Ulanska fantazja.

Ryszard Zambrzycki

Pracowałem na rozbiórkach. Ten to zrozumie, kto w tej branży pracował, $4 na godzinę, 10 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu. Praca poprostu katorżnicza. Pracowali przeważnie chłopi z łomżyńskiego i białystockiego. Sól naszej ziemi. Pracowali tylko Polacy. Nikt inny by nie wytrzymał. Pracowali aby kupić traktor, snopowiązałkę, lub cement na budowę domu. Nasz szef, oczywiście "mafiozo" brał za nas $12/godz. i przypuszczam liczył zleceniodawcom dwa razy więcej godzin niż myśmy przepracowali. Przerabialiśmy szkołę na dom mieszkalny. Budynek miał 14 pięter. Rwaliśmy podłogi, burzyliśmy wewnętrzne ściany. Cały dzień huczało w tym budynku jak w ulu. Kurz gasiliśmy wodą. Wielokrotnie przyjeżdżała straż pożarna, sądząc że budynek się pali. Tak wielki obłok kurzu unosił się nad dachem. Gruz woziliśmy taczkami do zsypu, czyli do rury o średnicy jednego metra, która wydłużaliśmy w miarę przenoszenia się na wyższe kondygnacje. Na ulicy stał 60 stopowy kontener. W kontenerze pracował Józek. Rozgarniał on gruz, aby równo wypełniał wnętrze. Wszyscy zazdrościli mu tej pracy. Była dużo lżejsza niż wszystkie inne.

Lipcowy upał w połączeniu z wilgocią idącą znad oceanu wykańczał nas. Naprzeciwko naszej budowy była usytuowana ładna restauracja, w porze lunchu wypełniona lepszą klijentelą. Nienawidziliśmy tych nadzianych ludzi, czystych i zadbanych, my brudni bez szansy umycia się gdziekolwiek. Bo co tu dużo gadać, to prawda co mówił kiedyś brodaty facet że "byt kształtuje świadomość". Moi koleżkowie siadali na przerwie przy oknach bez futryn i pustym zmęczonym wzrokiem obserwowali czyścioszki się zajadają. Oni jedli z talerzy coś - czego nawet nazwać nie potrafiliśmy. Popijali winkiem. My jedliśmy chleb z grubo krajanym boczkiem, popijając mlekiem z butelek po wódce. Podczas przerw większość proznowała. Ja - nie. Myślałem jak tu dać satysfakcję moim współtowarzyszom, kosztem tych z poziomu ulicy. Wymyśliłem. Na 14 piętrze były mieszkania nauczycieli z porzuconymi w nieładzie książkami, podartymi ubraniami i starą bielizną. Była tam też łazienka z pełnym sedesem nieczystości. Smród z tej łazienki mógł złamać niejednego z nas, mimo że do wielu smrodów byliśmy przyzwyczajeni. Ten był przeogromny. Postanowiłem wykorzystać sedes i podzielić się smrodem z burzuazją w restauracji. Dałem moją myśl pod głosowanie gremium. Zgoda była pełna. Odkręciliśmy śruby łączące sedes z podłogą. Uszczelniliśmy go od dołu. Górę obłożyliśmy koszulami i marynarką. Nic nie oszczędzaliśmy. Nieśliśmy ten sedes ustawiony na deskach na 7 piętro po schodach. Stasiu, jeden z nas, który miał pod Łomżą chodowlę świń, cały obrośnięty rudym kłaczywem na piersiach i na plecach, po długiej zadumie i myśleniu powiedział: to gowno jest dobrze zmacerowane". Wszyscy przytaknęli gęsto spluwając na podłdgę. Pewno że miał rację. Nie wiedziałem co to znaczy, lecz wierzyłem Stasiowi na słowo. Nieśliśmy ten sedes jak kiedyś popiersie Chorążego Pokoju na pochodzie. Szedłem pierwszy usuwając z drogi cegły i drągi. Wołałem "bracia, aby nie uronić". Praca nasza byłaby niemożliwa w tym budynku, gdybyśmy wylali zawartość. Smród gęsty "że można krajać" szedł za nami posuwając się za sedesem. Cieszyłem się z tego smrodu, który gwarantował powodzenie akcji. Doszliśmy. O 12-tej w południe gwałtownym ruchem wrzuciliśmy sedes wraz z zawartością do rury. Tompnęło, grzmotnęło, aż zachwiało nami. Podekscytowani akcją nie powiadomiliśmy Józka w kontenerze. Trudno. Teraz się w nim miotał, bijąc pięściami o stalowe ściany błagał o łaskę. Nie miał sił aby wyskoczyć. W końcu przewieszony przez jego obramowanie rzygał gęstą żółcią.

Smród wolno, acz niepochamowanie doszedł do restauracji. Eleganckie panie i panowie opuścili pomieszczenie i stoliki ustawione na trotuarze. Nie, oni nie oddalali się z elegancką godnością. Oni pierzchali w popłochu pozostawiając na talerzach napoczęty "Beef Strogonoff" i niedopity Pinot Noir w kieliszkach. Pierzchali również kelnerzy przeskakując przez mały żywopłocik z kwiatów w doniczkach. Kwiaty były różnokolorowe. Pamiętam jak dziś. Musiały ładnie pachnieć. W takich restauracjach ważne są wrażenia estetyczne. W pełni uzyskaliśmy zaplanowany efekt. Trzeba było widzieć twarze i oczy moich kolegów. Byli dumni, bladzi i usatysfakcjonowani. Ten wyraz twarzy miał lud Paryski po zdobyciu Bastylji i marynarze Aurory po zdobyciu Pałacu Zimowego. Co ja odczuwałem?

Pochodzę z warstwy naszego narodu która kiedyś specjalizowała się w szarżach na armaty. Nie ma już armat ustawianych w wąwozach, nie ma kawalerii i szabel, amarantów zapiętych pod szyję. Została jednak kawaleryjska fantazja. Ona jest w genach. Ona była, jest i będzie.

Tak trzymać. Tak trzymać PANOWIE.!

Było to w finansowej stolicy świata, czyli w Nowym Jorku, na wyspie Manhattan, w 1982 roku.


Ameryka