
Galia Placydia - młoda siostra cesarza Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, prowadzona boso jako branka w orszaku zwycięzkich Wizygotów, a później gospodarna władczyni zachodniego Imperium,
Papież Leon Wielki - energiczny administrator i wybitny dyplomata, który perswazją i sakwiami wypełnionym złotem skłonił barbarzyńskiego Attylę, stojącego z armią u wrót miasta, do zaniechania zamiaru zdobycia i złupienia Rzymu,
Aecjusz - wielki wódz Rzymian, znany nam z doskonałej powieści Teodora Parnickiego p.t. "Aecjusz - Ostatni Rzymianin"
Attyla - król Hunów, którego podbite tereny ciągneły się od Uralu aż po dzisiejszą Francję.
Teodozjusz II-gi - cesarz Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego, kulturalny, łagodny, lubujący się ponad wszystko w rozprawach teologicznych, przeciwnik kary śmierci, za którego rozkazem wszyscy więźniowie w państwie musieli się kąpać w łaźniach w każdą niedzielę.
Jego pobożna siostra Pulcheria, która wraz z resztą sióstr pałac swój zamieniły w rodzaj klasztoru, do którego, oprócz księdza, wstęp miały tylko dziewice i pobożne matrony, i jego główny doradca eunuch Chrysapius, arcy-intrygant.
W połowie tego wieku, dokładnie w czerwcu 451-go r. miała miejsce jedna z decydujących bitew na polach kataluńskich koło Chalons (dzisiejsza Francja). Starły się ze sobą dwie wielkie potęgi. Po jednej stronie walczyli Rzymianie pod wodzą Aecjusza wraz ze sprzymierzonymi Wizygotami dowodzonymi przez ich króla Teodoryka, oraz z Alanami z ich królem Sangibanem na czele. Po drugiej stronie ruszyła do walki groźna armia pod wodza Attyli, króla Hunów w połączeniu z wojskami licznych plemion podbitych przez Attylę, a więc Ostrogotów, Gepidów i Słowian, naszych pra-pra przodków. Była to zawzięta i krwawa bitwa o mały pagórek, początkowo zajęty przez wojska Attyli które zostały jednak z pagórka zepchnięte i otoczone. W bitwie poległ król Teodoryk i dowództwo nad armią Wizygotów przejął jego syn Toryzmunt. Otoczona armie Attyli postanowiono unicestwić przez oblężenie, gdy nagle Toryzmunt wycofał się ze swoim wojskiem z pola walki i popędził do Tuluzy, w owym czasie stolicy Wizygotow. Rzymianie wstrzymali akcję jakby w obawie, że sami nie poradzą. Bitwa pod Chalons pozostała zasadniczo nierozstrzygnięta, ale Attyla został jednak powstrzymany w swoim zamiarze zdobycia zachodniej Europy.
Historycy od lat głowią się jakie były rzeczywiste powody zaniechania oblężenia. Niektórzy twierdzą że Toryzmunt obawiał się iż bracia jego, pozostali w Tuluzie uchwycą władzę, a znów inni twierdzą że to Aecjusz był typem polityka "równowagi sił", podobnie jak po pierwszej wojnie światowej był nim premier brytyjski Lloyd Gorge, który troskliwie zadbał o to, aby Francja i Polska nie były zbyt silne. To on zaproponował słynną "linię Curzona" jako wschodnie granice Polski po pierwszej wojnie światowej i polityką swoją pośrednio przyczynił się do wybuchu drugiej wojny światowej, upadku imperium brytyjskiego i utracenia przez Polskę terenów wschodnich. Ale tu odeszłam od tematu - Lloyd George od lat przyprawia mnie o paroksyzm złości. Czytając wywody i komentarze autora książki na temat bitwy pod Chalons natknęłam się na wzmiankę, która bardzo mnie zainteresowała. Mianowicie autor pisze iż w swoim czasie historyk angielski Edward Creasy, mianowany profesorem historii na Uniwersytecie Londyńskim w r. 1840, opracował i opublikował listę najważniejszych bitew świata zachodniego. Listę rozpoczynał Maraton, Syrakuzy zawierała bitwę pod Chalons, a kończyła się wówczas na Waterloo. Po pierwszej wojnie światowej brytyjski Lord DAbernon dopisał do tej listy bitwę nad Marną i bitwę pod Warszawą (18 sierpień 1920 r.). Podobno w czasie tej bitwy przebywał właśnie w Warszawie. Tak więc dowiedziałam się, że zwyciezka bitwa pod Warszawą jest zaliczana do 15-stu najważniejszych bitew świata Zachodu.!
W roku 1920 sprawa granic Polski była ciągle jeszcze nie ustalona. W lipcu tego roku odbywał się plebiscyt pod protektoratem Miedzynarodowej Komisji Ambasadorów na terenach Mazowsza, Warmii i Powiśla. Pomimo, że 30 powiatów opowiedzało się za Polską, tylko 8 przyłączono do niej, a resztę Komisja przyznała Niemcom. Dążeniem Józefa Piłsudskiego, wodza armii polskiej, było stworzenie federacji Europy środkowo-wschodniej, która zawierać miała Finlandię, kraje bałtyckie, Polskę, Ukrainę i Gruzję, czyli pas ciągnący się od morza Północnego aż po morze Kaspijskie. Uwczesny przywódca Ukrainy Semen Petlura (1871-1926) aprobował dążenia Piłsudskiego, niestety nie miał on całkowitego poparcia w swoim politycznie skłóconym narodzie, a bez udziału Ukrainy cały projekt upadł. Wtedy to na skutek pewnych lokalnych zaburzeń na terenach Pińszczyzny, gdzie polskie oddziały zostały zaatakowane, ruszyła polska ofensywa na wschód i został zajęty Kijów. Po stronie sowieckiej panowała kompletna dezorganizacja i Piłsudski zaproponował Aliantom dalszy marsz na Moskwę. Niestety armia polska nie posiadała dostatecznego wyposażenia w broń i amunicję. Starał się Piłsudski o uzyskanie broni i amunicji pozostałych w arsenałach niemieckich, będących pod zarządem Aliantów lecz spotkał się z odmową. Prosowiecki Lloyd George wolał je zniszczyć.
Nie wykorzystanie natychmiastowe impasu w działaniach wojennych spowodowało contr-ofensywę wojsk sowieckich. W Niemczech w tym momencie związki komunistyczne podniosły głowy i zagrażały ustalonemu systemowi. W lipcu 1920 Leon Trocki podpisał rozkaz: "Na Zachod, po trupie Polski w drodze do światowej pożogi!". Siły sowieckie liczyły w tym czasie okolo 3 milionów żołnierzy, czterokrotnie przewyższając siły polskie, cierpiące dotkliwie na brak zaopatrzenia. Front polski załamał się i armia sowiecka runęła w głąb Polski. Sytuacja stała się groźna, tragiczna. Bolszewicy zbliżali się do Warszawy spychając siły polskie. Francja, nasz sojusznik, zamiast pomocy przysłała swego generała Weyganda, uważając, że jego geniusz zapewni zwycięstwo.
Wtedy to Józef Piłsudski opracował swoj projekt strategiczny. Skoncentrował główne siły w miejscu gdzie rzeka Wieprz łączy się z Wisłą i uderzył starając się rozbić łączność dwóch sowiekich armii posuwających się na zachód od strony północnej i południowej i zaatakować ich tyły. Dobrze wymierzony cios w słaby punkt nieprzyjaciela odniósł oczekiwany skutek. Ofensywa sowiecka załamała się i nastąpił odwrót, a raczej ucieczka. Polacy wzięli do niewoli około 100 tysięcy jeńców. Reszta niedobitków uciekła do Prus Wschodnich. Generał Weygand przesiedział bitwę w Warszawie. Pochód komunizmu został wstrzymany.
Wszystko co napisałam powyżej to był wstęp nieco przydługi, do tego, co miałam zamiar opowiedzieć. Mysl ludzka ma niezwykłe możliwości wędrowania. Wpleciona w jeden temat natchmiast wypływa na wody następnej przygody. Rozmyślania o bitwie pod Warszawą wywołały z zakamarków moich wspomnień z dzieciństwa sceny dawno zapomniane i oto cały szereg postaci stanął na proscenium teatru mego życia i składa głęboki ukłon...
Suwałki było to miasteczko położone wśród jezior i lasów na północnym "cypelku" wynurzającym się z ziemi mazowieckiej, ograniczonym od strony północno-wschodniej przez Litwę, a od strony północno- zachodniej przez Prusy Wschodnie. Musiał to być punkt niezmiernie ważny dla obrony polskich granic, bo dosłownie był przeładowany wojskiem. Stacjonowało tam sześć pułków:
2-gi Pułk Ułanów Grochowskich imienia Gen. Dwernickiego.
3-ci Pułk Szwoleżerów imienia J. Kozietulskiego.
4-ty Dywizjon Artylerii Konnej.
41-szy Pułk Piechoty.
29-ty dywizjon Korpusu Obrony Pogranicza (KOP-u).
Przez miasto, z południa na północ, biegła długa ulica Kościuszki. W centrum miasta przylegał do niej niewielki park, ładnie zagospodarowany, wokół którego mieściły się dwa kościoły Parafialny i Gimnazjalny, gimnazjum męskie, gimnazjum żeńskie oraz inne budynki użyteczności publicznej. W zimie alejki w parku wylewano wodą i park zamieniał się na ślizgawkę pełną młodzieży. W Suwałkach urodziła się nasza znana poetka - Maria Konopnicka.
Życie miasta i życie wojska przeplatało się wzajemnie: a to święta narodowe z defiladami, a to znów święta pułkowe z ich uroczystościami, powróty z manewrów oddziałów serdecznie witanych przez ludność cywilną, a to znów romanse poruczników i różne plotki. Każdy pułk posiadał swoją orkiestrę, ale najwspanialsza była orkiestra 41-go Pułku Piechoty. Dyrygentem był pan Beczułka, jegomość w średnim wieku, z widocznym zaokrągleniem postaci w okolicy pasa. Maszerował on na przedzie z ozdobną kulą na długim drążku, którą podnosił i opuszczał w takt muzyki. Poprzedzany był przez kilka przystrojonych osiołków ciągnących na dwukółkach duże bębny, na których bębnili młodzi chłopcy w strojach tureckich i turbanach. Hej - to było widowisko dla publiczności stłoczonej na trotuarach! Orkiestry ułańskie jechały konno. Grający żołnierze mieli rękawy ozdobione w pasy o barwach pułkowych.
Z Warszawy wyjechaliśmy późnym wieczorem z oświetlonego dworca. Miałam wtedy lat 10 i na dworcu moja kochana ciocia Maria Szczepkowska wręczyła mi "na drogę" książkę. Była to pierwsza powieść w moim życiu, i ciocia musiała być dobrą wróżką, bo od tej książki rozpoczął się mój namiętny romans z lekturą, który przetrwał całe życie. Przeczytałam ją jednym tchem w hotelu, w którym zatrzymaliśmy się po przybyciu do Suwałk. Hotal wraz z przyległą do niego cukiernia, ulokowany przy ulicy Kościuszki tuż obok parku, był własnością pani Ciecierskiej, dystyngowanej, siwej damy, ubranej w długą spódnice i bluzkę w drobne paseczki z kołnierzykiem pod szyję przybranym antyczną broszką. Pani Ciecierska siedziała obok kasy w cukierni i miała oko na wszystko co się działo w cukierni i przyległym hotelu. Wszędzie panowała cisza a po cukierni bezszelestnie snuł się kelner, pan Leon, wysoki, szczupły i blady blondyn, gładko wyczesany z przedziałkiem, w długim, czarnym surducie i czarną muszką u koszuli. Wtedy jeszcze nie mogłam tego wiedzieć, ale dziś, wspominając, zapachniało mi Bolesławem Prusem.
Wkrótce zadomowiliśmy się w Suwałkach. Ja zaczęłam uczęszczać do pierwszej klasy gimnazjum a mój młodszy brat Januszek rozpoczął nauke w szkołę powszechnej. Jakiś czas mieszkaliśmy w dużym mieszkaniu przy ulicy Wigierskiej, poczym moim rodzicom przydzielono mieszkanie oficerskie w koszarach 2-go pułku ułanów. Wszystkie koszarowe budynki i stajnie były pozostałością z czasów zaboru rosyjskiego i zbudowane były na modłę rosyjską 19-go wieku. Mieszkanie, które otrzymaliśmy składało się z szeregu dużych pokoi, przez które trzeba było przechodzić z jednego przez drugi. Nazywało się to "pokoje w amfiladzie"! Ten rząd pokoi rozpoczynał przedpokój wejciowy, który po przciwnej stronie łączył się z kuchnią, ubikacją i małym pokoikiem za kuchnią. Łazienki w tym mieszkaniu nie było. Widocznie oficerowie rosyjscy i ich rodziny chodzili do "bani", aby się wymyć. W każdym pokoju stał duży piec obłożony ozdobnymi kafelkami, w których zimą paliło się drzewem lub węglem. Mama zabrała się do urządzenia i przystosowania tego lokalu do naszych potrzeb. A więc w małym pokoiku za kuchnią oprócz łóżka służącej stanęła blaszana wanna, do której wsiadaliśmy po kolei, a biedna służąca bez przerwy grzała kociołki z wodą, nalewała, wylewała, bowiem mieliśmy, jak na polskie stosunki, dziwny zwyczaj kąpania się codziennie. Wynajęty stolarz pod Mamy dyktando pobudował drewniane ściany z drzwiami i oknami i powstały różne korytarzyki i pokoiki. Zrobiło się całkiem przytulnie.
Ojciec otrzymał do użytku powóz zaprzęgany w dwa siwe konie ze stangretem Paczuskim. Do użytku zamiast powozu, była również bryczka, którą zazwyczaj ja jeździłam do szkoły, bo koszary były położone za miastem. Bryczka miała koła obite żelaznymi pasami, co robiło wiele hałasu, zwłaszcza gdy z zamiejskiej szosy wjeżdżaliśmy rano z Paczuskim na bruki ulicy Kościuszki. Budziliśmy śpiące Suwałki. Często w niedzielę wyjeżdżaliżmy wszyscy powozem na przejażczki, najczęściej do pięknego lasu zwanego "Szwajcaria" lub trochę dalej nad jezioro Wigierskie.
Po powrocie ze szkoły bardzo często Paczuski przyprowadzał jednego siwka osiodłanego i namiętnie uprawiałam konną jazdę po alejkach parku, pod dyrekcją Paczuskigo, wyszkolonego ułana. Czasami zjawiał się Tata, który był ęwietnym jeźdźcem, absolwentem słynnej francuskiej szkoły jazdy konnej w Saumur. Tata uczył mnie jak trzymać prawidłowo uzdę, jak umieścić stopę w strzemieniu, pięta lekko w dół, zewnętrzny brzeg podeszwy buta trochę wyżej, niż wewnętrzny.
Pewnego dnia gruchnęła wiadomość że dowództwo pułku organizuje niezwykłe widowisko. Był to rok 1933, lub 1934, dokładnie nie pamiętam. Zbliżała się rocznica bitwy pod Warszawą (l8 sierpnia 1920 roku). Dowodztwo postanowiło uczcić tę rocznicę inscenizacją bitwy, w której mieli wziąć udział wszyscy żołnierze pułku. Przygotowań było wiele, ale wszystko odbywało się sekretnie. Miała to być wielką niespodzianką
W oznaczonym dniu dokoła pułkowego placu ćwiczeń i ujeżdżalni zebrał się tłum widzów oczekujących niecierpliwie i nagle rozpoczęło się widowisko. Z dwóch przeciwległych stron pola ćwiczeń galopem, szarżując runęły dwie armie: Polacy, ubrani w normalne mundury i bolszewicy w barwnej różnorodności ubiorów i czap. Niektórzy z nich ubrani byli w damskie bluzki lub w przedziwne kożuchy a inni mieli przyązane do siodeł zdechłe kury, lub jakieś dziwne przedmioty użytku domowego. Na środku placu obie armie starły się ze sobą w zawziętej walce, przy strzelaninie ze ślepych naboi i wybuchach petard. Był to niesamowity "balet" koński, gdzieniegdzie okraszony popisami woltyżerki. Publiczność oniemiała z zachwytu i podziwu. Krzyk i entuzjazm niepochamowany zapanował nad boiskiem... Ale wszystko ma swój koniec i bolszewicy zaczęli nagle uciekać wysypując pierze z rozprutych poduszek i zniknęli za ujeżdżalnię w tumanach kurzu, gonieni przez dziarskich Polaków.
Pisane w Woodland Hills,
styczeń 2002
