Futurozyna

Lukasz Kosik

Otworzył oko. Potem drugie. Potem trzecie i czwarte. Zamrugał i rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu. Leżał na niepościelonym, starym materacu wokół walały się zapisane w całości lub do połowy papiery, zapiski, wydruki jakiejś bliżej nieokreślonej maszyny, świstki, urywki zdań i tony liczb niczym zaszyfrowane wiadomości będące prawdopodobnym kluczem do bardzo mglistej przeszłości kilku ostatnich dni. Z niewiadomego miejsca dochodził cichy szept maszyny liczącej. Uniósł się na rękach i dotknął twarzy dłonią.
- Mój Boże, śniło mi się że mam dwie pary oczu - powiedział do siebie.
- Bo masz - odezwał się głos.
Poderwał się nerwowo na łóżku i wstał.
- Kto tam, kto tu jest? - krzyknął oglądając się wokół siebie - hej!
- Jesteśmy sami jak widzisz - odpowiedział głos spokojnie - tylko ja i ty.
Rozejrzał się dokładnie po całym pomieszczeniu. Nie było nikogo. Podszedł do niedużego okna. Nic. Potem do drzwi. Też nic. Na stole stała mała porcelitowa figurka kota.
- Jak to jesteśmy? Jak to JESTEŚMY? Mój Boże, mam omamy - pomyślał chwytając się za głowę.
- Nie masz, nie masz. Żadne tam omamy. Podawali ci futurozynę głupcze. Dałeś się zwieść jak dziecko za te parę nędznych groszy, zrobili z tobą co chcieli, nic sobie już teraz nie przypomnisz, nic, za późno mój drogi, za późno. Korytarze, setki korytarzy, pamiętasz? Będą ci się śniły jeszcze długo. Poziom pierwszy, drugi, trzeci. Hasła, klucze. Cała ta idiotyczna czerwono czarna oprawa. Szyfry, bzdury. Udowodniłeś że to działa, twoja misja skończona.
- Co działa, jakie korytarze, przecież ja nic.. czego chcesz ode mnie? Mów.
Usiadł i próbował przypomnieć sobie wczorajsze popołudnie, ranek czy choćby cokolwiek z wczorajszego dnia. Zaczął grzebać w pamięci jeszcze dalej. Szyfry, lustra, czerwono czarne kamienie. Plątanina korytarzy niewiadomego przeznaczenia. Twarze, mnóstwo twarzy. Nagle nie wiadomo skąd przypomniał sobie.
- Niech zgadnę, jesteś tym który miał mi powiedzieć: '' Ugotuj kamień, ugotuj serce, ugotuj czwarte oko karła. Oto klucz do tajemnicy".
- Rozśmieszasz mnie, doprawdy mnie rozśmieszasz - parsknął głos - co próbujesz udowodnić. Nie odpowiesz teraz nawet na najprostsze pytania bo nie potrafisz. Do kogo się zwrócisz? Teraz już za późno, naprawdę jest już za późno. Co za palant. Nie wiedziałem że jesteś aż tak głupi.
Tego zdawało się być za wiele. Przyskoczył do papierów i chwycił jedną ich stertę jakby licząc że tu właśnie powinna znajdować się odpowiedź. Zaczął nerwowo przerzucać kartki. Przechodził z kąta w kąt. Brodził w powodzi papierów, papierzysk, papierków, świstków i zapisków niewiadomego pochodzenia, szukał w szufladach i pod stołem. W końcu rzucił wszystko na ziemię. Porcelitowy kot zachwiał się na starym nocnym stoliku ale nie spadł.
- Ukradłeś ją - wrzasnął - ukradłeś ją, gadaj.
Cisza.
- No gadaj!
Cisza.
- Znajdę ją. Obiecuję że ją znajdę, nikt nie odtworzy tej receptury, możesz nią napalić w starym piecu - krzyczał wymachując zmiętą garścią papieru, którą nerwowo znowu pochwycił - wtedy niektórzy z was zaczną mówić. Wszyscy zaczniecie mówić. Przyznacie się do wszystkiego co zrobiliście. Niech wiedzą. Niech wszyscy się dowiedzą kim jestescie.

* * *

- Sentyxam cztery do jednego. Owosal piętnaście i poniżej. Ekadopsylen w normie i poniżej zero minus dwa. Ostatnie dobowe dane obiektów Strato wynoszą dwanaście, dwadzieścia osiem i odpowiednio dla wskazań południowych sto trzydzieści dwa i sto trzydzieści trzy. Odchylenie wskaźnikowe minus zero pięć. Średnia przyrostu w przybliżeniu dwa i jedna druga. Poziom substancji gesytetokulicznych w normie i spada. Kierunek północno - zachodni i nie zmienia się. Następny odczyt za dwie kwarty hektyczne. Prognozę pogody przedstawił serwis Transer. Za chwilę muzyka. Zostańcie z nami.
- Cholerna pogoda, musiało się rozpadać właśnie teraz - mruknął i zgasił radio.
Skierował swojego Zedana w ocienioną aleję. Okolica wydawała się spokojna i cicha. Na liściach drzew pojawiły się pierwsze lśniące punkciki. Ulica kończyła się dość ostrym łukiem. Skręcił w niedużą wyludnioną uliczkę i podbiegł do najbliższego spanofonu. Poczekał aż szklana tafla bezszelestnie wpuści go do wewnątrz. Wystukał zastrzeżony kod i zaczął mówić.
- Facet mieszka gdzieś w okolicy, ma wąsy i brodę. Około 170 cm. wzrostu. Pali fajkę i prowadzi gabinet lekarski. Nazwisko zaczyna się zdaje się na na ''H''. Ma anglojęzyczny akcent i jest po pięćdziesiątce.
Maszyna szumiała cicho po czym nagle szum ucichł i wąska gardziel wydruku wypluła z siebie równy rząd liczb 852 651 244 239 537 655 475 895 365 478 943 146 453 544 352 449 876 524 498 443 244 po czym zaskrzeczała żelazistym głosem: Ostatnia aktualizacja numeru videofonu na kartę głosową - informacja zastrzeżona. Informacja zastrzeżona. Informacja zastrzeżona. Dziękuję za skorzystanie z naszych usług. Miłego dnia. Chwycił wydruk i wychodząc rozejrzał się podejrzliwie po czym szybkimi susami doskoczył do swojego Zedana i gwałtownie ruszył wyskakując znienacka na główną szosę. W ostatniej chwili ominął nadjeżdżający z naprzeciwka wóz i pomknął w gęstą czeluść nocy. Cisza zjadła ostatnie odgłosy odjeżdżającego wozu. Właśnie zaczynał się deszcz.

* * *

Dzwonek brzmiał przyjemnie i delikatnie. Teraz nikt już nie instaluje takich dzwonków - pomyślał. Drzwi otworzyły się bezszelestnie, stał w nich facet po pięćdziesiątce, noszący brodę i wąsy. Palił fajkę.
- Dobry wieczór, przepraszam że o takiej porze, pan mnie pamięta? - zapytał.
Doktor przyjrzał mu się uważnie po czym uśmiechnął się szeroko.
- A jakże mógłbym pana zapomnieć, he he.
- Panie doktorze potrzebuję pomocy, czy mogę, czy mogę wejść?
- No prosze, niech pan wchodzi, proszę - doktor zrobił krok do tyłu.
Wszedł do dobrze oświetlonego salonu pełnego kwiatów i śnieżnobiałych mebli. Hmm - pomyślał - kto teraz kupuje takie meble. Rozglądał się przez chwilę po pomieszczeniu po czym ciszę przerwał głos doktora.
- Proszę bardzo niech pan siada.
Usiadł na sterylnie białej kanapie starając się zająć jak najmniej miejsca mimo że siedział na niej sam.
- W czym mógłbym panu pomóc - spytał doktor.
Miał bardzo uprzejmy głos. Robił wrażenie człowieka zrelaksowanego i spokojnego. Uśmiechnął się.
- Panie doktorze, ja, ja leczyłem się u pana. Mam wrażenie że niepokojące objawy znów powróciły.
- Znowu wydaje się panu że ma dwie pary oczu.
- Nie nie, nie w tym rzecz. Chodzi o to że ja nic nie pamiętam, to znaczy nic nie pamiętam z ostatnich kilku dni.
- No cóż, takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza w dzisiejszych czasach - doktor uczynił nieokreślony gest w powietrzu - ludzie tracą pamięć, wydaje im się że widzą przez ściany, wydaję im się że się jescze nie urodzili, hmm chociaż jakby to powiedzieć mają rację w niektórych przypadkach.
- On też ma omamy - odezwał się głos.
- Panie doktorze ja oprócz tego słyszę głosy a właściwie to jeden, jeden ale bardzo wyraźny głos.
- O, właśnie, głosy też słyszą - przytaknął doktor - głosy, rozmowy, czasem nawet audycje radiowe, tak tak drogi panie w dzisiejszych czasach to doprawdy nic nowego.
- Ty durniu - żachnął się głos - spójrz na niego, stary, zdziwaczały konował, dla niego wszystko jest już normalne. Spytaj go o futurozynę też ci powie że to już było i nie ma się czym przejmować.
- Panie doktorze a futurozyna?
- Ach, to już było, teraz to już naprawdę nie ma się czym przejmować - machnął od niechcenia ręką doktor.
- Panie doktorze czy mnie też podawano futurozynę? - spytał.
- A komu nie podawali, he he. Szkoda gadać, drogi panie, szkoda gadać od razu mówiłem że niewiele będą z tego mieli ale kto wtedy słuchał starego doktora. To musiało się tak skończyć a teraz naprawiajcie swoje błędy przyjaciele. Ilu jeszcze będziecie musieli odesłać na niższe poziomy, ilu jeszcze wmówicie że to był tylko mały błąd albo jeszcze lepiej że to minie, he he, możecie dziś tak straszyć małe dzieci. Wasza maszynka do robienia pieniędzy niestety ale się zacieła. Tak tak drodzy panowie zacięła się, he he.
Doktor ożywił się, podchodził wciąż do innego okna i gestykulował.
- Oczywiście że nie tak to sobie wyobrażano - wzruszył ramionami - Przyznam że i ja byłem na początku zwolennikiem tej koncepcji, ale kiedy zobaczyłem jakie były pierwsze tego efekty zrozumiałem o co poszło. Nie tędy prowadziła moja droga. Chciałem zerwać ten kontrakt który już i tak dawno leżał na śmietniku. Zostawili mnie, nie potrzebowali już mojej wiedzy, autorytetu, doświadczenia a ja nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Nie słuchali, nie posłuchali mnie wtedy no i proszę. Mamy pierwsze tego efekty - podszedł do stołu i lekko trącił małą porcelitową figurkę kota. Powiedziałem, zgoda przyjaciele, wy pomożecie mnie ja pomogę wam. Ach, człowiek był młody i głupi. Kiedy okazało się że chcą na tym po prostu robić pieniądze powiedziałem nie. Było za późno. Było po prostu za późno.
Profesor stał odwrócony do okna lecz w pewnym momencie odwrócił się i zrobił parę kroków. Blade światło nocnej lampy oświetliło przez moment jego twarz. Siedząc całkiem blisko zaczął przypatrywać się jej dokładniej i gdy ten zrobił jeszcze parę kroków spostrzegł że...
- Mój boże pan ma dwie pary oczu - zdziwił się doktor.
- Ja - krzyknął - to pan, to pan ma dwie pary oczu. Co to wszystko ma znaczyć. Niech pan mi natychmiast odpowie, co to do diabła wszystko znaczy - gwałtownie odsunął się od doktora - Budzę się dzisiaj rano i nie wiem gdzie jestem. Potem słyszę jakiś cholerny głos, odnajduję pana a pan mi mówi że to wszystko normalne a teraz twierdzi że mam dwie pary oczu chociaż to pan ma dwie pary oczu. Co to u diabła znaczy?
Zerwał się ze śnieżnobiałej kanapy i przezornie przesuwał się w stronę wyjścia. Doktor spojrzał za nim i rozłożył ręce.
- No cóż drogi panie, podawali panu futurozynę - powiedział.

* * *

Spójrzcie za wasze okna, wyglądnijcie choć na chwilę zza waszych ekranów. Oderwijcie swój wzrok od marnych substytutów naszej wyobraźni. Cóż dostrzeżecie na horyzoncie świata który dany jest wam dziś oglądać, próbować, smakować. Dzisiaj drodzy państwo to wy możecie go tworzyć, kształtować i zmieniać. Naprawić lub podeptać. Wskrzesić lub pogrążyć. Oto rzecz, którą zostawia wam nasze pokolenie. Kreujemy naszych bohaterów na nas samych, dajemy im życie, wolność, możliwość wyboru i ducha. Patrzymy na ich czyny niczym na nasze własne grzechy. Dzisiaj możemy być dumni, dzisiaj też możemy okryć się hańbą za to do czego doprowadziliśmy. Możemy dziś stać się zbrodniarzami siedząc w domu i nie ruszając się nawet zza ekranu monitora, możemy stać się bohaterami, ludźmi podziwianymi którzy wejdą na karty historii dumnie unosząc głowy, możemy też łatwo zgubić się pośród wszystkich tych korytarzy które sami z takim mozołem zbudowaliśmy, którymi obudowaliśmy się niczym pancerzem przed światłem, przed wiatrem i deszczem. Oto wy wchodzący w dorosłe życie - decydujcie, wybierajcie, smakujcie, oto są wasze marzenia, koszmary i wizje a wy ujarzmicie je lub staniecie się ich zakładnikami. Jesteście wszak dorośli moi drodzy.
- Dłużej nie dam rady - mruknął Alt stukając w bok niewysokiego blondynka - ja spadam.
- Poczekaj, zaraz skończy - szepnął blondynek.
- Nigdy nie może skończyć, zaczyna te swoje fantasmagory i płynie, będziemy tu siedzieli jeszcze z parych dobrych kwart, ja spadam - chwycił torbę i chyłkiem przesuwał się do wyjścia.
Mamy narzędzia, mamy maszyny, mamy najnowocześniejszy sprzęt a jednak pytamy wciąż o to samo. Pytamy dziś o to, o co pytali ludzie zawsze. Tak, moi państwo pytania naszych ojców, dziadów i ich dziadów stoją wciąż u naszych bram a my...
- Mnie tam się czasem jego wykłady podobają - powiedział blondynek gdy szli korytarzem.
- Taa, tylko kto go słucha, ponoć od lat nie zmienił tego repertuaru. To przecież stary demokrata, napisał w młodości ileśtam ksiązek na ten temat i do dzisiaj każe się z nich uczyć. Ja nie wiem jak moi starzy mogli żyć w takim syfie jak demokracja, ci goście z futurozyną mieli niezły plan.
Wyszli z budynku i wsiedli do zaparkowanego nieopodal starego Zedana.
- Ciągle bujasz się tym złomem?
- Chyba nigdy nie zarobię na lepszy - westchnął blondynek.
- Zarobisz, zarobisz mnie się trzymaj to zarobisz, mam w końcu ostateczną wersję i wiem już jaki będzie koniec. Pamiętaj, tobie mówię o tym pierwszemu.
Wyjechali spod budynku i kierowali się na północ miasta. Specjalnie wybrali taką trasę. Była to starsza ale bardzo ładnie położona dzielnica w której mieszkali bogatsi mieszkańcy miasta. Alt bardzo lubił tą część miasta. Spojrzeli w niebo, zanosiło się na deszcz. Jechali ocienioną aleją gdy nagle zza rogu wypadł na nich inny zdezelowany Zedan.
- O w mordę! - krzyknęli jednocześnie a blondynek nacisnął z całej siły na wszystkie hamulce.
Pojazdy w ostatniej chwili minęły się z piskiem karbonelowych opon.
- Co za palant! Co za kretyn! Co za, co za... no nienawidzę takich gnoji - krzyczał Alt za odjeżdżającym wozem.
Zwolnili do 60-ciu i choć w końcu wyjechali na główną arterię nie zmieniali szybkości.
- W taki sposób zginął mój dziadek - odezwał się po chwili Alt - Jakiś idiota wjechał prosto w niego. Niewiele było do zbierania. Fajny był z niego gość chociaż, no wiesz też demokrata - uśmiechnął się - nawet mieszkał tu niedaleko, był doktorem psychologii, leczył prawdziwych psycholi. Wiesz, potem jak ta cała afera z futurozyną się zaczęła to odmówił współpracy i takie tam rzeczy. Podejrzewano potem że to nie był zwykły wypadek, zresztą kto wie.
- Wiem, opowiadałeś. No a jaki w końcu dałeś ten koniec? - spytał blondynek.
- Aaa, no właśnie. No więc tak. Przy ostatnim kluczu jaki znajdziesz musisz wypowiedzieć hasło: " Ugotuj kamień, ugotuj serce, ugotuj czwarte oko karła. Oto klucz do tajemnicy", niezłe co? Wziąłem to z jakiejś książki ze strychu nawet autora nie pamiętam ale brzmi nieźle. No i najważniejsze, do wyjścia prowadzi niebieski korytarz. Ha, niebieski skumałbyś - NIEBIESKI. Jak na to wpadniesz to wygrałeś i wychodzisz a jak nie to możesz sobie i sto kwart chodzić i nic, niezłe co? Zresztą wpadnij do mnie to ci pokaże jak wszystko chodzi.
- Teraz? - zastanawiał się blondynek.
- Teraz, teraz człowieku jak to sprzedamy to będziemy bajońsko bogaci nie interesuję cię jak zostać bogatym?
- Tak, już to widzę jak to sprzedaliśmy, spoko jutro albo pojutrze obudzimy się jako najwięksi bogacze w mieście. Jeszcze tylko chyba bogatym nie byłem.
Zaparkowali przy skromnym domu ze spadzistym dachem i wskoczyli na ostatnie piętro gdzie mieszkał Alt. Mieszkanie na poddaszu które wynajmował służyło mu głównie jako miejsce gdzie czasem spał albo od czasu do czasu przyprowadzał dziewczyny.
- Jezu! - jęknął blondynek - człowieku jak ty mieszkasz.
- Nie przejmuj się, potrzebowałem mieć wszystko na miejscu dlatego tyle się tu tego jeszcze pałęta.
Blondynek dał wielkiego susa nie chcąc nadepnąć na jakąkolwiek połać papieru. Wewnątrz skromnego pokoju walało się bowiem mnóstwo zapisanych w całości lub nie papierzysk, podłogę słały tony kartek na których zapisywano liczby, urywki zdań a czasami całe rzędy wyliczeń. Alt podszedł do następnych drzwi i po chwili weszli do jeszcze mniejszego pokoiku gdzie stał kompowizjer. Blondynek dał za nim jeszcze jednego susa o mały włos nie zrzucając na ziemię małej porcelitowej figurki kota.
- Zaraz zobaczysz jak się ma ta rzecz. Najlepszy jest koniec, żadna gra nie miała jeszcze takiego zakończenia. Będziemy pierwsi i dlatego najlepsi.
- Słuchaj, mieliśmy zrobić czerwony tunel jako zakończenie. Czy ja wiem czy to się sprzeda - zastanawiał się blondynek. A poza tym właściwie jaki jest na dobrą sprawę sens tej gry. Kiedyś było tak że musiałeś kogoś zabić albo wypełnić jakąś misję albo coś takiego a to, o co tu chodzi, jaki jest cel tej gry, jaki sens?
- Ha! I o to właśnie rzecz się rozchodzi, i w tym momencie wchodzimy my. Ta gra nie ma żadnego sensu. Rozumiesz, żadnego świadomego czy podświadomego sensu. Kierujesz się tam gdzie myślisz że coś znajdziesz. Idziesz tam skąd dobiega głos. Biegniesz, gdy słyszysz kroki za sobą. Wyciągasz broń kiedy widzisz że nadchodzą.
- Kto niby nadchodzi?
- Właśnie o to chodzi że nieważne kto. Nieważne stary, zupełnie nieważne.

* * *

Laboratorium sprawiało wrażenie absolutnie sterylnego. Jakby odzielonego od reszty instytutu i świata jakąś nieopisaną czystością. Dwaj mężczyźni pochyleni nad balustradą spoglądali w milczeniu na to podziemne miasto świateł, arterii przepływu energii, cieczy chłodzących i kanałów doprowadzających fertylen. Stali w małym pokoju, które mieściło samo serce tego gigantycznego, milionowego systemu. Panowała tu jednak niespotykana cisza czasami tylko przerywana szumem przepływającej cieczy. Cały ten moloch posiadał dwie arterie - północną i południową. Tutaj następowało ich skrzyżowanie. Serce. Jądro. Rdzeń. Kręgosłup potężnej maszyny miasta. Wszystkie pododdziały miały tutaj swój terminal. Kontrola zdalnych obiektów tak jak obiektów Strato oraz Porto prowadzona była właśnie z tego miejsca a oni stali w samym jego centrum.
- Nie możemy sobie pozwolić na jeszcze jeden błąd - powiedział niski szpakowaty mężczyzna o twarzy kota - nie stać nas na to. - To tylko dzieciaki, bawią się. Nie mają pojęcia w czym grzebią. Jak pójdą za daleko to się im wytłumaczy że nie tędy ich droga prowadzi, chyba wiesz o czym mówię - ściszonym głosem powiedział drugi z mężczyzn.
- Ależ oni już poszli za daleko. Nie wystarczy że wykradli nam kod do zakończenia gry to jeszcze najprawdopodobniej go zmienili. Poza tym skąd jesteś taki pewien że to dzieciaki. Szuka ich ze dwustu ludzi i jak dotąd kamień w wodę. Może to ci od Speckomu, ci ze wschodu są najgorsi. Oczywiście że trzeba być dzieckiem żeby włamywać się wprost do kanałów przerzutowych ale do diabła im się udało. Co będzie jak zapis futurozyny też wykradną. Dobrze wiesz czym to grozi w naszej sytuacji.
- Wiem czym to grozi w naszej sytuacji ale futurozyna jest nieosiągalna w żadnym laboratorium światowym oprócz tego. To tak jakbyś dał jaskiniowcom podręcznik do obsługi Prionuxa. Zapis zajął by powierzchnię tego pomieszczenia, po dwóch dniach daliby spokój.
- Mogą nas szantażować.
- Mogą spróbować.
- A co będzie jak się dowiedzą kto za tym wszystkim stoi? Jak się okaże że stary i zapomniany doktor psychologii trzęsie całą tą potężną machiną. Co wtedy? Niech się o tym dowie prasa, dziennikarze, koniec z nami. Cały ten plan runie w gruzy.
- Nie dowiedzą się - zamyślił się po czym badawczo spojrzał na człowieka o twarzy kota - nie tym razem.

* * *

Deszcz padał coraz mocniej. Było już zupełnie ciemno. W tych stronach noc trwała o dwie kwarty dłużej i podczas gdy ludzie po drugiej strony wzgórz wstawali do pracy tutaj panowała cisza i tylko szum deszczu nadawał usypiający ton tej okolicy. W małym mieszkanku Alta wciąż paliło się światło a cienie na ścianach niewielkiego pomieszczenia tańczyły niespokojnie w tym nocnym teatrze.
- To obłęd, to cholerny obłęd człowieku - rzucił blondynek - nie możesz zmusić kogoś by robił co ci się spodoba, do diabła przecież to nie jest gra.
- Owszem to jest gra a to jest samo jej serce. Zapominasz kto zna klucz do wyjścia, kto zna wszystkie rzędy korytarzy tego labiryntu i kto zna hasła do tak wielu umysłów.
- Nie możesz nikogo zmusić by robił co ci się podoba - powtórzył blondynek.
- Mogę a jakże - powiedział spokojnie Alt - przecież wiesz że dzisiaj to dziecinnie proste.
- Futurozyna - szepnął blondynek - chcesz im podawać futurozynę.
- Podawać, przyjacielu a znajdź dziś kogoś komu nie podawali. To był naprawdę dobry plan ale ludzie do tego nie dorośli. Sami dali się złapać we własne sidła, zaczęli ją produkować ale nie pomyśleli na czas o szczegółach. Ja byłem pierwszy. Ja znam wyjście. Ja znam wszystkie pułapki tego świata. Mogę sterować grą na wszystkich kontynentach jednocześnie nawet nie ruszając się z tego pomieszczenia. Witaj w centrum dowodzenia przyjacielu. To jest twoje okno na świat - skinął w stronę kompowizjera. Podszedł do niego i pokazał palcem. Proponuję tych tu zaznaczyć na czerwono a tych o tu, na czarno, co ty na to.
- Co ty chcesz zrobić? - spytał drżącym głosem blondynek.
- Bawić się mój drogi, dziś chcę się po prostu dobrze bawić.

* * *

Biegł coraz szybciej. Skręcił w lewo choć przedtem wydawało mu się że właśnie stamtąd przybiegł. Korytarz nie wyglądał przyjemnie. Wszędzie walały się śmieci, niepotrzebne starocie. Głuchy odgłos wirowej maszyny przerzutowej z wolna cichł i po chwili zrobiło się całkiem cicho. Przystanął i rozejrzał się dookoła. Z sufitu denerwująco mrugała rozstrojona sodowa lampa.
- Do diabła byłem tu już - mruknął.
- Mówiłem żeby iść niebieskim - odezwał się głos.
- Bzdura, nikt nie chodzi niebieskim, wrócilibyśmy do punktu wyjścia - pomyślał.
- Trzeba było iść niebieskim, wiem co mówię - powtórzył głos - może chociaż raz mnie posłuchasz.
- Daj mi spokój, przez ciebie popadam w coraz większe kłopoty. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego, kimkolwiek jesteś daj mi święty spokój. Dlaczego właśnie ja. Dlaczego wybrałeś właśnie mnie. No czemu.
Zapanowała chłodna cisza po czym głos odezwał się spokojnie.
- Wcale cię nie wybierałem, zostałem tu by zobaczyć co zrobisz. I chociaż specjalnie się nie zdziwiłem to było uwierz mi całkiem interesujące. Byłeś chciwy ale ja byłem sprytniejszy, byłeś zaborczy w swej nędznej wizji ale ja patrzyłem twoimi oczyma i poznałem twe myśli. Dawałem ci wskazówki, podpowiadałem czasami zwodziłem lecz cały czas prowadziłem byś zrozumiał co chciałeś zrobić. Pomyliłem się biorąc cię do tego zespołu, wtajemniczając we wszystkie szczegóły. Gdybyś posłuchał mnie choć raz może nie szukałbyś teraz wyjścia i chodził w kółko tymi wariackimi kanałami. Dałeś się wodzić za nos jak uczniak i teraz wyglądasz nielepiej, spójrz na siebie, dokąd przywiodła cię twoja własna podejrzliwość, twoja własna szczurza niepewność. Nigdy stąd nie wyjdziesz a wiesz dlaczego, bo nie myślisz. Nie myślisz za grosz. Wydaje ci się że jesteś lepszy, sprytniejszy, że w towarzystwie to właśnie ty błyszczysz największym intelektem, że inni są nieudacznikami, są gorsi, że nie warto z nimi gadać bo to strata czasu. Boisz się o to czy w pracy docenią to co dla nich robisz a naprawdę myślisz tylko jak ich oszukać, jak ich okpić, jak cały ten projekt przywłaszczyć tylko sobie a potem śmiać się im wszystkim prosto w twarz. Takie są twoje myśli, takie są twoje tajemnice, ubogie marzenia nędznego skryby któremu trafiła się gratka wzięcia udziału w całej tej misji jaką miała być futurozyna. Widzisz te czarne szczury które ryją pod twoim domem. Jesteś jednym z nich, należysz do ich świata, żyjesz według ich reguł. Są was tysiące, miliony. Ty mierzyłeś wysoko. Każdy chciał być królem, każdy chciał rządzić, wydawać rozkazy i karać nieposłusznych. Oto jak wygląda historia. Historia twych ojców, dziadów i ich dziadów, historia interesów i władzy, przelewanej krwi i wojen. Zamachów, spisków i knowania. Moja i twoja historia. Zapisana w opasłych księgach których nikt już dzisiaj nie czyta. Pokazywana na milionach większych lub mniejszych ekranów na całym świecie. Możesz się przejrzeć w każdym z nich, są niczym lustra w których odbijają się nasze własne żądze. Jutro zobaczysz w nich dokładnie to samo. Zawsze zobaczysz w nich to samo.

* * *

Nad miastem kłębiły się niskie chmury. Zdawało się że mają zamiar spaść i pogrążyć je w jednym potężnym huraganowym chaosie. Lśniły i czaiły się niczym zwierz podstępnie podchodzący swą ofiarę. Za nimi ciągnął się pomruk wiatru i południowego pyłu, który zawsze przepowiadał złe nowiny. Niebo skrzyło się i migotało, wybuchało i gasło. Czuć było palonym magnezem. Zamknięto wszystkie bramy a wszystkie stacje Strato rozpoczęły naprowadzanie wiatru. Woda spadała z hukiem na wszystkie miejskie zabudowania. Zalewała niższe poziomy i wdzierała się na wyższe niszcząc drobne zabezpieczenia i zapory. Mieszkańcy niższych poziomów wpatrywali się w górę z trwogą i niepokojem a niebo nie cichło i nie było choć znaku by mogli zasnąć w spokoju tej nocy.

Szum potężnej wody spadającej na miasto zagłuszał jednostajny krok który odbijał się głuchym echem korytarza ''A'' prowadzącego do pomieszczeń kierownictwa i głównego laboratorium. Pomijając wszelkie formalności wkroczył do wielkiej oszklonej sali i podszedł do masywnego, drewnianego biurka które było dumą człowieka który właśnie za nim siedział.
- Wymyśliłeś to - rzucił bez zbędnego wstępu.
Człowiek siedzący za biurkiem nawet nie drgnął. Wpatrywał się w rozszalałe niebo i najwidoczniej nie miał ochoty wdawać się w żadne dyskusje.
- Wszystko to wymyśliłeś - krzyknął - stałem się twoim królikiem doświadczalnym. Zabawiłeś się moim kosztem. Taka była moja rola? Po to mnie wzięliście?
- Co? - spytał wolno człowiek siedzący za biurkiem jakby wyrwany z myślowego transu.
- Cały ten absurd ostatnich kilku dni. To wszystko co działo się w mojej głowie. Wszystko co widziałem, kogo spotykałem to wszystko zostało wymyślone. Nikt nie wykradł kodu do zakończenia gry bo nigdy takiej gry nie było. Nie było tych dwóch dzieciaków, nie było doktora u którego się leczyłem, to wszystko wymysł twojego eksperymentu któremu mnie poddałeś. Wykradłeś mi sny i przerobiłeś na rzeczywistość. Jakże mógłbym się nie domyślić. Jak mogłem być tak głupi?
- Taaaak - zasępił się człowiek zza biurka, podniósł wzrok i wstał - Tak, wszystko to wymyśliłem. Byłem twoim przewodnikiem przez tych parę dni, byłem twoim głosem który prowadził cię po świecie który przecież tak dobrze znasz, prawda? I cóż, zgubiłeś się, szarpałeś, byłeś przerażony, zagubiony. To jednak mogłem przewidzieć. Interesowało mnie jednak co innego. Jak wiesz nasz instytut prowadzi od kilku lat badania nad futurozyną. Otóż byłeś jednym z pierwszych na którym efekt jej działania wypróbowano. Nie nie, nie obawiaj się nie podano ci żadnego leku, nie wstrzyknięto ci żadnej obcej substancji. Nic. Nie miałeś żadnych omamów, przywidzeń czy halucynacji. Przez kilka ostatnich lat wszyscy tutaj żyliśmy tylko jednym - futurozyną. Magicznym lekarstwem które czyni cuda. Lekiem na wszystko, na całe nasze życie. Na wszystkie niepowodzenia których doświadczamy, kłopoty i troski. Prowadziliśmy badania, byliśmy o krok od zwycięstwa, powoli, mozolnie aż wreszcie podobnież dopięliśmy celu. Tylko czy ktokolwiek z nas ją widział? Spróbował jak smakuje, jaki ma zapach, kolor? Nie. Uwierzyliśmy w nią. Uwierzyliśmy w jej magiczną moc. Uwierzyliśmy że to musi działać. Jakkolwiek wygląda i smakuje. To działa. Uwierzyłeś w te wszystkie bulgoczące przyjaźnie menzurki z kolorowymi płynami. Wielostronicowe ekspertyzy wydumanych i zapewne koszmarnych chemicznych związków których ciągłe przepisywanie nie wiadomo czemu miało służyć. Wmówiliśmy tobie i milionom na całym świecie że oto mamy lek na całe zło tego świata. Wmówiliśmy to wam, wbiliśmy do głów i cóż się okazało? To wystarczy. Wystarczy wam świadomość że jutro rozwiążą się wasze problemy. Wystarczy wmówić wam że jest dobrze byście uwierzyli że rzeczywiście jest. Wystarczy wbić wam do głów że wymyśliliśmy lek a on zacznie działać.
Człowiek o twarzy kota patrzył otępiałym wzrokiem w pustkę która roztaczała coraz to większe kręgi przed jego oczami coraz bardziej zdając sobie sprawę co naprawdę tu zaszło W końcu spytał
- Po co to wszystko, po co ten cały cyrk, by mnie przestraszyć?
- By cię ukarać.
Nagle podniósł wzrok.
- Ukarać, za co?
- Nie wszystko było moim wymysłem ostatnich kilku dni. Wiem więcej niż ci się wydaje. Ten dzieciak który ukradł futurozynę to ty sam. To twoje marzenia, twoje fantastyczne wizje zrobienia fortuny na wynalazku nad którym pracowaliśmy tak długo. Spójrz - wskazał na kompowizjer - wszystkie twoje sny zebrane są tutaj pod jednym wspólnym znakiem. Oznaczyłem je figurką kota, doprawdy nie wiem czemu. Możesz je sobie przejrzeć.
Rzucił w jego stronę kartę zapisu i podszedł do głównego okna patrząc na piętrzącą się masę wody u podnóża miasta. - Uwierzyłeś w istnienie leku którego nie ma do dziś. Uwierzyłeś że nasze laboratorium to genialna pracownia w której oto rodzi się historia a tymczasem to pare źle wyposażonych gabinetów i wieczny brak środków by cokolwiek dokończyć. Korytarze dostawcze stały się zawiłą plątaniną tajemniczych i kolorowych kanałów chociaż wszyscy wiemy gdzie każdy z nich prowadzi. Obserwowałem cię, podglądałem, czasem zwodziłem lub prowokowałem aż w końcu poznałem zagadkę futurozyny. Dałeś mi ją ty sam. Telewizyjny ekran, mój drogi - oto czym jest nasza futurozyna. Wystarczy usiąść za sterami. Chcesz walczyć o władzę, tutaj jest władza, chcesz robić pieniądze, tutaj są pieniądze. Dajcie mi szklany ekran a powiem wam kim jesteście, skąd przyszliście i dokąd zmierzacie. Trzeba było tylu lat byśmy wrócili do punktu wyjścia. Teraz jednak wiemy coś o wiele cenniejszego. Futurozyna - mruknął pod nosem - futurozyna.
Stali w milczeniu wpatrując się w czarny kwadrat nieba rozdzierany raz po raz makabrycznymi wiązkami jaśniejących błyskawic. Niebo spadało na miasto hektolitrami wody i południowego pyłu. Noc nie była spokojna. Mimo starań burza nie malała a mieszkańcom zdawało się nawet że przybiera na sile. Ostatnie prognozy były jednak optymistyczne i większość zmęczona wypatrywaniem końca tego wodnego szaleństwa kładła się powoli spać. Nawet mieszkańcy najniższych poziomów odetchnęli z ulgą. Prognozy na jutro były coraz lepsze. W końcu ktoś tam nie może się mylić.
- A tak tylko przy okazji - odwrócił się przy wyjściu - gra do której kluczem miała stać się futurozyna istnieje. Nie można zmyślić czegoś co już mamy - uśmiechnął się - musi istnieć bo każdy z nas znajduje w końcu jakieś wyjście a przecież wszyscy w nią gramy, nieprawdaż?


Swiat