do europejskiego feudalizmu. Kazda wyspa miala swojego dziedzicznego wladce (alii nui), a wszyscy podporzadkowywali sie systemowi tabu (kapu) za zlamanie ktorego grozila smierc.
Przez ponad 1000 lat Hawajczycy zyli spokojnie, nie niepokojeni przez przybyszow z innych czesci swiata.
20 stycznia 1778 roku do wybrzezy Kauai przybily dwa statki pod dowodztwem kapitana Jamesa Cooka. Odkrywcy spedzili dwa tygodnie na penetrowaniu wyspy, wzbudzajac u Hawajczykow zdziwienie jasnoscia skory. Odkryte przez siebie wyspy Cook nazwal Sandwich Islands na czesc swojego protektora na ktorego statkach plywal. Rok pozniej Cook powrocil na wyspy. Trwal wlasnie karnawal na czesc boga Lono i tubylcy uznali, ze Cook jest jego zywym wcieleniem i dazyli niezwyklym szacunkiem - zapewne ze wzgledu na czas przybycia i liczne niezwykle, "czarodziejskie" prezenty jakie przywiozl ze soba. Najwieksze uznanie wsrod wyspiarzy wzbudzily gwozdzie, ktore byly doskonale jako haczyki do lapania ryb.
Kiedy Cook wyruszyl w droge powrotna do Europy jeden z jego statkow zostal uszkodzony podczas sztormu. Zawrocili wiec aby na przyjaznej wyspie naprawic szkody. Podczas naprawy Hawajczycy skradli czesc zelaznych narzedzi i lodz, ktora spalili aby uzyskac gwozdzie. Rozzloszczony Cook wzial do niewoli wodza i jego rodzine i domagal sie zwrocenia zagrabionych przedmiotow. Podczas zatargu Cook zostal przypadkowo ranny a wtedy tubylcy rzucili sie bez obawy na niego (skoro zostal ranny to nie jest reinkarnacja boga Lono) i zabili go. Po kilku dniach wyspiarze oddali zalodze szczatki Cooka, ktore zostaly tradycyjnie pochowane w morzu.
W latach osiemdziesiatych XVIII wieku olbrzymia wladze zdobyl wladajacy wyspa Hawaii krol Kamehameha I. W 1782 roku rozpoczal on podboj sasiednich wysp. Wyposazony w nowoczesna bron i zaglowce a takze poslugujac sie europejskimi metodami wojennymi do 1796 roku podporzadkowal sobie wszystkie wyspy archipelagu za wyjatkiem najbardziej oddalonej Kauai. W 1810 roku i ta wyspa znalazla sie pod jego panowaniem, bowiem tamtejszy krol dobrowolnie oddal Kauai i satelicka Niihau Kamehamehowi. Do konca panowania w 1819 roku krol Kamehameha I ("Wielki") byl energicznym wladca, ktory zapewnil pokoj i szybki rozwoj gospodarczy swojemu krajowi.
Obecnosc na Hawajach przybyszow z innych stron swiata a wsrod nich misjonarzy, plantatorow, zeglazy, wielorybnikow zmienila oblicze Hawajow. Przyniesli oni ze soba chrystianizacje (misjonarze wymusili noszenie przez kobiety dlugich, luznych sukien - muumuus, upowszechnienie rolnictwa, rozwoj handlu ale takze szereg chorob na ktore rdzenna ludnosc nie byla odporna.
Po smierci krola Kamehameha I ropoczal sie okres niepokojow. Rozne grupy i panstwa podejmowaly proby przejecia kontroli nad Hawajami. Aby do tego nie dopuscic krol Kamahameha III wydal w 1839 roku dwa edykty (Deklaracja Praw i Dekret o Tolerancji) poprzedzajace pierwsza kostytucje Hawajow.
W 1893 roku bezkrwawa rewolucja przyniosla zmiane systemu wladzy - rok pozniej Hawaje oglosily sie republika.
Pod koniec XIX wieku zaczely sie zaciesniac zwiazki ekonomiczne pomiedzy Hawajami i USA. 14 czerwca 1900 roku Hawaje zostaly uznane za terytorium nalezace do Stanow Zjednoczonych a 21 sierpnia 1959 roku staly sie 50-tym stanem.

Nasze hawajskie przygody

Prawie od poczatku naszego pobytu w Kalifornii znajomi (glownie Halinka ze Stefanem a pozniej Dusia z Jaskiem) namawiali nas na odwiedzenie tego odleglego zakatka Stanow. Zawsze jednak bylo cos innego do zobaczenia i wyjazd na Hawaje oddalal sie i oddalal, az w koncu po wyjezdzie z LA usunal sie w zapomnienie. Tylko widokowki od znajomych - ktorzy bawili tam aby zawrzec nierozerwalne wiezy malzenskie, udawali sie w zalegla podroz poslubna, lub witali Nowy Rok - przypominaly nam, ze gdzies tam posrod blekitnych wod Pacyfiku jest miejsce, ktore warto odwiedzic. W koncu los sie do nas usmiechnal i Ktos postanowil urzadzic konferencje plazmowa w Honolulu! Kiedy Tomka artykul zostal przyjety, i wsrod nas zamajaczyly mgliste nadzieje na tropikalne wakacje. Pod koniec maja mielismy juz rozplanowany pobyt na wyspach. Postanowilismy spedzic czas konferencji w Honolulu na Oahu, a potem przeniesc sie na tydzien na Maui, wyspe tak polecana (i chyba najczesciej odwiedzana przez naszych znajomych).

Wczesnym rankiem 3 czerwca mielismy samolot z Phoenix przez Los Angeles do Honolulu. Na lotnisko zawiozl nas Andrzej i kiedy weszlismy do budynku przerazila nas olbrzymich rozmiarow kolejka ludzi czekajacych przed okienkami linii lotniczych United. Po kilkunastominutowym, grzecznym oczekiwaniu w posuwajacej sie w zolwim tempie kolejce bylo jasne, ze jak tak dalej pojdzie to samolot odleci bez nas. Tomkowi udaje sie przekonac siedzaca bezczynnie przy okienku pierwszej klasy panienke, ze bardzo nam zalezy na zlapaniu samolotu i po kilku minutach zostajemy odprawieni. Do odlotu zostalo dziesiec minut, a do bramki cale kilometry korytarzy lotniskowych i czyhajace po drodze przeswietlarki podrecznych bagazy (uf, tu tez udaje sie przeslizgnac poza kolejka!). Zziajani dopadamy do bramki wyjsciowej, z dala witani przez usmiechnieta stewardesse: Tak, tak, wiem, Brozkowie, czesc, bileciki i wsiadac szybciutko, milego lotu! No to znowu sie udalo! Teraz juz bez nas nie odleca! Zaraz po wejsciu do samolotu zamknieto za nami drzwi i zaczelo sie kolowanie. Lot jest spokojny i krotki (50 minut), taki w sam raz, zeby dojsc do siebie po porannych wrazeniach. W Los Angeles znowu gonitwa po lotnisku. Mamy bowiem tylko pol godziny na przesiadke a od jednej bramki do drugiej, mimo ze na tym samym terminalu strasznie daleko. Tym jednak razem nie jestesmy ostatnimi wsiadajacymi pasazerami. Lot z LA do Honolulu trwa prawie 5 godzin. Tomek jest o krok od wygrania butelki szampana (pomylil sie o 40 sekund, niestety), jaka ufundowal kapitan dla pasazera, ktory poda dokladny czas, kiedy samolot znajdowal sie rowno w polowie drogi miedzy LA i Honolulu.
Po uporaniu sie z odbiorem bagazu i wypozyczeniem samochodu mozemy wreszcie odetchnac i przyjrzec sie miastu. Pierwsze co nas urzeka to przyjemne ciepelko (25 C) i lekki wiaterek zamiast arizonskiego zaru lejacego sie z nieba. Po drugie spokoj i powolnosc mieszkancow (nie spowodowana chyba ograniczeniem predkosci na glownych ulicach do 25 lub 35 mil/h).
Dojazd do hotelu Hilton Hawaiian Village przy Waikiki nie sprawia nam wiele klopotu, tylko troche bladzimy po przewaznie jednokierunkowych uliczkach (tylko na niektorych mapkach zaznaczono kierunki ruchu). Sam hotel to wielki kompleks wypoczynkowy z szescioma wielopietrowymi budynkami mieszkalnymi (tzw. tapa), cala masa sklepikow, kafejek i restauracji, centrami konferencyjnymi, salami balowymi, basenami i innymi atrakcjami pozwalajacymi milo, i gdyby nie ceny, calkiem beztrosko spedzic czas. Niestety, beztrosko spedzac czas mozemy tylko my, bowiem Tomek od rana do wieczora jest na konferencji (nawet zostaje czlonkiem komitetu organizacyjnego). Za to my wylegujemy sie na plazy i troche wloczymy sie po wyspie. Przedreptalismy po slynnej plazy Waikiki, ale stwierdzilismy, ze najprzyjemniej i najmniej ludzi jest tuz przed naszym hotelem i tam postanawiamy spedzac wolny czas.

Nastepnego dnia po przyjezdzie, by uczcic trzynaste urodziny Kamila wybieramy sie do Diamond Head State Monument, aby zdobyc szczyt wygaslego wulkanu, uwazanyego za wizytowke Honolulu. Miejscowa ludnosc wulkan nazywala Leahi, ale pozniej nazwe zmieniono na Diamond Head. Ta nazwa wywodzi sie stad, ze XIX wieczni zeglarze, wystepujace tu biale, pochodzenia wulkanicznego, krysztaly kalcytu mylnie uwazali za diamenty. Okolo 150 tysiecy lat temu, kiedy wulkan ostatni raz wykazywal aktywnosc, mial 3500 stop (1067 m) wysokosci. Dzisiaj ma on ich tylko 760 (232 m). Do srodka krateru wjezdzamy przez tunel wyzlobiony w zachodniej czesci jego krawedzi. W kraterze jest baza wojskowa i parking dla turystow (czasami stoja tam nawet olbrzymie, nieprzecietnie wydluzone limuzyny). Z parkingu 0.7 milowa (1.1 km) kreta sciezka wspinamy sie coraz wyzej i wyzej po wewnetrznej scianie krateru. Gdzies tam w lepetynie kalacze sie mysl: jak to dobrze, ze wulkan jest juz nieczynny, zwlaszcza, ze chlopcy zaczynaja rozwazac kwestie, co by bylo gdyby wulkanowi zachcialo sie teraz wybuchnac?!
W scianie krateru znajduja sie liczne groty, ktore w drugiej polowie XVIII wieku sluzyly jako miejsca ostatniego spoczynku wojownikow wywodzacych sie z najwyzszych klas ludnosci. Hawajczycy wierzyli bowiem, ze jesli ciala poleglych wojownikow dostana sie w rece wroga to posiadzie on ich mana, czyli wewnetrzna sile i walecznosc.
Na zboczu mozna takze dostrzec pozostalosci po swoistym wyciagu sluzacym do zaopatrywania wojskowego punktu obserwacyjnego - uzbrojonego bunkra, znajdujacego sie tuz pod najwyzsza, poludniowa czescia krawedzi. Aby dotrzec do bunkra trzeba pokonac dlugi, ponad stumetrowy, ciemny tunel. Przydaja sie latarki specjalnie na te okazje zabrane z domu. (Kto nie byl tak przezorny mogl latarki wypozyczyc od dwoch mlodych, wesolych ludzi urzedujacych przy rozkladanym stoliku na parkingu. Oferowali oni takze za darmo zimna wode, a odplatnie zabawne koszulki.) Po wyjsciu z tunelu oczom naszym ukazuja sie wysokie (tak na oko do czwartego pietra) schody a na ich szczycie wejscie do drugiego tunelu. Po pokonaniu 271 stopni kretymi, waskimi schodkami docieramy do bunkra. Roztacza sie z niego rozlegly widok na ocean, a od wierzcholka dziela nas juz tylko metry. W koncu docieramy tam i oczom naszym ukazuje sie wspanialy widok. Po lewej stronie za zatoka Maunalua widac drugi, mniejszy wulkan zwany Koko Head. Po prawej Waikiki i Honolulu. Szkoda, ze jest troche pochmurnie i marnie widac sasiednie wyspy Molokai i Lanai. Za to ocean wyglada cudownie; mieni sie wszystkimi odcieniami niebieskosci, od bladego, prawie bialego tam gdzie woda plytka, az po ciemny, prawie granatowy na glebinach. Cieszymy oczy wspanialymi widokami, po czym schodzimy na dol. Po odpoczynku na plazy i po obiedzie czeka na nas nastepna wycieczka, tym razem do najwiekszego na Oahu wodospadu (80 stop czyli 24 m) kapiacego nieopodal miasteczka Hauula. Na wycieczke wyciagamy Ire (znajoma Rosjanka z Austin, ktora wraz z mezem rowniez przyjechala na konferencje). Do przejechania mamy okolo 30 mil, ale na dojazd trzeba przeznaczyc godzine. Po wyjezdzie z Honolulu droga prowadzi wsrod pieknego sosnowego lasu. Po przejechaniu tunelu Wilsona krajobraz znienia sie troche. Po lewej stronie ciagnie sie wysokie, porosniete tropikalnym lasem i tonace w chmurach pasmo gor Koolau, po prawej widac ocean, pojawiaja sie tez male miescinki. Tuz przed Kahaluu znajduje sie Valley of the Temples (Dolina Swiatyn). Jest tu miedzy innymi Byodo In - replika slawnej, starozytnej japonskiej swiatyni z Uji. Po kilku milach zatrzymujemy sie w parku Kualoa, zeby obejrzec wysepke Mokolii, znana takze pod nazwa Chinaman's Hat (Kapelusz Chinczyka), i nazwa ta jest naprawde adekwatna. Po drodze podziwiamy jeszcze piekne muszle (niestety nie decydujemy sie na kupno) i ozdoby z nich wykonane i okazuje sie, ze jestesmy juz za daleko - przejechalismy Sacred Falls State Park (Park Stanowy Swietych Wodospadow). Park nazywa sie tak poniewaz pierwsi przybysze zauwazyli, ze tubylcy skladaja pod wodospadem ofiary i sadzili, ze jest to miejsce dla nich swiete. Okazuje sie, ze ofiary skladano by zapewnic sobie bezpieczne przejscie do doliny. Pytamy o droge i bez skladania ofiar i najmniejszego problemu trafiamy na malutki parking . Aby dotrzec do wodospadu musimy pokonac 2 milowa (3.2 km) trase. Poczatkowo idziemy szeroka aleja wyrabana wsrod trzciny cukrowej, mijamy pole bananowe i zapuszczamy sie coraz dalej w gore jaru. Sciezka staje sie coraz wezsza, a gdy wchodzimy w tropikalne gaszcza, czyhaja na nas niskie konary, wystajace korzenie, sterczace kamusy i blotniste kaluze. Idziemy wzdluz potoku i musimy go pokonac (i to dwukrotnie), zeby popatrzec na wodospad. Jest coraz wilgotniej i duszniej i blotnisciej na sciezce i az zal patrzec na nowe, bielutkie adidasy Iry poobklejane brazowa papka. Docieramy w koncu do wodospadu i… czujemy niedosyt - spodziewalismy sie czegos wiekszego i bardziej spektakularnego. Nie zalujemy jednak, bo trasa bardzo nam sie podobala i z przyjemnoscia pokonujemy ja w odwrotnym kierunku. Tym jednak razem Krzys podczas przeprawy przez strumien z chlupotem wpada do wody - moczy tylko buty, ale i tak wyglada jak siedem ubloconych nieszczesc. Martwi sie jak w takim stanie przeczmychnac sie niezauwazalnie do pokoju hotelowego. Pociesza go troche stwierdzenie, ze wszyscy jestemy zabloceni i widac, ze z nas prawdziwe chaszczujace lajzy a nie leniwi plazowicze.
Wieczorem idziemy na spacer po kompleksie hotelowym. Ze wszystkich kafejek dochodzi hawajska muzyka. Czasem muzykom towarzysza tancerki. W niektorych czesciach kompleksu hotelowego czujemy sie tak, jakbysmy za sprawa czarodziejskiej rozdzki znalezli sie w kraju kwitnacej wisni. Japonskie domki z mnostwem lampionow, japonskie szyldy nad sklepikami i restauracyjkami, wreszcie spotykani na kazdym kroku japonscy turysci. Jest ich tak duzo, ze zrozumiala wydaje sie swietna znajomosc japonskiego wsrod obslugi hotelowej, co na poczatku troche nas dziwilo, znajac amerykanska "slabosc" do jezykow obcych.

Nastepnego dnia (5.VI.98) jedziemy do Pearl Harbor, gdzie rankiem 7 grudnia 1941 roku zaczela sie dla Amerykanow II Wojna Swiatowa. Coraz czesciej i glosniej mowi sie, ze w Waszyngtonie po zlamaniu japonskich szyfrow doskonale wiedziano o planowanym ataku, tylko nie zdazono w odpowiednim czasie poinformowac o tym hawajskiej bazy. A moze prawda jest to, ze poswiecono baze w Pearl Harbor, aby caly pograzony w rozpaczy i hanbie narod dluzej nie sprzeciwial sie przystapieniu Stanow do wojny.
W tamten niedzielny poranek (6:40) tuz przed wejsciem do portu zostala zauwazona i zatopiona niewielka japonska lodz podwodna, a kilkanascie minut pozniej radary zarejestrowaly olbrzymia eskadre samolotow zblizajacych sie do Oahu od polnocy. Nie byly to jednak, jak sadzono, samoloty amerykanskie tylko pierwsza japonska grupa uderzeniowa. Kilka minut przed osma rano japonskie samoloty znalazly sie nad swoim celem. Ich dowodca, komandor Fuchida, wyslal zaszyfrowana wiadomosc: "To, To, To" i "Tora, Tora, Tora" co mialo oznaczac, ze atak sie rozpoczal i nieprzyjaciel jest kompletnie nim zaskoczony. Po kilku minutach odezwaly sie amerykanskie dziala przeciwlotnicze, ale z niewielkim skutkiem. Na dodatek czesc zle wystrzelonych pociskow spadla na Honolulu. Tylko kilka amerykanskich samolotow zdolalo sie poderwac do obronnego lotu. Wiekszosc z nich zostalo kompletnie zniszczonych (164) lub uszkodzonych (159 maszyn) na lotniskach. 21 amerykanskich okretow zostalo zatopionych badz uszkodzonych. Zwazywszy, ze staly one przy portowym nabrzezu poupychane jak przyslowiowe sardynki w puszce - bez zadnej mozliwosci manewru, narazone na japonskie torpedy i bomby - straty te mozna uznac za znikome. Tym bardziej, ze wszystkie oprocz trzech okretow: USS Arizona, USS Utah i USS Oklahoma, zostaly pozniej naprawione i braly udzial w dalszych dzialaniach wojennych. Rowniez straty w ludziach byly znaczne; 2403 zabitych i 1178 rannych. Straty po stronie japonskiej to 29 zestrzelonych i 74 uszkodzonych samolotow, 5 zatopionych lodzi podwodnych, 64 zabitych, nieznana liczba rannych.
Najbardziej okrutny los spotkal zaloge amerykanskiego okretu USS Arizona - trafiony bomba w sklad amunicji eksplodowal i w ciagu 9 minut zatonal pochlaniajac prawie cala zaloge. Dla 1170 czlonkow zalogi lezacy na oceanicznym dnie wrak okretu jest miejscem wiecznego spoczynku.
Po wojnie nad zatopionym kadlubem okretu (usunieto wszystkie wystajace ponad poklad czesci) zbudowano bialy budynek- mauzoleum, nad ktorym powiewa amerykanska flaga. Miejsce to jest udostepnione do bezplatnego zwiedzania, najpierw jednak w Visitor Center pokazuja nam film dokumentalny o ataku na Pearl Harbor i jego skutkach. Potem lodziami marynarki wojennej zostajemy przewiezieni na USS Arizona Memorial. Dziwne to uczucie stapac nad zatopionym, tego dnia doskonale widocznym spod blekitnych wod oceanu, okretem-mogila. Chwila zadumy i refleksji nad sensem zycia, spokoj i cichy szum fal, i nagle orchidee i plumerie unoszace sie na wodzie. To kilkoro zwiedzajacych, mimo zakazow i prosb rangersow aby tego nie robic rozsypalo kwiaty ze swoich leis. Kolorowe kwiaty unoszone przez fale kieruja sie w strone zatopionego (kilkadziesiat metrow na zachod) okretu USS Oklahoma, na ktorym zginelo 400 zolnierzy.
Tuz obok znajdujacej sie na ladzie czesci USS Arizona Mamorial jest muzeum lodzi podwodnych (Submarine Memorial Park). Glowna czescia tego muzeum jest okret USS Bowfin, zwodowany w pierwsza rocznice ataku na Pearl Harbor. Po wykupieniu biletow i obejrzeniu ekspozycji przedstawiajacej rozwoj lodzi podwodnych - od tych pierwszych dosc prymitywnych jeszcze, po te najnowoczesniejsze z napedem nuklearnym - zaopatrzeni w walkmany udajemy sie na zwiedzanie Bowfina. Jest to okret nawodno-podwodny, mogl sie zanurzac na 24 godziny. Naszym przewodnikiem po okrecie (z kasety niestety) jest jego pierwszy kapitan. Na pokladzie chlopcy buszuja przy dzialach a kiedy wchodzimy pod poklad miny im troche rzedna, gdy widza w jakich warunkach zylo sie na okrecie. Ciasnota olbrzymia, zadnego prywatnego, odosobnionego miejsca, zdecydowanie nie dla kogos kto cierpi na klaustrofobie. Zaden film nie wywarl na mnie takiego wrazenia jak tych kilka minut spedzonych pod pokladem. Dopiero teraz mam pojecie jak wyglada lodz podwodna i jak sie na czyms takim czuje. Kojka tuz nad torpeda? Nie, to nie miejsce dla mnie!
Z Pearl Harbor jedziemy na polnoc dolina lezaca pomiedzy dwoma pasmami gorskimi. Droga wiedzie pomiedzy polami ananasowymi, trzcinowymi i kawowymi. Kiedy dojezdzamy do Waimea Falls Park okazuje sie, ze nie mozna tak po prostu przejsc sie piekna dolina prowadzaca do wodospadu, tylko trzeba zabulic za to po 25$ od lebka. Ale za to mozna obejrzec skomercjalizowany folklor dla turystow; codzienne zajecia i zabawe na pokaz i inne atrakcje jak chocby skoki z klifu nad wodospadem do wody. Nie decydujemy sie na to i po pokreceniu sie po bezplatnej czesci parku wracamy do Honolulu. Jeszcze tylko po drodze zatrzymujemy sie na plantacji ananasow Dole'a, gdzie Kamil z Krzysiem na ponad pol godziny przepadaja w olbrzymim, wysadzanym zywoplotem labiryncie (wedlug Ksiegi Guinessa jest to najwiekszy tego typu labirynt na swiecie!). W koncu wylaniaja sie z zielonych krzaczkow uziajani i upoceni ale bardzo zadowoleni. Sa tak podekscytowani skladaniem relacji z labiryntu, ze przejawiaja nikle zainteresowanie poletkami z kilkunastoma roznymi gatunkami ananasow. Dopiero lody ananasowe studza ich emocje. Odzywaja one wieczorem po powrocie Tomka. Kiedy chlopcow udalo sie wreszcie zapakowac do lozek schodzimy na dol do baru. Przy dzwiekach amerykanskiej muzyki przerobionej na hawajska nute saczymy egzotyczne drinki (Mai Tai i Blue Hawaii, pycha).

W sobote Tomek ma posiedzenie komitetu organizacyjnego a my plazujemy sobie troche, pakujemy manatki i wymeldowujemy sie z hotelu. W drodze na lotnisko wpadamy na male co-nie-co do japonskiej restauracji. Nie powiem zebym zachwycala sie tempura, ale suszi jest wysmienite.
Na lotnisku okazuje sie, ze sa miejsca na wczesniejszy lot do Kahului na Maui wiec korzystamy z tej okazji. Dopiero z lotu ptaka Tomek moze zerknac na Oahu i chyba mu troche zal, ze byl tu sluzbowo. Ale i dla niego zaczynaja sie dlugo oczekiwane wakacje. Lot jest krotki, nieco ponad pol godziny, niebo bezchmurne, po lewej stronie, na polnocy doskonale widac w dole najpierw pozostawiane przez nas Oahu, potem Lanai, no i w koncu Maui, cel naszej podrozy.
Na Maui pierwsze co rzuca nam sie w oczy to spowity w geste, szaro-bure chmury wulkan Puu Kukui (5788 stop czyli 1764 m). Jest to jedno z najwilgotniejszych miejsc na wyspie, nic wiec dziwnego, ze chmury ciagle wisza nad wulkanem, uparcie przeslaniajac jego szczyt. Na wschod od Puu Kukui lezy olbrzymi, drzemiacy wulkan Haleakala o wysokosci 10023 stop (3055 m npm). Kiedys w przeszlosci obydwa wulkany stanowily oddzielne twory, po czym polaczyly sie tworzac wyspe Maui. To dlatego ma ona taki dziwny, podobny do osemki ksztalt (Tomek smieje sie, ze to biustonosz niesymetrycznej Hawajki). Miedzy wulkanami ciagnie sie z polnocy na poludnie dolina - jest to najwezsza czesc wyspy po ktorej ciagle hulaja wiatry. Wyjezdzamy z lotniska, przejezdzamy na poludnie przez doline i kierujemy sie na zachodnie wybrzeze, gdzie w Kaanapali mamy wynajete mieszkanko. Wieczorem wychodzimy przed dom spenetrowac waski w tym miejscu pasek plazy.

W niedziele postanawiamy sprawdzic polecana przez Halinke zatoczke Fish Bowl, ukryta posrod wulkanicznej lawy (pochodzacej pewnie z bocznej erupcji wulkanu Haleakala z 1770 roku). Aby tam dotrzec przejezdzamy cale poludniowe wybrzeze i kierujemy sie jeszcze dalej za Makene, gdzie po kilku milach koncza sie zabudowania i zaczyna sie wielkie pole lawowe. Odnajdujemy niewielkie plaskie poletko, zostawiamy samochod i objuczeni sprzetem do snorkowania i nie tylko udajemy sie na poszukiwanie sciezki, ktora wedlug slow Haliny jest "malo widoczna, ale zauwazalna". No wiec zauwazamy cos co wyglada jak sciezka i skrecamy w nia. Po kilkunastu metrach sciezyna (albo co tylko nam sie nia wydawalo) wyprowadza nas w pole i najnormalniej w swiecie sie konczy! Chodzenie po lawie nie nalezy do najprzyjemniejszych; raniac rece i nogi o ostre, poszarpane wystepy zastyglej w przerozne dziwaczne formy lawy probujemy odszukac wlasciwa sciezke. Po kilkunastu minutach blakania sie po tym pustkowiu odnajdujemy ja i teraz juz bezbolesnie docieramy do zatoczki. Nabralismy juz takiej wprawy w lazegowaniu po lawie, ze nawet mozemy sobie pozwolic na filmowanie i robienie zdjec. Ku naszemu zdziwieniu lawowisko nie jest martwe; rosnie tu pelno najnormalniejszych paproci i nieznanych nam krzaczkow. Po mniej wiecej godzinie docieramy do zatoczki. Jest mala, ale urocza w swojej czarnosci. Od oceanu odgradza ja olbrzymi wal kamieni, jest tu tez mala, piaszczysta, czarna plaza po ktorej defiluja stada dlugonogich, czerwonych mrowek. Mimo, ze tylko okolo 10 metrowy odcinek zatoczki jest otwarty na ocean, to olbrzymie tego dnia fale wdzieraja sie do niej raz po raz jak atak husarii. Snorkowac jest trudno (snorkowanie, dla tych co nie wiedza, to glownie lezenie z maska i rurka na wodzie i gapienie sie w to, co pod woda). Fale rzucaja nami jak oszalale, odbierajac sporo radosci z podgladania podwodnego swiata. Zatoczka pelna jest skalistych, wulkanicznych raf, ktore daja mieszkanie zyjatkom najrozmaitszego autoramentu i daja schronienie i pozywienie stadom kolorowych ryb. Ale nie nam! Zderzenia z podwodnymi, ostrymi skalkami sa dosyc bolesne, ale pomino licznych krwawych ran snorkujemy dalej dzielnie. Tym bardziej, ze rybek tu pod dostatkiem. Najbardziej podobaly mi sie skalarowate zolte rybki (Moorish Idol i Pennant Fish), blekitnawe dlugonose "trabki" (Trumpet Fish), zebrowate w bialo-szare paski i seledynowe w pomaranczowa kratke (mimo, ze osobiscie w takich kolorkach nie gustuje). Wlasciwie wszystkie, nawet te szare przeplywajace tuz tuz sa sliczne i mozna na nie patrzec godzinami. Szkoda tylko, ze jest pochmurno i sloneczko przez krotkie chwilki oswietla te podwodne cudnosci. Czekamy z wytesknieniem na te przeblyski slonca, bo wtedy podwodne krolestwo rozjarza sie kolorami teczy, ryby wygladaja jak z obrazka, ukwialy i inne swinstwa zaczynaja odrozniac sie barwami od skal i piasku, no i w ogole jest weselej. W przerwie miedzy "zanurzeniami" wychodzimy na kamienisty cypelek, oslaniajacy zatoczke. Fale otwartego oceanu wala w niego z huczacym lomotem, roztrzaskuja sie na miliony kropel w wodnych pioropuszach, i w koncu potulnie zlewaja sie miedzy kamieniami w powrotne strumienie. Jest jakies zaklecie w tym szumie i ruchu, hipnotyzujace i zachecajace do siedzenia i dumania nad celowoscia jakiejkolwiek pracy… Ale jak nie ma pracy, to i wypoczynek traci sens, wiec… dalej do roboty!

Poniedzialek przeznaczamy na objechanie zachodnio-polnocnego cypla wyspy, czyli wulkanu Puu Kukui. Ochladzamy sie snorkujac w niewielkiej zatoczce "za czerwona brama" (oficjalna nazwa to Honolua-Mokuleia Conservation District) niedaleko od Kapalua. Tym razem ocean jest spokojny, woda gladka jak tafla lodu wiec warunki do snorkowania wysmienite. Rybek sporo, ale ludziskow jeszcze wiecej a i na kamienistym brzegu trudno dluzej wysiedziec. Po dwoch godzinach ruszamy wiec w dalsza droge. Mijamy rozlegle polacie kolczastych, krzaczkow ananasowych "drapieznie" strzegacych swoich owocow. Im dalej na polnoc tym bardziej zielono i tylko czarne, postrzepione klifowe urwiska przypominaja, ze stapamy po ladzie powstalym na skutek wulkanicznej erupcji. Gdzieniegdzie z tej zielonosci wylania sie ceglasta czerwien skal. Czern i czerwien, piekielna mieszanina kolorow! (dla geologa albo chemika to tylko znak, ze zelazowe mineraly nadal sie dotleniaja). Na polnocnym wybrzezu jest bardziej wietrznie i z przyjemnoscia ogladamy fale rozbijajace sie o brzeg i o niezliczone, pozbawione roslinnosci wysepki. Tak daleko od Europy, a przeciez ten kolor morza, te skaliste iglice i luki wystajace z wody, ten slony zapach w rozgrzanym powietrzu tak bliski jest skalistym wybrzezom Grecji, Wloch, Hiszpanii… Tylko ta wulkaniczna czern skal i zielen, buchajaca z czerwieni i czerni ziemi… Blekit oceanicznej wody, biale grzywy fal i czarna jak smola ziemia - uroczy ten mariaz bedzie nam jeszcze towarzyszyl nastepnego dnia podczas wycieczki do Hany.

Hana to niewielka miescinka lezaca na wschodnim wybrzezu Maui. Od niepamietnych czasow w jej okolicach uprawiano trzcine cukrowa. Aby latwiej i szybciej bylo do niej dotrzec, w 1926 roku wybudowano kamienna droge laczaca Kahului z Hana. W latach 40-tych produkcja trzciny stala sie nieoplacalna i gdyby nie przestawienie sie mieszkancow na hodowle bydla, cale miasteczko popadloby w nedze lub wyludniloby sie totalnie (i tak duza liczba mieszkancow wyemigrowala do innych czesci wyspy w poszukiwaniu pracy). W latach 60-tych "Droga do Hany" zostala wyasfaltowana i…. pozostawiona sobie - wystawiona na dzialanie czasu i wilgotnej atmosfery. Na efekty nie trzeba bylo dlugo czekac i z tamtego okresu pochodzi powiedzenie "I Survived the Road to Hana" (Przezylem droge do Hany). Dopiero wyremontowanie i poszerzenie jej na poczatku lat 90-tych stworzylo odpowiednie warunki dla turystow, bo wlasnie owa "droga" i to co sie przy niej znajduje, a nie sama Hana, jest glowna atrakcja przyciagajaca tysiace ludzi. "Droga do Hany" liczy niespelna 52 mile od Kahului (gdzie znajduje sie lotnisko) do Hany, ale na wycieczke w obie strony trzeba sobie zarezerwowac caly dzien. Droga wiedzie wzdluz wybrzeza po wyrzezbionym przez erozje zboczu wulkanu Haleakala. Dlatego jest tak kreta (jest na niej ponad 600 zakretow) i waska; wybudowano tu ponad 54 mosty (albo mostki, jesli ktos wstydzi sie nazwac mostem cos, co jest krotsze niz 10 metrow), wszystkie na szerokosc jednego samochodu. W wielu miejscach jest tak wasko, ze normalny Amerykani moze sie nabawic klaustrofobii! Nic wiec dziwnego, ze prawie na calej trasie obowiazuje ograniczenie predkosci do 15mph (25 km/h). Jadac w tak zolwim tempie mozna nacieszyc oczy naprawde wspanialymi widokami. No, moze nie kierowca. Aby wiec i Tomek mial te szanse, stajemy co chwila i podziwiamy, i filmujemy, i pstrykamy zdjecia. A to wodospady, ktorych tu co niemiara - jeden wiekszy od drugiego, a ten ladniejszy od tamtego. Ile ich jest? Pewnie nie tylko my gubimy sie w rachunkach. No bo czy woda splywajaca i kapiaca na nas z porosnietych zboczy to tez mini siklawa? Czy tylko strumyk, ktoremu sie skonczyla sciezynka?
Im blizej Hany tym pogoda bardziej zmienna. To swieci sloneczko, to chowa sie za chmury i po chwili leje deszcz, po czym znowu grzeje slonce a potem letnia mzawka - i tak w kolko. Nic dziwnego, bo w koncu znajdujemy sie w strefie gdzie sredni poziom opadow utrzymuje sie w okolicach 400 cali (10 m) na rok. Opady i ciepelko sprzyjaja roslinnosci. Mijamy dzungle tropikalne, lasy bambusowe, eukaliptusy o pniach ustrojonych przez Matke Nature w pastelowe, roznokolorowe plamki (rozowe, seledynowe, niebieskie…), sady papajowe, ogrody pelne roznobarwnego kwiecia, pastwiska… Chloniemy to wszystko naszymi zmyslami i nagle chloniemy cos jeszcze, niestety niezbyt przyjaznego naszym nochalom. Po chwili uswiadamiamy sobie, ze ten przykry zapach pochodzi od rozjezdzonych owocow mango, ktorych zdziczalych drzew pelno rosnie przy drodze.
Tuz przed Hana zjezdzamy na dluzszy popas do Waianapanapa State Park. "Zapatrzamy" sie tam na fale roztrzaskujace sie z hukiem o wypietrzone nad woda czarne skaly, w ktorych pelno dziur, mostkow i innych zaglebien. Spacerujemy po malej, czarnopiaszczystej plazy. Schodzimy do jaskini wypelnionej slodka woda, z ktora zwiazana jest ponura legenda. Otoz jedna z mauiskich ksiezniczek schronila sie w tej jaskini przez okrutnym, zazdrosnym mezem, ktory niestety odnalazl ja tu i brutalnie zamordowal - dlatego woda w jaskini, w rocznice tego okrutnego czynu zabarwia sie na czerwono. W rzeczywistosci czerwien wody wywoluja olbrzymie ilosci mikroskopijnych, czerwonych krewetek. Sa naprawde malenkie i co niektorym trzeba je pokazywac paluchami (moze to niezbyt ladny, ale skuteczny sposob).
Nastepny, dluzszy postoj mamy za Hana w Kipahulu District (poludniowa czesc Haleakala National Park) w miejscu, gdzie strumien Ohe'o wpada do oceanu. Wspaniale miejsce, zwlaszcza kiedy poziom wody w potoku nie jest za wysoki i woda wije sie posrod kamienistego podloza, tworzac dzisiatki malutkich "oczek wodnych" i strumyczkow. Miejsce to nazywa sie Pools of Ohe'o lub Seven Pools, ewntualnie Seven Sacred Pools (ale tych dwoch ostatnich nazw podobno nie znosza rangersi). Chlopaki nie moga sobie odmowic przyjemnosci zanurzenia sie w chlodnych wodach "Jeziorek na strumieniu Ohe'o". Ale czas nas goni i pora wracac.

Nastepnego dnia, we srode mamy luzniejszy, bardziej wypoczynkowy dzien. Przedpoludnie spedzamy na plazy w Kaanapali. Przy Black Rock, kolo hotelu Sheraton jest calkiem niezle miejsce do snorkowania i plazowania. Black Rock, jak sama nazwa wskazuje, to czarny jezor wietrzejacej lawy, wrzynajacy sie kilkudziesieciometrowym cyplem w ocean. Gdzieniegdzie lawa przypomina olbrzymie grudy szlaki z czarnych hald, jest podobnie chropowata, twarda i ostra. Woda, piasek i podwodne zycie zmienily troche jej oblicze, ale biada temu, ktory goniac za rybkami pozwoli fali wrzucic sie na takie skalki! Pogoda tego dnia nie bardzo sprzyja snorkowaniu, do cypla trudno sie zblizyc, fale roztrzaskujace sie o czarne sciany nie zachecaja. Z zazdroscia patrzymy na pletwonurkow, wychodzacych na brzeg, im tam gleboko pod woda fale na pewno nie przeszkadzaly. Tuz nad cyplem rozsiadl sie wielki kompleks Sheratona, z ogrodami, dwudziestopietrowymi blokami i basenami. Ogrod laczy sie bezposrednio z plaza, ktora jak wszystkie plaze na Hawajach jest publiczna. Miejsce bardzo dobre, moze nie dla tych co lubia odludzia, ale z racji swojego polozenia ma sporo zalet. Poza tym, gdy ma sie juz dosyc slonej wody, mozna sie przeniesc do przyhotelowego basenu, albo skoczyc do baru (swietne tropikalne mikstury tam podaja!). Chlopakom strasznie spodobal sie ichni basen, jest to w zasadzie szereg malych, okraglych badz nerkowatych basenikow, polaczonych wodnymi korytarzami wylozonymi czarnymi, wulkanicznymi kamieniami. Niektore z nich sa na roznych poziomach, polaczone zjezdzalniami, na ktorych klebi sie dzieciarnia.
W poludnie jedziemy do portu Maalaea, skad katamaran "Frogman" zabiera nas w rejs po oceanie. Mamy doplynac do polozonego 3 mile na poludnie zatopionego krateru wulkanu Molokini i tam podgladac rybki, ale pogoda, a raczej wiatry nam nie sprzyjaja i ladujemy w jednej z licznych, przybrzeznych zatoczek (taki los podobno spotyka 95% turystow, korzystajacych z uslug wiekszosci lodzi wycieczkowych. Oszczednosc paliwa, czy rzeczywiscie fale i wiatr ograniczaja mozliwosc podplyniecia do Molokini?). Rzeczywiscie, wieje niezle, Krzysiowi trzeba zaslaniac oslabione choroba uszy, zanim zgrabny manewr lodzi nie chowa nas w cichej zatoczce. Snorkujemy i snorkujemy, podziwiamy znane juz nam rybki ale mimo obietnic nie udaje nam sie spotkac zolwi. Troche psuje nam to humory, no ale coz, nie mozna miec wszystkiego.
Po rejsie, w drodze powrotnej, zajezdzamy do Lahainy, pierwszej stolicy zjednoczonego krolestwa Hawajow. Od czasow Kamehamehy I Lahaina zaslynela na calym swiecie jako stolica wielorybnikow na Pacyfiku. W miasteczku pelno jest zabytkowych budowli. Miedzy nimi najstarszy na wyspie dom, wzniesiony w 1834 roku dla misjonarza Baldwina; najstarsza (z 1840 r) dzialajaca na Pacyfiku latarnia morska; chinska swiatynia Wo Hing; wiezienie do ktorego trafiali pijani zeglarze (lub winni takich powaznych wykroczen jak niebezpieczna jazda konno); kosciol i cmentarz Wainee i wiele innych. Nam jednak najbardziej podoba sie slynne Banyan Tree, olbrzymie fikusowate (i fikusne) drzewo, zajmujace caly skwerek przy typowo wczasowej Front Street. Zostalo ono sprowadzone z Indii i posadzone w Lahainie w kwietniu 1873 roku. Mialo wtedy zaledwie 2.5 metra wysokosci i tylko jeden pien. Przez te wszystkie lata wyroslo na potezne ponad 15-to metrowej wysokosci drzewisko o 12-tu grubych, glownych pniach i kilkunastu mniejszych i cienszych. Rozprzestrzenia sie ono na dlugosc (lub szerokosc, jak kto woli) ponad 60 metrow i na pierwszy rzut oka mozna go wziac za kilka drzew. Zycie zaczyna sie w Lahainie wieczorem, i oczywiscie skupia sie na nadmorskim bulwarze, Front Street. Gesto upchane sklepiki z pamiatkami, restauracje i bary, galerie obrazow i rzezby… Z wielu restauracji dochodza dzwieki muzyki, na zywo, ale nic z miejscowego folkloru. W przesiece miedzy budynkami widac w glebi brzeg, piaszczysta plaza podchodzi prawie pod balustrade podwyzszonego chodnika. Ponizej miejscowy artysta wykancza piaskowa rzezbe syreny i zaczyna obchod z kapeluszem w reku. Lahaina nie ma chyba zadnego specyficznego charakteru, jak wiekszosc wspolczesnych kurortow na kuli ziemskiej, zapchanych w sezonie tysiacami gosci i przeksztalconych w element przemyslu turystycznego. Niemniej jednak, mile to miejsce do podziwiania zachodu slonca z tarasu kafejki, z hawajskim koktajlem w reku.

Nastepny dzien mamy zarezerwowany na zdobycie wulkanu Haleakala. Zblizajac sie do wulkanu widzimy jego odsloniety szczyt - to dobry znak - moze i widocznosc tam wysoko, ponad 3 kilometry nad poziomem morza bedzie rownie dobra i chmury laskawie dadza nam zajrzec do wnetrza stozka. Samochod wspina sie wolno coraz wyzej i wyzej kreta droga, a my rozkoszujemy sie pieknymi pejzazami. Gdy osiagamy wysokosc okolo 1.5 km czyli podstawe chmur, zaczynaja kolo nas przeplywac jezory mgiel. Zielen wydaje sie bardziej soczysta, na stokach pasie sie bydlo i robi sie sielsko. Wyjezdzamy nad chmury i zaczynaja one przeslaniac polozona nizej czesc wyspy. Mamy nawet problemy z dostrzezeniem oceanu, nie widzimy linii brzegu, a w ostrym sloncu trudno rozroznic co w oczkach chmur jest jeszcze niebieskoscia oddalonego oceanu, a co juz blekitem nieba.
Co kilka minut widzimy zjezdzajace z gory kilkunastoosobowe grupy rowerzystow. Pokonanie 38 milowej (60 km) zygzakowatej trasy, prawie bez potrzeby pedalowania to jedna z turystycznych atrakcji Maui. Poczatkowo wszyscy trzej panowie mieli na to ochote, ale gdy okazalo sie, ze Krzys jest duzo za niski, potulnie zrezygnowali. Moze nastepnym razem…..
Jestesmy wreszcie na szczycie. Mimo, ze slonce przygrzewa wyciagamy cieple bluzy bo jest chlodnawo i wietrznie. Rozrzedzone powietrze wydaje sie rzeskie, oddycha sie lekko, cala wilgoc zostala w chmurach ponizej.
Ze szczytu Red Hill (3055 m), najwyzszego miejsca w parku rozciaga sie widok na wszystkie strony swiata. Na polnocy wszystko pokryte jest gruba warstwa chmur. Na wschodzie widnieje dolina kraterow. Po stronie poludniowej wylaniaja sie znad chmur szczyty najwyzszych na swiecie wulkanow: Mauna Kea (4205 m) i Mauna Loa (4169 m), lezacych na wyspie Hawaii. Tuz pod szczytem, na zachodnim zboczu znajduje sie Science City - miasteczko naukowe. Wyglada ono troche futurystycznie z tymi wszystkimi "talerzami", kopulastymi budynkami i teleskopami wycelowanymi w kosmos.
Tak rozgladajac sie, spostrzegamy, ze niebo po stronie polnocnej jest duzo bardziej niebieskie niz po stronie poludniowej. Okazuje sie, ze winny temu jest lezacy na wyspie Hawaii wulkan - Kilauea, ktory od 1983 roku wyrzuca z siebie popioly i pyly, ktore unosza sie w powietrzu i poszarzaja blekit nieba.
Najbardziej urzeka nas jednak dolina kraterow. Tak, wlasnie dolina a nie jak niektore zrodla podaja krater wulkanu Haleakala. Dolina powstala na szczycie na skutek erozji a nie erupcji czy wulkanicznej eksplozji. Jest ona olbrzymia - ma 12 km dlugosci, 4 km szerokosci a glebokosc waha sie od 400 do ponad 900 metrow. Z jej dna wyrasta kilkanascie stozkow wulkanicznych - niemych swiadkow "wybuchowej" przeszlosci wyspy. Widok urzekajaco nieziemski. I te chmury, hen tam daleko na przeciwleglym krancu doliny, niesmialo skradajace sie w miske krateru i przeslaniajace malenka jej czesc.
Wysluchujemy bardzo ciekawego i pouczajacego wykladu strazniczki parkowej. Przeszlismy na nim takze mini kurs hawajskiego. Na niektorych wyrazach mozna sobie jezyk polamac, a na dodatek znaczenie slow czesto zalezy od intonacji i sposobu akcentowania wyrazu. Na przyklad Haleakala z akcentem na sylabe "la" znaczy "House of the Sun" (Dom Slonca) ale jesli zaakcentujemy przedostatnia sylabe "ka" to znaczy to "House of Raspberry" (Malinowy dom). Ciekawe. Dziwne.
Nie dosc nam podziwiania doliny z gory, postanawiamy sie w nia zaglebic. Ale przedtem zatrzymujemy sie w Visitor Center. Kamil i Krzys postanawiaja takze i w tym parku zdobyc odznaki "Junior Ranger" i zaopatruja sie tam w odpowiednie ksiazeczki z zadaniami do wykonania.
Schodzimy do doliny. Srebrne zbocza mienia sie w sloncu. W niektorych miejscach sa tak biale, ze przypominaja pokryte sniegiem zbocza gor. I tylko sanek nie ma. Daleko przed nami, wzbudzajac tumany kurzu przesuwa sie karawana mulow. Zolta nitka szlaku wyraznie odcina sie od szaro-brazowo-czarno-czerwono-, slowem roznokolorowego podloza. Dziwimy sie skad biora sie te wszystkie kolory otaczajace nas dookola. Czerwony i rozne odcienie brazu pochodza zapewne od zwiazkow zelaza, zolty od siarki, zielony to nieliczne roslinki, ale niebieski? Pozostawiamy ta kwestie nierozwiazana bowiem spostrzegamy, ze nasze nogi az do kolan pokryte sa zoltawym pylem. Wszelkie proby otrzepania sie z niego powoduja powstawanie jeszcze wiekszych oblokow kurzu co niezmiernie podoba sie chlopakom.
Po godzinie marszu mamy dosc, niskie cisnienie zaczyna powodowac bol glowy i ogolne zmeczenie. Zastanawiamy sie jak znosza te warunki rangersi i mieszkancy Science City. Nie docierajamy nawet do pierwszego stozka, ktory jest odlegly o 5 mil od Visitor Center. Wracamy do samochodu i zjezdzamy na dol. Jeszcze tylko krotkie postoje na punktach widokowych, spacer posrod zielonosci Hosmer Grove. Niestety nie udaje nam sie zobaczyc kaczuszki nene ale za to probujemy hawajskich, lesnych malin. Wygladaja slicznie ale w smaku - sa gorzkie - nie moga sie rownac z naszymi polskimi lesnymi malinkami (tymi bez wkladki w postaci robaczka, oczywiscie).
Zjezdzajac z gory przebijamy sie przez gestsze i ciemniejsze niz rano warstwy chmur. Krzys jest zachwycony bo spelnia sie jego marzenie - moze dotykac chmur.

Piatek to ostatni caly dzien hawajskich wakacji. Przedpoludnie spedzamy na Maui Tropical Plantation. Niby wstep "free", ale za to niewiele sie zobaczy. Glowna atrakcja plantacji to przejazd wsrod pol uprawnych specjalna kolejka. Jak sie trafi na dobrego kierowce-przewodnika to jest to niezla i pouczajaca wycieczka. My na swoja pilotke nie mozemy narzekac. Przechodzimy przyspieszony kurs sadownictwa-warzywnictwa-kwiaciarstwa i nie tylko. Ale jak dlugo bedziemy pamietac, ze trzcina cukrowa potrzebuje az dwoch lat na dorosniecie i aby otrzymac 1 funt (niecale pol kilograma) cukru zuzywa sie tone wody? Albo, ze palma bananowa tylko raz owocuje i potrzebuje na to od 12 do 15 miesiecy? No moze zapamietamy, ze slynne hawajskie orzeszki makadamia sa bardzo, ale to bardzo kaloryczne, nawet jesli nie sa w czekoladzie, i po zjedzeniu dwoch pudeleczek mozna sie czuc tak sobie (prawda Stefanku?).
Najbardziej podoba nam sie pokaz obierania orzecha kokosowego. Teraz juz mamy pewnosc, ze duze o nieregularnych ksztaltach stwory wiszace na palmach to rzeczywiscie kokosy. Mielismy co do tego watpliwosci zaraz po przyjezdzie na Hawaje bo - to co na drzewie w niczym nie przypominalo tego co znamy ze sklepu! Pozbawianie orzecha zewnetrznych, grubych, lykowatych wlokien to na Hawajach typowo meskie zajecie. Przewodniczka radzi sobie z tym znakomicie a mnie przechodza ciarki gdy nadziewa orzech na metalowy, ostry szpikulec i odrywa kawalki lupiny. Po kilku chwilach te tortury orzechowe koncza sie na szczescie i oczom naszym ukazuje sie okragly, brazowawy orzeszek. Dwa uklucia srubokreta i woda wyplywa ze srodka, dwa uderzenia kamieniem i widac bielutki miaz. Jakie to proste! Moze nastepnym razem, gdy przyjdzie nam ochota na kokosa nie bedziemy juz miec problemow z dobraniem sie do jego wnetrza. Dobrze, ze na wszelki wypadek Tomek uwiecznil cala te operacje na filmie! I nie tylko to. Na filmie znalazly sie tez drzewa mango, awokado, papaje, makadamia, bananowce, star fruit (dojrzale owoce sa zolte i jak sie je przekroi przypominaja gwiazde), krzaczki kawy i roznobarwne kwiaty…. ale nie ananasy! Tak sie zlozylo, ze mijane wielokrotnie pola ananasowe nie doczekaly sie uwiecznienia na filmie, a i tylko na jedno zdjecie sie zalapaly. Trudno, znowu "moze nastepnym razem…"
Pozniej jedziemy na polnoc do Iao Valley, glebokiej doliny wrzynajacej sie w wulkan Puu Kukui. I tym razem olbrzymia czapa chmur wisi nad szczytem. Juz w dolinie trudno nam dojrzec gorne krawedzie scian - po prostu gina w chmurach. Dolina ze wzgledu na swoje mistyczne znaczenie byla miejscem bitwy pomiedzy wojskami krola Maui, broniacych wyspy przed napascia armii Kamehamehy I. Obroncy pomiesli dotkliwa kleske - strumien plynacy dolina zabarwil sie od ich krwi na czerwono a wyspa zostala wlaczona do krolestwa Kamehamehy I. Dawne to czasy i o tej tragedii przypominaja tylko hawajskie nazwy i tablice w parku.
Powietrze jest swieze i rzeskie. Czesto tu pada, na szczescie nie podczas naszego pobytu. Idziemy na krotki spacer nad szemrzacym strumieniem. Podziwiamy Iao Needle, niespelna siedmiuset metrowej wysokosci, porosnieta, bazaltowa iglice sterczaca z dna doliny. Zjezdzamy do polozonego w nizszej czesci doliny parku Kepaniwai gdzie spacerujemy przy dzwiekach ukelele - a potem czas na plaze. Wracamy na wybrzeze, zeby wyszukac jakies spokojne miejsce. Droga ciagnie sie wzdluz brzegu, oddalonego o 10-15 metrow, gdzieniegdzie piaszczystego, gdzieniegdzie kamienistego. Jestesmy u wylotu nizinnego korytarza pomiedzy dwoma wulkanicznymi gorami. Przybywajace z polnocnego zachodu pasaty (ktore tu zwa trading winds - "wiatrami handlowymi") wciskane sa w ten korytarz, by z powrotem wyjsc nad ocean na poludniowej stronie wyspy. Jest tu jedno z dwoch najlepszych miejsc wind-surfingowych na Maui (drugie znajduje sie oczywiscie u wlotu korytarza). Przez okna samochodu przygladamy sie zmaganiom kilku szalencow z falami. Zgrabnie zakrecaja, ich skoki ponad falami maja po kilka metrow, ale jakos nie mamy szczescia zeby zobaczyc salto w powietrzu.
Jedziemy na poludnie i stajemy gdzies pomiedzy Kihei i Wailea. Jest tu piekna plaza o zoltym drobnym piasku. Niestety, ocean jest wzburzony, wysokie fale uniemozliwiaja snorkowanie ale doskonale sa do przeskakiwania i "slizgania sie" na nich. Gorzej jest na plazy, gdzie wiatr hojnie sypie piachem na lewo i prawo i po kilku minutach wszystko przyproszone jest warstewka piasku. Uciekamy stamtad naiwnie myslac, ze w innej czesci wyspy sa lepsze warunki do plazowania. Ladujemy na znanej nam juz plazy pod Sheratonem w Kaanapali. Ale tu plaza przypomina pobojowisko - popodmywane i powyrywane przez szalejace fale krzewy z zywoplotow poniewieraja sie po calej plazy. Fale sa tak olbrzymie, ze zalewaja plaze na calej jej szerokosci a nieliczni plazowicze chronia sie przed nimi w najodleglejszych zakatkach. Znajduje sie jednak kilku smialkow walczacych z falami. Chlopcy tez probuja ale po chwili rezygnuja i idziemy poplywac w hotelowym basenie.

W sobote (13 czerwca) raniutko idziemy pozegnac sie z morzem. Krotki spacer tuz przed domem plaza pelna malenkich, przezroczystych krabow. Zbieramy rownie malenkie muszelki, chwile snorkujemy i czas wracac.
W drodze na lotnisko mijamy tlumy gromadzace sie w oczekiwaniu na parade swiateczna, zawody sportowe i inne uroczystosci zwiazane z obchodzonym wlasnie Dniem Krola Kamehamehy I. Wlasciwie swieto przypadalo 11 czerwca, ale glowne obchody przesunieto na weekend. Szkoda, ze nie mozemy wziac w nim udzialu. Szkoda, ze juz wakacji nadszedl kres i pora wyjezdzac. 10 dni to stanowczo za krotko, zeby doswiadczyc w pelni wszystkich hawajskich atrakcji. Tomek wymyslil nawet bardzo adekwatne haslo naszego pobytu: "Aloha i …wynocha!"


Ameryka