
Postawiono przede mną bardzo trudne zadanie do wykonania. Należało przeszmuglować z Warszawy do Amsterdamu partię pakistańskiej heroiny, sprzedać ten "towar" jednemu ze znanych mi hurtowników, z gotówką wrócić do Hamburga albo Lubeki i tam, pobierając od skarbnika okręgu środkowoeuropejskiego wcześniej zgromadzone sumy, dokonać zakupu materiałów wybuchowych. Miał to być głównie materiał oznaczony symbolem LC-311, zwany też niewykrywalnym, którego przerzutem z Niemiec do Turcji - dla Kurdów - zajmował się już ktoś inny.
Jednak tuż przed wyjazdem z Warszawy poinformowano mnie, że plan ulega gruntownej zmianie. Po tranzakcji dokonanej w Amsterdamie, miałem się udać do Leuven w Belgii i tam, w umówionym miejscu czekać na niejakiego Vincenta Volkomira, wielkiego cwaniaka, który prowadził interesy diamentowe na całym świecie. Volkomira już od lat poszukiwał Interpol, a także wiele policji narodowych. Wprawdzie jak do tej pory bezskutecznie - człowiek ten był bowiem mistrzem przebiegłości i zawsze jakimś cudem potrafił ujść obławie - ale spotkanie z nim, w trakcie akcji, niosło ze sobą poważne ryzyko, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kim Interpol też mocno się interesował.
Znałem Volkomira dość dobrze. Przez wiele lat mieszkał w Polsce i wtedy widywaliśmy się często, potem przeniósł się do Belgii, do Izraela, wreszcie do RPA. zresztą gdzie on nie mieszkał. Naprawdę nazywał się Andreas Weissman - tak sądzę - i był z wykształcenia filozofem. Doktoryzował się z fenomenologii Husserla, chyba na Uniwersytecie w Getyndze, ale oczywiście nigdy z filozofii nie żył.
W Leuven miałem kupić od niego partię kilkunastu dużych diamentów skradzionych konwojentom jakiejś belgijskiej kompanii wydobywczej z Zairu. Obecnie należały do Volkomira, ale musiały go chyba bardzo parzyć, gdyż zaproponował skarbnikowi Demokratycznej Partii Kurdystanu, a przez niego przywódcom klanu Irki, sprzedaż diamentów po bardzo przystępnej cenie. Można było dużo na tej tranzakcji zarobić.
Do Leuven, przepięknego uniwersyteckiego miasta Flandrii, którego mury podziwiałem już kiedyś, przybyłem późnym popołudniem ostatniego dnia lata. Nazajutrz miałem się spotkać z Volkomirem w bibliotece uniwersyteckiej, którą znał on jak własną kieszeń z czasów jakiegoś stypendium naukowego sprzed lat.
Zatrzymałem się w hotelu "Carlton" w centrum miasta i z niecierpliwością czekałem następnego dnia. Jedyny szkopul polegał na tym., ze Volkomir nie wyznaczył dokładnej godziny spotkania, lecz tylko dzień i miejsce. Spryciarz. Mógł odwiedzić bibliotekę z samego rana - otwierano ją o dziewiątej - ale równie dobrze tuż przed godziną dwudziestą, gdy ją zamykano. Nastawiłem się więc na spędzenie w czytelni biblioteki co najmniej kilku godzin.
Następnego dnia rano, tuż po otwarciu biblioteki, wszedłem do jej ogromnego holu i schodami dostałem się na piętro czytelni głównej. Zastanawiałem się jak wytrzymam wiele godzin w czytelni - jeśli Volkomirowi przyjdzie ochota spotkać się ze mną wieczorem - jaką lekturę wybiorę.
I wtedy przypomniałem sobie zabawę, którą wymyśliłem w młodych latach, gdy jeszcze z rodzicami mieszkałem w pobliżu Biblioteki Narodowej w Warszawie. Czasami, z braku lepszego zajęcia, odwiedzałem Bibliotekę i wybierałem tematykę tak zwanego trzeciego skojarzenia. Zabawa, polegała na tym. by na chwilę pozbyć się wszelkich myśli, po czym z pierwszego pojawiającego się obrazu lub wyobrażenia wysnuć szybko dowolny obraz następny, a po nim następny i jednocześnie ostatni. Ta trzecia, końcowa myśl stawała się przedmiotem wyboru bibliotecznej lektury.
Stałem z zamkniętymi oczyma w pustym pomieszczeniu katalogów, oparty o szafę, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Kichnąłem. Od kilku dni męczył mnie sienny katar, którego nabawiłem się jeszcze w Warszawie... Doskonalel Sienny katar - myśl pierwsza. Skojarzyłem ją szybko z lnem, a len - sam nie wiem dlaczego, pewnie przez brzmieniową tożsamość z pierwszym członem słowa -z Leninem. No nie! Parsknąłem śmiechem. Pięknie się urządziłem. Zafundowałem sobie być może całodniową lekturę Lenina. Rzecz jasna Lenin, ani jako człowiek, ani jako wódz rewolucji, ani jako autor kompletnie mnie nie interesował, ale warunkiem zabawy był bezwzględny obowiązek przestrzegania nakazu trzeciej myśli. No nie wiem, nie wiem - myślałem - czy będę mógł dopełnić tego obowiązku w bibliotece jakby nie było katolickiego uniwersytetu. Czy tu w ogóle mają Lenina? Rad nie rad podszedłem do terminalu i wystukałem na klawiaturze hasło "LENIN".
Wkrótce na ekranie pojawił się długi spis tytułów rozpraw, opracowań, biografii, przyczynków i tłumaczeń, aż wreszcie komputer zaczął wyświetlać tytuły prac samego wodza rewolucji - Włodzimierza lljicza Uljanowa. Były to dzieła zebrane, wybór dzieł, zbiory wystąpień i przemówień, pojedyncze rozprawy. Skoncentrowałem się na Dziełach Zebranych, wydanych w edycji angielskiej aż w 48 tomach i na chybił trafił podkreśliłem tom 44, a następnie wystukałem na klawiaturze polecenie wypożyczenia do czytelni.
Wszedłem do ogromnej czytelni, oddałem do przechowalni neseser i zająłem miejsce, w głębi sali, przy rzędzie regałów z encyklopediami. Zbliżała się godzina dziesiąta. Jeśli Volkomir zaraz nie przyjdzie, zamęczę się z tym Leninem na śmierć. Wkrótce przy stanowisku obsługi czytelników wyświetliła się informacja o nadejściu zamówionego tomu. Książkę wydała mi śliczna, rudowłosa bibliotekarka.
- Lenin. Dzieła Zebrane, tom 44, dla pana? - uśmiechnęła się z lekkim niedowierzaniem.
- Tak, tak, zamawiałem.
Podpisałem rewers. Książka była włożona w sztywny, kartonowy futerał, który miał ją chronić przed zniszczeniem. Wyjąłem ją z futerału i otworzyłem na jednej z pierwszych stron. Zawierała materiały - notatki, dyrektywy, listy, teksty przemówień i artykuły publicystyczne Lenina - z okresu miedzy czerwcem 1921 roku a marcem 1922. Przekartkowałem przedmowę, którą od razu postanowiłem opuścić, kilka stron z fotografiami i zatrzymałem się na karcie tytułowej rozdziału dotyczącego III Kongresu Międzynarodówki Komunistycznej. Pierwszym tekstem tego rozdziału był artykuł zatytułowany Tezy do referatu o taktyce RKP(b).
Zacząłem czytać, ale moją uwagę wciąż przykuwał futerał książki, tak, podejrzenie, że poza książką chyba coś w nim jeszcze było i że jest tam nadal. Sięgnąłem po futerał i zajrzałem do środka. Istotnie, wewnątrz spoczywał jakiś papier. Nie był to nawet papier, lecz kilkanaście cienkich, pożółkłych bibułek formatu A4, złożonych kilkakroć i zapisanych po obu stronach bardzo gęsto małym, maszynowym drukiem. To był jakiś list! Coś takiego... Rzecz jasna momentalnie zacząłem czytać list zapisany na bibułkach.
Drogi czytelniku - tak zaczynał się list - kimkolwiek jesteś witam cię i proszę wybacz mi, że zakłócam twoją lekturę. Mniemam jednak, że jeśli z jakichkolwiek względów zainteresowany jesteś tekstami wodza rewolucji, pochodzącymi z okresu ujętego w chronologię 44 tomu jego dzieł, z pewnością zainteresuje cię również tajemnica, którą zdecydowałem się wreszcie wyjawić światu na kilkunastu niniejszych stronicach. Rzecz dotyczy krótkiego, lecz niezwykle intrygującego epizodu historii Rosji Radzieckiej, a ściślej wydarzeń, które miały miejsce w drugiej połowie 1921 roku w Moskwie. Informacje o nich nigdy nie zostały podane do publicznej wiadomości, nie zostały też zarejestrowane w żadnych dokumentach i po dziś dzień - nie wiem kiedy odnajdziesz mój list czytelniku - pozostawały ukryte w głębokiej tajemnicy. Jestem chyba ostatnim z tych, którzy uczestniczyli w dziwnych, ba, wręcz fantastycznych wydarzeniach września 1921 roku, ale moje życie nieuchronnie dobiega końca. Dlatego decyduję się na napisanie listu. Wybrałem formę listu, gdyż brak mi sił, by w jakiś inny sposób zawiadomić świat o pewnym odkryciu. Właściwie chcę jedynie z kimś podzielić się swoją wiedzą, z kimś obcym, z tobą drogi czytelniku, być może ty potrafisz tę wiedzę jakoś wykorzystać."
Dałej następował właściwy opis wydarzeń. To chyba jakiś żart - pomyślałem i spojrzałem na zegar, który wskazywał kilka minut po dziesiątej. Poza mną i rudą bibliotekarką, w sali czytelni siedziała tylko zakonnica i mocno starszy jegomość, wyglądający na emerytowanego profesora. Spojrzałem przez okno na wieżę pobliskiego kościoła, a potem znów w tekst. Tak, to na pewno jest jakiś żart, ale z zainteresowaniem zacząłem czytać dalej.
Do Moskwy przyjechaliśmy 18 września 1921 roku późnym popołudniem Zostaliśmy zakwaterowani w hotelu, którego nazwy już nie pamiętam, w pobliżu centrum miasta. Wszyscy, to znaczy Benoit Schpinalzo, Lloyd Anderson i ja, a także inicjatorzy całego przedsięwzięcia z ramienia amerykańskiego Towarzystwa Pomocy Technicznej dla Rosji Radzieckiej, czyli grupa Rutgersa, a więc Holender Justus Rutgers i Amerykanie William Haywood i George Calvert, byliśmy bardzo strudzeni podróżą, ale hotel był dość przyzwoity i każdy z nas dostał oddzielny pokój. Zbliżał się wieczór, gdy zapukał do mnie Anderson i powiedział, że towarzysz Ludwig Martens - były przedstawiciel Rosyjskiej Republiki Radzieckiej w USA, który teraz opiekuje się grupą Rutgersa - przysłał jakiegoś towarzysza z wiadomością i że towarzysz ten, a także Rutgers czekają na nas w holu hotelu.
Zszedłem. Martens zawiadamiał nas, a właściwie grupę Rutgersa, że na następny dzień wyznaczono spotkanie z towarzyszem Leninem, po posiedzeniu Rady Pracy i Obrony. Dzisiaj - informował nas Martens - mamy właściwie czas wolny, aie jeśli chcemy obejrzeć pierwsze zjawisko, towarzysz Sokolnicki, którego przysyła, pojedzie z nami i wskaże nam właściwe miejsce. Potem odwiezie nas do hotelu, w którym o 9 wieczorem przewidziana jest skromna kolacja połączona ze spotkaniem zapoznawczym całej naszej delegacji z kilkoma towarzyszami z Rady Pracy i Obrony, a także z Małej Rady Komisarzy Ludowych, głównie z tymi, którzy pracowali nad przygotowaniem naszego przyjazdu i z którymi w trakcie naszej wizyty będziemy w stałym kontakcie.
Wiadomość dotycząca możliwości obejrzenia zjawiska była przeznaczona dla nas, to znaczy dla Schpinalzo, dla Andersona i dla mnie. Rutgers miał zupełnie inne zadania i opiekował się nami tylko na samym początku naszej wizyty. Umówiliśmy się z nim, że wrócimy na kolację, po czym towarzysz Sokolnicki zabrał naszą trojkę i w asyście czterech żołnierzy z ochrony wyruszyliśmy na spacer po Moskwie. Żołnierze wyjęli z wojskowego samochodu jakieś narzędzia, a także reflektor i poszliśmy.
Mniej więcej po piętnastu minutach doszliśmy do skrzyżowania dwóch ciemnych i zupełnie pustych, ponoć tylko częściowo zamieszkanych ulic i skręciliśmy w jedną z nich, idąc dalej koło długiego, ceglanego muru. Wkrótce stanęliśmy przed wielką, żelazną bramą, nad którą widniał napis: ELEKTROSIŁA - Zakład nr 3. Ktoś od wewnątrz otworzył nam małe drzwiczki w bramie i weszliśmy na teren fabryki, w której pracowała jeszcze druga zmiana robotników. W zaułku między główną halą fabryczną a pomieszczeniem magazynów, przy rampie kolejowej, stanęliśmy nad klapą włazu do studni kanalizacyjnej. Jeden z żołnierzy zaczął podłączać do pobliskiej latarni przewody reflektora, inni siłowali się z klapą, którą w końcu udało się im odkręcić. Sokolnicki częstował nas papierosami i bez przerwy powtarzał:
- Zaraz towarzysze zobaczycie to coś. Zaraz zobaczycie. Aha! l jeszcze jedno - przypomniał sobie nagle coś ważnego - o tym, co tu zaraz zobaczycie, nie należy mówić nikomu. Nikomu, rozumiecie? Jest to polecenie towarzysza Dzierżyńskiego z CzK, mojego przełożonego. Nie wiemy co to jest i póki się nie dowiemy, sprawę należy trzymać w tajemnicy. Być może jacyś obcy agenci... rozumiecie? Ci z Ententy wciąż knują.
- No oczywiście - odparł Schpinalzo - tajemnica to tajemnica. Wreszcie reflektor został podłączony. Sokolnicki ustawił światło tuż przy krawędzi włazu i skierował jego strumień w głąb zasypanej ciemnością studni. Oczom naszym ukazało się kłębowisko rur i przewodów. Dostrzegliśmy też kilka kolistych otworów czerniejących w cembrowinie studni, z których wystawały jakieś fragmenty wnętrzności fabryki i miasta.
- Zaraz towarzysze, cierpliwości - śmiał się Sokolnicki - zaraz się pojawi. To coś łaknie światła elektrycznego. Jeszcze chwila, a wylezie. Tymczasem zapalcie.
Zapaliliśmy. Wieczorne niebo zaniosło się ołowianymi chmurami i zaczął padać drobny deszcz. Sokolnicki wciąż zaglądał w dziurę i naraz znieruchomiał.
- No i jest! - krzyknął. - Wyłazi.
Runęliśmy w kierunku otworu. W samym dole studni, z jednego z otworów coś wystawało i poruszało się. Sokolnicki skierował odpowiednio reflektor i natrafił promieniem światła na nieregularny kształt brunatnej, rdzawej materii. Była ona w niektórych miejscach połyskliwa i perlista, w innych zaś zupełnie matowa, głębokobrunatna, porowata. To coś przelewało się między rurami, zmieniając powoli kształty i odblaski, czepiało się rur i pełzało po nich jak wielki ślimak. Wyraźnie kierowało się ku światłu i gdy wreszcie całe zostało oświetlone reflektorem, znieruchomiało, a potem poczęło drżeć z lekka. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom.
- Do stu tysięcy diabłów! - krzyknął Anderson. - Co to jest!?
Schpinalzo podniósł głowę i przerażony spojrzał najpierw na Andersona, potem na mnie. - No panowie... gdyby mi ktoś powiedział... Jak głęboka jest studnia? - zwrócił się do Sokolnickiego.
- Ma jakieś 15 metrów głębokości.
W sali restauracyjnej hotelu, w całości zarezerwowanej dla nas, zebraliśmy się wszyscy przy długim, kolacyjnym stole: Rutgers, Clavert i Haywood, nasza trójka, a ze strony radzieckiej sześciu towarzyszy i dwie towarzyszki. Przybył sam towarzysz Ryków, wiceprzewodniczący Rady Pracy i Obrony, towarzysz Ciurupa i towarzysz Gorbunow, a także towarzyszka Fotjewa, sekretarka RPO, bliska współpracowniczka Lenina. Małą Radę Komisarzy Ludowych reprezentowali Michaił Zetmanowicz Łurje oraz towarzyszka Wasylisa Polikarpowna Watowska, kobieta niezwykłej urody, sekretarka przewodniczącego Małej RKL towarzysza Kisielowa, który nie mógł przybyć, gdyż zatrzymały go ważne obowiązki. Wreszcie był też bezpośredni opiekun misji Rutgersa ze strony radzieckiej, towarzysz Martens, wówczas już członek prezydium Najwyższej Rady Gospodarki Narodowej i znany nam towarzysz Sokolnicki z CzK. Po prezentacji zasiedliśmy do stołu. Rozmowa dotyczyła głównie misji Rutgersa.
Rutgers był holenderskim inżynierem, komunistą, który pracował dia Rosji Radzieckiej już od 1918 roku. W 1921 roku, grupy amerykańskiej robotników, skupionych wokół Towarzystwa Pomocy Technicznej dla Rosji Radzieckiej wyraziły gotowość przyjazdu do Rosji i uczestniczenia w odbudowie jej gospodarki. Rada Komisarzy Ludowych wyraziła gotowość przyjęcia tych robotników i zaproponowano wstępne spotkanie z ich przedstawicielami - Calvertem i Haywoodem - w celu ustalenia ważniejszych szczegółów tego przedsięwzięcia. Organizacją spotkania ze strony amerykańskiego Towarzystwa zajął się Rutgers, a ze strony władz radzieckich towarzysz Martens. Spotkanie, w którym miał uczestniczyć Lenin, zaplanowano właśnie na następny dzień.
Projektowano utworzenie autonomicznej, międzynarodowej kolonii przemysłowej, która miałaby się zająć odbudową Kuźnieckiego Zagłębia Węglowego, istotnie, kolonia taka potem powstała i kierował nią właśnie Rutgers. Naszą trójkę dokooptowano do grupy Rutgersa w ostatniej chwili.
W początkach 1921 roku, w kilku większych miastach Rosji, głównie jednak w Moskwie i w Pitrze zauważono kilka dziwnych zjawisk, których natury w żaden sposób nie potrafiono wyjaśnić. Istniało podejrzenie, że zjawiska te zostały w jakiś sposób wywołane przez agentów wrogich mocarstw Ententy, że po zawieszeniu otwartej wojny z młodą Republiką, zewnętrzni i wewnętrzni kontrrewolucjoniści próbują jakiejś nowej broni i dziwne zjawiska są właśnie efektem tych prób. Poproszono wiec Rutgersa, by do delegacji amerykańskiego Towarzystwa Pomocy Technicznej dołączył kilku naukowców sympatyzujących z Rosją Radziecką, którzy mogliby pomóc w rozwikłaniu tej zagadki. Rutgers nie miał jednak wiele czasu, by wybrać najlepszych - mam tu na myśli siebie - bo choć istotnie miałem lewicowe poglądy i sympatyzowałem z Republiką Rad, moje przygotowanie naukowe z pewnością pozostawiało wiele do życzenia Byłem wówczas młodym, niedawno upieczonym absolwentem wydziału fizyki jednego z lepszych uniwersytetów amerykańskich i to było właściwie wszystko. Na szczęście Schpinalzo - najstarszy z naszej trójki - i Anderson byli wybitnymi specjalistami - pierwszy z nich w fizyce cieczy i gazów, drugi w dziedzinie zjawisk cieplnych. Zadaniem, właściwie tajnej misji naszej trójki, było ustalenie przyczyn dziwnych zjawisk.
W czasie kolacji starałem się uważnie słuchać i obserwować wszystkich towarzyszy, ale mój wzrok wciąż mimowolnie kierowałem ku olśniewająco pięknej towarzyszce Watowskiej. Zupełnie jakby istniała między nami niewidzialna soczewka, która zakrzywiała moje spojrzenia i zmuszała mnie do ciągłej obserwacji tej kobiety, jej bujnych, jasnych włosów związanych i upiętych wysoko z tyłu głowy, jej wielkich zielonkawych oczu, patrzących na wszystko i na wszystkich z lekkim zdziwieniem, a może nawet niedowierzaniem. Towarzyszka Watowska jaśniała jakimś dziwnym, powiedziałbym właśnie burżuazyjnym blaskiem. Młoda, gibka, na pewno, sądząc po niebywale regularnych rysach twarzy, arystokratycznie urodzona, z nieodłączną cygarniczką, w której wciąż tlił się papieros, uśmiechnięta i dowcipkująca, momentalnie stała się główną osobą całego towarzystwa. Każdy mówiąc, zwracał się do niej, a jeśli nawet zwracał się do kogoś innego, znacząco popatrywał na nią. Mówiono o Zagłębiu Kuźnieckim, o planach zorganizowania przemysłowej kolonii, o robotnikach rosyjskich, amerykańskich i holenderskich, a ja nic nie mówiłem, tylko jak cielę wpatrywałem się w Watowska. Wreszcie zrobiło się dość późno, więc pożegnałem wszystkich i udałem się do swojego pokoju. Wszedłem na piętro, otworzyłem drzwi, przestąpiłem próg pokoju i już miałem drzwi zamknąć, gdy nagle, z tyłu za mną rozległ się czyjś głos:
- Towarzyszu, Towarzyszu...
Na korytarzu stalą Watowska i patrząc na mnie, wykonywała przywołujący gest ręką. Podszedłem.
Następnego dnia po śniadaniu i krótkim spacerze po Moskwie, cała nasza szóstka - my i grupa Rutgersa - prowadzona przez towarzyszy Martensa i Sokolnickiego, wkroczyła do siedziby Rady Pracy i Obrony oraz Małej Rady Komisarzy Ludowych. Przeszliśmy przez kilka posterunków straży, w ostatnim pokoju dokładnie nas zrewidowano i doprowadzono do sali posiedzeń. Posiedzenie właśnie się skończyło i jego uczestnicy opuszczali salę, jednak wielu towarzyszy jeszcze zostało, czekając na bezpośrednie konsultacje z Leninem.
Towarzysz Lenin stał przy stole prezydialnym z plikiem papierów pod pachą, otoczony tłumkiem uczestników posiedzenia. Rozmawiano o sprawach związanych z polityką aprowizacyjną na wsi, a także o pracy kolejowych komitetów pozysku drewna i Lenin tłumaczył coś zgromadzonym, więc musieliśmy czekać. Był człowiekiem znacznie niższym niż go sobie wyobrażałem. Emanował dziwną, trudna do opisania siła. pewnością, przekonaniem i nawet gdy się uśmiechał, można było odnieść wrażenie, że spośród otaczających go i przecież wtajemniczonych w niejedno towarzyszy, on jeden naprawdę jest wtajemniczony, że on jeden wie o rzeczach, o których inni nie mają nawet bladego pojęcia.
W pewnej chwili podszedł do mnie towarzysz Sokolnicki i spytał, czy ja jestem tym, który zajmuje się optyką. Skoro tak, powiedział, to ma propozycję, byśmy teraz opuścili RPO - te rozmowy i konsultacje potrwają jeszcze jakiś czas - i pojechali obejrzeć drugie zjawisko, które z pewnością głównie mnie zainteresuje. Zgodziłem się. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na drugą stronę Moskwy, spory kawał od centrum do dzielnicy Pietrowsko-Razumowskiej jednej z ostatnich, północnych dzielnic miasta. Tam, na niewielkim placu zatrzymyiiśmy się przed kilkupiętrową kamienicą i wysiedliśmy. Towarzysz Sokolnicki kazał żołnierzowi wezwać dozorcę domu i rzeczywiście, wkrótce dozorca wyszedł z bramy.
- W których mieszkaniach? - spytał Sokolnicki.
Weszliśmy do klatki schodowej i na pierwszym piętrze dozorca otworzył kluczem drzwi wejściowe do mieszkania, w którym panował zupełny mrok. Przeprowadził nas przez korytarz obszernego pokoju, zapalił niewielką lampę, ale pokój także - wydawało się - był zbyt ciemny. Rzecz jasna nie byłoby w tyrn wszystkim nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dwa duże okna pokoju, wychodzące na ulicę nie były niczym zasłonięte. Kompletnie niczym. W mieszkaniu panowała więc ciemność nocy, ale przecież na zewnątrz jaśniał najprawdziwszy dzień.
Towarzysz Sokolnicki zapalił drugą lampę i wtedy spostrzegliśmy, że w pokoju, w dużym łóżku śpią ludzie - mężczyzna, kobieta i dwoje małych dzieci. W pokoju obok, podobnie zaciemnionym, spał żołnierz i dwóch młodych robotników.
- l co wy na to, towarzyszu? - spytał Sokolnicki.
Podszedłem do okna i dotknąłem jego szyby. Było to kilkudzielne, podwójnie szklone okno. Poprosiłem dozorcę, by przybliżył światło. Przejechałem kilkakroć palcami po szybie. Zwykłe okienne szkło. Potem kazałem zgasić obie lampy i otworzyłem okno na oścież. Zewnętrzne światło rozjaśniło jedynie parapet i mały fragment pokoju najbliższy oknu. Reszta wnętrza wciąż tonęła w takich ciemnościach, ze postaci Sokoinickiego i dozorcy były ledwo widoczne, podobnie większość mebli i sprzętów. Zamknąłem okno i na powrót zapalilśmy elektryczne światła. Oparty o parapet dokładnie przyglądałem się szybom. Najprawdopodobniej - pomyślałem - zamiast zwykłego szkła zastosowano tafle liniowych polaryzatorów światła i ustawiono je odpowiednio. Szpat islandzki albo turmalin. Oczywiście. Poprosiłem Sokolnickiego, by z jednej kwadratowej cząstki okna wyjął pierwszą szybkę.
Sokolnicki i żołnierz siłowali się z szybką, ale jakoś nie mogli jej wyjąć.
Nie. To są normalne czary.
Tak jak my nie potrafimy wyjaśnić pochodzenia tego świństwa w kanale - powiedział Schpinalzo - I sądzę, że nic tu po nas, panowie. Trzeba się stąd zbierać. Im szybciej, tym lepiej.
Poczekaj zaprotestował Anderson - jest jeszcze trzecie zjawisko. Mamy się jutro z nim zapoznać. Podejrzewam ze to dopięro będzie bomba.
Wieczorem zeszliśmy do restauracji i spotkaliśmy się z Watowską, Sokolnickim Łurije i kilkoma innymi towarzyszami. Piliśmy dużo a rozmowa koncentrowała się głównie wokół tematu zaczętej właśnie czystki w partii. Według Lenina, połowa komunistów - członków partii - nie umie walczyć, nie mówiąc już o tych, którzy w walce przeszkadzają i trzeba pożegnać się ze 100, a może nawet 200 tysiącami towarzyszy.
Siedziałem tuz obok Lisy, słuchałem tych wypowiedzi i nagie poczułem, że pod stołem czyjaś ręka dotyka najpierw mojego kolana, potem uda i powoli przesuwa się ku górze. Mogła to być tylko ręka Lisy. W chwi!ę potem spojrzała na mnie i korzystając z jakiegoś chwilowego zamieszania przy stole powiedziała: Idź do siebie i czekaj na mnie.
Zrobiłem tak, zwłaszcza że byłem już mocno wstawiony i moja dłuższa obecność przy stole mogłaby się źle skończyć. Lisa zapukała do moich drzwi mniej więcej po godzinie. Rozpuściła włosy. Była ciepła i zaczerwieniona od alkoholu, niezwykle piękna i tak podniecająca, że nie zdołałem pohamować swoich zamiarów i w pewnej chwili po prostu rzuciłem się na nią. Lisa nie była tym jednak zaskoczona, a wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że jest przygotowana do takiego obrotu sprawy. Szybko zrzuciła z siebie żołnierskie odzienie. Spędziłem z nią noc, o której nigdy, nawet po latach nie zdołałem zapomnieć, którą pamiętam do dzisiaj w najdrobniejszych szczegółach. Lisa miała tyle pomysłów, była tak zręczna i śmiała, że tamtejszej nocy odkrył się przede mną zupełnie nowy świat dotyków, zapachów i obrazów, świat, o którego istnieniu wcześniej nie miałem nawet pojęcia. Gdy się zbudziłem, Lisy już nie bylo. Na stoliku przy łózku znalazłem tylko liśclk od niej, w której zawiadamiała mnie, że odwiedzi hotel wieczorem.
Tego dnia towarzysz Sokolnicki przybył wraz ze swoim żołnierzem i jakimś towarzyszem z Ludowego Komisariatu Nauki i Oświaty, którego nazwiska już nie pamiętam. Sokolnicki stwierdził, że czeka nas długa droga, po czym dworna samochodami ruszyliśmy w stronę podmoskiewskiej miejscowości Tuszynl. Mniej więcej po godzinie jazdy, nie dojeżdżając do owego Tuszynla, zatrzymaliśmy się i dalej ruszyliśmy pieszo. Weszliśmy w sieć ciasnych uliczek i u wylotu jednej z nich, przed wejściem na niewielki rynek, towarzysz z Ludowego Komisariatu zatrzymał nas.
Dalej iść nie można - stwierdził - tu się zatrzymamy i spróbuję wam objaśnić, towarzysze, z czym mamy tu do czynienia.
Od razu dała się odczuć osobliwość tego miejsca ze względu na martwotę, jaka w nim panowała. Ani na rynku, ani w dochodzących do rynku ulicach nie było nawet śladu człowieka. Na rynku dostrzegliśmy natomiast ślady wielkiego rozgardiaszu: domy na oścież pootwierane, okna, powiewające jakby na znak kapitulacji firankami, dorożki porzucone wśród mnóstwa sprzętów i bagaży. Cały obserwowany jakby przez nas kwartał ulic, z rynkiem w środku, wyglądał jakby wytyczono wokół nieprzekraczalne granice zamieszkania, jakby miasto cofnęło się z tego miejsca i odcięło od niego jak od chorej tkanki Zapaliliśmy i towarzysz z Ludowego Komisariatu zaczął nam tłumaczyć:
Towarzysze. Mamy tutaj przykład bardzo dziwnego zjawiska. Oto przed nami znajduje się epicentrum przestrzennych niespójności, obszar dotknięty osobliwymi zaburzeniami, w którym wszystkie poruszające się masy mogą zostać unicestwione. Właśnie. Mniej więcej od trzech, czterech miesięcy, na ulicach niektórych peryferyjnych dzielnic Moskwy, niekiedy tworzą się niewidzialne dla oka ludzkiego kulisy przestrzenne, przezroczyste fałdy, załamania i deformacje, w których w żaden sposób, nawet przy użyciu najczulszych przyrządów nie potrafimy odróżnić od zwykłej przestrzeni. Powstają nagle i nagie też się usuwają, ale mieszkańcy, niczego nie podejrzewając - i to nie tylko pojedynczy obywatele, ale nawet całe tramwaje wypełnione pasażerami - mogą wpaść w takie zasadzki o niedostrzegalnych wymiarach Wydaje się jakby w tych dziwnych miejscach świat na jakiś czas przestawał istnieć, ale nie potrafimy owych miejsc odróżnić od świata obok istniejącego, tylko dowiadujemy się o nich po fakcie, gdy spieszący dokądś przechodnie, przejeżdżające dorożki lub tramwaje, wbrew wszelkiej naturze zjawisk rozpływają się w wyglądającym zupełnie naturalnie fragmencie ulicy. Tymczasem obok, nawet w najbliższym otoczeniu miejsc tych przepaści, świat cały czas istnieje. Trzeba więc przyjąć, że w pewnych okolicach przestrzeń Moskwy kryje w sobie luki, że przestrzeń ta jest nieciągła, niespójna i składa się z wielu różnych części, pomiędzy które można wejść, w których można się zgubić jak w fałdach niewidzialnej kotary. Bardzo nas to niepokoi.
Skończył i patrząc to na mnie, to na Andersona, grzebał w pudełku z papierosami.
- Czy tam można wejść?- spytał Anderson.
I z tą dobrą myślą wróciliśmy do hotelu. Jak zwykle zebraliśmy się na naradę w moim pokoju. Osobiście, tym razem, jakoś zupełnie nie przejąłem się przedstawionym nam do rozwiązania problemem. Nie wiem nawet dlaczego, było to przecież zjawisko równie dziwne, a moze nawet dziwniejsze od dwóch poprzednich, a mimo to, pod wpływem czegoś niejasnego, czegoś co zamieszkało we mnie od bardzo niedawna, wpadłem w stan kompletnej beztroski. Schpinalzo i Anderson spierali się i przerzucali argumentami, a ja siedziałem spokojnie, uśmiechałem się i myślałem o Lisie. To ona - pomyślałem - jej pojawienie się wywołało we mnie ten dziwny stan jasności i wyciszenia. Pomyślałem nawet, że Lisa posiada jakieś nadprzyrodzone właściwości i wtedy właśnie - stałem akurat przy oknie i obserwowałem ulicę - doznałem nagłego olśnienia, nagłe doszło do tak gigantycznego, wręcz bolesnego przeskoku w moich myślach, że aż nogi ugięły się pode mną i musiałem usiąść Znalazłem nić! Pojawił się wspólny trop wszystkich tych zjawisk. Znalazłem!
- A tobie co znowu? podszedł do mnie Schpinalzo. - Jesteś chory? Co ci jest?
- Proste, ale nieprawdopodobne - powiedział Schpinalzo, pocierając nerwowo skronie.
Uzgodniliśmy we trójkę, że ja zostanę, wymawiając się nagłym atakiem niestrawności, a na spotkanie z szefem radzieckiego bezpieczeństwa pojadą Anderson i Schpinalzo, że w rozmowie z nim...
- Jak duże to może być? - tym razem Schpinalzo spojrzał na mnie.
- Czy ja wiem. Jest wielkości dużego psa lub owcy.
- Trzeba tam zejść - powiedział Anderson i już przełożył nogę przez krawędź otworu, aie Sokolnicki chwycił go za kołnierz płaszcza.
- Psiakrew! - ryknął - nie nada! - Wyciągnął go jednym szybkim ruchem i postawił przed sobą. - Nie wolno! Rozumiecie? Ogromne niebezpieczeństwo. Próbowaliśmy schodzić, ale to potrafi poparzyć na śmierć. Nie róbcie nic bez porozumienia ze mną. Chcecie mnie i sobie napytać biedy? Zamykamy! - dał rozkaz żołnierzom.
- Ale zaraz, chwileczkę - poderwał się Schpinalzo - jak mamy stwierdzić co to jest, jeśli pozwalacie nam tylko rzucić okiem?
- Zamykamy! - upierał się Sokolnicki.
- Czy to coś zauważono tylko w tym miejscu? - spytałem.
- Nie. W wielu miejscach pod miastem, w studniach kanalizacyjnych i ściekowych.
- A co tu się produkuje? - Anderson wskazał na budynek fabryczny.
- Silniki elektryczne, pompy. Takie tam... Żołnierze wyłączyli reflektor i przykryli otwór klapą.
- Wracamy do hotelu towarzysze. Nie możemy się spóźnić na spotkanie. Teraz uradzicie co dalej z tym począć, wasze wskazówki przekażemy do Rady Pracy i Obrony i coś się przedsięweźmie. Teraz tylko mieliście to obejrzeć. Obejrzeliście i chwatit. Wracamy - tłumaczył nam nasz opiekun.
- Tak. Słucham.
- Dlaczego odchodzicie? Coś wam dolega? - podeszła tak blisko, że poczułem silny zapach jej perfum.
Nie, skąd. Jestem tylko zmęczony podróżą. Mieliśmy ciężki...
- Jak wam się Moskwa podoba?
Nie widziałem jej jeszcze. Może jutro.
Jutro wieczorem tez organizujemy tu takie prywatne spotkanie już w znacznie mniejszym gronie. Przyjdziecie?
Nie miałem pojęcia czy pyta o mnie, czy o całą naszą grupę, a rnoże nawet o nas i o grupę Rutgersa.
- No... myślę, ze może... A o której? Tak jak dzisiaj?
Postaram się - wybełkotałem. - To znaczy rozumiem, że wy towarzyszko Watowska tez będziecie.
- Oczywiście. Mówcie mi Lisa.
- No to do jutra, towarzyszko Lisa.
- Nie, po prostu Lisa - uśmiechnęła się i patrząc wciąż na mnie, zamknęła oczy. Otworzyła je po chwili, ale chwila ta trwała dość długo i pomyślałem, że daje mi w ten sposób jakiś znak. Poczułem ogromne podniecenie, ale ona z uśmiechem odwróciła się na pięcie i machnąwszy mi ręką na pożegnanie, ruszyła ku schodom. Zamknąłem drzwi i położyłem się do łóżka. W głowie mi szumiało od wódki i wszystkich tych wrażeń. Zasnąłem.
- Ano we wszystkich towarzyszu - odpowiedział stary dozorca.
- Dobrze. Otwierajcie pierwsze lepsze.
- Dobrze. Zbijcie ją - powiedziałem.
Żołnierz uderzył rękojeścią bagnetu i szyba pękła. Zaczął wyjmować z okiennej ramy kawałki szkła, ale druga, zewnętrzna szyba wciąż pozostawała kompletnie ciemna, dalej nie przepuszczała światła. Wściekłem się.
- Zbijcie drugą! - krzyknąłem. Żołnierz rąbnął w nią tak mocno, że cała wyleciała na zewnątrz i słyszeliśmy jak tłucze się o bruk. l to nic nie dało. Wprawdzie teraz, przez wybitą dziurę widzieliśmy oczywiście, że na zewnątrz jest dzień, dostrzegliśmy też nasz samochód oraz rząd naprzeciwległych kamienic, a jednak zewnętrzne światło nie rozjaśniało panującego wewnątrz mroku.
- Jakieś sztuczki mi tu pokazujecie, tak? Ale jakim sposobem? Przecież jest dzień, tak czy nie? - spojrzałem na dozorcę.
- Ano dzień jest - odparł - ale tam, na zewnątrz. Tu wciąż, już od dwóch dni ciemno choć oko wykol. Jakoś nic nie cofnęła się z chałupy, psia jej mać.
- Jak to się nie cofnęła?
- No widzicie towarzyszu, to już trzeci taki przypadek na naszej ulicy. Że tez nam się to musi przytrafić. Czasami noc, ciemność znaczy się, pozostaje w chałupie, chociaż już dzień dawno na dworzu. Ale jutro, pojutrze najpóźniej, jak znam życie, i stąd się cofnie psiajucha.
- A ci ludzie? - spytałem i wskazałem na śpiących.
- Śpią tak gamonie. Dobudzić ich nie sposób, ale jak dzień się wróci, jutro, pojutrze, wstaną.
- No wiecie co... - drżącymi ze zdenerwowania rękoma podniosłem z podłogi dwa większe kawałki szyby i podszedłem do lampy. Ustawiłem je naprzeciwko siebie i zacząłem obracać powoli jeden względem drugiego, ale nie polaryzowały światła. To było zwykłe okienne szkło. Ale przecież nawet gdyby nim nie było i rzeczywiście polaryzowało światło, co przy podwójnym oszkleniu i odpowiednim ustawieniu tafli zatrzymałoby niemal całe promieniowanie, i tak nie umiałbym wyjaśnić w żaden sposób, dlaczego światło nie wnika do wnętrza po otwarciu całego okna, dlaczego tu w środku wciąż utrzymuje się jakby skondensowany, zagęszczony w jednym miejscu mrok.
- Jedźmy - powiedziałem do Sokolnickiego. - Jedźmy, muszę pomyśleć. Biorę to szkło... Muszę pomyśleć...
Sokolnicki odwiózł mnie do hotelu. Obiecał, że spotkamy się wieczorem i zniknął.
- Oczywiście mi nie wierzycie, tak? No to już - zerwałam się z krzesła - jedziemy tam i sami zobaczycie. Jaki jest telefon do tego Sokolnickiego...?
- Uspokój się - Anderson chwycił mnie za rękę. Schpinalzo siedział na łóżku i oglądał przywiezione przeze mnie kawałki szkła.
- Oczywiście, ze ci wierzymy. Mówisz ciemność, rozumiem, to znaczy nie rozumiem, ale wierzę ci. Benoitt też ci wierzy. Prawda, Benoitt? Potrafisz to jakos wyjaśnić?
- Można przy zachowaniu szczególnych środków ostrożności. Jutro spróbujemy dokonać krótkiej penetracji tego terenu.
- To znaczy tych efektów nie można dostrzec w żaden sposób gołym okiem? Dobrze was zrozumiałem towarzyszu? ~ spytałem.
- W żaden sposób. Chyba, ze zaobserwujemy akurat wniknięcie poruszającej się masy, człowieka, zwierzęcia lub pojazdu w kulisę. Tylko tak.
- A czy próbowaliście zastosować, do obserwacji tych kulis spektroskop?
- Nie.
Czy na jutro możecie przygotować spektroskop pryzmatyczny, taki najprostszy, a także zestaw specjalnych szkieł optycznych, których spis podam?
Postaram się - odparł towarzysz z Ludowego Komisariatu. - Towarzyszu - zwróciłem się do Sokolnickiego - jeśli zastosowano tu jakiś nowy rodzaj broni, to zapewniam was, ze zidentyfikujemy ją. Nie ma bowiem broni niewidzialnej. Nikomu jeszcze nie udało się takiej broni stworzyć, gdyż jest to po prostu niemożliwe. Mam nadzieję w tym miejscu jutro przekonać was o tym. Bądźmy zatem dobrej myśli.
- Wiem... - język utkwił mi w gardle.
- Co wiesz? No mówże człowieku - Anderson ujął mnie za ramię.
- Wiem... wiem skąd to wszystko. Wiem, co się stało!
- Mówisz o tych zjawiskach? Kiwnąłem potakująco głową.
- No więc skoro wiesz, to czemu nie mówisz!? - krzyczał Anderson. - Miejże litość!
- Słuchajcie, to jest takie proste, że też wcześniej... Ha ha ha! Takie proste!
- i do tego jeszcze zabawne - żachnął się Schpinalzo.
- Wiecie o co tu chodzi...? Rewolucja! - ryknąłem i zakrztusiłem się śmiechem.
Obaj stali jak wryci i podejrzliwie spoglądali to na siebie, to na mnie.
- Rozumiecie? Tu chodzi o rewolucję... No co tak patrzycie? O rewolucję, o jej chaos, o przewrócenie wszystkiego do góry nogami. Ha ha ha! Rozumiecie? Chaos rewolucyjny ujawnia się również w tych zjawiskach, które nam pokazano. Na skutek wszystkich tych burzliwych wydarzeń, które nieodłącznie towarzyszą każdej rewolucji, a tej zwłaszcza, ujawnia się coś... czy ja wiem... jakby horyzont nieumiarkowania świata i chaos w całej swojej osobliwości, czyli nieokreślone, niepowtarzalne niestworzone przenosi się ze sfery oddziaływań rewolucyjnych w dziedzinę zjawisk przyrodniczych. Rozumiecie? Nie ma żadnej możliwości zbadania tych zjawisk, choćbyśmy użyii całej dostępnej dzisiaj energii i wiedzy. One leżą poza zasięgiem naukowej obserwacji. Trzeba dać sobie z tym spokój. Podejrzewam, że wszystko to się cofnie z chwilą, gdy sytuacja ta jakoś się ustabilizuje. Zobaczycie. Trzeba tak tę rzecz zinterpretować i to wszystko co możemy zrobić. Koniec.
- Ciekawe co na to nasi towarzysze. Czy zamierzasz tak tę rzecz przedstawić Leninowi? - spytał Anderson.
Oczywiście, A cóż innego możemy mu powiedzieć? Że to nowa broń? Jaka broń? No jaka?
Bzdury! Nie ma żadnej nowej broni, lecz rewolucja, której uboczne efekty wymykają się doświadczeniu i ocenie, rewolucja, której chaos ujawnia się w nieoczekiwanych fenomenach. Nie ma tu moim zdaniem żadnego innego wytłumaczenia. Ja mu to powiem. - Ktoś zapukał do drzwi. - Rozumie się samo przez się, że tak tę sprawę należy przedstawić. - Otworzyłem drzwi. Stał w nich szef hotelowej obsługi. Poinformował nas, że telefonował towarzysz Sokolnicki, który przyjedzie zaraz do hotelu, by nas zabrać na spotkanie z towarzyszem Dzierżyńskim.
W tym momencie musiałem przerwać czytanie, gdyż poczułem na ramieniu czyjś silny uścisk ręki. Uniosłem głowę. Stał nade mną stary dziad w drucianych okularach na nosie, zarośnięty, z plastrem opatrunkowym na policzku, odziany w wytartą i brudną marynarkę. Jakieś biedaczysko.
- Słucham? - spytałem zniecierpliwiony. - O co chodzi? Zmrużyłem oczy i przyjrzałem mu się dokładniej. Przecież... Czy to możliwe? Toż to był Volkomir, to znaczy Weissman. - To ty?
Wyjdziemy? - rzucił półgębkiem i ruszył w stronę wyjścia. Złożyłem kartki iistu, przykryłem je tomem Lenina, wstałem i ruszyłem za nim. W holu klatki schodowej było pusto, mroczno i cicho. Przywitaliśmy się.
Andrea, oparłeś się o dom noclegowy? Jak ty wyglądasz,..? Słuchaj nie mam wiele czasu. Załatwmy szybko sprawę i ja się zmywam. Wciąż depczą mi po piętach. - Masz kamienie?
Mam. Chodźmy, tu niedaleko jest takie rniejsąe, w którym...
- Nie, ja nie mogę teraz wyjść przerwałem mu. Spojrzał na mnie dziwnie, majstrując coś przy okularach i spytał:
Co ty mówisz?
- Mówię, ze nie mogę teraz stąd wyjść. Muszę pozostać jeszcze jakiś czas w bibliotece. Załatwmy to tutaj, teraz.
Chcesz tutaj...? zdjął okulary. - Odbiło ci?
Posłuchaj Andrea, znamy się tyle lat, prawda? Przygotuj kamienie, a ja idę po neseser. Jest w nim dokładnie taka suma jaką podałeś. To potrwa sekundę. Po co mamy gdzieś chodzić? No co, nie wierzysz mi?
- Czekasz tu jeszcze na kogoś?
- Nie. Muszę po prostu coś dokończyć w czytelni.
Andrea rozejrzał się, pomyślał chwilę i stęknął: - Dobra, dawaj tę forsę.
Odebrałem neseser z depozytu i wróciłem do holu. Andrea wręczył mi skórzany woreczek z kamieniami, a ja wyzerowałem zamki metalowej walizeczki i otworzyłem ją tak, by mógł stwierdzić, że cała zapełniona jest banknotami. Funty. Chciałeś w funtach, prawda?
Przesypał pieniądze do starej, połatanej torby brezentowej, zawiesił ją na ramieniu i uśmiechnął się.
- Ten drobiazg zatrzymaj - oddał mi walizeczkę. - Czytasz Lenina?
- Tak... Nie... No tak, Lenina.
Od kiedy ty się interesujesz Leninem?
- W ogóle się nie interesuję.
- Rozumiem, l dlatego czytasz?
- Znalazłem, to znaczy, no... Nie mam teraz czasu, kiedy indziej ci opowiem. Niezwykła historia: Powiedz, czy słyszałeś kiedy coś o chaosie jako zjawisku badanym przez naukę? Może jakiś filozof zajmował się chaosem?
- Przez naukę? - wydął usta. - Masz na myśli chaos jako coś pierwotniego, nieuporządkowanego, tak? Chaos sam w sobie?
- No właśnie.
- Nie... chociaż czekaj. Chyba Godeł, wiesz. Istnieje chyba teoria chaosu... Dokładnie ci nie powiem, jakaś teoria przejścia do niepoznawalnego. Tak coś mi świta. A do czego ci to?
- Nic, tak pytam.
- Wracasz do Polski?
- Za jakiś tydzień, dziesięć dni. Nie prędzej.
- W przyszłym miesiącu będę chyba w Warszawie. Skontaktuję się z tobą.
- Dobra. To trzymaj się. Idź już. To mówisz, Lenina czytasz?
- Tak, Lenina - zacząłem się śmiać i podałem mu rękę na pożegnanie. Uważaj na siebie.
Andrea zbiegł szybko po schodach, a ja wróciłem do czytelni.
Uzgodniliśmy we trójkę, że ja zostanę, wymawiając się nagłym atakiem niestrawności, a na spotkanie z szefem radzieckiego bezpieczeństwa pojadą Anderson i Schpinalzo i że w rozmowie z nim będą podtrzymywać wersję o prawdopodobnym zastosowaniu przez wrogów rewolucji nowej, nieznanej broni.
I rzeczywfście oni pojechali, a ja zostałem i poszedłem spać. Wieczorem obudził mnie Anderson. W czasie kolacji zrelacjonował mi pokrótce przebieg rozmowy z towarzyszem Dzierżyńskim, który bardzo interesował się naszymi obserwacjami dziwnych zjawisk, zwłaszcza zjawiska ostatniego, ale wyraził też ubolewanie, że tak niewiele, zgoła nic, udało nam się ponad wszelką wątpliwość ustalić. Obiecał też, że na pewno wkrótce spotkamy się z Leninem.
Do późnej nocy czekałem na Lisę Chodziłem w tę i z powrotem po pokoju jak zwierzę w klatce, potem przeniosłem się do sali recepcyjnej, wyszedłem też kilkakroć przed hotel i wypatrywałem niecierpliwie jej nadejścia. Wreszcie zrezygnowałem i wracałem już na górę, gdy nagle jej postać - tak mi się zdawało - przemknęła w półmroku korytarza i zniknęła za zakrętem.
- Lisa! - krzyknąłem i pobiegłem w jej kierunku, ale nim dotarłem do załamania korytarza, usłyszałem odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Korytarz był pusty. Zdawało mi się, że drzwi, za którymi zniknęła jej postać, prowadziły do pokoju Andersona. A może to wcale nie była ona, lecz jakaś inna kobieta. Nie byłem pewien. Pełen wątpliwości i złych przeczuć wróciłem do siebie.
Następnego dnia, po śniadaniu, na które się spóźniłem, wszyscy czekali już na mnie w holu: Schpinalzo, Anderson, Sokolnicki ze swoimi nieodłącznymi żołnierzami, towarzysz z Ludowego Komisariatu, a także... Wasylisa. Siedziała w fotelu tuż obok Andersona i szeptała mu coś do ucha. Oboje byli bardzo rozbawieni.
Dojechaliśmy samochodami w to samo miejsce, z którego wczoraj obserwowaliśmy rynek i ulice dotknięte tajemniczą plagą kulis. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza, do której należeli Anderson Wasylisa i Sokolnicki z żołnierzami miała zbadać przestrzeń rynku, druga, czyli Schpinalzo, towarzysz z Ludowego Komisariatu i ja, udała się w uliczki otaczające rynek. Wszyscy byliśmy wyposażeni w prymitywne wykrywacze kulis - drewniane żerdzie z przywiązanymi na końcach długimi, kolorowymi tasiemkami i sznurkami. W przypadku natrafienia na kulisę, zniknięcie tasiemek miało sygnalizować miejsce, w którym grozi nam niebezpieczeństwo. Towarzysz z Ludowego Komisariatu twierdził, ze niebezpieczeństwo jest poważne, ponieważ wszyscy, którzy dotychczas dostali się za kulisy, przepadli na dobre, zniknęli gdzieś - jak się wyraził - za horyzontem zdarzeń. Należało poruszać się gęsiego, powoli, przeczesując wykrywaczami każdy metr przestrzeni przed kolumną i po jej bokach. Nasza grupa wyruszyła pierwsza i wkrótce zaczęliśmy penetrować wąskie uliczki, przejścia między domami i zaułki.
Mniej więcej po godzinie poszukiwań, gdy nie znaleźliśmy żadnej przestrzennej przeszkody i nawet już zacząłem wątpić, czy ten towarzysz z Ludowego Komisariatu na pewno wie co mówi, doszliśmy z powrotem do rynku i spostrzegliśmy po jego przeciwległej stronie drugą grupę. Porozumiewaliśmy się głosem. Sokołnicki krzyczał, że znaleźli jedną kulisę, w narożniku rynku, w pobliżu zakładu fryzjerskiego, czyli po naszej stronie. W pewnej chwili zauważyłem, że w grupie Sokolnickiego brakuje jednej osoby - Wasylisy.
- Gdzie ona jest!? - krzyknąłem.
Nic nie odpowiedzieli, tylko wciąż rozglądali się w koło. Towarzysz z Ludowego Komisariatu nakazał, by grupa Sokolnickiego natychmiast zaprzestała poszukiwań kulis i przeszła na środek rynku. l my zaczęliśmy iść w tamtą stronę, by się z nimi spotkać i ustalić plan poszukiwań.
Sokolnicki, strasznie roztrzęsiony, z obłędem w oczach, stwierdził, że nie zauważyli zniknięcia Wasylisy, ale na pewno była z nimi już po odkryciu przestrzennej pułapki przy zakładzie fryzjera. Towarzysz z Ludowego Komisariatu zaczął strasznie kląć i besztać Sokolnickiego, natychmiast przejął dowództwo nad obiema grupami i nakazał, by wszyscy rozpierzchli się po strefie i rozpoczęli poszukiwania kobiety. Mnie przydzielono obszar kilku uliczek przyległych do rynku.
Zacząłem iść powoli, wymachując wokół siebie wykrywaczem i obserwując dokładnie ruch kolorowych tasiemek. Co kilka kroków nawoływałem Lisę, zaglądałem też do pootwieranych drzwi i okien domów w nadziei, ze być może nieszczęsna skryła się w jednym z nich. Im dłużej to trwało, tym silniejsze stawało się we mnie podejrzenie, że Lisie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Jeśli te kulisy naprawdę istnieją... Coraz bardziej zaniepokojony przyspieszałem kroku, zapominając nawet o grożącym mi niebezpieczeństwie, to znaczy o tych kulisach. Szedłem szybko i w pewnej chwili, nie zauważywszy na czas jakiejś przeszkody pod nogami - ulica pełna była porozrzucanych gratów - runąłem na ziemię jak długi. Podniosłem głowę i cały chciałem się podnieść, ale zdrętwiałem i dłuższą chwilę leżałem wpatrzony przed siebie. Żerdź z przywiązanymi do niej tasiemkami leżała przede mną, ale tasiemek nie było, to znaczy widziałem tylko ich węzeł na końcu żerdzi, który lekko falował jakby pod poruszoną taflą wody...
Kulisa! To była kulisa! Nie wstałem z ziemi, tylko powoli zacząłem wyczołgiwać się tyłem w stronę kamienic. Poruszałem się w łagodnym rozszerzeniu ulicy, wkrótce dotarłem do krawężnika, tuż za mną wznosił się kilkupiętrowy, ceglany dom. Nie wiedziałem zupełnie jakie rozmiary ma zawirowanie, jaki jest jego kształt, w którą stronę w bok mogę ruszyć. Podniosłem się, ukucnąłem i wtedy ją spostrzegłem. Szła szybko po przeciwnej stronie ulicy z rozwianymi włosami, za kulisą, ale nie widziała mnie, patrzyła gdzieś przed siebie, uśmiechała się, sprawiała wrażenie rozmarzonej, rozbawionej, jakby oszalała. Zacząłem ją wołać po imieniu, ale ona mnie też nie słyszała, a przecież była tylko kilka metrów dalej, po drugiej stronie. Widząc, że odchodzi, chciałem do niej skoczyć, ale... kulisa! Bez przerwy krzyczałem najgłośniej jak potrafię. W pewnej chwili Lisa stanęła i raptownie odwróciła głowę. Tak, usłyszała w miejscu, gdzie niewidzialne się skończyło, spostrzegła mnie, rozłożyła ręce, zrobiła minę jakby spotkała na ulicy starego znajomego i ruszyła w moją stronę.
- Nie tędy, Liso! - krzyknąłem, ale ona zniknęła. Jak w jakimś dziwnym tańcu jej postać tylko zafalowała, po czym zniknęła całkowicie. Zacząłem coś wrzeszczeć, wzywać ratunku, na czworakach cofnąłem się pod samą ścianę domu i wytrzeszczałem oczy, żeby ją może wypatrzeć, ale poczułem na twarzy dotyk silnie wirującego powietrza. Co to? Przyciśnięty do ściany, szybko zacząłem przesuwać się w kierunku wejścia, wpadłem w drzwi kamienicy, w zupełną ciemność. Zapałki! Przecież miałem zapałki. Pierwsza zgasła, natychmiast zapaliłem następną. Amfiladą, a potem korytarzem wydostałem się na zewnątrz, to znaczy na wewnętrzne podwórko kamienicy. Czekałem tam aż do zmierzchu, gdy ktoś wreszcie usłyszał moje wołanie o pomoc.
Do późnej nocy ślęczałem w hotelu, wraz z Sokolnickim, towarzyszem z Ludowego Komisariatu i Andersonem nad tekstem mojego zeznania dla CzK. Schpinalzo zamknął się w swoim pokoju i stronił od wszystkich. Załamał się biedak. Sokolnicki wciąż schodził do recepcji hotelowej, gdyż czekał na ważny telefon i sam gdzieś telefonował kilka razy. Wreszcie tuż przed północą, gdy moje zeznanie było gotowe, poinformowal nas ze jutro spotkamy sie z towarzyszem Leninem. Cała nasza trójka. Było to nasze ostatnie spotkanie z Sokolnickim. Rano przyjechał do hotelu jakiś inny towarzysz i zabrał nas do Domu Związków Zawodowych. Tam w jednej z sal obradowało Biuro Polityczne RKP(b).
Sądziliśmy, że podobnie jak kilka dni wcześniej w siedzibie Rady Pracy i Obrony zostaniemy dopuszczeni do towarzysza Lenina dopiero po zakończeniu obrad. Tymczasem czekaliśmy tylko chwilę, gdy nagle drzwi do sali otworzyły się i poproszono nas do środka.
Była to nieduża sala biblioteczna obstawiona sięgającymi sufitu regałami pełnymi książek. Za stołem, a właściwie stolikiem prezydialnym siedziało trzech towarzyszy, Lenin, Mołotow i jeszcze jeden, którego nie znałem. Pozostali zajmowali kilka rzędów krzeseł ustawionych pod oknami i my prowadzeni przez Rutgersa, który nagle, zupełnie niewiadomo skąd pojawił się, zajęliśmy wolne krzesła w ostatnich rzędach. Mowa była o prawnym i politycznym statusie Republiki Dalekiego Wschodu. Głos zabierał jakiś towarzysz z sali, który kończył omawiąc kwestię formalnej niezależności tej Republiki od Rosji Radzieckiej.
Anderson, który siedzal tuz obok, pchylił się i szepnął mi do ucha:
- Ale ty powiesz?
Spojrzałem na niego i na Benoit który siedział jak sparaliżowany i wydawało się ze jest zupełnie nieobecny. - A kto? Przecież nie on - odpowiedziałem
Niedługo towarzysz Mołotow zakończył posiedzenie, informując zebranych, że towarzysze, którzy właśnie weszli - mowa była o nas - to są ci zaproszeni naukowcy, którzy pracowali przez kilka dni nad rozwiązaniem zagadki dziwnych fenomenów. Poprosili niedawno o spotkanie z towarzyszem Leninem, a on Lenin, postanowił zaprosić ich na dzisiaj, na zakończenie posiedzenia. Sądzi się, że mamy jakieś ważne informacje dotyczące rzeczonych zjawisk, słowem jakieś ustalenia, więc proszę bardzo możemy zabrać głos w tej sprawie. Rulgers odwrócił się, spojrzał w naszą stronę i wykonał jakiś nieokreślony gest ręką. Anderson szturchnął mnie w bok i wtedy poczułem straszną tremę. Przestraszyłem się kompromitacji. Moja hipoteza była chyba jednak zbyt śmiała. Zerwałem się jak uczeń wywołany do odpowiedzi.
W kilku słowach opowiedziałem o tym, skąd jesteśmy, czym zajmujemy się w swojej pracy, a także pokrótce o zjawiskach, które nam pokazano. Zasugerowano nam ich prawdopodobne militarne pochodzenie - kontynuowałem - rzecz jasna pochodzenie wrogie, kontrrewolucyjne i początkowo przyjęliśmy ową sugestię jako pewną wskazówkę w naszej pracy. Jednakże po zapoznaniu się z materią spraw, odrzuciliśmy ją. Zdaniem naszym zjawiska, których byliśmy świadkami, należą do dziedziny zjawisk przyrodniczych, a mówiąc wprost, stanowią uboczny efekt Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, eksplozji chaosu, ktorą rewolucja ta wywołała. I dalej przedstawiłem całą swoją koncepcję, nazywając ją za każdym razem hipotezą i podkreślając, że jest to li tylko hipoteza robocza w której wiele jeszcze może ulec zmianie, wszak generalny jej zarys jest taki to a taki.
Gdy skończyłem, w sali zapanowała śmiertelna cisza. Towarzysz Lenin siedział nieruchomo podparty ręką pod brodę i wpatrywał się we mnie, z lekkim uśmieszkiem. Po chwili mrugnął do mnie okiem, wstał raptownie i przechadzając się sprężystym krokiem między stolikiem prezydialnym a ścianą regałów, zaczął mowić. Stwierdził, że hipoteza, którą przedstawiłem jest bardzo interesująca i oryginalna, ale..."
Tamci zaczęli najpierw oglądać się za siebie, potem na wszystkie strony, zupełnie jakby nie zauważyli jej zniknięcia.
- Czy wy jesteście pijani?! - krzyknąłem. - Przecież była w waszej grupie! Co się z nią stało!?
Do sali czytelni z hukiem wpadło kilku iudzi. Momentalnie zorientowałem się, że są to faceci z policji, więc nie patrząc w ich kierunku i sięgając po leżący przede mną na pulpicie tom Lenina - jakby chcąc coś w nim sprawdzić - drugą ręką wydobyłem z kieszeni marynarki woreczek z diamentami i wrzuciłem go za rząd wielkich tomów Encyklopedii Brytanica, stojącego równo na najniższej półce najbliższego regału. Worek wpadł dokładnie za tomy. Dwóch mężczyzn pozostało przy drzwiach, jeden rozmawiał z rudą bibliotekarką, wreszcie - czwarty wysunął się najbliżej mnie i dokładnie lustro wał całą salę. Udawałem, że w ogóle nie zwracam na nich uwagi ~ chociaż zrobiło mi się przecież gorąco ze strachu - i wertowałem tom Lenina. W końcu jednak obserwowałem ich dokładnie spod opadających mi na twarz włosów - ten, który omawiał coś z bibliotekarką, ruszył w moją stronę. Podszedł powoli, stanął nade mną i chrząknął. Ja nic, nawet nie zareagowałem tak byłem pochłonięty lekturą.
- Przepraszam - powiedział po francusku - pan wybaczy, jesteśmy z policji - uniosłem głowę i zrobiłem z pewnością jedną z głupszych min w swoim życiu ~ poproszę o pańskie dokumenty.
Uniosłem głowę jeszcze wyżej, odłożyłem książkę na bok, zamrugałem oczyma i odpowiedziałem z gniewem w głosie;
- Niestety, nie mówię po francusku. Możemy rozmawiać tylko po angielsku. O co chodzi? Dlaczego pan mi przeszkadza?
Mówiąc płynną angielszczyzną powtórzył dokładnie to samo, zastępując jedynie słowo dokumenty słowem paszport.
- Paszport? Mój paszport potrzebny? A po co?
Powtórnie wyjął swoją legitymację i zniecierpliwiony powiedział:
- Nazywam się Renę Haberzecer i jestem inspektorem belgijskiej policji, Proszę o pański paszport!
Wyjąłem paszport i podałem mu. Chwycił go szybko i otworzył na pierwszej stronie. Potem spojrzął na mnie badawczo, uśmiechnął się jakby znalazł w paszporcie to, czego szukał, skinął na swojego kolegę i gdy tamten podszedł, powiedział do niego po francusku: - To chyba ten ptaszek. Zobacz. Polak, Ten drugi wziął paszport i zaczął kartkować strony.
- Tak - odrzekł i spojrzał na mnie - Bierzemy go,
Haberzecer podszedł tak blisko, ze dotknął płaszczem mojego ramienia. - Niestety musi się pan pofatygować z nami ~ powiedział. - Mamy kilka pytań.
- Ale panowie ~ wstałem z krzesła - o co chodzi? Z pewnością się mylicie. Doprawdy nie mam wam nic do powiedzenia.
Od strony drzwi podszedł do mnie jeszcze jeden policjant, zaś Haberzecer i ten, który trzymał teraz w ręku mój paszport, zaczęli dokładnie obszukiwać pulpit, krzesło, na którym siedziałem, a także krzesło obok. Na szczęście nie przyszło im do głowy - na razie - sprawdzać stojącego nieco dalej regału z encyklopediami. Haberzecer podniósł ze stołu tom Lenina i futerał książki, obejrzał ze wszystkich ston te przedmioty, a potem poskładał kartki listu i spytał, czy mam jeszcze coś w depozycie. Odebraliśmy pustą walizeczkę z depozytu.
- Zabieramy go i książkę, którą czytał - powiedział Haberzecer do bibliotekarki - Jutro odeślę ją z powrotem. Zostawiam tu jeszcze jednego człowieka, żeby dokładnie wszystko sprawdził. Wyprowadzono mnie z czytelni i zaczęliśmy schodzić schodami w dół. Bez przerwy protestowałem i pełen oburzenia wykrzykiwałem, że to jakaś koszmarna pomyłka, że nie mają prawa, ale oni w ogóle nie zwracali na to uwagi i stanowczo popychali mnie w dół schodów.
Przed budynkiem biblioteki - był już wieczór - parkowały aż cztery samochody, pomiędzy którymi stało jeszcze kilku ludzi, a w jednym z aut... o zgrozo... na tylnym siedzeniu, pomiędzy dwoma umundurowanymi strażnikami siedział Weissman. Siedział tyłem do bibliotecznego wyjścia i nie widział mnie. Ale ja go widziałem. Tak, to byi Andrea. A więc wpadka i to na całego.
Najprawdopodobniej szli za nim aż do biblioteki i czekali na dalszy rozwój wypadków. Potem Andrea. wyszedł i z jakichś względów postanowili go zdjąć, ale ponieważ nie znaleźli przy nim diamentów, musieli sprawdzić z kim kontaktował się w bibliotece, Nie musieli długo węszyć, by trafić do czytelni głównej.
Wyjechaliśmy na autostradę prowadzącą do Brukseli i po pół godzinie bardzo szybkiej jazdy zbliżaliśmy się do miasta. W sieci rozjazdów i estakad, samochód wiozący Andreę, który wciąż jechał przed nami, gdzieś zniknął. Wkrótce stanęliśmy przed ogromnym, szarym gmaszyskiem i wyprowadzono mnie z auta; byliśmy w głównej komendzie policji belgijskiej. No, to jestem ugotowany. Zaprowadzono mnie najpierw do laboratorium i tam dokładnie zrewidowano, zdjęto odciski palców i zrobiono kilka zdjęć, Potem w asyscie dwóch strażników wjechałem na szóste piętro i doszedłem do wydziału Haberzecera. Wprowadzono mnie do pustego pokoju przesłuchań - biurko z telefonem, dwa krzesła - i kazano czekać. Po dłuższym czasie wszedł Haberzecer - rosły, łysiejący blondas - zdjął płaszcz, usiadł, przetarł okulary i rozparł się wygodnie na krześle. Trzymał w ręku mój paszport.
- Oczywiście to jest lewy paszport? - spytał.
- Nie odpowiem na żadne pytanie, póki nie pozwolicie mi skontaktować się z polską ambasadą.
- Posłuchaj mnie człowieku - oparł się o biurko i wytrzeszczył oczy
- wpakowałeś się w niezłą kabałę. Jesteś wspólnikiem Weissmana, alias Volkomira, alias Hartigera, alias... ma jeszcze kilka polskich nazwisk, który przekazał ci skradzione diamenty. Wiemy, że Weissman jeszcze dzisiaj miał je przy sobie i upłynnił je gdzieś w bibliotece. Ty jesteś jego wspólnikiem. Gdzie są kamienie?
- Powtarzam, nie odpowiem na żadne pytanie...
- Gówno! - wrzasnął, - Ty gnojku! Myślisz, że będziemy się z tobą cackać? Dostaniesz tak w kość, że wszystko wyśpiewasz. Rozumiesz? A potem skontaktujemy się z ambasadą.
- No to już, zaczynaj mi dawać w kość. Zobaczymy jaki jesteś dobry.
- Tak?!
- Tak. Powtarzam. Nie znam żadnego z nazwisk, które wymieniłeś. Nie wiem w ogóle o co chodzi. Mylicie się. Zaszła pomyłka.
Zerwał się i wyszedł. Po chwili wrócił z tomem, Lenina i znalezionym przeze mnie listem.
- No... Wysłaliśmy wszystkie dane o tobie ptaszku do Londynu, do Interpolu. Niedługo przyjdzie odpowiedź. Zobaczymy kim naprawdę jesteś. Co robiłeś w bibliotece?
- A co się robi w bibliotece? Czytałem, To chyba nie jest zabronione?
- Co czytałeś?
- To - wskazałem na tom Lenina. Trzon książki został oddzielony od okładki, Haberzecer wziął ją do ręki i zaczął przeglądać.
- Lenin, Zajmujesz się Leninem?
Patrzyłem na niego i uśmiechałem się pod nosem w sposób, który wydawał mi się najbardziej lekceważący, i wtedy właśnie przyszedł mi do głowy świetny pomysł. Usiadłem wygodniej i zacząłem mówić:
- No dobrze. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie wiem nic o człowieku, o którym mówisz, nie mam pojęcia o co chodzi z tymi brylantami. Przyjechałem do Belgii, by odwiedzić kilku znajomych i odpocząć. Jestem autorem opowiadań fantastycznych, które drukuję w kilku polskich czasopismach, To, co tu leży przed tobą na tych kartkach, jest jednym z takich opowiadań: Zostało napisane po angielsku, gdyż zamierzam je wysłać do Stanów, do czasopisma "Omni". Dotyczy dziwnych wydarzeń, jakie miały miejsce w Moskwie w 1921 roku, Oczywiście wszystko to, od początku do końca, jest wymyślone. Opowiadanie nie jest jeszcze takie jak to sobie założyłem, więc mając kilka dni wolnego czasu, postanowiłem sprawdzić pewne rzeczy, jak to się mówi, u źródeł. Dlatego odwiedziłem bibliotekę w Leuven, do którego trafiłem w celach turystycznych. Chciałem po prostu popracować jeszcze nad tym tekstem. To wszystko. Rozumiesz? Sądzisz, że wyssałem to sobie z palca?
- To jest twoje opowiadanie? - zebrał kartki i zaczął je porządkować. ... Tak
- Coś takiego... No dobrze, zobaczymy.
Zaczął czytać. Co jakiś czas przerywał czytanie i spoglądał na mnie. Siedziałem nieruchomo wpatrzony w jakiś punkt na ścianie. Czułem, że* Haberzecer coraz bardziej wciąga się w tekst. W pewnej chwili zadzwonił telefon, ale on szybko chwycił słuchawkę i warknął po francusku, że nie ma czasu. Natychmiast wrócił do lektury. Trwało to dobrą godzinę lub dłużej. Wreszcie skończył. Odłożył kartki listu na stół i spoglądał to na mnie, to na nie. Wstał. Zrobił kilka kroków. Usiadł. Znów wziął kartki w ręce i przeglądał poszczególne strony.
- Dobre - powiedział. - Podoba mi się. Naprawdę... Nie zareagowałem.
- Więc jest pan autorem opowiadań?
- Jestem.
- Być może - zaczął przecierać okulary - być może. Wie pan zaskakująca jest ta odpowiedź Lenina, samo zakończenie. Naprawdę robi wrażenie. Ha! Czy tekst jest już skończony?
- Nie. Właśnie mówię, że jestem niezadowolony z zakończenia i chcę je zmienić - czułem jak pocą mi się ręce, nie miałem przecież pojęcia, jaka jest odpowiedź Lenina i jakie jest zakończenie.
- Ale moim zdaniem zakończenie jest znakomite.
- A moim zdaniem nie jest. Wstał i zaczął chodzić wokół stołu.
- Wie pan - powiedział - być może istotnie zaszła tu jakaś pomyłka. Sam już nie wiem.
Wyszedł i nie było go dość długo. Kiedy wrócił, był już zupełnie innym człowiekim.
- Dobrze - usiadł i uśmiechnął się przyjacielsko. - Najprawdopodobniej rzeczywiście zaszła tu pomyłka. Cóż, wie pan zdarzają się takie rzeczy. No, przykro mi. Czy wolno wiedzieć, gdzie pan się zatrzymał w Leuven?
- W hotelu Carlton.
- Aha. Czy pan zamierza tam wrócić?
- No oczywiście, że zamierzam. A moje rzeczy w hotelu? Poza tym nie widziałem jeszcze miasta, a chcę je zobaczyć.
- Dobrze. W takim razie... To znaczy pan pozostanie w Leuven jakiś czas?
- Tak. Dzień czy dwa. Potem wracam do Brukseli i stąd samolotem lecę do Niemiec.
- Rozumiem. No dobrze... - wahał się. - Dobra. Zwalniam pana. Ewentualnie gdybyśmy mieli jeszcze jakieś pytania, będziemy pana szukać w "Carltonie", w Leuven. Proszę bardzo, pańskie opowiadanie. Bardzo mi się podobało. Pan ma talent, młody człowieku. Autentyczny talent.
- Dobrze, a jak ja tam teraz dojadę, do Leuven?
- Moment - chwycił za słuchawkę telefonu - zaraz wezwę kierowcę. Jechałem wozem policyjnym autostradą do Leuven i myślałem o Leninie. Cholera. Przydał się jednak ten Lenin i to aż dwukrotnie. Raz, gdy zaciekawiony historią opisaną w liście, postanowiłem zostać w czytelni i skłonić Andreę do przeprowadzenia transakcji na miejscu. W przeciwnym razie... Drugi raz list uratował mnie podczas przesłuchania. Haberzecer uwierzył, że list jest moim opowiadaniem, a ponieważ i na nim tekst ten zrobił pewne wrażenie, tym łatwiej uwierzył w moją wersję. Nie mogłem się doczekać chwili, kiedy wreszcie dojedziemy do Leuven, bym mógł w jakimś spokojnym miejscu doczytać list do końca i poznać odpowiedź wodza rewolucji, odpowiedź której zawdzięczałem swoją wolność. Pozostawała jeszcze sprawa diamentów, ich wydobycia z biblioteki, ale tym nie martwiłem się zbytnio. Mogłem bez większego trudu włamać się nocą do czytelni, albo nawet następnego dnia odwiedzić ją jako zwykły czytelnik, pragnący sprawdzić jakieś hasło w encyklopedii.
Wreszcie dojechaliśmy przed sam hotel. Pożegnałem policyjnego kierowcę i wbiegłem do hotelu. Wszedłem do baru i zamówiłem coś do picia, a gdy upewniłem się, że samochód policyjny odjechał, z powrotem wyszedłem na miasto. Postanowiłem poświęcić te kilka koszul i nic nie wartych drobiazgów, które pozostawiłem w swym hotelowym pokoju i już do Carltona nie wracać. Wszedłem do małej restauracji w pobliżu dworca i zamówiłem sutą kolację, Wyjąłem z kieszeni pogniecione kartki listu i zacząłem szukać miejsca, w którym przerwałem czytanie. Gdzie to był o... Jest...
- Stwierdził, że hipoteza, którą przedstawiłem jest bardzo interesująca i oryginalna, ale ciekaw jest jak na to wpadliśmy.
Wstałem i zacząłem coś bełkotać, że drogą dedukcji, że na skutek pewnych wydarzeń, które skojarzyliśmy, i tak dalej.
- No dobrze - odpowiedział Lenin uśmiechnięty i ku naszemu ogromnemu zdziwieniu wyraźnie zadowolony z przedstawionej przeze mnie interpretacji. - Towarzyszu Rutgers - zwrócił się do Rutgersa.
- gratuluję wam. Wybraliście naprawdę kompetentnych towarzyszy - wciąż nie wiedzieliśmy czy Lenin kpi sobie, czy mówi serio. - Od razu wpadli na właściwy, w moim przekonaniu, trop. Rzecz jasna - kontynuował - interpretacja ta z pewnością dla wieiu zgromadzonych tu towarzyszy, zwłaszcza tych mniej wprowadzonych w sprawę, wyda się niesłychana i zaskakująca, a może nawet bałamutna. Tymczasem sądzę, że zaproszeni towarzysze mają rację.
W sali zapanowało poruszenie.
- Tak towarzysze. Szczerze mówiąc takie właśnie wytłumaczenie i mnie przyszło swego czasu do głowy, jednak uznałem je za efekt zbytniego rozfantazjowania, które być może byłem przeżywałem akurat, choć wiecie przecież, ze rozfantazjowanie nie jest stanem, w który wpadam zbyt często. Jak mówię, przyszło mi do głowy i chociaż odrzuciłem je początkowo jako, ma się rozumieć, całkowicie niedialektyczne, zastało we mnie ziarno niepokoju. Czy aby, myślałem wielokroć, nie mamy tu rzeczywiście do czynienia z dziwnym, nie odkrytym jeszcze przez naukę prawem jakiegoś rezonansu burzliwych oddziaływań... tak bym to nazwał... zjawiskiem przenoszenia się oddziaływań... tak bym to nazwał... zjawiskiem przenoszenia się oddziaływań chaotycznych ze sfery na sferę. Widzicie, dzisiaj już, po wystąpieniu towarzysza.
- tu Lenin zwrócił się do mnie - nie mam wątpliwości, że tak właśnie jest. Pierwsza w dziejach, wyjątkowa pod każdym względem rewolucja socjalistyczna, której dokonaliśmy, ujawniła nam też inną prawdę z dziedziny zjawisk przyrodniczych, prawdę w rzeczy samej, niezwykłą i nieoczekiwaną, którą musimy jednak przyjąć.
Sala stawała się coraz bardziej niespokojna.
Towarzysze - Lenin uniósł rękę, by uspokoić tych, którzy najgłośniej wyrażali swoje zdziwienie - chciałbym jeszcze wrócić do tego fragmentu przedstawionej hipotezy, w którym mówi się o prawdopodobnej odwracalności dziwnych zjawisk z chwilą ustabilizowania się sytuacji w kraju. Z tym także się zgadzam. Więcej nawet, uważam, że Nowa Ekonomiczna Polityka, z której wprowadzeniem tak bardzo się borykam, z której powodu jesteśmy nieustannie nękani przez tę mienszewicko-eserowską hołotę, musi być właśnie jak najszybciej realizowana i to w całej rozciągłości. Właśnie poza wszystkimi innymi aspektami, które już doskonale znacie, widzę Nową Ekonomiczną Politykę jako ewentualny czynnik przeciwdziałający także w tej dziedzinie. Sądz$, że przedziwne zjawiska cofną się, gdy staniemy na twardych nogach NEP-u, Ot co. To wszystko, co chciałbym teraz powiedzieć w tej sprawie, do której z pewnością wrócimy jeszcze nieraz. Teraz jednak chciałbym jeszcze na osobności dwa słowa zamienić z zaproszonymi towarzyszami.
Lenin spojrzał na mnie i wyszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Natychmiast podszedł do nas jakiś młody towarzysz ł poprosił, byśmy też niezwłocznie udali się we wskazanym kierunku. Wśród zgromadzonych w sali aż wrzało. Rozstąpili się jednak i uczynili wolne przejście, prowadzące do wskazanych drzwi. Lenin siedział na długim stole i śmiał się. Podeszliśmy do niego.
- No cóż - powiedział - gratuluję wam. Bardzo dobrze się spisaliście, Poprosiłem was jednak, gdyż jest jeszcze coś, o czym nie wiecie. Tak, otóż wprawdzie zjawiska, o których była mowa, mamy już jako tako rozpoznane i sądzę, że one znikną wkrótce, jeśli tylko konsekwentnie będziemy wprowadzać naszą politykę, to jednak pojawiły się inne, równie dziwne i nie mniej groźne.
Gdy spytałem, jakież to inne zjawiska zidentyfikowano, Lenin znieruchomiał i milczał długo jakby szukając w myślach odpowiedniego określenia. Gdy zacząłem z niecierpliwością prosić, by odpowiedział, stwierdził wreszcie
- Widzicie, towarzysze, wszystko wskazuje na to, że kolejnym bardzo dziwnym zjawiskiem, którego w żaden sposób nie można wytłumaczyć i nie dość na tym, przed którym też w żaden sposób nie można się obronić, jest postać Józefa Wissarionowicza Stalina. Tak, Stalin jest w tej dziwnej sprawie czwartym fenomenem, co gorsza takim, którego nie da się łatwo odwrócić."
Przemysław Berg urodził się w 1955 roku w Otwocku pod Warszawą. Studia ukończył na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od kilku lat wykonuje zawód dziennikarza - specjalizuje się w problematyce popularnonaukowej. Współpracował z kilkoma znanymi tygodnikami, m.in. "Polityką". "The Warsaw Voice", "Spotkaniami". Obecnie pracuje w poznańskim tygodniku "Wprost".
