Dzień Indyka

Adam Lizakowski

 Byłem na obiedzie indyka, czyli na Thanksgiving Dinner w jednej z polskich restauracji w naszym mieście. Obiad był smaczny i dobrze podany, bogaty w przystawki warzywne, które w Polsce za moich czasów zupełnie były nie popularne tutaj rodacy serwują z takim znawstwem, jakby były one naszym narodowym zwyczajem. Przy moim stoliku siedziało osiem osób, trzy kobiety i pięciu mężczyzn. Paru z nich było na "lekkim gazie", z dużą dozą kontraktorskiego homoru, co można w naszym rodzimym języku polskim określić jako humor budowlańców. Średnia kobiet powyżej 40 lat. Mężczyźni raczej młodzi, choć pan Józiu, warszawiak, był już po 50. On jeden wiek zawyżał on też "zalał pałę", trochę marudził, przynudzał, trochę nachodziły go smutki rozrzewnienia, ale trzymał się dzielnie i tzw. fason warszawski.

 Kobiety w naszym towarzystwie były rozrywane i adorowane. Nieomal pieszczone wzrokiem i z wielkim zapałem całowane przez mężczyzn po rękach. Wiadomo emigracja przeważnie jest dla samców, więc samice są traktowane nad wyraz dobrze w wielu przypadkach lepiej niż własne żony samców, samotność jest doskonałym nauczycielem kultury i uprzejmości wobec kobiet a raczej dam, bo tak się mówi na kobiety w Chicago.

 Mężczyźni choć się nie upili, to jednak z każdym następnym kieliszkiem stawali się coraz bardziej nerwowi, a nerwowość przechodziła czasami w agresywność. W powietrzu jak to zawsze bywa na imprezach zakrapianych alkoholem wisiało niebezpieczeństwo wybuchu awantury czy nawet bójki, dochodziło wielokrotnie do zaczepek słownych, które osobiście kiedyś jako młody chłopak bardzo lubiałem, bo były one takim zaproszeniem do walenia się po pyskach, co też chętnie dawnej robiłem, ale teraz z wiekiem drażniły mnie takie "gęgania". Atmosfera stawała się z minuty na minutę dramatyczna, a na dodatek przysiadł się do naszego stolika pan Jureczek - elektryk od wysokich napięć, nie tylko elektrycznych, ale i towarzyskich. Kiedyś takiemu na dzień dobry należałoby dać w ryło, złapać za kołnierz i wyrzucić dwoma, może trzema kopniakami za drzwi, ale w Chicago pełna kultura, tym bardzej, że nie wiadomo co facet ma w kieszeni, może jakiego gana i w takim przypadki sprawa i szybka pięść niewiele może pomóc.

 Pan Jurek jest typowym przedstawicelem tzw. emigracji zarobkowej, tj takiej co to bardzo kocha swoją ojczyznę i papieża, na komunistów głosuje, dawne czasy chwali, ale w Ameryce grzebiet ledwo co może rozprostować, bo nie ma czasu nawet na to, aby się po łysinie podrapać. A swoją śpiewkę rozpoczął mniej więcej tak:

 Moja stara w kraju i dzieci w Polsce mają wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Dom, samochód, luksus komunistyczny i kapitalistyczny dobrobyt, futra i kożuchy, sama nie wie w którym ma łazić. Rodziana ogląda telewizję satelitarną, a dzieci mówią po angielsku lepiej niż niejeden Amerykanin tutaj w Chicago.

 Kolega pana Jureczka, też konktraktor, przyjaciel i brat od wódczanej matki, grecko hrabia, pan Tadziu odpowiada.

- Wszystko...?
- Wszystko - odpowiada pan Jureczek.
- To także ma jakiegoś młodego gacha, który właśnie teraz nad ranem masuje jej plecy, bo ty chłopie o wszystkim pamiętasz, tylko nie o tej sprawie. A jej do pełnego szczęścia na pewno tylko tego brakuje, a kto wie czy to nie jest najważniejsze. Twoje futra i kożuchy, to możesz sobie gdzieś schować, ona potrzebuje chłopa do grzania ją w nocy na nie futra, ty baranianio głowo.

 Nastała cisza. Całe towarzystwo nabrało wody w usta i zaniemówiło. Pan Jureczek spuścił glowę, a grecki hrabia utkwił swój wzrok w jego łysinie. Za taką wstawkę słowną można było dostać z byka, albo z pół obrotu w szczękę tak, że ruscy chirurdzy by jej nie poskładali. Przez chwilę myśleliśmy, że rzucą się na siebie jak dwa wilki, wtedy ktoś trzeci zdrowymi kopami pod żebra ich rozdzieli, i będzie zabawa na sto dwa, i będzie o czym opowiadać ze dwa tygodnie, ale nic takiego nie nastąpiło. Przez chwilę można było słyszeć pulsującą krew w żyłach biesiadników. Pan Jureczek, jakby zapadł się w sobie, mina mu skwaśniała, co spowodowało, że twarz mu nabrzmiała jeszcze bardziej nieprzyjemniej i określenie jej jako mordy, było by jak najlepszym określeniem. Długo się namyślał zanim odpowiedział:

- Moja baba pewnie że ładna, to i chłopy na nią lecą, co ty sobie myślisz w kółko golony, że ona nie podoba się chłopom, jest piękna jak laleczka, cała wieś się za nią ogląda jak idzie do kościoła. A ty co sobie myślisz, że twoja to święta, może sobie zaszyła, co?

 Po raz drugi nastała chwila gorobowej ciszy. Zaciskali pięści i patrzyli na siebie jak dwa głodne wilki, co to w każdej sekundzie mogą rzucić się na siebie i łby sobie poodgryzać. Całe szczęście, podeszła do naszego stolika kelnerka z pytaniem czy nam czego nie brakuje, jej chwilowa obecność rozluźniła towarzystwo.

 Jak już wspomniałem, obiad z indyka czyli największe amerykańskie święto obchodzone przez wszystkich Amerykanów i przez wszystkie grupy etniczne, przebiegał bardzo elegancko i bez większych zakłóceń. Rodaków rozmowy na emigracji mają to do siebie, że można przy stole pogawędzić i miło powspominać stare dobre czasu. A sam stół dla nas Polaków ma bardzo duże znaczenie nie tylko symbolu jedności rodzinnej, ale tutaj na emigracji jest łącznikiem starych dobrych tradycji z nadzieją, że po powrocie do kraju znowu się przy nim zasiądzie. Tutaj na emigracji niewiele jest stołów, niewielu rodaków ma własne kuchnie. Mają jedynie je ci co tutaj zostają na stałe, co przyjechali z całymi rodzinami, kawalerzy z odzysku, o tych rzeczach nie myślą.

indeks - Ameryka