Fan mail do Najmitów

      Jerzy Surdykowski

    • Polonia - mity i nadzieje

    • Dlaczego Polacy sikają pod wiatr?

    • Polonia - mity i nadzieje

       Jeśli władze Kongresu Polonii Amerykańskiej będą nadal odpychać od siebie ludzi młodych i aktywnych, to polskie lobby szybko uwiędnie i przejdzie do historii - pisze Jerzy Surdykowski.

       W najbliższy wtorek Senat rozpocznie wreszcie dyskusję o Polonii. Mimo że nie proszony, pozwalam sobie włączyć się do tej potrzebnej rozmowy. Jako konsul generalny w Nowym Jorku w tym właśnie "temacie" pracowałem z góra sześć lat. Przedtem, w latach 80., i ja byłem Polonią. Spędziłem wówczas w USA półtora roku, pracowałem w polonijnych mediach, m.in. prowadziłem polonijną telewizję. Może mój głos na coś się przyda.

      Czy Polonia jeszcze istnieje

       Coż to jest Polonia? Polacy albo ich potomkowie osiadli w różnych państwach, do których przybyli za chlebem lub jako polityczni wygnańcy. Jeśli tak, to Polonia jest jeszcze na Zachodzie - tam rzeczywiście przybywały kolejne fale emigrantów, gnane upadkami kolejnych powstań i nadzieja na lepsze życie.
       W USA, największym skupisku polskim na obczyźnie, podczas spisu ludności w 1990 r. 9,46 mln Amerykanów zadeklarowało polskie pochodzenie. To niezły wynik, zważywszy iż pochodzenie to zwykle bywa mocno pomieszane - w rodzinnym drzewie genealogicznym jest zwykle babcia Włoszka, dziadek "Ajrisz", jacyś Hiszpanie i paru Polaków. Powinniśmy być zadowoleni, ze tak wielu czlonkow wymieszanego narodu uważa pochodzenie polskie za najważniejsze. Zasługę w tym maja przede wszystkim Papież, Lech Wałęsa i upadek komunizmu nad Wisłą. Wtedy to wielu Amerykanów nareszcie przestało się wstydzić polskiego pochodzenia.
       Ale jak nazwać Polaków i ich potomków w państwach byłego Związku Sowieckiego? Polonia - jak ich zwą urzednicy? Wolne żarty. Jak trafnie ujął to w okresie ambasadorowania na Litwie prof. Jan Widacki: "Oni nie przekraczali nigdy granicy, to granica ich przekroczyła". Podobnie na Ukrainie, na Białorusi, w Kazachstanie. Nie jeździli tam za chlebem i nie jeździli tam dobrowolnie. To NKWD wywoziło ich do łagrów lub "na osiedlenie".
       A jak nazwać coraz liczniejszą grupę ludzi o bardzo zróżnicowanych kwalifikacjach, ktora - korzystając z rosnącej swobody poruszania się po "globalnej wiosce" - raz pracuje tu, raz tam? Pewien czas żyja w Polsce, potem w Nowym Jorku albo Rzymie. Do tej rosnącej grupy naleza zarowno nielegalni polscy robotnicy, pożądani w nowojorskim Greenpoincie czy na niemieckich budowach, jak i asy nauki. Np. prof. Aleksander Wolszczan - kilka miesiecy spedza na uniwersytecie stanu Pensylwania, potem w Puerto Rico (przy największym na świecie radioteleskopie), a potem w Toruniu (tu też jest profesorem). Albo młodzi eksperci finansowi, ktorzy zdobywaja szlify na Wall Street, a potem wracają na warszawską gieldę. Czy na długo?

       Czy to jeszcze Polonia, czy już obywatele świata, który nadchodzi i do nas?

      Nie ma "wujka z Ameryki"

       Stereotypami najbardziej obrosła Polonia amerykańska. Polonusa wyobrażamy sobie jako poczciwego przygłupa - z marną polszczyzną, ale nabitą kiesą, uwielbiającego ludowe tańce i spragnioną "dutków" rodzin na Podhalu czy w Łomży. Tymczasem przytłaczająca wiekszość tych blisko 9,5 mln ludzi nie mówi po polsku, nie odczuwa żadnych obowiązków wobec Polski ani nawet większego zainteresowania krajem przodków. Ot, wiedzą i nie ukrywają, że pochodzili oni z Polski. Też dużo. Wszelkie jednak marzenia o "zaktywizowaniu dla sprawy polskiej" tych ludzi albo tromtadrackie zapewnienia niektórych polonijnych liderów, że "reprezentują 10 mln Polaków w USA", trzeba włożyć między bajki.

       Polacy w końcu XIX i w pierwszej połowie XX stulecia - jak wszyscy niewykwalifikowani i nie znający angielskiego zahukani przybysze - kierowali się tam, gdzie była cieżka i niskopłatna praca. Osiedlali się wokół hut i kopalń Pensylwanii, rzeźni Chicago, fabryk samochodowych w Detroit i zbrojeniowych w Connecticut. Tam powstawały "polskie getta", podobne do gett innych nacji, znajdujących się blisko Polaków na szczeblach amerykańskiej drabiny społecznej. W robotniczych dzielnicach zła znajomość angielskiego i niska pozycja społeczna były dziedziczone z ojca na syna, bo w getcie można się doskonale porozumieć w ojczystym języku. Lącznikiem z niezrozumiałym i przerażającym światem zewnętrznym był wyemancypowany rodak: ksiądz, prawnik, lokalny przywódca polskiej organizacji.

       Tak rosły w siłę getta - ksenofobiczne, skupione wokół swego kościoła i swej organizacji wzajemnej pomocy, kultywujące kulturę narodową w wersji wywiezionej ze starego kraju nie tyle ze względu na patriotyzm, ile na nieznajomość języka i kultury miejscowej. Najgłośniejsze przykłady to powstała w połowie XIX w. osada Panna Maria w Teksasie, gdzie przeniosła się cała wieś ze Śląska i powstał pierwszy polski kościół w USA, czy osada w Riverhead koło Nowego Jorku.

       Getta etniczne skonczyły się wraz z upadkiem ciężkiego przemysłu, upowszechnieniem telewizji i szkół średnich. Ostateczny cios zadał im "bussing" - wożenie dzieci do szkół w innych dzielnicach, by przełamać bariery rasowe między Czarnymi a Białymi. Od lat 50-tych pierwszym językiem Polaka urodzonego w USA jest angielski, a wszystko, co mogą zrobić rodzice, to wielkim nakładem pracy i starań zmusić dzieciaka do nauczenia się jako tako ich języka - jako drugiego i nie zawsze lubianego. Miara upadku getta etnicznego jest zmniejszanie się liczby polskich gazet w USA: przed wojna było ich ponad 30, dziś są cztery.

       Relikty gett funkcjonują jeszcze w postaci polskich dzielnic w niektórych wielkich miastach: w Nowym Jorku - Greenpoint, w Chicago - "Milwalki" (okolice Milwaukee Avenue), w Chicago - Hamtramick, w Toronto - "Racze Wały" (okolice ulicy Roncesvalle).

       Nie ma tam już stałych mieszkanców. Zaludniają je "wakacjusze": Polacy przybyli do USA niby na wakacje, a faktycznie do pracy "na czarno", albo uciekający od zobowiazań i związków pozostawionych daleko za oceanem. Przebywają tu o wiele dłużej, niż pozwalają im na to turystyczne wizy; często sami nie wiedzą, kiedy wracać. Ci ludzie traktują miejsca, w których mieszkaja, jak przejściowe sypialnie, nie inwestują tu ani uczuć, ani pieniędzy, nie próbuja nawet wejść w miejscowe życie. Niektórym udaje się po latach zalegalizować pobyt, zdobyć wymarzone "papiery" i wtedy opuszczają te nie kochane miejsca. Albo przechodza do grupy, która żyje z nastepnych "wakacjuszy" - wynajmują im pokoje, prowadzą sklepy, gdzie mówi się po polsku lub zatrudniają nielegalnie Polaków w swych interesach.

       Polskie dzielnice nie przeżywaja dziś prosperity, bo gwałtowny wzrost wartości złotówki w stosunku do dolara ogromnie zmniejszył atrakcyjność nielegalnej, niskopłatnej pracy. Ale krajowe bezrobocie wygania za granicę kolejne roczniki młodych mężczyzn. Tak toczy się ten mały, zamknięty świat.

      Nie chcemy czy nie potrafimy?

       Jest jednak i prawdziwe życie Polonii - tam, gdzie są Polacy i Amerykanie polskiego pochodzenia, którzy coś osiągneli, którzy mają wysoką pozycję zawodową i społeczną w USA. Ci ludzie żyja w rozproszeniu, w dobrych dzielnicach, daleko od resztek polskiego getta. Zwykle nie bywają w polskim kościele i starannie omijaja organizacje polskie. Ich prezesi, ludzie starszego pokolenia, tkwią bowiem po uszy w gettowej mentalności, choć getta dawno się rozpadły.

       Najważniejszymi, bo najbardziej liczebnymi i najbogatszymi organizacjami polonijnymi w USA sa wciaż towarzystwa wzajemnej pomocy: Polskie Zjednoczenie Narodowe i Zjednoczenie Polskie Rzymsko-Katolickie. To był wspaniały pomysł na koniec XIX w., kiedy nie było powszechnych towarzystw ubezpieczeniowych, a polski robotnik w razie wypadku, choroby lub urodzin dziecka stawał w obliczu krachu finansowego. Dziś jednak o dobre ubezpieczenie nietrudno, co podcięło atrakcyjność tych organizacji. Ale trwają. Wciaż są podstawą Kongresu Polonii Amerykańskiej, a wszyscy dotychczasowi prezesi tej federacji polskich organizacji (włącznie z obecnym prezesem Edwardem Moskalem) byli też prezesami Polskiego Zjednoczenia Narodowego. Obok nich ważna role odgrywa Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, założone jeszcze przez powracających żołnierzy "błękitnej armii" gen. Hallera, dziś zapełnione przez leciwych kombatantów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

       Te organizacje kultywują zaprzeszły model kultury wiejskiej, w której narodowość artykułuje się przez tańczenie polki i konsumpcję bigosu. Wciaż kłóca się wiekowi prezesi, a wlokące się zebrania są popisami gadulstwa i nieudolności.

       W konsekwencji organizacje polonijne nie mają żadnych szans na wciągnięcie do wspólnych działań najbardziej wartościowej części społeczności polsko-amerykańskiej, ludzi żyjących aktywnie i odnoszących sukcesy zawodowe. Ci ludzie potrafią skrzyknąć się sami. Polscy informatycy i inżynierowie komputerowi, pracujący za duże pieniądze w Kalifornii, zwołują się przez Internet na doroczny "Rajd Wolnego Najmity" w Dolinie Śmierci. Organizują zabawy sylwestrowe, wspólne wyprawy pomijąc polonijne biura podróży. Tę samą drogą porozumiewają się prenumeratorzy "Donosów" (gazetka informacyjna rozsyłana z Warszawy przez Internet).

       To nasuwa pomysł stworzenia komputerowej kartoteki polskich lub polskiego pochodzenia specjalistów i ekspertów z całego świata, a przynajmniej z ważniejszych państw. Nie tylko my mielibyśmy spis osób najwartościowszych, mających wiedzę i wysoką pozycję społeczną. Także ci ludzie, poznawszy swe adresy komputerowe (e-mail), być może zaczęliby wymieniać między sobą informacje, skrzykiwać się i być może powstałby w ten sposób prototyp organizacji XXI wieku, organizacji dla ludzi zajętych i rozproszonych: bez zebrań, prezesów i nudnych przemowień.

       Wymyślił to Tomasz Jastruń, gdy kierował Ośrodkiem Kultury Polskiej w Sztokholmie. Od końca 1991 r., gdy Tomasz przysłał mi ten pomysl do Nowego Jorku, probując zainteresować nim kolejnych ministrów - bez rezultatu. A tak niewiele potrzeba, by owa komputerowa kartotekę stworzyć i rozruszać; trzeba kilku osób, paru etatów, komputerów - w sumie śmiesznie małe pieniądze. Ale... nie ma. Podobnych działań próbował Komitet Badań Naukowych w stosunku do uczonych polskich w świecie - a więc grona znacznie węższego - także bez rezultatu.

       Jesli chcemy traktować Polonię poważnie, jeśli uważamy, że jej cześć może być użyteczna dla Polski jako eksperci i doradcy, że tych ludzi można zmobilizować do ważnych, wspólnych poczynań na rzecz kraju, to trzeba choć trochę zdecydowania i nakładów. Samo się nie zrobi. W przeciwnym razie wciaż bedziemy zdani na "Panów Prezesów".

      Oczy zwrócone na Wschód

       Polonia sama nie wie, jak bardzo przyczyniła się do sukcesu gospodarki wolnorynkowej w Polsce. To nie nieustepliwa, niepodleglościowa postawa była najważniejsza. Nie pomoc finansowa dla przeszkolenia nowych ekspertów finansowych, którzy - obojętne, z "Solidarności" czy z SLD - mają za sobą miesiące pracy w zachodnich bankach czy międzynarodowych instytucjach finansowych.

       Najważniejsze, że setki tysięcy zwykłych Polaków pracowało i ciułało na Zachodzie, by w dniach rozpadu komunizmu wyciągnąć z przysłowiowej pończochy zarobione dolary czy marki i zainwestować je chociażby w handelek pod gołym niebem, a potem zarobionymi złotówkami obracać dalej i dalej... Tak powstała wąska jeszcze polska klasa średnia. Bez Polonii składałaby się niemal wyłącznie ze wzbogaconej nomenklatury.

       Typowy polonijny biznes to niewielka fabryczka. I ten polonijny biznes mogł Polsce dać bardzo wiele. Naszym największym polskim błędem było nieutworzenie zaraz po upadku komunizmu funduszy wspolnego inwestowania w Polsce czy chociażby emisji polskich papierów wartościowych do sprzedaży za granicą, zwłaszcza w USA. Pozwoliłoby to wykorzystać rozproszone fundusze setek tysięcy drobnych polonijnych biznesmenów i ciułaczy. Takie papiery sprzedawano przed wojna; wtedy udało się jakoś pokonać bariery formalnoprawne. W latach 1989-90 tego nie zrobiono. Dziś jest za późno, polskie "pięć minut" się skończyło. Dziś rzecz jest możliwa na zwykłych zasadach komercyjnych, w konkurencji z funduszami operujacymi w Tajlandii czy Hongkongu.

       Są świetlane wyjątki. Frank Piasecki, niegdyś właściciel dużej wytwórni helikopterow, poświecił wiele pieniędzy i użył wszelkich wpływów, by polski śmigłowiec "Sokół" otrzymał atest amerykański, niezmiernie przydatny w promocji tej maszyny na innych rynkach. Rzecz w tym, czy ten atut potrafimy wykorzystać. Jest Michał Sendzimir, potomek wielkiego wynalazcy, wytrwale zabiegąjacy o utworzenie miedzynarodowego konsorcjum inwestujacego w rozbudowę huty imienia jego ojca. Jest Wiktor Markowicz, który poświecił lekką ręką kilkadziesiąt tysięcy dolarów na uratowanie wykradzionego z Łazienek przez hitlerowców obrazu Gabriela Metsu "Praczka". Jest wielu znakomitych inżynierów, z olbrzymią praktyką i Polską w sercu, którzy mogliby dużo dobrego zrobić dla naszej gospodarki.

       Podobnie z ekspertami, do wykorzystania których tak zachecam. Jest przecież Julian Starostecki, od lat na emeryturze, twórca czesci mechanicznej słynnej rakiety "Patriot". Ze zbliżonej branzy - prof. Janusz Przemieniecki, do niedawna szef personelu cywilnego w najwiekszym amerykańskim instytucie aerodynamiki pracującym dla wojsk lotniczych.

       Pewne ważne rzeczy można by zrobić szybko i bez większych kosztów. Dobrze, że stowarzyszenie Wspólnota Polska ma oczy zwrócone na Wschód, bo tam właśnie mieszka najbiedniejsza i najbardziej pokrzywdzona przez los część Polonii. Ale w jednym powinna zdecydowanie pomóc Polakom na Zachodzie: w prowadzeniu szkół sobotnich przeznaczonych dla dzieci uczących się dodatkowo jezyka i historii Polski. W wyposażeniu tych szkół - nieraz borykających się z poważnymi trudnościami finansowymi - w podreczniki i pomoce szkolne. W czasach PRL podręczniki dostarczała agenda londyńskiego Rzadu RP; chodziło o zabezpieczenie przed indoktrynacją komunistyczną. Dziś podręczniki sa "zdobywane" w trakcie wyjazdów do Polski co obrotniejszych nauczycieli. Szkoły sobotnie powinny być traktowane jako element naszego interesu narodowego, bowiem jedynie one - oprócz kilku letnich szkół kultury i języka polskiego w kraju - kształtują młodych ludzi, władających językiem polskim i odczuwających pewne zobowiazania wobec kraju ojców. Jeśli te szkoły upadną, upadnie też kontakt Polonii z Polską.

       I jeszcze jedno. Kolejni ministrowie finansów odmawiają stworzenia jakiejś formy zwolnienia podatkowego, które umożliwiłoby spędzenie starości w Polsce emerytowanym weteranom. Ci ludzie przelewali krew za Polske, a potem zostali zdradzeni w Jałcie i odcięci od kraju. Ich emerytury to zazwyczaj kilkaset dolarów. Czy naprawdę zwolnienie z opodatkowania w Polsce najniższych emerytur zagranicznych weteranów zachwiałoby budżetem RP?

      Zakorkowane lobby

       W USA Polacy różnia się od żydow dwiema cechami. Jeśli ktoś zaatakuje Icka, to Mosiek, Dawid i Szlomo stają za nim murem, nawet jeśli uważaja go za "szmondaka". Jesli ktoś zaatakuje Franka, to Józek i Zośka śmieją się, że Franio dostał po ryju. Po drugie: jesli żydzi organizują bankiet na cele spoleczne, to najtańsze miejsce kosztuje 500 dolarów i sala jest pełna. Jeśli na polskim bankiecie na podobne cele miejsce kosztuje 50 dolarów, to cała Polonia aż huczy od plotek, "kto na tym zarobił".

       Można się więc dziwić, że polskie lobby jeszcze istnieje. Jesli zabraknie tak oddanych, lecz niestety wiekowych osób, jak Jan Nowak-Jeziorański czy państwo Lenard, to nie będzie już komu zabiegać w Waszyngtonie o sprawy polskie. Tym bardziej że Kongres Polonii Amerykańskiej nie utworzył biura w stolicy USA, preferując jako siedzibę swoich władz "staropolonijne" Chicago.

       Jeżeli władze Kongresu będą nadal odpychać od siebie ludzi młodych i aktywnych, to polskie lobby uschnie jeszcze bardziej. Niedawno lokalne struktury Kongresu zaktywizowała akcja wysyłania listow i telegramów popierających wejście Polski do NATO. Nie na długo to jednak wystarczy, a inwentarz spraw do załatwienia nie kończy się na NATO.
       Jakąś role odgrywa ostatnio Federation of Polish-American, organizacja skupiajaca młodych działaczy, którzy odeszli z Kongresu, bo nie byli w stanie współpracować z jego obecnym kierownictwem. Zwykle jednak takie rozłamowe inicjatywy, oderwane od szerszej bazy społecznej, oparte jedynie na grupkach ludzi dobrej woli, żyja tylko pare lat.

       A przecież wcale nie trzeba wielu ludzi, by wiele dokonać. Spośrňd pięciu rezolucji senatów stanowych popierających wejście Polski do NATO - nie mają one znaczenia prawnego, ale są ważna forma nacisku na parlament federalny - cztery powstały w okregu nowojorskim (stany Massachusetts, Connecticut, New Jersey i Pensylwania). Śledziłem ich powstawanie i wiem, jak niewielu ludzi - majacych jednak dobre kontakty polityczne - było w to zaangażowanych. Polskie lobby może istnieć i odnosić sukcesy, ale bez zmian w Kongresie Polonii Amerykańskiej, bez dopływu świeżej krwi i środków finansowych nieuchronnie uwiędnie.

      Niech zdechną twoje krowy!

       Amerykański farmer, kiedy krowy jego sąsiada dają wiecej mleka, modli się: "Boże, spraw, aby moje krowy dawały więcej mleka niż jego!" Polski rolnik prosi Najwyższego: "Boże, spraw, żeby jego krowy zdechły!".
       Ta niepocieszająca zasada nie tylko blokuje utworzenie silnego polskiego lobby, ale także psuje inicjatywy pomocy dla Polaków na Wschodzie. To prawda, ze Polonia w USA czy Kanadzie jest zmęczona i trochę zniesmaczona stałym wyciąganiem przez kraj ręki po prośbie. A to rodzina, a to kosciół we wsi ojca, a to kalekie dzieci, a to bezrobotni. Ale konieczność pomocy najbiedniejszej i najbardziej pokrzywdzonej cześci naszego narodu powinna być oczywista.

       Jesienią 1994 r., w obecności prezydenta Wałęsy i premiera Pawlaka, obradował w Buffalo jubileuszowy zjazd Kongresu Polonii Amerykańskiej. 50 lat temu w tym samym miejscu powstała ta polityczna reprezentacja polskich organizacji w USA dla przeciwstawienia się jałtańskiej zmowie mocarstw i wsparcia walki Polaków o niepodleglość. 50 lat później - w obecności najwyższych przedstawicieli Wolnej Polski - zaistniała wymarzona okazja, by zwrócić się z apelem do Polonii: historyczny cel, dla którego zawiązał się Kongres, został zrealizowany. Teraz wielkim, historycznym celem Polonii na Zachodzie powinna być pomoc dla Polaków w byłym ZSRR - tak w odbudowie polskiego życia na miejscu, jak i w powrocie do kraju!
       Okazja została zmarnowana. Obserwowałem, jak utracano projekt stosownej rezolucji, pewnie tylko dlatego, że nie wyszedł z właściwego biura. Niech zdechną twoje krowy!

       Obok dalszego wspierania wejścia Polski do NATO jest to być może najważniejsza sprawa, jaka moglibysmy - my z kraju - "załatwić" z Polonia bogatych państw Zachodu: współdziałanie w odbudowie życia polskiego w byłym ZSRR i pomoc w sprowadzeniu do kraju tych Polaków z Kazachstanu, którzy sobie tego życzą. Status materialny Polonii i jej struktury organizacyjne (gettowe i podstarzałe, lecz może dlatego dobre do tego celu) - wszystko to pozwala nieść stałą pomoc dla najbiedniejszej części narodu; dodajmy potencjał sentymentu do kresów wsparty biografiami wielu Polaków na Zachodzie. Brakuje tylko sposobności, by uczynić z tego zadania wielki cel, zrozumiały dla naszych rodaków na Zachodzie. Brakuje też zwykłej staranności, a może i zrozumienia wagi tej sprawy ze strony kraju.

       Wiosną 1996 r. rzad podjął uchwałę o repatriacji Polaków z Kazachstanu i zaapelował do Polonii, by materialnie w tym pomogła. Przy Urzedzie Rady Ministrów powstała komórka zajmujaca się tą sprawą. Kiedy we wrześniu tegoż roku dwie ważne polonijne osobistości publiczne złozyły wysokie ofiary na ten cel, nie otrzymały nawet podziękowania z Polski. A w trakcie rozwiązywania URM-u owa komórka nabrała wody w usta, przestała odpowiadać na listy i nie uważała za stosowne podać nawet adresu instytucji lub osoby, której przekazała swoje kompetencje. Doprawdy, nie pora na takie żarty!

      * Jerzy Surdykowski - ur. w 1939 r., pisarz i dziennikarz, 1970-80 - wiceprezes SDP, 1981 - publicysta prasy "S", w stanie wojennym objęty zakazem druku, do 1989 r. współpracownik prasy podziemnej. W latach 1990-96 konsul generalny RP w Nowym Jorku.

      Gazeta Wyborcza nr 51 wyd. W, 1997-03-01/02
      dział: Gazeta Świąteczna, str. 10/12


      Dlaczego Polacy sikają pod wiatr?

      Czyli wstęp do analizy zjawiska Wałęsy i "wałęsizmu"

       Tak, o coś więcej niż wstęp trudno się dziś poważyć. Teren jest nie tylko słabo rozpoznany i zaminowany emocjami ale i pusty. Autorzy o nim piszący tworzyli albo bezbarwne hagiografie jak "Droga nadziei", albo paszkwile. Czas rzetelnej analizy człowieka i fenomenu pewnie dopiero się zacznie. Musi się zacząć, bo rola Lecha Wałęsy w tym, co się działo w Polsce w ostatnich kilkunastu latach - obojętnie czy destrukcyjną czy twórcza - jest trudna do przecenienia. W tych latach - od historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej - byłem dość blisko szczupłego zrazu wąsatego robotnika, nigdy nie na tyle jednak, by być uznanym za zausznika lub członka dworu. Dlatego też spróbuję, mając nadzieję na bardziej pogłębione analizy, które być może już powstają. Nie poważę się jednak na nic więcej niż kilka obrazów i dygresji na temat węzłowych punktów tej niezwykłej biografii politycznej, jej roli dla Polski i świata.

      DYGRESJA I: Ilu trzeba Polaków, by przekręcić swiat dookoła?

       Ponieważ w Nowym Jorku wszystko trzeba zacząć od dowcipu i skończyć innym (pomiędzy żartami nie powinno znajdować się więcej jak 20 minut poważnej przemowy!), bywało, że zaczynałem swe wystąpienia tak: Wiecie znam świetny polski dowcip. Otóż ilu Polaków trzeba aby przekręcić świat dookoła? Prawidłowa odpowiedz brzmi: dwóch. Jeden to syn żołnierza z Wadowic, drugi to elektryk z Gdańska! Amerykanie doskonale to rozumieli i nikt już nie próbował wyciągać z naftaliny zapasu Polish jokes. Bo tak nas rzeczywiście widzą w świecie: przez te dwie postaci, i ich wpływ na dzieje ostatnich dwu dość burzliwych dziesięcioleci. Bo dla świata a w nim jedynego obecnie wielkiego mocarstwa jakim jest Ameryka upadek komunizmu jest na pewno najważniejszym wydarzeniem drugiej połowy XX wieku. Tylko czy my to doceniamy? Z Ojca świętego już zrobiliśmy ludowego świątka a z Lecha Wałęsy? No właśnie...

      OBRAZ I: Dziecko PRL

       Urodzony w nie istniejącej już dziś administracyjne kujawskiej wsi Popowo koło Dobrzynia nad Wisłą we wrześniu 1943 roku, jest Lech minimalnie starszy niż Polska Ludowa. Tym, co czyniłoby z jego rodziny wzorcowy model PRLowskiego awansu chłopskich synów, to uporczywa biedą pomoc państwa dla wielodzietnej rodziny, zawodowe wykształcenie zdobyte przez dzieci i ich droga do miasta, do - jak to się wtedy powiadało - "wielkich, socjalistycznych zakładów". Na wcielonych do Rzeszy Kujawach tępiono Polaków znacznie ostrzej niż w Generalnej Guberni. Wkrótce po urodzeniu Lecha, ojca wywożą na roboty do Niemiec, a stąd trafia do obozu niewolniczej pracy: śmiertelnie chory i wycieńczony zdążył po wojnie wrócić do domu tylko po to, aby umrzeć pod własnym dachem. Chłopskim zwyczajem opiekę nad rodziną objął młodszy brat Stanisław, chrzestny Lecha i - w myśl tego zwyczaju - ożenił się z wdową. Z tego związku przybyło jeszcze trzech synów. Wszystkich miał wyżywić niespełna 4,5 hektarowy kawałek ziemi. Rodzina nie miała nawet konia, za jeden dzień pracy zwierzęcia starszy brat Stanisław zarobkował cztery dni u bogatszego gospodarza. Nie istniejąca dziś chałupa miała gliniane klepisko zamiast podłogi.

       Brakowało wszystkiego, nawet na zeszyty do szkoły i okrycie na zimę. Pokończyli te szkoły tylko dzięki pomocy Państwowego Domu Młodzieży oferującego wtedy najbiedniejszym chłopskim dzieciom ubranie, zapomogi, bezpłatny internat. Końcowa ocenaze szkoły - dostateczna. Zawód: mechanik rolniczy. Tacy jak on szli do miasta, wstępowali do PZPR, uczyli się klaskać lub wołać "precz" we właściwym i z góry oczekiwanym momencie. Potem zostawali brygadzistami i II sekretarzami, mierzwą na której spoczywało cielsko wyższej i zazwyczaj nieosiągalnej dla byle kogo - nomenklatury. Przecież gdyby nie Polska Ludowa nadal pasaliby swoją krowinę i odrabiali u "bambra" po cztery dni za każdy dzień konnej orki. Tak poniosło przecież życie starszego odeń Stanisława, a Lech szedł jakby jego śladem, nawet z wojska obaj wyszli kapralami z propozycją pozostania w służbie zawodowej.

       Zaledwie parę lat wytrzymał w ośrodku maszynowym obsługującym miejscowe rolnictwo. Marne zarobki. W poszukiwaniu lepszego losu wybrał się - namówiony przez brata - do stoczni w Gdyni, naonczas imienia Komuny Paryskiej. Do Stoczni Gdańskiej naonczas imienia Lenina trafił tuż przed marcowymi wydarzeniami 1968 roku. Tylko ten, kto był wtedy na Wybrzeżu i był związany z przemysłem okrętowym wie jak ciężko przechorowała ta stocznia ów Marzec, jak wrzała na krawędzi strajku, jak gwałtownie odreagowywali robotnicy, gdy zrozumieli jak ich oszukano wypuszczając przeciw zbuntowanym studentom. To stłumione rozgoryczenie też było jednym ze składników krwawej eksplozji grudniowej nieco ponad dwa lata później. Ale ktokolwiek i cokolwiek będzie myślał i pisał o Lechu Wałęsie nie może pominąć tych kluczowych elementów politycznej edukacji pokolenia chłopskich synów, pokolenia o wzorowym życiorysie jak z leninowskiej czytanki, które poszło do miasta aby być pretorianami nowego ustroju i na własnej skórze poczuło jak ten ustrój funkcjonuje. Edukacji, która zupełnie przeciętnego wiejskiego chłopaka zaprowadziła do roli przywódcy ruchu, który wstrzasnął światem, a węzłowymi punktami tej edukacji są przeżyte we wrzącym gdańskim tyglu "polskie miesiące": Marzec i Grudzień. W Grudniu nie był już żółtodziobem, wybrano go jednym z wydziałowych delegatów do stoczniowego komitetu strajkowego, ale nie odgrywał w nim czołowej roli, był w drugim szeregu. Po strajku, wybrany został społecznym inspektorem pracy w odnowionych właśnie związkach zawodowych. Jest też wśród tych, którzy poważnie potraktowali złożone przez Edwarda Gierka zobowiązanie odsłonięcia tablicy upamiętniającej stoczniowców poległych w Grudniu. Wałęsa był przy bramie, którą wychodzili, tragedia rozegrała się na jego oczach. To wystarczyło by znalazł się na wiadomej liście w wiadomej instytucji: stąd kolejne aresztowania, pierwsze jeszcze w trakcie grudniowych zajść. Nękanie przez SB jako element edukacji politycznej? Tak; jednych zastraszało i uciszało, innych rozjuszało. Dlatego od połowy lat siedemdziesiątych wszystko zaczyna toczyć się jak śniegowa kula po zboczu: zwolnienie ze stoczni jako "rozrabiacza" na dwa miesiące przed czerwcowymi zajściami 1976 roku, represje, rosnąca zawziętość, aż na koniec kontakty z grupkami ówczesnej opozycji. Reszta znana z gazet.

       W życiu Lecha Wałęsy skupia się wielkość i nieszczęście powojennego losu polskiego plebeja. Nie jest to modny rodowód, ale jakże powszechny w kraju przeoranym przez narzucony ustrój i masową wędrówkę do miejskich bloków. Modne jest posiadanie w rodzie powstańca z 1830 lub 1963 roku, ojca legionisty albo przynajmniej ziemianina. W plebejskich rodzinach nie było nie tylko portretów utytułowanych przodków, ale nawet ocalonej z pożogi biblioteczki przedwojennych książek, które dla młodych bywały odtrutką na urzędową indoktrynację. Im nikt nie przekazywał rodzinnej prawdy o Katyniu i Jałcie. Była tylko bieda i ciężka praca ponad siły, która miała jakoby z biedy wyciągnąć, ale nigdy nie była skuteczna i nigdy nie została ukończona. Jak Los. Była też religia równie surowo traktowana jak codzienna praca ale choć Kościół zawsze uczył prawdy, to nie uczył wtedy wyzwolenia z komunizmu i nawet w czasach stalinowskich "Boże coś Polskę" śpiewano z refrenem "Ojczyznę wolną pobłogosław Panie.

       Więc, gdzie jest ten zwrotny moment, który wzorowy życiorys poplecznika systemu zmienia w nieprawomyślny życiorys jego nieprzejednanego przeciwnika?

      DYGRESJA II: Chrześcijańska.

       Już na mnie skaczą Prawdziwi Polacy. Lekceważysz religię rzymsko-katolicką! To głęboka wiara kazała Lechowi odrzucić komunizm i stać się opozycjonistą chrześcijańskim zresztą, a nie laickim, jak ci KOR-owcy, których wpływowi przez pewien czas ulegał. Próbowałem dociec tego wątku, rozmawiałem z osobami, które go dobrze znały w dawnych czasach. Nikt nie poświadcza wyjątkowej religijności chłopaka. Owszem, był, ale tyle co wszyscy: co niedziela na mszę, w dzień powszedni ciężka praca i ewentualnie drobne grzeszki. Ostentacyjna religijność zaczęła się dopiero od pierwszej niedzieli solidarnościowego strajku, gdy zamknięta w stoczni grupka wiedziała tylko, że rzuciła śmiertelne wyzwanie systemowi; nie wiedziała jednak, czy ich ktokolwiek poprze, czy jutro nie wjadą czołgi, jak zachowają się powracający do pracy stoczniowcy, co powie miasto, Polską no i oczywiście Moskwa. Przecież dopiero wczoraj podpisali bardzo korzystne dla załogi Stoczni Gdańskiej porozumienie gwarantujące każdemu podwyżkę o 1500 ówczesnych złotych i budowę pomnika. Teraz wszystko zacznie się od nowa na gorszych warunkach z ciężarem wszystkich strajkujących zakładów na głowie. I wtedy podszedł do bramy sławny później proboszcz parafii św. Brygidy (nie jest to bynajmniej położony najbliżej stoczni kościół) ks. Henryk Jankowski i zaproponował odprawienie mszy dla strajkujących. Była to pierwsza dłoń ku nim przyjaźnie wyciągnięta. Od tej chwili nie byli sami.

      DYGRESJA III: Amerykańska.

       Na tej wzorcowej biografii "dziecka PRL" jest rysą którą w dawnych czasach wygładzała sprawnie cenzura: po co ta Ameryka? Bo jak relacjonują bracia tak naprawdę nie wiadomo kto bardziej pomógł biedującej na glinianym klepisku rodzinie: państwo ludowe, czy "ciocia UNRA", a może po prostu ciotka Jadwiga Brolewicz mieszkająca w USA? Młodszym przypominam: UNRA to amerykańska agencja rządowa wysyłająca zaraz po wojnie paczki z żywnością i odzieżą z których część trafiła jednak do Polski, mimo, że komuniści na polecenie moskiewskie odrzucili P1an Marshalla. No i potem w 1973 - w pełni gierkowskiego dobrobytu wyjazd matki z ojczymem do USA; do roboty oczywiście trzeba pomóc dzieciakom borykającym się codziennym życiem świeżo przeniesionych do miasta wieśniaków, usiłujących jakoś wykarmić szybko przybywające na świat wnuki. No i polski los w tym wymarzonym Chicago: w dwa lata później matka ginie w wypadku ulicznym, ojczym przenosi się do New Jersey, jest robotnikiem w tartaku, regularnie przysyła skromne dary, jak przystało na rzetelnego młodszego brata, który stanął na miejscu zwolnionym przez śmierć starszego Bolesława. Doczekał "Solidarności," ale już nie stanu wojennego, do Polski nigdy przed śmiercią nie wrócił. W polskich wiejskich rodzinach przecież zawsze ktoś był w "Hamaryce"; dzięki temu przeżywali.

      OBRAZ II: Koparka albo wózek

       Są różne relacje o tym, jak strajk stoczniowy w sobotę 16 sierpnia 1980 roku przekształcił się w wielki i szeroki jak Polska strajk solidarnościowy. Jedni mówią że pewna piękna dziewczyna krzyknęła po podpisaniu porozumienia z dyrekcją stoczni: Leszku, zdradziłeś kolegów! Inni mówią, że naubliżała mu pyskata tramwajarka, późniejsza członkini prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego Henryka Krzywonos. Jeszcze inni po prostu o narastającej presji zakładów, które podjęły strajk, przysłały swoje przedstawicielstwa do stoczni po to tylko, aby dowiedzieć się, że trzeba iść do domu. Obojętnie jak było, to przez pół godziny wózek elektryczny z którego przemawiał do ludzi Walesa - stał pusty. Inni mówią, że to była koparka na którą wskakiwał z mikrofonem. Obojętnie - wózek czy koparka miejsce przywódcy było puste, a nastroje coraz gorętsze. Lech się wahał. I właśnie wtedy ktoś inny mógłby wskoczyć na to zaimprowizowane podium i zawołać: Strajkujemy! Solidarnie! Wówczas fala okrzyków i oklasków jego właśnie wyniosłaby na miejsce przywódcy. On podpisywałby 31 sierpnia pamiętne porozumienie z wicepremierem Jagielskim, on tworzyłby nowy związek zawodowy i usiłowałby zapanować nad gigantycznym ruchem społecznym, który się wokół niego tworzył. Byłoby lepiej albo gorzej. Przecież Wałęsa nie był jedynym bystrym, wygadanym i mającym zdolności przywódcze pracownikiem stoczni. Ten ktoś byłby albo zdolniejszy i lepszy, albo szybko by go to wszystko przerosło i spektakularna katastrofa zakończyłaby kolejne z długiego szeregu zmarnowanych polskich powstań. Wałęsa byłby wtedy tylko jednym z wielu lokalnych liderów, może gdzieś ukazałoby się jego zdjęcie, może jakiemuś reporterowi opowiedziałby swoje - tłumione w sercu - frustracje. Byłoby lepiej, albo gorzej - nigdy nie wiemy. Ale nikt inny nie poważył się na ten krok, dopóki wąsaty robotnik nie krzyknął: Zostajemy! Zakładamy strajk solidarnościowy! Więc może byłoby lepiej, gdyby ci, którzy nie poważyli się na ten skok, powściągnęli swoje zrozumiałe frustracje?

       I jeszcze jedno. W życiu każdego z nas była taka pusta koparka. I zwykle nie potrafiliśmy na nią w porę wskoczyć...

      DYGRESJA IV (a może nawet punkt węzłowy): "Bolek" z teczki

       Jeszcze raz wyobraźmy sobie młodego robotnika o wzorowym PRL-owskim życiorysie, nieco zagubionego w wielkim mieście i w wielkim zakładzie, obarczonego szybko przychodzącymi na świat dziećmi, gniotącego się z rodziną w ciasnym pokoiku, ale już upominającego się o swoje, usiłującego brać poważnie obietnice władzy, tak jak we wsi bierze się poważnie słowo soltysa. A więc już niebezpiecznego dla PRL-owskiej "małej stabilizacji", już obecnego w kartotekach zatrzymań i inwigilacji. Różnych sztuczek używała komunistyczna bezpieka aby takich złamać, skłonić do współpracy, zapaskudzić, skompromitować, a wiec unieszkodliwić lub nawet wykorzystać. Pracowali nad tym najtężsi psychologowie na bezpieczniackich etatach i wielu dało się na to nabrać, by wspomnieć choćby nieszczęsny czas stanu wojennego i ówczesne losy wielu sławnych, a dziś kompletnie zapomnianych regionalnych przywódców. Więc uczyńmy taką hipotezę: młodemu robotnikowi, który nie wie dobrze o co chodzi, ale już "rozrabia", i ma kontakty wśród znacznie dokuczliwszych "rozrabiaczy" podsuwa się do podpisania jakiś papier, warunkując tym zwolnienie z aresztu, posługując się szantażem i groźbą. Potem ten młodzik orientuje się w co wdepnął, ale podpis zostaje. Zostaje po to, aby w swoim czasie go wyciągnąć. Wcale bym się nie dziwił, gdyby - po Grudniu 1970 - jeden z łatwowiernych prostaczków nazywał się Lech Wałęsa. Nie było jeszcze zorganizowanej opozycji, nie było wsparcia, nie było czekających w najbliższym kościele lub KIK-u doradców prawnych. Nieliczni odważni byli sami, myśmy - w tym niżej podpisany - tchórzliwie i małodusznie milczeli. Liczy się świadectwo całego życia, a nie chwila lekkomyślnej łatwowierności.

       Jest to oczywiście tylko eksperyment myślowy. Teczka Bolka, jest fałszywką spreparowaną przez SB, albo i - co gorsza - różnych "majsterkowiczów" garnących się do manipulowania bezpieczniacką spuścizną już po upadku komunizmu. Tak przynajmniej twierdzi sam zainteresowany.

      OBRAZ III: Wojna na górze

       Lech Wałęsa - w przeciwieństwie do wielu swych kolegów i bliskich współpracowników, dla których charakterów stan wojenny był zbyt ciężką próbą - nie popełnił aż do upadku komunizmu żadnych istotnych błędów. Dlatego on i tylko on jeden mógł stanowić tło dla wyborczych fotografii z pamiętnego roku 1989. Gdyby obok Lecha stanął wtedy koń zostałby posłem z łaski aparatu - już nie jak dotąd partyjnego, lecz fotograficznego. To - a nie prezydentura - było moralnym apogeum jego kariery. Znowu go "wyniosło" (to dobre słowo, bo akcentuje brak wyraźnego zamierzenia we wcześniejszym okresie) do roli rzeczywistego lidera i moralnego autorytetu narodu o władzy większej niż jakikolwiek prezydent. A wyzwania przed którymi Polska stała były straszliwe. Nie tylko marna sytuacja gospodarcza odziedziczona po nieudolności Polski Jaruzelskiej, która sprawiała, że zachodni analitycy oceniali nasze ówczesne szanse nawet gorzej niż Rumunii. Nade wszystko, było oczywistym, że jedność "Solidarności" się kończy, że szybko wyłonią się z niej skłócone grupki i partyjki, a z braku wspólnego wroga ambitni liderzy wezmą się za łby. To mogłoby być wyzwanie, któremu sprostałby tylko Lech Wałęsa. Z jego autorytetem noblisty i nie skalanego kolaboracją przywódcy, z jego sprytem dla zakulisowych rozgrywek, który nie raz już wykazał, a miał dopiero niebywale rozwinąć objąwszy urząd prezydenta RP.

       Co sprawiło, że tej roli - jaką na kolejnym polskim zakręcie zaproponowała mu historia nie przyjął? A może nie podołał? Była to w ogóle pierwsza rzecz w jego burzliwym życiu, której nie podołał naprawdę. Po wygranych "półwolnych" wyborach 1989 roku toczyła się dyskusja: co dalej? Co dalej z "Solidarnością", z komitetami obywatelskimi, z zalążkami partii politycznych? Co bardziej krewcy i niecierpliwi już, już, szykowali grudki błota, które wkrótce miało szeroką strugą obryzgać wszystko i wszystkich. Była szansa przynajmniej na opóźnienie tego, co nieuchronne, na przeprowadzenie najbardziej bolesnych zmian w państwie wspólnie, z zachowaniem jedności w najważniejszych sprawach, z nieuchronnym "praniem brudów" tylko za zamkniętymi drzwiami. Nikt inny, prócz Lecha Wałęsy nie mógłby podjąć się roli "ojca chrzestnego" stojącego na czele ruchu, godzącego skłóconych, dbającego o interes całości. Zwalczające się partie polityczne o "solidarnościowym" rodowodzie wyłoniłyby się w pełni o jedną sejmową kadencję później.

       Nie, on wolał wywołać samobójczą wojnę na górze. Nic tak nie zohydziło "Solidarności" w ludzkich oczach, nic tak nie ułatwiło dawnym komunistom powrotu do władzy jak ten właśnie nieszczęsny fantom o pozorach słuszności. Pomysły utrzymania jedności ruchu przynajmniej przez jakiś czas - wyśmiał. Potem nakrzyczał na pomysłodawców.

       Dlaczego? Może obraza na Tadeusza Mazowieckiego, że swój rząd stworzył bez niego, bez pytania o błogosławieństwo i personalne wskazówki? Może zawrócili mu w głowie niewyżyci amatorzy najwyższych stanowisk w państwie, jakie owa "wojna" nieuchronnie musiała opróżnić? Ale on i tak nigdy nikogo naprawdę nie słuchał, zawsze miał własne zdanie, najwyżej bezceremonialnie przywłaszczał sobie pomysły, które mu pasowały jak śrubki do elektrycznego układu. Tylko, że coraz częściej opuszczają go ludzie, którzy - nie bacząc na trudny charakter przyszłego prezydenta - oddali się mu bez wahania na wierną służbę. Ludzi zresztą nie szanował nigdy, potem nazwie ich "zderzakami" do wymiany na kolejnym zakręcie.

       A może po prostu tylko tak bardzo chciał być prezydentem? Jeszcze w czasach jaruzelskich mawiał śledzącym go tajniakom: Jak będę prezydentem, to z policji powyrzucam! Albo - w zależności od humoru i sprawowania SB-ków: Awansuję! No i rzeczywiście, niektórych awansował i to wysoko... A prezydentem i tak by został, gdyby nawet nad stanowiska przedłożył dobro ruchu i państwa.

      OBRAZ IV: Z chłopa król

       Tak bardzo pożądana prezydentura okazała się chyba najbardziej gorzkim doświadczeniem życia Lecha Wałęsy. Nade wszystko dlatego, ze tylko w chłopskiej baśni cesarz samym swoim rozkazem zmienia rzeczywistość, czyni sprawiedliwość, uszczęśliwia naród. W realnym życiu trzeba do tego wielu, wielu trudnych do spełnienia warunków, a władza nie jest tylko sztuką rozkazodawstwa, ale nade wszystko utrudzającego kompromisu. Baśń o rybaku, któremu Złota Rybka nałożyła na głowę królewską koronę, może mieć także złowrogie zakończenia. Ale o tym Lech Wałęsa nie powie nigdy i nikomu.
      Miał być Piłsudskim. Wolne żarty. Na to nade wszystko brakuje mu wizji i odwagi. Raczej Witos, ze względu na swą chłopskość. Albo może Korfanty. Korfanty, któremu się powiodło, ale wtedy dotarł do swej smugi cienia, której istnienia ani nie przeczuwał, ani nie przepowiadała jej wiejska baśń o dobrym i wszechmocnym cesarzu.

       Wtedy pozostały mu inne wiejskie cechy, a nade wszystko chytrość, spryt i nieufność. Może właśnie dlatego zawsze tak dbał o równowagę, o to, by żadna - jak po swojemu powiadał "noga" - nie okazała się silniejsza i nie zażądała zbyt wiele. Do prezydentury dojechał na fali zrozumiałego ludzkiego niezadowolenia z odczuwalnych na co dzień skutków bolesnych reform. Za te skutki trzeba było szybko znaleźć i nazwać winnych. To ich obiecał "gonić z siekierką" i "puścić w skarpetkach". Po złapaniu swego, obietnic nie spełnił, "zderzaki" po raz kolejny wymienił, wymówił się - jak zwykle - frazesami, okraszonymi barwnym słownictwem, ale równie okrągłymi, jak gadanina wytrawnych dyplomatów. Ale jednemu zawsze był wierny: orientacji na Zachód, na Europę, na kapitalizm. Człowiek z rodziny, która zawsze miała kogoś w Ameryce, to jedno rozumiał doskonale, wiedział, że to dla Polski najlepsze, choć mu przeróżni nawiedzeni "przyśpieszacze" zalecali cofnięcie reform, otworzenie worka z łatwymi pieniędzmi. Naród kochałby go za to przez pół roku, potem znienawidził. Nie dał się zwie C_ć. Reform Balcerowicza i samego wicepremiera bronił jak ostatniej reduty. I obronił. Chwała mu za to!

      DYGRESJA V: O tym, co mogłoby się stać

       Czy w wyborach prezydenckich 1990 roku Polska inteligencka ucieleśniona w Tadeuszu Mazowieckim musiała z wiadomym i nieszczęsnym dla niej skutkiem zetrzeć się z Polską robotniczą ucieleśnioną w Lechu Wałęsie? Czy sam Wałęsa musiał przejść jeszcze przez czyściec starcia z przybyłym nie wiadomo skąd i opowiadającym zniewalające bajeczki Stanisławem Tymińskim? Musiała, jeśli Wałęsa - który już rozpętał "wojnę na górze" poobrażał i odtrącił dawnych współpracowników, otoczył się "przyśpieszaczami" z dotychczasowej drugiej linii i pragnął prezydentury, jak rybak z bajeczki o Złotej Rybce. Ale były i inne możliwości. Od razu na początku mojego pobytu w USA w roli konsula generalnego uczestniczyłem w rozmowie krajowej osobistości ze Zbigniewem Brzezińskim. "Zbig" zgadzał się kandydować pod jednym tylko warunkiem: nie wystąpi ani przeciw Mazowieckiemu, ani Wałęsie. -Więc jeśli poważnie o tym mówimy, oczekuję rezygnacji obu i wspólnego ich zaproszenia dla mnie - zakonkludował.

       Tadeusz Mazowiecki podobno był gotów to uczynić. Lech Wałęsa - za żadną cenę.

      DYGRESJA VI: Literacka

       Tylu ludzi próbowało go oceniać, wystawiać mu cenzurki. Gdy po upadku komunizmu mogłem wreszcie wydać oficjalnie moje "Notatki gdańskie" tak oto zakończyłem w 1989 roku rozdział poświęcony Lechowi Wałęsie:

       W swojej oliwskiej warowni na ulicy Polanki samotny, nieufny mężczyzna wciąż tasuje ludzi jak karty wierząc nieugięcie, że czyni to dla dobra Polski, z mandatu swej dziejowej misji, wbrew nieporadnej małości wszelkich waletów, dam, a nawet królów.

       Pisałem to na miesiąc przed wyborami 1989 roku, daleko przed wojną na górze, i prezydenturą. Ale najtrafniejsze zdania o nim pochodzą spod pióra zapomnianego dziś niesłusznie, zmarłego w stanie wojennym gda 1¤skiego pisarza i działacza opozycyjnego Lecha Bądkowskiego, pierwszego rzecznika prasowego "Solidarności", jedynego z ludzi z ówczesnego otoczenia Wałęsy, który nie przeszedł z nim na "ty".

       Lech Wałęsa jest postacią historycznie przypadkową, to jest przykład płatania figlów przez historię. Dylemat polega na tym, ze głód moralnego przywództwa w Polsce spowodował to niesłychane wyniesienie Wałęsy. (...) A zarazem wiadomo, że ten człowiek, chociaż jest symbolem przełomu, nie jest oczekiwanym przywódcą. Przeskoku z represjonowanego bezrobotnego na człowieka roku kreowanego na Zachodzie na okładki ilustrowanych pism o milionowych nakładach, udzielającego wywiadów największym na świecie agencjom, tygodnikom i dziennikom, mógłby dokonać tylko człowiek o ogromnej kulturze wewnętrznej, by nie ulec zepsuciu.

       Pisał to Bądkowski jeszcze na przełomie 1980 i 81 roku w tomie zbiorowym "Wałęsa".

      OBRAZ V. (który nie jest chyba jeszcze zakończeniem): Sikanie pod wiatr

       Dziś dwa prawie lata po przegranych jesienią 1985 roku wyborach prezydenckich Lecha Wałęsy jest mało w życiu politycznym Polski. 54 lata to trochę za wcześnie na polityczną emeryturę. Ale poważny powrót byłby niesłychanie trudny, obok grupy zaprzysięgłych zwolenników, ma wielekroć więcej wrogów, wskaźnik opinii negatywnych w badaniach opinii publicznej dochodzi o 70 procent! Niegdysiejszy przywódca "Solidarności" długo i ciężko pracował na taką ocenę. Zapracował głównie jako promotor "wojny na górze", a potem prezydent szafujący obietnicami bez spełnień, autor powiedzeń, od których rumienili się mężowie stanu.

       Zaraz po tych wyborach (Polonia głosowała w nich inaczej: murem za Lechem!), spytała mnie pewna amerykańska osobistość: Czemu wy Polacy ciągle sikacie pod wiatr? Mieliście tak wielką i znaną w świecie postać na czele, toście go obalili. Choćby ten Kwaśniewski był najlepszy na świecie i najbardziej wykształcony, każdy tutaj pyta "a kto to taki?" Kim jest Wałęsa wie cały świat. Tak - jakikolwiek Wałęsa był, jak bardzo był uciążliwy i nieprzyjemny - był wielką postacią, niekwestionowanym atutem jakim dysponowała Polska w świecie.

      No i Post Scriptum, czyli wałęsia definicja prawdy

      - Prawda jest jak dupa: każdy siedzi na własnej! - miał podobno powiedzieć sam wódz (nie słyszałem, przeczytałem u pewnej koleżanki). Jeśli powiedział, lub chociaż pomyślał, miał po stokroć rację. To na czym siedzę - pokazałem. Jako nieuleczalny optymista, mam teraz nadzieję, że inni siedzą na czymś powabniejszym.

      Jerzy Surdykowski


      Date: Fri, 13 Aug 1999 10:37:07 +0200
      From: M. Zarębski
      X-Mailer: Mozilla 4.5 [pl] (Win95; I)
      X-Accept-Language: pl
      To: redakcja@najmici.net
      Subject: - 2 lata

      Drogi panie Surdykowski!

       Gdyby bardziej wnikliwie wczytał się Pan we własny text, z pewnością dostrzegłby Pan jego niespójność logiczną.

       Proponuje Pan, rozwijając pomysł Tomasza Jastruna stworzenie LISTY Polaków, którzy od takich właśnie list i nieudolnych prób stworzenia wspólnot polskich poza krajem pouciekali. Coś w nas jest takiego, co powoduje totalną nieumiejętność wspólnego zorganizowanego działania. Improwizacja natomiast, jak wiadomo wychodzi nam lepiej. Na zasadzie dużej porcji improwizacji właśnie odbywają się (tak przypuszczam, bowiem nie brałem udziału) wspomniane zloty w Dolinie Śmierci, chociaż gdzieś już czytałem, że coś się tam również zaczęło psuć. Instytucjonalizowanie zgrupowań nie daje efektów w naszym przypadku. Internet pozwala działać w rozsypce, dlatego tak nam w nim dobrze "razem".

      Może właśnie od zastanowienia się dlaczego tak się dzieje i czy dałoby się to zacząć zmieniać (i w jaki sposób), należałoby zacząć. Ale kto to zrobi?
      I - zmienić. A potem zrobimy LISTĘ, jak już sobie wszystko poukładamy. Tylko wtedy będzie już chyba niepotrzebna.
      Pozdrawiam.

      M. Zarębski

      ps. 1.
      Tak z ciekawości - list wisi już dość długo, czy wywołał już gdzieś jakąś dyskusję ?

      ps.2.
      Spojrzałem na datę (!) listu i zastanowiłem się czy tą moją polemikę w ogóle wysyłać. Bo: albo tego nikt nie czyta, albo piszą, ale się ich nie umieszcza, albo - czasy i problemy zmieniły się na tyle, że temat już nieaktualny...

      Ale, - niech tam.


      Michale,

      Jestem Ci wdzieczna żeś mi przypomniał te zamierzchłe czasy. Dzięki Tobie wstawiłam polskie czcionki na Twoją witrynę.
       Temat ten jest wałkowany systematycznie i cyklicznie, odkąd ma pamięć sięga. Wówczas, Surdykowski wzburzył krew nie jednej Polce i Polakówi. Kilka osób próbowało znaleźć jego adres w Polsce, by mu wytknąć połowiczną prawdę. Czy istnieje pełna? Z tego co ja pamiętam pisało na ten temat z pięć osób. Teraz ten temat może znów wrócić, na skutek pozwów śądowych 11-tu Żydów z NY i 4-ch z Chicago. Odważe się postulować że nikt tak bardzo nie jednoczy Polaków co Żydzi. Co za wspaniały temat, ileż to politycznych kilometrów można na nim za darmo przejechać? Surdykowski mógłby płuca wypluć i nie osiągął by takiego posłuchu co głodny adwokat ze wschodniego NY. Tu moim zdaniem jest odpowiedź dlaczego Polacy nie lgną do siebie. Nie czują, tak jak Żydzi, wspólnego zagrożenia, a ich indywidualne cele nie zależą od poparcia etnicznych organizacji.

      Poza Tobą chciał się z Surdykowskim kontaktować Przemek Zambrzycki
      http://www.najmici.net/galeria/zamb_p.htm
      aż temat przycichł i rozeszliśmy się po domach.

      Jeśli pozwolisz wstawię Twój tekst pod partańskim artykułem Surdykowskiego? Czy zmieniłeś adres e-mailowy?

      W tym roku rajd w Dolinie Śmierci był o tyle inny że z Chicago przyjechał Adam Lizakowski i czytał swoje wiersze. To z kolei wywołało dyskusje "asymilacja czy narodowa tożsamość". Ja myślę że to źle sformuowane pytanie.

      Pamiętaj że Najmici nie są grupą istytucjonalną. Jest to otwarty klub towarzyski ludzi, którzy mają coś czym się chcą podzielić. Będzie istniał tak długo jak ktoś zechce to organizować, czyli zwozić sprzęt, rozsyłać zawiadomienia. Z 50k Polaków w LA zjezdża się 100. Czyli 1/500. Czy to nie jest podobna proporcja do krajowych wydażeń tego typu?

      Czy się psuje? Nie wiem jak to mierzyć. Jesli uczestnictwem, to nie widzę znaczących zmian. Zależy bardzo od tego kiedy wypadną święta Wielkiej Nocy, pogody, a przede wszystkim czy zostawimy zawiadomienia pod polskim kościołem. Od kilku lat już tego nie robimy. Zresztą ksiądz jest temu nieprzychylny, bo mu bałamuci wiernych. Zeszłej jesieni, na Thanksgiving, polska parafia w San Diego urzadziła podobną imprezę - z księdzem w roli Najmity. Ponoć było śmiesznie. Co ważniejsze, jest na to potrzeba.

      W San Francisco, grupa zapaleńcow urządza Burning Man Festival. Proporcje są jeszcze mniejsze, z tym że pula potencjalnych uczestników wynosi 30M osob. Jest to też impreza niekomercyjna, lecz pobierają wstęp: $100 na tydzień.

      Bardzo bym chciała by mnie ktoś wyręczył, lub przynajmniej pomógł.

      Pozdrawiam,

      Iwona Szymańska


      X-Originating-IP: [64.24.55.24]
      From: "Tymoteusz Bakowski" tymek65@hotmail.com
      To: redakcja@najmici.net
      Subject: Okruchy kultury
      Date: Wed, 29 Mar 2000 00:40:37 -0600

      Kimże jesteście Wy, samookreślający się jako WOLNI NAJMICI (chyba szydzicie ze znaczenia tych pojęć). Podoba mi się wasza charyzma, lecz odnoszę wrażenie, że nigdy nie zaznaliście tej prozaicznej prawdy wyrażającej się w beznadziei bycia Polakiem w Chicago. Na nic umiejętności (ba - wykształcenie), energia czy ambicje - Polak znaczy tutaj wół roboczy, który będzie egzystował na krawędzi nędzy i za samą narodowość skazany jest na ciężką pracę za najniższe uposażenie. Gratuluje dobrego samopoczucia. Bawcie się dalej.

      Tymoteusz Bakowski


      Magazyny Najmitów na rupieci i inne rożności:

      http://www.freeyellow.com/members7/najmita/
      http://www.crosswinds.net/pasadena/~najmita
      http://victorian.fortunecity.com/postmodern/552
      http://najmita.webjump.com