
Kupiłem dom. Tanio dawali, to co miałem nie kupić. Ponieważ jednak polonijne redakcje nie płacą astronomicznych honorariów (ja się nie skarzę, Panie Redaktorze, ale sam Pan rozumie...), kupiłem go w stanie nadającym się do remontu.
To znaczy - dom nadawał się do remontu; bo ja to już całkiem inna sprawa...
No to remontowali my. Jeden fachowiec zrobił podłogi na elegancko, inny z kolegami wyniósł stertę szmelcu z piwnicy, by zastąpić ją nowym - wybaczy Pan, Panie Redaktorze - drajłolem, jeszcze inni... Ano właśnie. Zanim jednak przejdę do sprawy owych dwóch fachowców, muszę poczynić wyznanie natury ideowej. Remont robiłem patriotycznie. To znaczy - jak już miałem zatrudniać fachowców do czegokolwiek, dzwoniłem po torontońskich firmach polonijnych, lub zapraszałem do współpracy panów Józków, czy Staszków. Żadnego w tym wyrachowania - że to niby będzie taniej lub lepiej. Po prostu - mam już komuś dać zarobić, czemu nie rodakowi?
Tak więc, w efekcie takiej to właśnie mojej postawy ideowo-patriotycznej, nad wyglancowaniem kuchni w moim nowym domu zaczęli trudzić się panowie Zbyszek i Jurek. Podjęli się wykonać "kastom kiczen" jak się patrzy. Mieli na to dwa tygodnie.
W sześć tygodni później nie wytrzymałem nerwowo i poprosilem "fachowcow", by opuścili zamieszkany już przeze mnie dom. Wolę do końca życia mieszkać w niewykończonej kuchni niż choćby jeden jeszcze dzień patrzeć, jak im robota parzy paluszki.
Takich partaczy jak pan Jurek i pan Zbycho nie widziałem od ponad dwudziestu lat. Mniejsza już o to, że nic w "zrobionej" przez nich "kastom kiczen" nie nadaje się właściwie do użytku - spomiędzy kafelków wychodzi niewłaściwie położony kit, szuflady kuchenne nie otwierają się, bo "fachowcy" źle przycięli materiał, okleina z arboriteu odłazi, bo "fachowcy" nie wiedzieli, że trzeba zostawić jakiś luz, to jest za małe, tamto za duże, nic do niczego nie pasuje, tu krzywo przycięli, tam źle wkręcili zawias.
Oczywiście - nie zamierzałem tak naprawdę w takiej kuchni mieszkać do końca życia (ani nawet nieco krócej), więc zawołałem innych fachowcow. Najsympatyczniej było oglądać Portugalczyka z kucykiem. Wszedł, rzucił okiem na dzieło "fachowców" i... zamarł. Dosłownie. Szczęka opadła mu niżej kolan. Chodził po kuchni milcząc i przygladał się. Tu usiłował otworzyć drzwiczki, tam chciał inne wyrównać. Przyjrzał się szafkom, półkom, blatom. I nic nie mówił. W końcu nie zdzierzył i zapytał: "Oni się na tym uczyli fachu?"
Portugalczyk nic mi nie pomógł. Oświadczył krótko - tego nijak nie opłaca się naprawiać. Najtaniej będzie wyrzucić wszystko w czorta i wstawić nowe. U niego taka kuchnia z płyt oklejanych arboritem kosztuje... (i tu rzucił cenę o połowe niższą od tego, co chcieli wziąć "fachowcy" pan Zbynio i pan Jurek). A za ich cenę on podejmuje się zainstalować szafki kuchenne, szuflady i blaty z prawdziwego dębu. W jeden weekend.
Mniejsza o moją kuchnię. Mniejsza o nazwiska i numery telefonów pana Zbyszka i pana Jurka - polonijnych fachowców, którzy niejednego jeszcze naciągną. Nie mam nawet zamiaru ostrzegać przed korzystaniem z ich "fachowych" usług. W pewnym sensie - każdy, kto ich zatrudnia, sam jest sobie winien. Grzech naiwności należy odkupić poprzez oglądanie spektaklu, jak to jeden "fachowiec" udaje, że coś robi, a drugi patrzy pierwszemu na ręce i komentuje (nigdy nie widziałem, by pan Zbynio i pan Jurek pracowali jednocześnie!). Należy za naiwność zapłacić choćby piwem, którego fachowcy dopraszają się niczym bezdomni z Yongeu dolara "na kawę".
Idzie mi - jako polonijnemu komentatorowi życia w co mniej sympatycznych jego przejawach - raz jeszcze o przejaw patriotyzmu. Z całej tej kuchennej awantury wynika, co następuje:
1. Jeśli pan Zbychu i pan Jureczek pójdą kiedyś coś robić u jakiegoś - dajmy na to - Portugalczyka, to ten (jeśli zna niemiecki) skomentuje ich wyczyn określeniem "Polnische Wirtschaft". Bedzie to oczywiscie ze strony danego Portugalczyka niesprawiedliwe, będzie przejawem myślenia stereotypami, będzie dowodem uprzedzenia, bo przecież Kopernik, Szopen, Wit Stwosz, szwoleżerowie i Huta Katowice... Organizacja - dajmy na to - Polonia Przyszłości całkiem słusznie wytknie torontońskim Portugalczykom ich błędy, ale Portugalczycy będą wiedzieć swoje i wyrobią sobie opinię o polskich "fachowcach" (takie jest życie, proszę Państwa!) i tylko panu Zbychowi i panu Jureczkowi włos ze spokojnej głowy nie spadnie.
2. Jeśli ktoś z torontońskich Polonusów zatrudni oby "fachowców" do pracy trudniejszej niż wyniesienie śmieci, ów szlachetny skądinąd człowiek zapłaci za narodową lojalność spartaczoną kuchnią, odpadającymi kafelkami w łazience, przeciekającym garażem, wyboistą kostką, krzywym stołem, przyciętą "pod włos" trawą albo licho wie czym innym. Niewątpliwie zaś - stratami w dolarach i nerwach.
3. Tak czy inaczej - kto będzie miał z owymi "fachowcami" do czynienia, ten zacznie wyciągać wnioski dotyczące Polaków, Portugalczyków, Chinczyków "kanadoli" i czort wie kogo jeszcze.
A wszystko to przecież nie ma żadnego sensu! To po prostu dwaj bezprzykładni partacze, dwaj bezwstydni naciągacze, dwaj lenie, którym nie chciało się nawet przerobić pierwszej lekcji w zakresie solidnej pracy, dwaj szmaciarze niegodni zaufania...
I to wszystko. Nie ma tu kwestii patriotycznej. Jest dwóch łazęgów i spartaczona kuchnia, którą trzeba będzie wybebeszyć i zrobić od nowa.
