
Wygląda to trochę tak, jakby ktoś przejechał gąbką po Manhattanie, zebrał wszystko, co wstydliwe albo kulawe, i wycisnął nad tym prostokącikiem miasta nazywanym East Village.
Chodniki są tu zatłoczone, ale ruch nie ma w sobie nic z rzeczowości górnego Manhattanu czy zapiekłej krzątaniny Wall Street. Na wykrzywionych, jakby przez pijanego zaprojektowanych uliczkach, panuje przygniatająca atmosfera nie zdanego egzaminu. Starzy Ukraińcy pokornie przesiadują na drewnianych ławeczkach, sprawdzając czas na ulicznych zegarach, z których każdy pokazuje inną godzinę. Blade dziewczyny błagalnie wypinają uszminkowane piersi w stronę obojętnych sprzedawców heroiny. A przed maszynami do robienia kopii ustawiają się cierpliwie kolejki rozmemłanych pisarzy. Wielu z nich pocą się ręce, co jest typowe dla gruźlików, donosicieli, nieudanych artystów i świeżych emigrantów. Co jakiś czas wybucha awantura. Przechodnie, jakby nadrabiająć poprzednią ospałość, gwałtownie skaczą sobie do oczu. Ale w ich furii jest jakaś sztuczność. I już po chwili wszystko wraca do normy. Roznosiciele pizzy wędrują przed siebie, a transwestyci uprzejmie wymieniają się strzykawkami.
Przez ten poruszający się bez pośpiechu i celu niezdecydowanym, rybim ruchem tłum przepychało się dwóch mężczyzn. Młodszy, najwyżej dwudziestoletni, dźwigał w silnych żylastych rękach wiadra z rozrobioną białą farbą. Starszy przyciskał do chudej piersi puszki z klejem, gips i walce na kijach do malowania ścian. Pomimo upału naciągnęli na głowy bawełniane czapeczki, a z kieszeni wyszmelcowanych spodni sterczały im dzieła Dickensa w twardej oprawie.
Obaj pochodzili z kaprawego miasteczka w Rzeszowskiem, przez lata odmawiali sobie wszystkiego, żeby zarobić na przyjazd i teraz upajał ich i podnosił na duchu blask cudzego powodzenia. Zerkali z szacunkiem na wygrzewające się w słońcu ciemnoskóre prostytutki i stare Żydówki w perukach, popijające przez słomkę francuską wodę mineralną.
Minęli koreańskie stragany i restauracje homoseksualistów. W barze u Wandeczki męski głos zaśpiewał wesoło: Marsz, marsz, Polonio, marsz dzielny narodzie... Spojrzeli na siebie, ale przemogli się i skręcili na klatkę schodową. Postękując wdrapali się na czwarte piętro. Otworzyli drzwi i rozejrzeli się fachowo.
Mieszkanie do remontu nie miało nic wspólnego z typową dla East Village jednostrzałkowką, w której już z klatki schodowej można trafić lokatora wyglądającego przez okno w ostatnim pokoju. Przez wykrzywione od wilgoci drzwi przechodziło się z kuchni do dużego living roomu. Dalej były dwa osobne pokoje. Ich zakratowane ze strachu przed złodziejami okna wychodziły na odległą o parę kroków ścianę sąsiedniego budynku. Było tu ciemno, chłodno i przyjemnie. Poprzedni lokator wszystko przygotował. Wykręcił żarówki i pozabierał meble. Na wypaczonej podłodze w living roomie stała tylko odrapana szafa. Zbite z listewek rozsunięte drzwi odsłaniały połamany świecznik, trzy plastikowe wieszaki i puszkę po piwie.
Żeby nie zmarnować resztek dziennego światła, od razu zabrali się do roboty. Starszy, Kijanka, oderwał uważnie okładki z Olivera Twista i zatkał nimi dwie największe dziury w ścianach. Przejechał je klejem i zaszpachlował. Kiedy już dobrze wyschły, Grzesio pociągnął je farbą na biało.
Z kuchni przeszli do living roomu. Rozrzucili na podłodze gazety i osłonili od góry szafę. Pracowali szybko i wesoło. Dopiero co przyjechali do Ameryki i od razu uśmiechnęło się do nich szczęście. W sześcioosobowym pokoju na Greenpoincie zwolniły się dwa materace do spania, w najlepszym, ciepłym kącie przy kaloryferze. Z dnia na dzień dostali też pracę przy azbestach, do której się nikt nie pchał, bo według lekarzy wywoływała raka. Tak czy inaczej, płacili za nią tyle, że z miejsca zaczęli opływać w dostatek, a nawet wysłali dolary do rodzin. Wprawdzie ostatnio w Nowy Jork uderzyła recesja i azbesty przestano usuwać, ale i przy remontach mieszkań, jeśli człowiek nie przyjechał się wysypiać albo zbijać bąków, też można było zarobić.
Raz i drugi przejechali living room i dopiero wtedy zrobili pierwszą przerwę. Kijanka napił się wody z kranu, a Grzesio wyciągnął z kieszeni błyszczącą paczkę marlboro. Pogładził ją, ostrożnie zerwał celofan i pstryknął od dołu. Papieros posłusznie wyskoczył z paczki. Grzesio uśmiechnął się, zapalił i zaciągnął rozrzutnie raz po razie. Wcale nie czekając aż niedopałek sparzy mu palce, spokojnie rzucił go na podłogę. Dopiero wredy poszedł obejrzeć mniejszy pokój po lewej. Zajrzał do środka i zaraz krzyknął na kolegę.
Kijanka podszedł, splunął i przeżegnał się. Podniósł przewrócone na podłogę składane krzesełko i usiadł.
W rogu pokoju kołysał się na sznurze postawny mężczyzna w wyglansowanych brązowych butach.
- Ciekawe, jak on tu wlazł? - spytał Grzesio i przysiadł na kaloryferze.
- Wlazł i tyle - mruknął Kijanka.
- Ludzie strasznie schamieli. Podobnież już nawet dzieci w szkole przestały się uczyć. Ciekawie, Co z tego wyrośnie.
- Myślisz, że to ktoś z naszych?
- Z naszych? - rozbawił się Kijanka.
- Zobacz, jaką ma wąską twarz i spodnie w kratę. Zresztą, nasi się w Nowym Jorku nie wieszają.
- Grzesio splunął i podniósł się.
- To jak robimy?
- A niby co mamy robić? Trzeba zejść i zadzwonić do kontraktora. Przez to, że nie skończyliśmy, nie zapłacą nam za robotę.
Spojrzał z żalem na otuloną ciemnością posiniałą twarz wiszącego.
- I żeby to był jeszcze jaki prymityw, ale człowiek w garniturze, pod krawatem... My tu sobie żyły wypruwamy... Splótł ręce i zatrzaskał stawami.
- Czekaj, czekaj, tylko nie na łapu-capu. Daj pomyśleć warknął Grzesio.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W wąskim jak strzelnica okienku, naprzeciwko, zapaliło się światełko. Owłosiona ręka wywiesiła na sznurku męską bieliznę i szmatę. Zaraz potem światło zgasło.
- A gdyby tak - zamyślił się Grzesio
- zdjąc go delikatnie, przenieść do living roomu, przelecieć pokój i potem powiesić go z powrotem. Każdy pomyśli, że normalnie wlazł i się powiesił już po odmalowaniu.
- Nieżywego chcesz dotykać? - obruszył się Kijanka.
- A ty wiesz, jaką oni to mają policję? Przyjadą w dwa samochody, z komputerem, i z miejsca odkryją, że był ruszany. Potem nas złapią i zasądzą.
- To dlaczego go nie owinąć gazetami na wisząco, bez ruszania, żeby się nie zachlapał? Potem się go odkryje i gotowe. Nie chcesz, możesz się do niego w ogóle nie dotykać. Zacznij malować od okna, a ja skoczę po świeże gazety. To jak?
Kijanka rozchmurzył się i z uznaniem zakołysał ogromną głową osadzoną na cieniutkiej szyi. Podniósł się i zaczął rozrabiać farbę. Na ulicy Grzesio pogrzebał w metalowych pojemnikach na śmieci. Zręcznie odsunął na bok puste flaszki, wyrzucone książki i opakowania po coca-coli. Uzbierał stertę gazet i wyprostował się. Spojrzał na wystawy sklepów, mrugające reklamy i głośno, chciwie wciągnął powietrze.
Wieczory w East Village są pracowitsze od dni i tłum na chodnikach zgęstniał. Pachnące piwem hiszpańskie prostytutki zagadywały wystraszonych turystów z Tokio. Urzędniczki z Wall Street o płaskich biustach, wałcząc z rozpaczliwą nowojorską samotnością, pospiesznie zajmowały miejsca na barowych stołkach. A Pierwszą Aleją ciągnął sznur czarnych i białych limuzyn prowadzonych przez szoferów w uniformach. Wszystkie jechały do Cafe Venieros, gdzie od stu pięcdziesięciu lat wypieka się ulubione przez mafię babeczki z truskawkami.
