
Jednym z większych kuriozów okresu ewakuacji ludności polskiej z Litewskiej SRR były utrudnienia czynione przez Litwinów w wyjeździe polskich dzieci z domów dziecka. Jedynie w pierwszym okresie przesiedleń wyjechało partiami w poszczególnych transportach kilka grup takich dzieci, po czym Litwini kategorycznie sprzeciwili się dalszym wyjazdom. Na początku roku 1946 w państwowych domach dziecka w Wilnie i jego najbliższych okolicach znajdowało się 190 polskich dzieci, którym odmawiano prawa wyjazdu do Polski1. W dniu 20 czerwca 1946 roku strona polska doprowadziła do rozmowy z Zastępcą Głównego Przedstawiciela Litewskiej SRR do Spraw Ewakuacji w sprawie wspomnianych utrudnień wyjazdu do kraju polskich dzieci. W trakcie spotkania oświadczył on co następuje:
"1. Wszystkie dzieci nieznanych rodziców, które się urodziły na terytorium obecnej Litewskiej SRR uważa się za dzieci, bez względu na ich wiek, narodowości litewskiej.
2. Dzieci nieznanych rodziców, urodzone na terytorium obecnej Respubliki Polskiej mogą wyjechać do kraju po udowodnieniu dostatecznymi dokumentami ich miejsca urodzenia.
3. Dzieci znajdujące się w Zakładach wychowawczych, a posiadające w Polsce rodziców lub krewnych mogą wyjechać do kraju po wykazaniu się potrzebnymi dokumentami. Pisma Głównego Pełnomocnika Rządu R.P. polecające sprowadzić dzieci na skutek podań rodziców, jak również wnioski o repatriację nie będą bez wystarczających dokumentów brane pod uwagę."2
Ostatni punkt wypowiedzi przedstawiciela strony litewskiej pozostawał w całkowitej sprzeczności z art. 16 "Układu pomiędzy Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a Rządem Litewskiej Socjalistycznej Republiki Rad, dotyczącym ewakuacji obywateli polskich z terytorium Litewskiej S.R.R. i ludności litewskiej z terytorium Polski", gdzie wyraźnie zaznaczano, że w pierwszej kolejności podlegają ewakuacji osoby, które mają rodzinę w Polsce3. Nieco więcej światła na sposób myślenia urzędników ze strony litewskiej daje wypowiedź Zastępcy Głównego Przedstawiciela Litewskiej SRR d/s ewakuacji, który odpowiadał na pytania ze strony polskich rozmówców podczas debaty w dniu 20 czerwca 1946 roku. Na zapytanie ile spośród stu dzieci nieznanych rodziców urodzonych w Wilnie np. w 1936 roku jest narodowości polskiej odpowiedział, że "wszystkie bez wyjątku są narodowości litewskiej, gdyż ludność zamieszkująca przed rokiem 1939 teren miasta Wilna, to byli jedynie spolonizowani Litwini4."
Intencją czynników litewskich było najwyraźniej odbudowanie strat fizycznych poniesionych przez ich naród w czasie wojny wszelkimi dostępnymi środkami. Jednym z nich była litwinizacja małoletnich sierot polskich, w wypadku których można było liczyć, że upomni się o nie niewiele osób. Działania w tym kierunku były tak nachalne, że zaczęły one wzbudzać niepokój wśród organizacji polskich działających w owym czasie na terenie Wileńszczyzny. Przedstawiciel Związku Patriotów Polskich Władysław Janiszewski w specjalnym piśmie z 19 grudnia 1944, które wystosowano do Głównego Pełnomocnika Rządu RP do spraw Repatriacji obok kilku innych problemów jakie utrudniały życie miejscowym Polakom, zwracał także uwagę na proceder litwinizacji polskich dzieci. Pisał on co następuje:
"Na terenie Litewskiej Republiki istnieje kilka domów dziecka, w których miejscowe władze litewskie, za wiedzą Komisariatu Ludowego Oświaty Lit[ewskiej] SRR5 przeprowadzają systematyczną litwinizację dzieci narodowości polskiej. Litwinizacja ta częstokroć nie przebiera w doborze środków represji fizycznych, czego fakty zostały zarejestrowane przez ZPP na terenie np. zakładu dla sierot przy zaułku Kanonicznym nr 6, m.11 w Wilnie. Zarząd ZPP uważa, że takie zakłady, gdzie są wyłącznie niemal polskie dzieci, powinny pracować pod egidą ZPP, albo nawet znajdować się pod zarządem Związku. Należy tu podkreślić, że na terenie Wilna mieszka dużo dziecisierot, pozostałych po uchodźcach z Warszawy i innych miast na zachód od Wisły.
Litwinizowanie takich dzieci jest pozbawione logiki. Repatriacja takich dzieci powinna być przeprowadzona możliwie rychło w drugiej kolejce. Dzieci z innych domów stale zgłaszają się do ZPP w sprawie umożliwienia im wyjazdu do Polski6."
Bardzo charakterystyczna dla postawy urzędników litewskich była też całkowita niekonsekwencja w działaniu co wprowadzało do i tak już skomplikowanej sytuacji dodatkowe zamieszanie. Na przykład dotyczy to pensjonariuszy sierocińca w Czarnym Borze, gdzie znajdowali się wychowankowie Zakładu Wychowawczego sióstr Szarytek z Wilna, do którego zostali sprowadzeni w 1939 roku z Warszawy. Że strona litewska uważała wcześniej tamtejsze dzieci za polskie, najlepiej świadczy fragment list sióstr Szarytek do Głównego Pełnomocnika d/s Ewakuacji w Wilnie, gdzie czytamy:
"Przeważnie od urodzenia do października 1940 wymienione dzieci były całkowicie utrzymywane z pracy rąk sióstr i pomocy społeczeństwa polskiego w Wilnie. W roku 1939, gdy z powodu ciężkich warunków materialnych spowodowanych działaniami wojennymi, zwróciliśmy się do władz litewskich z prośbą o materialną pomoc dla zakładu, odmówiono nam motywując, iż zakładowi polskiemu, jako takiemu, pomocy nie udziela się. Jako warunek do otrzymania zaopatrzenia materialnego dla zakładu postawiono nam przekształcenie zakładu polskiego w zakład wychowawczy litewski. Ponieważ nie zgodziłyśmy się na powyższy warunek, nadal same utrzymywałyśmy zakład7."
Jednak już w trakcie trwania akcji ewakuacyjnej okazało się, że tamtejsze dzieci są uznawane za Litwinów. Konsekwencją takiego podejścia do sprawy ze strony urzędników litewskich były konkretne indywidualne tragedie rodzinne. W Zakładzie Wychowawczym w Laurowie przebywał chłopiec - Leon Wojciechowski, urodzony w 1934 roku, którego matka mieszkająca w Warszawie wystąpiła z wnioskiem o repatriację syna; władze litewskie nie uznały tego wniosku za wystarczającą podstawę wysłania dziecka do Polski. W podobnej sytuacji było rodzeństwo Zawadzkich - Henryk i Janina, urodzeni w 1940 i 1943, przebywający w Zakładzie Wychowawczym przy ul. Senatorskiej 25; interwencja ich ojca wypuszczonego z obozu jeńców wojennych w Kałudze i skierowanego prosto do Polski, nie dała rezultatów. Natomiast z rodzeństwa Paszan, czy Panan (pierwsza wersja nazwiska pochodzi z rękopisu, druga z maszynopisu dokumentu) do Polski wyjechał Leon (rocznik 1934), natomiast jego brat Edward i siostra Helena (roczniki 1939 i 1936) zostali zatrzymani na Litwie8. Części dzieci udało się jednak wyjechać do kraju. Tak było na przykład z około 120 chłopcami wychowankami zakładu prowadzonego przez Siostry Selezjanki w Wilnie9. O losach pozostałych dzieci niestety ciągle nic nie wiemy10. Najprawdopodobniej wiele z tych dzieci, które w owym czasie miały najwyżej kilka lat to teraz zdeklarowani Litwini, którzy nawet nie mają pojęcia o swoim polskim pochodzeniu. Ale właśnie taki cel chcieli osiągnąć ci urzędnicy litewscy, którzy utrudniali wyjazdy Polskich dzieci do kraju.
1 AAN, Główny Pełnomocnik d/s Ewakuacji w Wilnie, sygn. 17, k.3.W sprawie ewakuacji do Polski pozostałych w Zakładach wychowawczych m.Wilna dzieci narodowości polskiej. W Zakładzie wychowawczym w Czarnym Borze (Äĺňäîě 4) znajdowało się 79 takich dzieci, w Zakładzie wychowawczym w Laurowie - 41, w Zakładach wychowawczych, w Wilnie: przy ul. Senatorskiej 25 było ich 18, przy ul. Kanoniczej 6 (Äĺňäîě 2) było 26 dzieci, przy ul.Jasnej 14 (Äĺňäîě 1) było 12 dzieci, zaś w Schronisku Związku Patriotów Polskich w Wilnie było 14 polskich dzieci.
2 AAN, Główny Pełnomocnik d/s Ewakuacji w Wilnie, sygn. 17, k.1.
3 AAN, Zespół akt Głównego Pełnomocnika ds. Repatriacji z Litewskiej SRR, sygn. 1, k. 19.
4 AAN, Główny Pełnomocnik d/s Ewakuacji w Wilnie, sygn. 17, k.1.
5 Ministerstwa w ZSRR nosiły w tym okresie nazwę ludowych komisariatów (narodnyje komissariaty); resortem oświaty na szczeblu związkowym kierował Ludowy Komisarz Oświaty ZSRR, a w poszczególnych republikach związkowych republikańscy ludowi komisarze oświaty.
6 AAN. Zespół akt ZPP, sygn. 1383, k.31.
7 AAN, Główny Pełnomocnik d/s Ewakuacji w Wilnie, sygn.269. Do Głównego Pełnomocnika Rządu RP do Spraw Ewakuacji b. pracownicy b. zakładu wychowawczego w Wilnie przy ul. Subocz, prowadzonego przez s.s. Szarytki.
8 AAN, Główny Pełnomocnik ds. Repatriacji z Litewskiej SRR, t.269., k.2-4.
9 A.Olczyk, Zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycielki (Selezjanki) [w:] Życie religijne w Polsce pod okupacją 1939-1945. Metropolie wileńska i lwowska, zakony. Praca zbiorowa pod redakcją ks. Zygmunta Zielińskiego, Katowice 1992, s.385.
10 Przygotowując niniejszą pracę ogłosiłem w polskiej prasie wileńskiej list z prośbą o kontakt ze strony byłych polskich wychowanków litewskich domów dziecka. Niestety efektem tego był tylko jeden list od osoby mieszkającej obecnie w Wałbrzychu.
Lipiec, 1998r.
Będąc niedawno w Warszawie amerykański sekretarz obrony, William Cohen, powiedział publicznie, iż Polska jest najcenniejszym sojusznikiem USA w tym regionie Europy. Z tego powodu duma nas rozpiera, choć nie da się wykluczyć, że przy innych okazjach Czechom i Węgrom mówi się to samo. Biorąc ten komplement za dobrą monetę, chcemy jednak zapytać Wielkiego Brata, czy tak cennego sojusznika wypada oskubywać.
Ambasada amerykańska w Wilnie mieści się w uroczej rezydencji na wzgórzu, w najwyższym punkcie miasta, przy ul. Akmenu (polska nazwa: ul. Kamienna). Kiedy przechodzi tamtędy jakiś starszy wiekiem Polak, mamrocze coś ponuro pod nosem albo dyskretnie spluwa.
Zdaniem litewskich Polaków, budynek był i jest własnością polskich harcerzy, bezprawnie im odebrana. Zbudowano go w roku 1938 ze składek dzieci i polskich mieszkańców Wilna, z przeznaczeniem na stanicę harcerską. Należał do ZHP. Gdyby fundatorzy mogli przewidzieć przyszłe zawirowania historii, pewnie by się z tą inwestycją nie wygłupiali.
W październiku 1939 r. Wilno wraz z Wileńszczyzna zostało wcielone do Litwy. Zaraz też władze litewskie zarzadziły, że na zajętym terytorium przestają obowiązywać wszystkie dotychczasowe prawa i przestają istnieć wszystkie powołane do tego czasu stowarzyszenia, organizacje oraz instytucje. W sumie zdelegalizowano wtedy 478 organizacji społecznych, z których 48 miało własny majatek. Dziś Związek Polaków na Litwie argumentuje, że było to posunięcie sprzeczne z prawem międzynarodowym, zwłaszcza z czwartą konwencją haską z 1907 r. Ciekawostka historyczna: przeciw aneksji Wileńszczyzny, dokonanej na podstawie umowy radziecko-litewskiej z 10 października 1939 r. oraz paktu Ribbentrop-Mołotow między ZSRR a Niemcami, protestował Departament Stanu USA.
Dnia 16 listopada 1939 r. została opieczętowana stanica harcerska im. biskupa Władysława Bandurskiego w Wilnie przy ul. Kamiennej 4. Opieczętowania dokonali skauci litewscy, okazując upoważnienie głównego sztabu skautów litewskich z Kowna. (...) Nie mogliśmy zrozumieć, na jakiej podstawie jedna organizacja społeczna może opieczętowywać majątek drugiej organizacji. Uznając ten czyn za bezprawny, gospodarze stanicy nie chcieli jednak zrywać pieczęci, aby nie niszczyć dowodów bezprawia. Nie watpiąc o praworzadności w Państwie Litewskim, zwrócili się tego samego dnia ze skargą do urzędu Pana Naczelnika m. Wilna i Powiatu - relacjonuje druhna L. Gajewska, przewodnicząca Wileńskiego Okręgu ZHP.
Pan naczelnik nie pomógł, wobec czego harcerze poskarzyli się pełnomocnikowi rządu litewskiego, też bezskutecznie. Jak widać, nie byli jeszcze świadomi historycznych przemian. Skargi ZHP spowodowały tyle tylko, że komendant Wileńskiej Chorągwi Harcerzy, Bolesław Pietraszkiewicz, został wezwany 17 grudnia w celu przekazania stanicy władzom litewskim. Uprzedzony przez znajomego skauta litewskiego, że grozi mu aresztowanie, Pietraszkiewicz niczego nie przekazał, lecz prysnął z Wilna do lasu. Co działo się dalej, widzieliśmy w serialu "Boża podszewka": w Wilnie rządzili na zmianę Litwini, Niemcy i Sowieci. Ostatecznie Litwa została republiką radziecką i upaństwowiła, co się dało - Dom Harcerza również. Prawnicy Zwiazku Polaków na Litwie twierdzą jednak, ąe zrobiono to z pogwałceniem litewskiej ustawy o nacjonalizacji. Legalnie czy nie, ulokowano w nim Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
Gdy Litwa wybiła się na niepodległość, MSZ przeniesiono z Domu Harcerza do bardziej okazałego gmachu. Polskie organizacje na Litwie zaczęły domagać się zwrotu utraconego ongiś mienia. Władze odpowiadały, że jeśli coś zwrócą, to tylko własnym obywatelom. Wkrótce jednak odrodziło się polskie harcerstwo. Zarejestrowany zgodnie z prawem litewskim, niezależny od tamtejszego skautingu, Związek Harcerstwa Polskiego zrzesza obywateli Litwy, w wiekszości nieletnich, ale pełnoprawnych. Władze litewskie przyjęły ustawę o reprywatyzacji, przewidujacą zwrot mienia wyłącznie osobom prywatnym. Równoczesnie jednak - w geście dobrej woli - oddały parę obiektów organizacjom mniejszości narodowych. Społeczność żydowska np. odzyskała teatr przy ul. Nowogrodzkiej. Dla niegdyś polskiego Domu Harcerza przewidziano jednak inne zastosowanie.
30 marca 1992 r. ówczesny prezes Zarządu Głównego Związku Polaków na Litwie, Jan Mincewicz, alarmował rząd Republiki Litewskiej:
Przed kilkoma dniami dowiedzieliśmy się, że w tym gmachu rozpoczęto prace przygotowawcze w celu otwarcia tam ambasady Stanów Zjednoczonych. Prosimy o ponowne rozpatrzenie sprawy zwrotu tego gmachu społeczeństwu polskiemu, jako że już dokonano zwrotu niektórych budynków innym grupom narodowościowym. Amerykanie doskonale wiedzieli o polskich roszczeniach. Sprawa była głośna w Wilnie, pisała o tym prasa, a Związek Polaków na Litwie kierował protesty bezposrednio do ambasady USA. Nigdy jednak nie dostał pisemnej odpowiedzi. Raz tylko delegację ZPL przyjął sekretarz ambasady, który wyłgał się dyplomatycznymi frazesami. Widocznie nie byliśmy wtedy dość cennym sojusznikiem. Czemu zresztą Wielki Brat miał się przejmować pretensjami litewskich Polaków, skoro politycy z Warszawy nabrali wody w usta?
Przyjezdżajacy do Wilna polscy dygnitarze, w tym minister Skubiszewski, unikali jak ognia wyraźnych deklaracji na ten temat. W kraju ZHP oficjalnie pytał Ministerstwo Spraw Zagranicznych, jakie działania należałoby podjąć, żeby odzyskać wileński Dom Harcerza. - Nawet nie próbujcie, bo i tak nie ma szans. Nie pozwalają na to obowiązujące traktaty międzynarodowe - orzekli spece z MSZ. Powołując się na zawarte umowy, w tym na układ poczdamski, sankcjonujący powojenne zmiany granic, resort Skubiego przeoczył pewien drobiazg: w roku 1992 toczyły się akurat negocjacje nad traktatem polsko-litewskim. Polonia na Litwie, niektóre środowiska w kraju, np. Federacja Organizacji Kresowych, a także kilka tytułów prasowych (patrz artykuł w "Sztandarze Młodych" pt. "Ambasada USA w Wilnie działa w gmachu zabranym polskim harcerzom", nr 5/93) uważały, że trzeba przy tej okazji upomnieć się o majątek polskich organizacji. Była to sprawa wręcz stworzona do tego, by załatwili ją dyplomaci w rozmowach dwustronnych. Widocznie jednak mieliśmy kiepskich dyplomatów. Bo minął rok i drugi, na Litwie i w Polsce zmieniła się rządząca koalicja, w Domu Harcerza zaś niezmiennie urzedował ambasador USA.
W roku 1994 Amerykanie kupili budynek od władz litewskich po okazyjnej cenie około miliona dolarów, chociaż - razem z obszerną działką - wart jest kilkakrotnie więcej. Litwini jednak też zrobili dobry interes. Zarobione na tej transakcji dolary zainwestowali w nabycie, też chyba po okazyjnej cenie, budynku dla swej placówki dyplomatycznej w Nowym Jorku. Zawirowania historii środkowoeuropejskiej doprowadziły więc do tego, że niepodległa Litwa finansuje swe przedstawicielstwo zagraniczne ze składek przedwojennych polskich harcerzy.
Kiedy w 1994 r. ambasador USA, Johnson, zakonczył misję w Wilnie - ówczesny prezydent Litwy, Algirdas Brazauskas, udekorował go Orderem Giedymina II stopnia. W tym samym roku 1994 ostatecznie zawarto traktat między Rzeczypospolitą Polską a Republiką Litewską o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy. Nie ma w nim ani słowa o spornych kwestiach majątkowych. (Inna rzecz, że to, co zostało zapisane, na Litwie do dziś nie może się doczekać realizacji - np. prawo do używania imion i nazwisk w brzmieniu języka mniejszości narodowej.)
Przed ostatnimi wyborami prezydenckimi w USA Polacy litewscy skumali się z Kongresem Polonii Amerykańskiej Edwarda Moskala, który nie ma u nas dobrej prasy, ale jakieś tam polskie lobby potrafi zorganizować. Powstał plan, żeby w najgorętszym okresie kampanii wyborczej zrobić szum propagandowy wokół sprawy wileńskiego Domu Harcerza. Przycisnać kandydatów Demokratów i Republikanów - niech się tłumaczą przed milionami polonijnych wyborców, czemuż to w Wilnie Ameryka zlekceważyła święte prawo własności. Usankcjonowała sowieckie bezprawie, i to kosztem narodu zaprzyjaźnionego, przyszłego sojusznika w Pakcie Atlantyckim. Na wszelki wypadek Związek Polaków na Litwie przekonsultował ten pomysł z Warszawą. Nasi spece od polityki zagranicznej aż się zatrzęśli na myśl o takim zuchwalstwie. - Nigdy w życiu - orzekli. - Nie teraz, kiedy ważą się losy naszego wejścia do NATO! Więc litewscy Polacy, którzy oczywiście nie chcą torpedować przyjęcia Polski do NATO, a ponadto muszą liczyć się z Warszawą, skąd ciurka do nich strumyk pomocy finansowej - położyli uszy po sobie. W zasadzie nawet przestali głośno upominać się o Dom Harcerza (lub o jakąś rekompensatę), bo w końcu jak długo można międlić w kółko ten sam temat.
Reprywatyzacja na Wileńszczyznie, gdzie dominowali polscy właściciele ziemi, ma żołwie tempo. Do połowy 1997 r. na całej Litwie zwrócono ok. 50 proc. ziemi, na Wileńszczyznie zaś tylko 10 proc. Sprawę dodatkowo utrudnia właczenie do granic miasta Wilna przyległych do niego gruntów (ustawa o Wielkim Wilnie). Organizacje polskie nie odzyskały ani jednej nieruchomości. Za to politycy najwyższego szczebla zapewniają się nawzajem przed kamerami o gorącej przyjaźni. Kwaśniewski np. rok temu obiecał uroczyście Brazauskasowi, że Polska będzie adwokatem Litwy w jej staraniach o wejście do struktur euroatlantyckich. Ponieważ jednak dobry adwokat każe sobie słono płacić, niech i Kwach wynegocjuje wreszcie rozsadną cenę za swoje usługi. W maju br. nasz krajowy ZHP odnalazł komplet przedwojennych dokumentów: aktów notarialnych, pozwoleń na budowę itp. Na tej podstawie robi teraz inwentaryzację swego dawnego stanu posiadania. Utraconych obiektów na Kresach Wschodnich jest 10, z tego na terenie obecnej Litwy - 3. Największa wartość ma Dom Harcerza w Wilnie. Jankesi wiedzieli, co kupują.
Mamy żywo w pamięci wypowiedź Billa Clintona, dotyczącą własności amerykańskiej na Kubie, znacjonalizowanej przed laty przez reżim Fidela Castro. Jeżeli ktoś kupi lub w inny sposob przejmie od Kubanczyków mienie zabrane Amerykanom, USA podejmą kroki odwetowe, np. sankcje gospodarcze z embargiem włącznie.
Dorota Zielińska
