O czarnym Polaku z Haiti.

Ryszard Zambrzycki

Gdy w Europie po traktacie pokojowym z 1795 roku, w Campo Furio, pomiędzy Republiką Francuską a Cesarstwem Austrii, zakończono walki w północnych Włoszech, właściwie nie było co zrobić z kilkoma tysiącami wojska polskiego. Była to tak zwana Legia Włoska Republiki Cizalpińskiej i Pierwszy Konsul Republiki Francuskiej Napoleon Buonaparte postanowił wysłać te wojska do Terytoriów Zamorskich Francji. Do Indii Zachodnich i na wyspę Sw. Dominika. To ostatnie terytorium nazywała się obecnie Haiti. Haiti było właściwie kolonią francuską produkującą cukier, kakao, kawę i tytoń na wielkich plantacjach. W tych czasach, w Europie, były to cenne towary.

Szkic z książki brytyjskiego admirała Marcusa Rainsforda - An Historical Account of the Black Empire in Hayti in 1805 Murzyni na czele z generałem Toussaint L'Ouverture - "Czarnym Jakobinem", zbyt dosłownie przyjęli ideały Rewolucji Francuskiej, znieśli niewolnictwo i przestali produkować cukier. W odpowiedzi na te fanaberie czarnych, Napoleon wysłał osiemdziesięciotysięczny korpus expedycyjny. W jego skład wchodził oddział Polaków, którzy żyli we Włoszech w poczuciu zdrady interesów polskich i w zagrożeniu oddania ich spowrotem do wojska austriackiego, z którego byli uciekinierami. Zadaniem korpusu expedycyjnego było przywrócenie poprzedniego stanu a zwłaszcza restauracji niewolnictwa. Wojsko murzyńskie nie chcieło oddać broni. Należało ich rozbroić, a tych, którzy się nie poddali - eksterminować. Powierzono to Polakom. Polacy zdając sobie sprawę że służą interesom kupców z Bordeaux, a nie ideałom rewolucji, odmówili wykonania rozkazu i w nocy uciekli w góry wraz z murzyńskim wojskiem i przyłączyli się do powstania generała Toussaint L'Ouverture. Zdyscyplinowane oddziały zawodowych żołnierzy biły się dzielnie i skutecznie po stronie generała Toussaint, tym bardziej, że już teraz nie miały wyjścia. Poległo 350 tysięcy osób, by pierwszego stycznia 1804 roku ogłosić niepodległość Haiti. Toussaint L'Ouverture nie dożył tego momentu. Po powstaniu żołnierze założyli rodziny i wrośli do swych czarnych wiosek. To było prawie dwieście lat temu.

Znacznie później, tym razem podczas pierwszej amerykańskiej okupacji Haiti (circa 1916), amerykański marynarz polskiego pochodzenia, przemierzał bezdroża Haiti. Ponieważ usługi były tanie, miał pieniądze i że nie w ciemię był bity więc wynajął dwóch murzynów by go nieśli w lektyce. Dzień był grący i murzyni w pocie czoła zapracowywali na zielone banknoty. Po pokonaniu kamienistego pagórka jeden z tragarzy miał tego dość, postawił lektykę z zawartością i warknął "psiakrew". Marynarz nie dowierzał własnym uszom. Murzyni nie tylko znali kilka polskich słów, lecz dumnie obnosili swoje polskie pochodzenie. Wówczas on objawił im swoją narodowość. W tym momencie urósł do rangi kolejnego wybawcy - mesjasza. Okazał się również przebojem wśród okolicznych dziewczyn, które także obnosiły się swoją polskością. Marynarz został na Haiti i nieco później ogłosił się "Imperatorem Gonave" (małej wysepki u wybrzeża Haiti). To spowodowało drobny incydent dyplomatyczny i w końcu wysłano byłych towarzyszy marynarza, by go przywołać do rozsądku i osiedlić spowrotem w Stanach. Tym razem z tytułem "Inmate"

przebój wśród okolicznych dziewczyn W latach osiemdziesiątych pracowałem w Nowym Yorku w fabryce szkła budowlanego. W czasie przerwy śniadaniowej, każdy siedząc na drewnianych kontenerach jadł co przyniósł z domu. Obok mnie siadywał niski, sprężysty murzyn. Tak czarnych murzynów nie widać w USA. On był z Haiti. Nazywali go Dominik, co nie było ani jego prawdziwym nazwiskiem ani imieniem. Dominik trenował kiedyś boks i był nie do uchwycenia. Żywe srebro. Lubiłem na niego patrzeć, gdy walczył "na niby" z portoricami. Przypuszczam, że gdyby ktoś się nim zajął, zrobiłby karierę zawodowego boksera. Nigdy nie przynosił ze sobą jedzenia, więc dawałem mu połowę swego lub przynosiłem poprostu więcej. Pamiętam, że musiałem go prosić, by przyjął poczęstunek. Był człowiekiem honoru. Zaprzyjaźniliśmy się na zasadzie kontrastów. On mały, czarny, zwinny, ja nieruchawy, wytrwały, olbrzym.

Pewnego razu Dominik zapytał mnie czy nie będę się śmiał gdy powie mi swoją tajemnicę. Oczywiście że nie - odpowiedziałem. Przecież jesteśmy przyjaciółmi. Wiesz, powiedział Dominik ja też jestem biały i jestem częściowo Polakiem. Musiałem szeroko otworzyć oczy. Nie mam twarzy pokerzysty. Wytłumacz mi - powiedziałem. Dominik zaczął opowiadać o swojej wiosce w górach, gdzie ma matkę i rodzeństwo. To im wysyłał wszystkie swoje pieniądze. W małej chatce z desek i blachy, na głównym miejscu wisiała dziwna czapka o białoczerwonych kolorach, kwadratowa u góry. Do dziś takie czapki przechowywane są w niektórych wioskach. To czapka moich przodków - powiedział. Białych żołnierzy naszej armi z czasów wojny o niepodległość. Oni byli Polakami i nie mówili po francusku. Mówili tak jak my, po kreolsku. Złapał oddech i zwrócił się do mnie.

- Czy to możliwe Richy? - Pytał patrząc prosto w moje oczy.
Oczywiście, że tak, uczyłem się o tym w szkole.

Dominik z girlfrendą Oczy płonęły my zachwytem. Ja potwierdziłem jego przynależność do rasy białych ludzi i dziwnego narodu Polaków, o którym tyle słyszał od rodziców i dziadków. Nobilitowałem go. Odtąd Dominik stał się moim oddanym przyjacielem. Żyliśmy przecież na śmietniku, gdzie liczy się naprawdę tylko męska przyjaźń i prawo noża, zwanego również kosą lub siostrą. Dominik posiadał dużych rozniarów "siostrę", którą zawsze nosił w kieszeni. Pewnego dnia odszedł z fabryki. Przypuszczam, że znalazł lepszą pracę. Później, wiele razy zdradzali mnie mężczyźni, którym ofiarowywałem swoją przyjaźń i kobiety którym dawałem swoją miłość, ale wiem, jestem głęboko przekonany, że w wielkim śmietniku zwanym również Nowym Jorkiem, żyje gdzieś mały, czarny Dominik z Haiti, który skoczy mi na pomoc, gdy strudzony będę wracał do domu w nocy. On nigdy nie zapomni tej rozmowy na stercie z desek. Przecież jest w części białym no i Polakiem.

Im jestem starszy tym bardziej świadomośc przyjaźni jest mi potrzebna. Może on tak samo myśli? Czy będę próbował go znaleść? Nie. Te przyjaźnie powstają i rozwiewają się na zasadzie ruchów Browna w szklanej kuli. To moja obsesyjna świadomośc nie wymuszanych i nie kontrolowanych spotkań w wielkich grupach społecznych. Ludzie się spotykają, przeżywają coś i rozchodzą w różne strony. Czy można zatrzymać zdarzenie? Można, czasami. Z Dominikiem nie wyszło. Za dużo mieliśmy własmych niespójnych kłopotów. On i Ja niewiele mówiliśmy o sobie. On używał języka kreolskiego, który jest dialektem francuskim i angielskiego z Jamajki. Jest trudny do zrozumienia nawet dla lingwisty. Ja mówiłem językiem śmietników, czyli dialektem z Brooklyn'u. Więc co nas łączyło? Biała rasa, wspólna narodowoś i rozmowy na deskach w wielkiej hali fabrycznej?


Ameryka