
Witold Gombrowicz
Dziennik
Niedziela.
Eichler wyjechał na wieś i przeniosłem się na kilka dni do jego mieszkania. Zanotowałem już w tym dzienniku, że wole nie lubić sztuki - to znaczy, że czekam, aby ona mnie się narzuciła - nie należę do osob, które uganiają się za nią... Otóż obrazy Eichlera zaczęly narzucać mi się ze ścian tego wąskiego pokoju jakąś treścią, której nie byłem w sianie odgadnąć. W tym człowieku i w jego malarstwie, które jest bardzo do niego podobne - i bardzo, uporczywie własne - i czyste, doprowadzone do maksymalnego wyrazu w skali niezwykle wąskiej swojego stylu, tkwi jakaś tajemnica "biologiczna" której nie mogę odgadnąć. Podejrzewałem go o histerię, tymczasem, przy bliższym poznaniu, odkryłem w nim naturę mocną i zrównoważoną. Tak czy owak, te barwy. te linie, z takim uporem (będącym cechą sztuki) powtarzające jedno i to samo w wielorakich kombinacjach formy, nasunęły mi myśl o "jedwabistej zdradzie" i w braku czegoś lepszego uczepiłem się tego określenia. Zdrada? Jaka zdrada? Czy można dociec? Każdy z nas przez inną furtkę wymyka się życiu i milion drzwi prowadzi na bezmierne pola zdrady. Ale (myślałem, siedząc naprzeciwko tych form dwulicowych) jakaż bezsilność teorii wobec istnienia - i Eichler wydał mi się jak woda przeciekająca Mascolowi przez palce, jak wąż ginący w trawie, jak mrówka, jak owad w migotliwym listowiu na wietrze.
...
Spotkawszy się z młodym malarzem Eichlerem u Grodzickich, oświadczyłem: nie wierzę w malarstwo! (Muzykom mowię: nie wierzę w muzykę!) Potem dowiedziałem się od Zygmunta Grocholskiego, że Eichler go pytał, czy ja dla hecy uprawiam takie paradoksy. Oni nie domyślają się, ile w tej hecy jest prawdy... prawdy chyba prawdziwszej od prawd, którymi się karmi ich niewolnicze "przywiązanie" do sztuki. (...) Nie przekonałem Eichlera, który wiele włożył wysiłku w wyrobienie sobie solidnej europejskości - i spoglądał on na mnie wzrokiem, do którego już się przyzwyczaiłem, który wyraża: jak łatwo jest gadać!.
Wolno się domyślać, że przez swoje argentyńskie znajomości, Gombrowicz "załatwił" Eichlerowi wystawę w galerii Pizzarro w 1956 r. Napisał też recenzję tej wystawy pt. "Co wiem o Eichlerze?". I są to chyba najpiękniejsze słowa, jakie o malarzu napisano: "To bardzo niesamowity człowiek i zgoła egzotyczny, jak na Polaka. Eichler to, przede wszystkim, delikatność, wschodnia nieomal, persko-arabska, tak jedwabista... Ale Eichler ma pewną cechę wspolną z Szopenem, tę mianowicie, że w nim delikatność staje się kategoryczna. Czyż nie rodem z takiego uporu w słabości zimny tragizm Szopena, lodowate okrucieństwo tej muzyki, jej zamrożony jęk, jej skrystalizowane furie? Szopen nie udaje siły, przeciwnie, przyznaje się do bezgranicznej słabości - ale wyciąga z niej wszystkie konsekwencje, że w końcu owa słabość staje mu się siłą... W Eichlerze nie ma tak krańcowej antynomii, nie nosi on w klatce piersiowej choroby i śmierci jak Szopen, a jednak jego delikatność tak samo, po szopenowsku, jest uparta i świadoma. (...) Mowa o samym Eichlerze, a nie o jego obrazach. Nie znoszę dobrego malarstwa, lubię tylko malarstwo bardzo złe i na to, aby Eichler mógł mnie wprawiać w zachwyt, musiałby malować o wiele gorzej.