Kanion Gaudalupe jak zawsze zniewalający. Zwolennicy czystej rozkoszy niezakłóconej zbędną refleksją mogą się tam moczyć w ciepłym źródełku jednocześnie popijając piwko (warto pamiętać, że tego typu połączenia są nielegalne w pewnych krajach). Tu cenna rada: nie ma czegoś takiego jak stała przyjemność - przyjemność musi rosnąć!

Nie wchodzimy więc, broń Boże, od razu do gorącej wody, lecz do chłodniejszego basenu, odtykamy koreczek z ciepłą wodą i kładziemy się w rozgrzewającym strumieniu. Oczywiście nie należy zapominać o tym, że butelka, puszeczka i kieliszek muszą być w zasięgu ręki. Dodatkowe atrakcje wymagające towarzystwa osób trzecich (ostatecznie drugiej osoby) pozostawiam waszej wyobraźni. Ostatecznie można zamiast tego ogryzać w basenie tłusty kawał indyka i jest też miło, a znacznie spokojniej i zapewne bezpieczniej.
Osoby o ambicjach intelektualnych mogą dodać do tych wszystkich rozkoszy jeszcze trochę pogodnej filozoficznej zadumy ułatwionej przez klasyczne, ciemne kontury palm na tle rozgwieżdżonego nieba lub nawet ciętą dyskusję doprawioną cudownym dowcipem Olbrzymiego Łukasza. I wtedy mamy już pełnię szczęścia.
Ale nie o tym miało być. Otóż drugiego dnia oderwaliśmy się z Tadkiem od ukochanych żabć i dziecisków i ruszyliśmy się powłóczyć. Jak wiadomo w zachodnią krawędź gór Sierra Juarez urywającą się do Laguny Salada wrzyna się wiele kanionów i Kanion Guadalupe jest tylko najbardziej znanym z nich. Wieść gminna głosi, że wiele z tych dolin jest nawet ciekawszych niż Kanion Guadalupe. Tadek twierdził, że w jednym z sąsiednich kanionów są ponoć lite, wspinaczkowe ściany wielkiej urody. Po naradzie z Ewą i pomachaniu rękami nad
topograficzną mapą wybór padł na Kanion El Tajo, czyli drugi z kolei kanion na północ od Kanionu Guadalupe (pierwszy to kanion Carizzo).
Ruszyliśmy więc z Kanionu Guadalupe w miarę rano (koło 9-tej) tadkowym jeepem w stronę laguny, a potem na północ. Najpierw zapuściliśmy się w drogę, która zdawała się być skrótem na północ, mimo wyraźnego napisu, że jest ona zamknięta (co nam tu będą k... zamykać). Nie należy tego robić - zapchaliśmy się pod południowo-zachodnie ogrodzenie włosko-meksykańskiego PGR-u, czy czegoś w tym rodzaju i dalej wyglądało źle. Należy więc grzecznie wrócić na pn-wsch, do głównej drogi przez lagunę, biegnącej wzdłuż północno-wschodniego ogrodzenia wspomnianego "PGR"-u. Dalej grzaliśmy już tą drogą prosto na pn-zach. Minęliśmy "PGR" i jedno samotne ranczo. Po lewej stronie otwierał się widok na długą, głęboko wciętą w krawędź dolinę z pięknymi ścianami o brzoskwiniowym zabarwieniu, przypominającą trochę kształtem tatrzańską Dolinę Małej Łąki. Skały są tam jednak zupełnie inne - patrz
mapa geologiczna. Od drogi głównej do gardzieli kanionu jest kilka mil po płaskiej pustyni i bardzo chcieliśmy uniknąć tego marszu. Skręciliśmy więc w pierwszą stosunkowo wyraźną drogę na w stronę kanionu, na tzw.
czuja.
Droga wiła się wśród i trochę gubiła wśród łagodnych pagórków, i w końcu po kilku dość ambitnych miejscach skończyła się ostatecznie koło śladu po biwaku u południowego podnoża wyraźnej górki. Znaleźliśmy się sporo na południe od głównego łożyska suchej rzeki na dnie kanionu, a pierwsze zwężenia kanionu były jeszcze ze dwa kilometry od nas. Ale nie ma lekko - wiadomo, że na dnie Kanioniu El Tajo nie ma żadnej drogi, więc tak czy owak trzeba powrócić do zapomnianego sposobu przemieszczania się. Idąc od końca drogi w stronę gór wyszliśmy na płaskowyż porośnięty z rzadka kaktusami i ocotillo, z którego widać wylot kanionu (jest to najgłębsza dolina w okolicy). Na tym płaskowyżu można znaleźć miejscami ślady ścieżki idącej w stronę kanionu, ale bez niej też się jakoś idzie. Po drodze przekraczaliśmy kolejne suche łożyska potoków spływających z bocznych kanionów (było ich chyba 4 lub 5). Był to typowy marsz po pustyni - niby idzie się łatwo, ale jakoś nie za szybko i człowiek się męczy i zaraz myśli o jakimś cienistym miejscu. W końcu doszliśmy do właściwego kanionu i zrobiło się przyjemniej i ciekawiej.
Pojawiły się pierwsze palmy, wyraźniejsza ścieżka, a zaraz potem strumyk z wodą. Potem było już coraz bardziej zielono i kolorowo. Palmowe gaje, zielone trzciny, turkusowe jeziorka z chłodną wodą, wodospady - jakaś taka obłędna egzotyka trafiająca nawet do zatwardziałego zwolennika wilgotnej północnej przyrody. Minęliśmy wiele miłych miejsc na biwak nad samym strumieniem. W tym wszystkim słabo widoczna ścieżka i żywego ducha. Jedyni ludzie jakich spotkaliśmy przez cały dzień to dwoje starszych Amerykanów (typ włóczęgów), którzy schodzili w dół kanionu z gór Sierra Juarez. Patrz
mapa topograficzna okolic Laguny Hansen. Wystraszyliśmy ich zresztą porządnie, bo jakoś nagle na nich wyszliśmy, a nasz wygląd nie dawał im może zupełnej pewności, że nie poderżniemy im gardła. Gdzieś koło pierwszej miły posiłek w krzakach nad strumieniem (Tadek ziarenka i zupkę, ja zupkę i zimną nogę indyka), a potem dalej i dalej. Kanion wił się i otwierał coraz wspanialsze widoki na boczne doliny, a w nich turnie oświetlone coraz niższym słońcem. Piękne ściany zamykające dolinę były jakby bliżej, ale ciągle daleko.
Nie szło się zresztą bardzo szybko, bo często gubiliśmy ścieżkę i trochę przez to chaszczowaliśmy. W końcu słońce na dobre wycofało się z dna kanionu i stało się jasne, że nawet jeśli dojdziemy pod te ściany, to i tak ich nie zobaczymy. Byliśmy zresztą już nieźle wykończeni, a jeszcze trzeba było wrócić. Zjedliśmy więc po ostatniej pomarańczy i z żalem ruszyliśmy z powrotem. Oczywiście, jak to na pustyni, szybko zrobiło się ciemno. Na początku unikaliśmy używania czołówek, ale potem zaczęły się przydawać. I tu zaskoczenie - w nocy wcale nie szło się wiele wolniej. Po prostu byliśmy bardziej zmobilizowani i lepiej szukaliśmy ścieżki. Na tych pustyniach jest sporo, ścieżek i chodzi się nimi o niebo łatwiej niż na przełaj! Trzeba się jednak nauczyć ich szukać, bo nie są tak wyraźne jak w lasach północy.
Po zgubieniu ścieżki nie warto się od razu poddawać - ona zwykle jest gdzieś niedaleko, a marsz na przełaj na pewno bardziej zmęczy. Tadek jakoś to już wcześniej wiedział, więc szło się nie najgorzej. Przy wodospadzie zrobiliśmy herbatę. Świeciły gwiazdy, szumiał potok, było ciepło i ogólnie jakoś dobrze. Potem, już w okolicach, gdzie kanion się rozszerza i trzeba iść bardziej na przełaj skończyło się światlo. To znaczy mieliśmy oczywiście zapasowe baterie, ale mocno używane i jakoś nie bardzo chciały działać. Księżyca niestety nie było. A więc marsz poomacku wśród kaktusów i ocotillo, czy nocleg na kamieniu? I tym razem jednak pustynia okazała się przyjaźniejsza niż się mogło wydawać. Coś jednak było widać i, choć trudno w to uwierzyć, nie wpadliśmy na żaden kaktus. Lekka łuna nad Mexicali rozjaśniała niebo na tyle, że nawet było widać zarys pagórka, przy którym zostawiliśmy jeepa. Był jeszcze jeden dreszczyk emocji, gdy byliśmy już blisko auta (czy ktoś go jednak nie zabrał) i drugi, gdy Tadek przysnął za kierownicą i ścieliśmy kilka krzewów mesquite. Potem już tylko piwko, indyk, kawka, winko, herbatka, wódeczka i jeszcze piwko i winko, a zaraz ciepły basen a potem śpiwór.
Nazajutrz były jeszcze długie biesiady i wycieczka naszych pań z Piotrem B. w górę Kanionu Gauadalupe. Ponoć zachowali się bardziej bezpretensjonalnie i po prostu zaszyli się w wąwozie nad potokiem i tam oddawali się opowieściom i rozkoszowali bezpieczną odległością od dzieci i współmałżonków. Przed samym wyjazdem obejrzeliśmy jeszcze malowidła naskalne w dość ciekawych skałach na południe od wylotu Kanionu Gaudalupe. Była oczywiście jeszcze obłędna jazda po dnie Laguny Salada i tradycyjne nocne zabłądzenie w Mexicali.
Cóż, niewątpliwie, jeśli ten piękny kraj będzie się, jak to się mówi, normalnie rozwijał, to będzie tam kiedyś klasyczny RV-Park, ale póki co, można tam trochę odlecieć w odległe krainy lub mieć przynajmniej takie złudzenie.
Uwagi techniczne: Odbieranie innym szansy na pustynną przygodę przez podanie współrzędnych geograficznych itp, to ostatnia rzecz jaką chciałbym uzyskać. Nazwę El Tajo można znaleźć na
mapie topograficznej), na której jednak nie ma wspomnianego "PGR"-u. Najważniejsze jest, aby wrócić do głównej drogi na pn-zach (widocznej na
mapie topograficznej) i minąć "PGR" (wówczas był to duży ogrodzony obszar zrytej ziemi, na której nic nie rosło) oraz samotne ranczo zanim się skręci w stronę gór. Warto pamiętać, że Kanion El Tajo jest dobrze widoczny jako głęboko wcięta dolina (to odróżnia go od wcześniejszego Kanionu Carizzo). I tym się należy mniej więcej kierować. No i warto mieć więcej czasu, czyli wyruszyć wcześniej lub przygotować się na biwak. Napęd na cztery koła po zjechaniu z głównej drogi jest chyba niezbędny.