
Droga przez przełęcz Furka Pass słynie z pięknych widoków i z lawin, które schodzą tu od czasu do czasu, odcinając od świata kilka alpejskich miejscowości z VIP-ami na wywczasach. Furka jest jedną z najwyżej położonych alpejskich przełęczy dostępnych na kołach - leży na wysokości 2436 m.n.p.m. To prawie tak wysoko jak Rysy - najwyższy szczyt górski w polskich Tatrach.
O wyprawie motocyklem w
Alpy marzyłem od dawna, ale jeżdżąc na Harleyu-staruszku nie miałem odwagi realizować tych snów. Gdy kupiłem "Goldasa", dojście do skutku tej wycieczki, było już tylko kwestią czasu. Zaproszenie ze szwajcarskiego klubu Rebels of Road, poparte obietnicą gratisowego wjazdu na zlot, dolało oliwy do ognia moich marzeń, więc w środę 25 sierpnia przedefilowałem znanymi ze zlotowych parad ulicami Szklarskiej Poręby i godzinę później pomykałem doskonałym czeskim asfaltem na Liberec, Decin, Teplice... Gdy zbliżył się wieczór, Janusz - mój pasażer, syn koleżanki ze szkolnej ławy, inteligentny młody człowiek, znający polski, angielski i kilka czeskich słów (prawie poliglota!), wywiązał się doskonale z zadania dogadania się z tubylcami na temat noclegu. Dwa kaemy w bok od trasy znalazł pensjonat z niedrogimi pokojami i doskonałym piwem. Nad szklankami przyprawionego chmielem płynnego złota podsumowaliśmy pierwszy dzień wyprawy - było fajnie: na liczniku przybyło ok. 600 km., pogoda jak drut, motocykl sprawny, bagaż dobrze umieszczony - zero problemów. Na trasę przez Czechy zdecydowaliśmy się ze względu na dość niskie ceny paliwa, tylko nieznacznie przewyższające polskie. Dalej w Niemczech jest już znacznie drożej. Zatankowaliśmy z wypukłym meniskiem na ostatnim czeskim "cepeenie", zjedliśmy knedliki w przygranicznym barze i hajda na drugą stronę. Za Bayreuth wyskakujemy na autostradę - nie żadną udawaną: polską czy czeską, ale prawdziwą. Szybkość marszowa 120, 130... Na prawym pasie tiry pomykające stówą. Co chwila zerkam w lusterka... podjeżdża coś szybszego - wpasowuję się w lukę między ciężarówkami, aby po chwili znów wrócić do swojej szybkości na lewym pasie. Gdy są trzy pasy w jednym kierunku (a im dalej na zachód tym są częściej) łapię się na mimowolnym podkręcaniu do 150-ciu, a z lewej szybkie auta śmigają jakbym jechał 30-ką.
Aura dla nas dotąd łaskawa a w tzw. Frankońskich Alpach - deszcz. Tu pada chyba ciągle! W zeszłym roku w drodze do Mannheim - padało, z powrotem - padało... Stajemy na parkingu by wbić się w przeciwdeszczowe kondony i po godzinie pieczemy się w sierpniowym słońcu, wypatrując kolejnego parkingu... Wieczór zastał nas jakieś 50 km. od szwajcarskiej granicy. Z autostrady zjechaliśmy do niewielkiego Tunningen i Janusz znów dostał zadanie bojowe - znaleźć "pension", "zimmer frei", czy jak im tam... Niestety, właściciele domu wczasowego właśnie pojechali na wczasy, najbliższy camping był 20 km wcześniej a w dodatku zaczyna kropić. Trudno się gada z małomiasteczkowymi - ich angielski jeszcze gorszy od mojego a my po niemiecku umiemy tylko "hande hoch" i "Hitler kaput". Znajdujemy tłumacza w osobie ... 6-letniej dziewczynki, która ma angielski w przedszkolu. W końcu trafiliśmy na motocyklistę, który zaprowadził nas na ... plac zabaw. "Tu możecie rozbić sobie namiot i przespać do rana." - powiedział kulawą angielszczyzną i pojechał. Miejsce było fajne. Za miastem, na skraju lasu, z pięknym widokiem na góry w oddali... Plac ogrodzony żerdziami, na środku kamienne palenisko, drewniane ścinki naszykowane na opał, wokół ławki, nieco z boku jakieś huśtawki... Dalej wiata (a raczej szopa, bo z dwoma ścianami chroniącymi od wiatru i deszczu) zaprasza do wielkiego stołu. Wszystko to bardzo solidne, porządne, typowo niemieckie... Decydujemy się nie rozbijać namiotu, tylko pościelić sobie pod wiatą. Noc ciepła, niebo się roziskrzyło gwiazdami... Czujemy się jak na dzikim zachodzie... Tylko pobliska autostrada świstem osobowych aut i rykiem ciężarówek przypomina o cywilizacji końca XX wieku.
Obudziłem się w środku nocy. Widzę światło... migocze. Pali się ognisko, jakieś dwie postaci przytulone do siebie. Obok motorower - jakieś małolaty chyba. Budzę Janusza, niech pójdzie, pogada, przeprosi, w końcu to my jesteśmy tu obcy... Poszedł... Dziewczyna miała przerażone oczy, chłopak nie dał nic poznać po sobie - odpowiedział uprzejmie na pozdrowienie Janusza. W efekcie po pięciu minutach odjechali. Pojechali po posiłki? Sprowadzą policję? Oj, może być "kaszanka"... Faktycznie, wrócili z jeszcze jedną parą. Usiedli przy ognisku, wypili jakiś napój, i gadali sobie, nam nie przeszkadzając. W końcu usnąłem a rano już ich nie było. Granica niemiecko-szwajcarska była ... jakby jej nie było. Zatrzymaliśmy się po drugiej stronie, by wymienić marki na franki. Obok jakiś Niemiec na Gold Wingu 1500 machnął nam na powitanie. Gdy zgasiłem silnik, stwierdził z miną znawcy, że z moim "skrzydłem" coś nie dobrze ... chyba jadę tylko na pięciu cylindrach. Odpowiedziałem, że na czterech! Pokręcił głową z dezaprobatą... i dziwnie spojrzał na Janusza, który właśnie skręcał się ze śmiechu. Pod Zurichem pierwsze tunele. Fantastyczne: doskonale oświetlone, wentylowane... niekoniecznie proste - wiele zakręca w środku góry. Wszystko doskonale oznakowane, bramowe drogowskazy informują o najważniejszych kierunkach: prawy pas - na Bazyleę, środkowy - na Berno... Aha, tego się musimy trzymać. Przypomniało mi się, że powinniśmy wykupić winietkę na autostrady. Zjechałem na parking i poleciłem Januszowi zaczerpnąć języka w tej sprawie. Jakiś Szwajcar wysiadający z zielonego Jaguara powiedział doskonałą angielszczyzną, że dopóki jedziemy nic nam nie grozi. Powinniśmy jednak unikać dużych parkingów, stacji benzynowych i wyjazdów z autostrad - tam mogą kontrolować. No i kontrolowali. Przy wyjeździe do Lenzburga - policja! Zatrzymali dwa samochody przed nami... o, kurczę! ... no i ... uff, udało się! Akurat nas przepuścili! Nigdy więcej szwajcarskich autostrad! Droga na Lucernę biegnie wzdłuż torów kolejowych. Pociągi trochę inne niż u nas, ładniejsze... Stacyjki kolorowe, jak powiększone makiety z kolejek dla dzieci. To po prawej, a z lewej - jezioro. W dole, za rozległym zboczem błyszczy ogromna, srebrzysta tafla. Gdzieś tu ma być to... no, jak mu tam?... Egliswil, gdzieś tu ma być ten zlot. Wypatruję znaków dojazdowych... A nigdzie niczego, co by wskazywało na motocyklowy mityng w tym rejonie. Jeździmy, to tu, to tam, pytamy... Trudno było znaleźć tę wioskę, jeszcze trudniej samo zlotowisko. Zapytana dziewczyna skierowała nas do ... jakiejś fabryki. Nie, to chyba nie tu. Zawracamy. Jeszcze raz przejeżdżamy przez centrum.
Na tablicy ogłoszeniowej zauważamy plakat z nazwą zlotu - "Easy Rider Party" - a jednak! Czytamy, to chyba w jakiejś hali... Ktoś podchodzi, pytamy... Reithalle - w bok od głównej drogi, o tam, budynek ujeżdżalni... Po chwili jesteśmy na miejscu. Przybyliśmy wcześnie, przed nami zameldowało się do tej pory kilkanaście motocykli. Przyjęli nas gościnnie, serdecznie i ... w polskim języku. Niesamowite! Okazało się, że Polacy z krakowskiego oddziału Rebels of Road grają na tym zlocie wcale nie podrzędne role. Zostaliśmy więc otoczeni wyjątkową i bardzo miłą przychylnością, o płaceniu wpisowego rzeczywiście nie było mowy, a i łatwiej było uzyskać jakąś informację. Naszym oficjalnym opiekunem został Piotrek z Krakowa. Lepiej trafić nie mogliśmy! Zlotowisko to teren gospodarstwa rolnego. Rozległą łąkę ogrodzono metalowymi ażurowymi płotkami - kilka hektarów, aż po las w oddali. Z drugiej strony widać kolorowe miasteczko i zbocza obsadzone winoroślą. Na rżysku po zebranym zbożu - miejsce na motocyklowe rodeo, na które można wjechać po drewnianym moście-podeście przerzuconym nad zagonem buraków. Bardzo pomysłowe! Budynek ujeżdżalni zamieniono na salę koncertową z wielką sceną, bufetami z piwem, mocniejszymi alkoholami i zakąskami... Za ujeżdżalnią postawiono olbrzymich rozmiarów namiot aprowizacyjny wypełniony stołami i ławami. Tu można sobie podjeść - kilka barów oferuje najróżniejsze dania: od mięs po sery i nabiał. Od czegoś bardzo egzotycznego z kuchni orientalnej po zwykłego kurczaka. Napojów też pełny wybór, ale króluje piwo Miller - Genuine Draft. Na zewnątrz butiki ze skórzanymi ubiorami, motocyklowymi gadżetami, easyriderową biżuterią, koszulkami... Większość amerykańskich oryginałów, za zupełnie abstrakcyjne dla nas ceny. Podstawową higienę zapewnia kilka kontenerowych toalet. Nawet prysznice z ciepłą wodą tu są. Wszystko to doskonale zorganizowane - sensownie i z rozmachem. Zjeżdżają się uczestnicy. Z kwadransa na kwadrans robi się ludniej, ciekawiej, głośniej... Od sympatycznej dziewczyny z recepcji dostajemy ... stopery do uszu
- "Tej nocy będzie tu bardzo głośno" - mówi.
I rzeczywiście, jakieś 95% motocykli to Harleye, o mniej lub więcej zubożonych układach wydechowych. Jest czego słuchać i co oglądać. Każdy motocykl inny, każdy zdradza poczucie estetyki swojego właściciela. Błyszczy chrom, wspaniałe lakiery, artystyczne malunki na bakach przyciągają wzrok. Janusz jest wręcz oczarowany - co rusz muszę go fotografować na innym "bajku". Królują big twiny, ale zwracają też uwagę Sportstery. Takiego nagromadzenia tych harleyowych "maluchów" w jednym miejscu i w jednym czasie jeszcze nie widziałem i dochodzę do wniosku, że Szwajcarzy je lubią. Zwłaszcza dziewczyny, których na Sportsterach przyjechało tu kilkanaście. Zabytkowych motocykli nie jest wiele, ale od razu rzucają się w oczy wielu osobom. Przeważnie stoi tam grupka widzów dyskutujących i robiących zdjęcia. Dwa oryginalne Harleye z silnikami Panhead (jeden jeszcze ze sprężynowym przodem, a drugi Duo Glide) są sprzęgnięte z lewostronnymi wózkami i przybyły z Wielkiej Brytanii. Nieco dalej zupełnie niespotykany w Polsce angielski, wzdłużny, rzędowy twin Sunbeama napędzany wałkiem i też z koszem z lewej strony. Jedyna na tym zlocie "Wuelka" zrobiona jest na cywila, ale jakością odrestaurowana daleko jej do spotykanych w Polsce. Bardzo ciekawie natomiast prezentuje się klasyczny sportowy Ducati z lat..... chyba 70-tych, widlasty z rozrządem wałkami królewskimi i desmodromiką. Widziałem też pięknie odrestaurowanego Royal Enfielda 500 z lat 50-tych i mocno przedwojennego Indiana Chiefa, którym przyjechał siwiutki, blisko 80-letni, najstarszy uczestnik tego spotkania. Podobno jest pierwszym i jedynym do tej pory właścicielem tego motocykla. Wśród współczesnych klasyków przyciąga uwagę kilka egzemplarzy bokserów BMW, trzy czterocylindrowe Gold Wingi z moim włącznie i ... Dniepr MT16 na szwajcarskich numerach. A tło stanowi cała plejada harleyów - nie do policzenia - tysiąc może. Królowały customy. Tych wszystkich patentów, usprawnień i udziwnień nie sposób opisać. Filtry i całe silniki S&S, zawieszenia typu softail sprytnie udające sztywne ramy, niezwykle modne "bananowe" zbiorniki paliwa, siodła Corbin, hamulce Brenbo, kryptonowe reflektory... Wszystko to wygląda fantastycznie i ... kosztuje krocie. Ale Szwajcarzy nie żałują kasy na pojazdy - widać to i na zlocie, i na drogach - tylu pięknych, drogich aut co tu, nie spotkacie nigdzie. Gdyby moim pasażerem był "Marynarz", pewno długo oglądałby dwie trajki - ponoć fabrykowane w jakiejś firmie, tu w Szwajcarii. W Januszu wzbudziły umiarkowany zachwyt, we mnie też. Bardziej podobał się nam oryginalny Buell z turbosprężarką. A już zupełnie niesamowity był Big Boss - monstrum z 8-cylindrowym silnikiem Chevroletta... Podsumowując nasz spacer po parku maszyn doszliśmy do wniosku, że warto było tu przyjechać, by to wszystko zobaczyć. Na żadnej z polskich imprez nie znajdziecie takiej różnorodności motocykli, takiej mnogości technicznych rozwiązań i takich estetycznych manifestacji...
Program zlotu różnił się znacznie od tego, do czego przyzwyczaiły nas polskie imprezy. Podstawowe novum polegało na tym, że nie proponowano żadnego zorganizowanego wyjazdu. Podstawowym celem miało być spotkanie się w swobodnej atmosferze, wspólne biesiadowanie, rozmowy, żarty... Większość uczestników stwarzała wrażenie starych znajomych i co rusz widziałem serdeczne powitania. Z estrady płynęła muzyka - blues, country, rock'n'roll... Wieczorem koncerty na żywo. Najpierw szwajcarski "Up in Smoke" grający rockowe standardy. Potem pokaz body paintingu - artysta aerografu dał niezapomniany show malując kilka ślicznych panienek. Gwiazdą piątkowego wieczoru był amerykański zespół "The Georgia Satellites" grający rock'n'rolla - wspaniały koncert! Na deser, równie smakowity, podwójny striptease. Koedukacyjny - laska była niesamowita, "lasek" jeszcze bardziej. Zebrał chyba większe brawa niż dziewczyna! W sobotę przed południem robimy sobie wycieczkę po okolicy. Seengen, Boniswil, Tennwil, Beinwil i jeszcze inne "-wile" to małe miasteczka położone malowniczo wokół jeziora Hallwiler See. Wszędzie czyściutko, domy zadbane, chociaż nie tak "do przesady" jak w Niemczech. Widać, że mieszkańcy tej krainy wolą inwestować w piękne samochody... Wyobraźcie sobie, że w czasie tych kilku godzin widzieliśmy dwa Rolls Royce, w tym przedwojennego, Mercedesa cabrio - też sprzed wojny, jeszcze jednego bliżej nieokreślonego zabytkowego roadstera i wielkiego Bentleya, którego charakterystyczna maska wystawała zza drzwi jakiejś stodoły. Różnych Corvett, Ferrari, BMW i innych współczesnych, sportowych kabrioletów - tabuny całe! Tymczasem na zlotowisku - swap-meet (bazar części), bike show i konkurs na najładniejszy motocykl. Najpiękniejsze "bajki" zgromadzono na olinowanym placyku i publiczność mogła je oglądać i oceniać. Wybrano najładniejszy motor, najfajniejszego choppera, najpiękniejsze lakierowanie... Nagrody wręczono podczas wieczornego koncertu. Natomiast
zwyciężczynie zapasów w błocie dostały zaraz piękne puchary. Również najlepsi w poszczególnych konkurencjach motocyklowego rodeo byli honorowani od ręki i to dosłownie, gdyż nagrody były wypłacane w "Party Dolarach" - zlotowej walucie. 1P$ wart był 2 franki i płaciło się nimi w barach i butikach na terenie zlotu. Nagroda 300 P$ za pierwsze miejsce była więc poważnym dochodem (doskonałe piwo Millera kosztowało 4 P$) a walczono w konkurencjach: wolna jazda (po trzy motocykle równolegle) i beczkowy wyścig (toczenie beczek kołem motocykla). Pasażerki natomiast rywalizowały w konkursie szukania kartofli w kopce siana (drogą eliminacji - zawsze jeden ziemniak mniej niż uczestniczek) i łapania ustami powieszonej na sznurku kiełbasy (upacykowanej musztardą). Z tylnego siodełka jadącego motocykla - rzecz jasna. Emocji i śmiechu było co niemiara. Sobotni wieczór przyniósł kolejne wspaniałe koncerty. Holenderski "JR Band" bardzo podobał się Januszowi - dla mnie była to muzyka ciut za głośna i ciut za ostra. Natomiast gwiazdą wieczoru - zespołem Waltera Trouta byłem oczarowany. Doskonały, amerykański gitarzysta i showman zaliczany jest do szóstki najlepszych gitarzystów świata a jego muzyka oparta jest na autentycznym bluesie, którego uwielbiam. W przerwie koncertu rozdano nagrody a wybory miss zlotu były wspaniałym deserem. Moją faworytką była śliczna, maleńka ale zgrabniutka dziewczyna jednego z organizatorów zlotu. Wygrała zdecydowanie pierwszą eliminację (o wyniku decydowała głośność oklasków), ale w finale przegrała z Niemką bardzo hałaśliwie dopingowaną przez swoich klubowych kolegów.
Niedziela. Kończy się zlot, ale my nie zwijamy namiotu - wrócimy tu na noc po wycieczce w Alpy. Opracowanie trasy zrobiliśmy jeszcze w domu, ale tu musiała ulec modyfikacji, ze względu na nieopłacalność zakupu autostradowej winietki na, de facto, dwa pozostałe dni. Musieliśmy ominąć odcinek z Lucerny do Giswil i pojechać bocznymi, ale jakże pięknymi drogami. Puściliśmy się więc trasą na Berno - doliną Małej Emmy, wśród krajobrazu trochę przypominającego nasze Pieniny, do Walhusen i Schüpfheim. Tu skręciliśmy już na prawdziwie górskie drogi i nagle znaleźliśmy się na najpiękniejszym i najniebezpieczniejszym torze wyścigowym świata. Co rusz wyprzedzały nas i mijały z przeciwka całe tabuny motocyklistów, przeważnie na sportowych maszynach. Przyznam, że miejscami miałem "Pietra" jadąc 60-ką po tych zakrętach i 10-cio, 12-procentowych pochyłościach, a oni tam "chodzili" grubo ponad stówę! Przepięknie! Droga wije się między skałami porośniętymi lasem a szemrzącym po kamieniach potokiem. Dalej skąpane w słońcu rozległe trawiaste zbocza z pasącymi się "Milkami" i kępami drzew tu i ówdzie czerniejącymi na tle jasnej zieleni. Nad tym ciemnieją skały - im dalsze, tym groźniejsze, bardziej surowe, z poszarpanymi szczytami prześwitującymi przez chmury. Zatrzymujemy się... Jak cicho... Słychać tylko cichutką symfonię na krowie dzwoneczki... Im dalej na południe, tym krajobraz staje się bardziej surowy, skalisty, groźniejszy. Znaki zakazu ruchu z rzymskimi cyframi "X-VI" informują że można tu jeździć zaledwie przez 3 letnie miesiące. Mój "Goldas" raz za razem mruczy z wysiłku prosząc o redukcję biegów. Czwórka, ... trójka, ... dwójka ... patelnia w prawo i znów w górę na jedynce... Teraz wąska wstążka asfaltu przylepiona do ściany z lewej a z prawej niczym nie zabezpieczona krawędź do której strach podjechać - absolutnie niesamowite! Na nielicznych prostych odważam się oderwać wzrok od drogi i spojrzeć w bok. Po drugiej stronie rozległej doliny ciemnieje masyw w śnieżnej czapie. To chyba Wetterhorn (3701 m. n.p.m.) Dalej majaczy zarys jego większego brata - Schreckhorna (4078 m. n.p.m.). Wspinamy się coraz wyżej i wyżej. Zza zakrętu wyłania się ... wysoki, poprzeczny mur i stojące pod nim samochody. Zjeżdżamy na parking i idziemy obejrzeć tę ludzką ingerencję w alpejski krajobraz. Tama Handegg Fall została zbudowana 50 lat temu, ma długość dobrego kilometra i spięła przeciwległe ściany głębokiej doliny potoku Aare. Powstało spore sztuczne jezioro, elektrownia wodna i dodatkowy punkt widokowy dla turystów. Z tamy widać i okoliczne szczyty, i malowniczą dolinę z maleńkimi samochodzikami w dole, wspinającymi się mozolnie po drodze przylepionej do skały. Tamtędy jechaliśmy! Hospiz Gletsch. To alpejskie schronisko zrobiło na nas też duże wrażenie. Masywny, piętrowy budynek, położony tuż przy drodze na wysokości jakieś 2200 m. n.p.m. jest doskonałą bazą dla luksusowych turystów. Stąd widać kawał Berneńskich Alp, najwyższe szczyty tego rejonu z ośnieżonym nawet w sierpniu Finsteraahornem (4274 m. n.p.m.) na czele. Dalej jedziemy jeszcze kawałek pod górę aż do naturalnego alpejskiego jeziora Grimsel See a stamtąd już nieco w dół na przełęcz Grimsel Pass (2165 m. n.p.m.). Po lewej stronie zupełnie niesamowity widok na zbocze ze wspinającą się ostro drogą, dosłownie przyklejoną do skał. Miejscami drogę podtrzymują murowane przęsła - nie wygląda to zbyt solidnie. Pokazuję to Januszowi, kiwa głową i krzyczy mi do ucha:
"Chyba tam nie będziemy jechać?!"
Jechaliśmy! Drogowskaz na Furka Pass w lewo a zaraz potem znak ostrzegający o 14% podjeździe - największym jaki spotkaliśmy po drodze. Tu trójki nie włączysz. Miejscami asfalt zmienia się w szuter, jakieś niesamowite zwężenia. Czuję jak kamienie usuwają się pod kołami motocykla... Tu już nawet nie zawrócisz... Jakieś budki robotników drogowych pracujących w tygodniu przy remoncie drogi, zniszczonej podczas wiosennych lawin. Nawrót i znów pod górę. Teraz jeszcze gorzej, serce podchodzi mi do gardła - przepaść mam po prawej stronie a z góry zjeżdża jakiś samochód... Prawie przytulił się do skały, by mnie przepuścić. Uff, przeszedł... stajemy na chwilę odsapnąć na kolejnej agrafce. Ze skalnej półki widać błyszczącą w słońcu lodową połać. To Rhone-Gletscher - lodowiec z którego bierze początek jedna z najpotężniejszych rzek Europy - Rodan. Jedziemy dalej... Wreszcie stary, zabytkowy budynek z wypłowiałym napisem "Furka Pass Garage" na murze i tabliczka "2436 m. Orsthohe". Jesteśmy na miejscu! Brrr, ale zimno. Na przełęczy musiało być około zera stopni. Para szła z ust ... a Januszowi zmarzły ręce, gdy robił zdjęcia. Zdjęcia z których i tak nic nie wyszło, bo w aparacie wysiadło przewijanie i robił je wszystkie na jednej klatce. Kurczę, automatycznego Kodaka nam się zachciało! Do tej pory nie mogę sobie darować, że mój prosty, prymitywny, ale niezawodny Zenit został w domu.
Z Furka jedziemy dalej na wschód, do położonego prawie 1000 metrów niżej Hospental i Andermatt. Zjazd jest niesamowity - pochyłość dochodząca do 11% i serpentyny. śmierdzą przypalone klocki hamulcowe, mimo hamowania także silnikiem. Wreszcie widać w dole rozległą panoramę miasta a po prawej wielki masyw św. Gottharda. Jeszcze 10 minut piłowania hamulców i jesteśmy na dole. Zatrzymujemy się u wylotu tunelu św. Gottharda, którym prowadzi autostrada N2: z Mediolanu do Lucerny. Trzeba by się naradzić jak jechać dalej. Zaczyna być późno i jeśli puścimy się bocznymi drogami - noc zastanie nas w górach. A może zaryzykować jazdę autostradą bez winietki? Jest niedziela, ... powinien być spory ruch samochodów wracających z weekendu. Mamy jechać do Lucerny - to duże miasto, jeśli chcieliby kontrolować w tym miejscu - zakorkuje się. Dochodzimy do wniosku, że mamy szansę. Jedziemy autostradą! To była poprawna decyzja. Można było nieźle odkręcić i nie ryzykując zbytnio popatrzeć jeszcze na Alpy i alpejskie jeziora. Urner See a potem Vierwald-Statter See oświetlone promieniami przedwieczornego słońca zapalało się milionami rudych iskier. Zaliczyliśmy też najdłuższy tunel w naszej wycieczce - 15-kilometrowy Seelisberg Tunnel pod górą św. Jakuba. Do Lucerny zjechaliśmy bez przeszkód i trochę pobłąkaliśmy się po zabytkowym, pięknym śródmieściu, zanim znaleźliśmy drogę nr 26 na Lenzburg. Zmierzchało, gdy wjeżdżaliśmy na opustoszałe zlotowisko w Egliswil. Na ludnym jeszcze rano polu stał teraz tylko nasz osamotniony namiot. Wieczorem idziemy z flaszką polskiej żubrówki do ujeżdżalni - trzeba podziękować za gościnę. Gadamy do późnej nocy: o naszych klubach, motocyklach, turystyce na dwóch kołach, imprezach... nawet o dziewczynach. Janusz opowiada polskie kawały po angielsku. Piotr i Bogdan z Krakowa tłumaczą dowcipy z niemieckiego... Jest wesoło, internacjonalnie i koedukacyjnie... Millerowskie piwo zmieszane z żubrówką i Johny Walkerem daje coraz większy "szmerek" pod kopułą... jest fajnie... szkoda, że kończy się nasz pobyt u gościnnych "Rebeliantów". Nazajutrz "skoro świt, koło południa" puścimy się w stronę niemieckiej granicy. Przed powrotem do Polski chcemy zaliczyć muzeum motoryzacji w Sinsheim, co zresztą czynimy konsekwentnie. A o tym przeczytacie już innym razem.
