Południowoafrykański szyk
Zdjęcia robione były w latach 1965-1975 na terenach Afryki Południowej - przeważnie w RPA, Zululand/Natal, Transvaal oraz Swaziland. Prawdopodobnie dziś są już unikalnymi ilustracjami życia plemiennego na tych terenach.
Jakże różne, wymyślne, urozmaicone są afrykańskie fryzury, tak dziewczat jak i kobiet: mogą być dystyngowane: włosy odpowiednio podgolone, są mieszane z tłuszczem zwierzęcym i barwnikiem, najczęściej mineralnym - 15_54, nastepnie filcowane przez długotrwałe przerabianie ich patyczkiem przez "fryzjerkę" 15_63 a efekt koncowy jest spektakularny. Dodaje właścicielce powagi i powabu
15_55 oraz 15_58, choć dziewczyny wolą trochę inną odmianę fryzury 15_60 powstajaca przez zmieszanie na glowie włosów z czarną gliną i uformowanie z nich twardej warstwy, którą można ozdobić wpasowanymi guzikami i rytymi ornamentami. Że pęka? Że trudno w niej spać? Ale za to jaka efektowna!
Kapuściński przywraca Afryce. twarz, od lat wykrzywianą i zniekształcaną, chowaną pod maską cierpienia i upodlenia. Autor Gdyby tata Afryka oddaje hebanowym twarzom ich naturalny wyraz, wyraz ludzi godnych szacunku, a nie tylko litości, twarz ludzi dumnych choć prostolinijnych. Jest to także niezwykle plastyczna twarz, barwna, choć spowita jednym tylko kolorem. Twarz mieniąca się tęczą emocji i pasji, twarz opowiadająca w setkach odsłon historię ludzi ukształtowanych przez afrykański kontynent. Te twarze są czyste, promienne, jasne. Jedyne "ciemne" zdjęcie to Nasze siostry sudańskie, wycieńczone głodem i chorobami, odziane w pokutne worki po ryżu i kukurydzy od organizacji pomocy, patrzące w kamerę bez entuzjazmu, niemal bez życia, twarze jak z trumiennego portretu. Ten album to nie Afryka, do jakiej przyzwyczaiły nas reportaże telewizyjne. Ani Afryka oglądana na gazetowych zdjęciach. Afryka pokazywana w telewizji to kontynent nieustannych wojen, rzezi, głodu, planeta śmierci. Kapuściński pokazuje nam Afrykę tętniącą życiem. Zamieszcza jedno jedyne zdjęcie zabitego żołnierza leżącego przy drodze. Jak i jedno jedyne zdjęcie pustej drogi w buszu, na której nie ma żywego ducha.
Fotografowanie to zetknięcie twarzą twarz z człowiekiem. Gdy media pokazują tylko dwa wymiary Afryki - planety zapomnianej przez Boga i ludzi albo planety-raju dla polujących z kamerą na fotograficznych safari - Kapuściński pokazuje środek, a nie skrajności. Życie codzienne ulicy, wioski, ludzi w rytmie ich dnia powszedniego, w słońcu i cieniu. To nie jest ani hymn na cześć Afryki, ani krzyk na alarm. To jest spokojna opowieść o krainie jego życiowej namiętności i fascynacji, o świecie, jaki zobaczył na własne oczy. i okiem własnej kamery.
Ta fotograficzna relacja pokazuje, jakiej Afryki szukał Kapuściński w czasie swoich wędrówek. Autor Buszu po polsku nie przestał opowiadać Afryki tej samej co zawsze - zmienił tylko język wypowiedzi. Wiele z tych zdjęć niesie w sobie nie napisaną opowieść, prosi się o rozwinięcie w słowach, jak zrobił to w mistrzowski sposób w przytoczonym na początku fragmencie swej irańskiej książki. Inne mają już opis w jego afrykańskich książkach.
Kapuściński w albumie Z Afryki pokazuje także swoją nową twarz, odsłania swój kolejny wielki talent: fotografika. Robienie zdjęć było zawsze jego pasją. Lektura jego dzieł zachwyca klarownością, jasnością informacji, dbałością o szczegół. Krytyka tradycyjnie wiązała zalety prozy Kapuścińskiego z jego stylistycznym mistrzostwem. Teraz Kapuściński podsunął krytyce brakujące ogniwo: obiektyw w oku. Ta książka powstawała, jak wszystkie dzieła autora Hebanu przez lata. Kapuściński nigdy nie napisał niczego "z głowy". Wszystkiego musiał sam doświadczyć. Wszędzie być. Wszystko widzieć i utrwalić. W słowie. Na błonie fotograficznej. Do przedmiotu swoich studiów nad człowiekiem, gdziekolwiek by on się nie znajdował, zbliżał się zawsze na odległość wyciągniętej do powitania ręki. Ta ręka nigdy nie była uzbrojona w magnetofon, ale często tkwił w niej skromny aparat marki Zorka, a później inne, zachodnie cuda techniki fotograficznej. Jednak zdjęć, które robił podczas swych peregrynacji do stu krajów świata, nigdy nie publikował. Nie zamieszczał ich w książkach, jakie były owocem reporterskich eskapad. Nie chciał i nie umiał mieszać gatunków. Nie drukuje się przecież poematów na okrasę reportaży.
Album fotograficzny Z Afryki jest takim epickim poematem, w którym za pomocą kamery reporter i poeta, autor zbiorów reportaży, ale i zbioru wierszy Notes, sportretował życie codzienne tajemniczego kontynentu. Autor Cesarza odmitologizowuje ten kontynent. Nie jest to ziemia czarowników, ludożerców, dzikich zwierząt. Ze zdjęć patrzy przebogata ludzka mieszanka. To, co oglądamy w telewizji, to są przewroty, morderstwa, skandale pałacowe, rewolucje, rzezie, wędrówki ludów, obozy uchodźców. Afryka widziana w telewizji ma twarz umierającego z głodu dziecka. Afryka fotografowana przez Kpuścińskiego ma twarz dziecka umorusanego, lecz uśmiechniętego. Życie codzienne Planety Afryki ma bowiem kolor zielony, jak busz, jak okno na okładce albumu; zasłonięte spróchniałymi deskami, ale zielone. Zajrzyj za tę żaluzję, a zobaczysz prawdziwe, normalne życie. Diogenes z lampą w ręku bezskutecznie szukał człowieka na rynku w Atenach. Kapuściński z aparatem w ręku znalazł człowieka na rynkach oraz pustkowiach Afryki.
Jeśliby do różnych części tego kontynentu pojechało jednego dnia stu fotoreporterów i zrobiło kilkaset zdjęć, powstałby zapewne album zatytułowany A Day in the Life of Africa. I taki album właśnie powstał, z tą różnicą, że jeden Kapuściński pojechał w sto różnych miejsc i w ciągu blisko czterech dekad zrobił kilka tysięcy zdjęć, z których do albumu zakwalifikował tylko kilkaset. Zajęło mu to wiele miesięcy. Zrobienie takiego albumu zabiera tyle samo czasu i energii, co napisanie książki.
Aparat fotograficzny to dla pisarza groźne narzędzie. Oko kamery wydobywa każdy szczegół, jest bezlitosne zwłaszcza dla autora książek reporterskich. Te dwa narzędzia wypowiedzi artystycznej mogą, choć nie muszą, ze sobą rywalizować. Współcześni magowie telewizji ogłaszają zwycięstwo obrazu nad literą. Kapuścińskiemu udało się uniknąć podstawowego konfliktu, jaki groził jego afrykańskim reportażom: odebrania im tajemniczości, elementu zagadki poprzez podsunięcie ilustracji fotograficznej do tekstów. "Przygotował" odbiorców tych fotogramów niezwykle plastycznymi obrazami Afryki, odmalowanej wcześniej piórem na kartach Hebanu. Album jest bardzo szczęśliwie pomyślanym "dopowiedzeniem" tematów afrykańskich, choć stanowi integralną, bardzo logicznie zakomponowaną i osobną całość. Powstał we właściwym momencie - nie uprzedził Hebanu, a dopełnił go w sposób zupełnie wyjątkowy.
"Przede wszystkim rzuca się w oczy światło. Wszędzie - światło. Wszędzie - jasno. Wszędzie - słońce". To pierwsze cztery zdania Hebanu. A oto zdania ostatnie: "W ciszy wszyscy rozeszli się do lepianek, a chłopcy pogasili na stołach światło. Była jeszcze noc, ale zbliżała się najbardziej olśniewająca chwila w Afryce - moment świtu".
"Światło", "olśniewająca", "świt", "jasno", "słońce". Słowaklucze. Brakuje tylko "cienia", równie ważnego jak "słońce" dla Afryki sportretowanej w Hebanie. Ale oto i wyłania się cień: "O świcie nad ziemią pojawią się jednocześnie słońce i cień drzewa. Słońce obudzi ludzi, którzy zaraz zaczną przed nim kryć się, szukać ochrony cienia. To dziwne, ale jest prawdą, że życie ludzkie zależy od rzeczy tak ulotnej i kruchej jak cień".
Kapuściński patrzy obrazem. Myśli obrazem. Pisze obrazami. Dzięki przez lata ćwiczonej pamięci wzrokowej jego technika pisarska jest tak wyczulona na szczegół, a jego proza - tak klarowna, wręcz lustrzana: przegląda się w niej świat człowieka. I dziwią się czytelnicy Sienkiewicza i Kiplinga: nie ma słoni, lwów i żyraf, nie ma buszu i Buszmenów, splątanych lian i bajecznych zachodów słońca z pocztówek i folderów biur turystycznych. Jest za to Afryka taka, jaką ogląda na co dzień jej mieszkaniec. Taka, jaką żyją przeciętni zjadacze codziennej porcji prosa lub ryżu, zaludniający ten wspaniały, piękny świat: Afrykę z ludzką twarzą.
Ryszard Kapuściński, Z Afryki. Wydawnictwo Buffi, Bielsko-Biała 2000, s.128, cena 38 dol. plus NY tax i 5.50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłka (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika).