
Zachęcona przez panią Elizę Mahoney do wzięcia udziału w tej dyskusji zdecydowałam się "chwycić za pióro". Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie jestem ani naukowcem ani socjologiem, ani pisarzem. Jestem architektem, który również trudni się malarstwem. Ukończyłam w roku 1948 wydział architektury na Academie Libanaise des Beaux Arts w Bejrucie (Liban) i od tego czasu pracowałam jako architekt posługując się trzema różnymi językami w trzech różnych krajach: 2 lata w Libanie, 13 lat w Buenos Aires (Argentyna) i 40 lat w Kalifornii (USA). O tych dwóch pierwszych nie będę pisać, dodam tylko, że nie spotkałam tam ani jednej architektki, ale byłam w pracy zawodowej powszechnie szanowana i nie zaznałam dyskryminacji. Natomiast moja praca w USA (od r. 1961) to całkiem oddzielny rozdział.
W społeczeństwie amerykańskim istnieje silnie i wybitnie zakorzeniony pogląd, wynikający z wielowiekowych i przedpotopowych tradycji, że mężczyzna zdobywa żywność, a kobieta siedzi z dziecmi w domowym gnieździe. O tym, że może być inaczej, trudno nawet dziś przekonać przeciętnego Amerykanina czy też Amerykankę. Przykładem niech tu będzie sytuacja, w której od lat znajduje się Hillary Rodham Clinton - kobieta wykształcona, utalentowana i ambitna. Rodacy nie mogą jej tego darować i ileż to drwin i jadowitych uśmieszków towarzyszy reportażom o jej działalności.
Niestety w drugiej połowie 20-go wieku ta uświęcona tradycją sytuacja uległa wielkiej zmianie. Zarobki mężczyzny zaczęły być niewystarczające na pokrycie wszystkich potrzeb wysokiego standardu życia, do którego społeczeństwo bardzo szybko się przyzwyczaiło. Kobiety zostały zmuszone do wyjścia z gniazda domowego i szukania pracy zarobkowej. Zgodnie z opinią ogólnie panującą, powinna to być jednak praca najwyżej na poziomie sekretarki, która oprócz znajomości pisania na maszynie musi również przygotowywać dla szefa kawę, czyścić plamy na jego krawacie i wycierać kurze na biurku.
Mieszkam w Kalifornii od lat 40-tu i muszę przyznać, że pozycja kobiet w tym stanie zmieniła się nieznacznie. Gdy tu przybyłam w roku 1961 sytuacja pod tym względem była wprost rozpaczliwa. Byłam zaszokowana tym, co tu zastałam, zwłaszcza, jeśli chodziło o mój zawód architekta. Gdy zgłaszałam się do biur architektonicznych poszukujących kreślarzy za pomocą ogłoszenia w prasie, dosłownie zamykano mi drzwi przed nosem, mówiąc, że "my kobiet nie zatrudniamy".
Dopiero w roku 1964 tego rodzaju akcja stała się nielegalna po ogłoszeniu nowego prawa, które podpisał prezydent Lyndon Johnson, a które zabraniało dyskryminacji z powodu rasy, płci i religii. Wydaje mi się, że prezydent Johnson zasłużył się bardziej sprawie feminizmu, niż wszystkie "palenia biustonoszy". A więc po tym pamiętnym roku w moim zawodzie można już było znaleźć pracę w biurze architektonicznym, ale wyłącznie przy sporządzaniu rysunków roboczych. Projektowanie przez kobiety było tabu przez wiele lat, może i nawet do dzisiaj, choć sytuacja ulega powoli zmianie dzięki małej grupie Amerykanek, które zdecydowały się studiować architekturę. Od czasu do czasu można więc spotkać dzisiaj kobiety-architektki, ale ich procent jest znikomy.
Ja w swojej karierze zawodowej miałam wyjątkowe szczęście, bo dostałam się wreszcie do biura architekta, który angażował kobiety. Było to spore biuro w Beverly Hills, takim bogatym "pępku" Los Angeles, gdzie przyjęto mnie na pożycje kreslarza. Wkrótce znów miałam szczęście, podobnie jak bywa czasami w operze: primadonna ma chrypkę, następna śpiewaczka ja zastępuję - i wypływa na wierzch. Ze mną stało się podobnie. Nagle musiałam zastąpić kogoś (naturalnie mężczyznę), który bardzo "sknocił" projekt dużego wieżowca, a mnie zlecono to poprawić. Wrzuciłam "knoty" do kosza i zrobiłam nowy projekt, który radośnie został zaakceptowany przez klientów. Wkrótce po tym zostałam mianowana szefem projektowania (chief designer) i przepracowałam w tej firmie ponad 20 lat. Tu muszę coś dodać ku radości czytelnika. Gdy byłam już dobrze zasiedziałym szefem planowania, pewnego dnia właściciel biura przyprowadził nowego klienta, typowego starszego wiekiem Amerykanina i oprowadzał go po biurze. Przyprowadził go do mego stołu i przedstawił mnie jako długoletniego szefa planowania. Starszy pan był wyraźnie zaskoczony i po dłuższym namyśle powiedział: "O, to pani kuchnie muszą być doskonale zaprojektowane!" "Doprawdy nie wiem, bo ja nie umiem gotować" - odpowiedziałam.
Ale dość anegdotek! Co myślę o przyszłości feminizmu? Byłam przez wiele lat członkiem NOW (National Women's Organization). Członkostwo moje polegało głównie na płaceniu składek i podpisywaniu różnych petycji. Denerwował mnie fakt, że władze organizacji (w Los Angeles) opanowane były w dużej mierze przez lesbijki. Nie mam nic przeciwko tej grupie, ale wydawało mi się, że tu się toczy walka o społeczne prawa kobiety, a niekoniecznie o to, kto z kim chce spać. Mam wrażenie, że był to duży błąd taktyczny.
Moim zdaniem kobiety muszą wziąć liczny udział w życiu publicznym i politycznym, aby wydobyć się z pozycji obywatela drugiej klasy. Naturalnie do tego potrzebne jest wykształcenie i przygotowanie. Jak to pogodzić z życiem rodzinnym to temat do oddzielnej dyskusji.
W USA można odnotować w tej materii pewien postęp, bo od jakiegoś czasu pojawiło się w Senacie i Kongresie kilkanaście kobiet, w stosunku do kilkuset mężczyzn. Dopóki na fotografiach z sesji parlamentów nie zobaczymy 50% kobiet nic się nie zmieni w sytuacji kobiety.
W chwili gdy to piszę, odbywa się we Włoszech międzynarodowa konferencja "krajów bogatych". Nasz prezydent G. W. Bush chodzi nadęty przed kamerami, siląc się na "presidential look", pewny, że tym zakamufluje swoje braki. Na ekranie telewizora stoi szereg niepozornie wyglądających mężczyzn - głów narodów. Dlaczego nie ma tam żadnej kobiety? Przyszłość feminizmu leży w jego zgonie! Dopóki nie umrze kwestia, iż praw kobiety trzeba bronić i o nie wałczyć - nie będzie zwyciestwa.
W odpowiedzi na pytanie: "Czy Polkę stać na zachodni feminizm?" odpisuję, że Polkę stać na lepszy feminizm niż w USA.
