
W drugiej polowie wrzesnia bylo juz definitywnie wiadomo, ze przeprowadzamy sie do Teksasu. Wszyscy nam przerazliwie wspolczuli w zwiazku z tym wydarzeniem, tym bardziej, ze na pozegnanie z Los Angeles pozostalo nam niewiele wiecej niz dwa tygodnie. Ostatnie dni pobytu uplynely nieslychanie szybko, ale to pewnie dlatego, ze bylismy bardzo zajeci. Musielismy podjac szereg waznych decyzji dotyczacych przyszlosci, ale takze zastanowic sie co zostawic a co zabrac z naszego skromnego dobytku. Oczywiscie, chcielismy pozegnac sie rowniez ze wszystkimi naszymi drogimi Znajomymi. Jesli Kogos przeoczylismy to serdecznie przepraszamy zapewniajac, ze to tylko i wylacznie z braku wystarczajacej ilosci czasu.
W piatek, dzien przed wyprowadzka, postanowilismy spakowac troche osobistych rzeczy i ciuchy na droge. Siedzielismy do 3-ciej nad ranem (chlopcy zrobili madrzej, bo byli juz spakowani wczesniej), nic dziwnego, ze w sobote zaraz po 7-mej wstawalismy z wielkimi oporami. Ale coz bylo robic, o 8-mej mieli przyjsc "pakowacze". Mieli, ale przyszedl tylko jeden i to po 10-tej! Trzeba przyznac, ze uwijal sie sprytnie i w ciagu 2 godzin spakowal nasz dobyteczek w duza ilosc pudel, uzywajac do tego celu ilosci papieru przerastajace ilosc pakowanych rzeczy. (Nic wiec dziwnego, ze przy zleconym przewozie rzeczy koszt transportu przewyzsza zwykle koszt frachtu…). Po jego wyjsciu zaczelismy wygladac drugiej ekipy, ktora miala nasze graty zapakowac do wielkiej ciezarowki firmy Mayflower i przewiezc do Austin (kierowca powiedzial, ze beda kolo poludnia). To "kolo" bylo wyjatkowo duze. Kiedy wreszcie sie zjawili okazalo sie, ze nie maja gdzie zaparkowac w poblizu domu. Prawie przez godzine Bill (kierowca) wydzwanial, zeby uzyskac zgode na uzycie drugiego, mniejszego samochodu, ktorym przewiezliby rzeczy z domu do tego ich olbrzymiego, chyba ponad 15-metrowego traka.. Ale mimo wydzwonienia kilku urzedasow nic mu sie nie udalo zalatwic (okazuje sie, ze biurokracja jest jeszcze gorsza niz w Polsce, choc w Polsce, w sobote o 13-tej nikt pewnie nie probowalby zlapac swojego przelozonego w firmie). Zaproponowal, ze moze Tomek podpisze stosowne papierki (na ten maly samochod), ale gdy sie okazalo, ze w razie czego to my musielibysmy zaplacic 350-400$ (tyle wynosilby koszt ‘donajecia' dowozacej furgonetki), Tomek stwierdzil, ze za tyle to on sam moze przewiezc rzeczy nasza "madzia". W koncu Mr. Brozek zadzialal, poszukal wlascicieli samochodow parkujacych na ulicy w poblizu naszego domu i okazalo sie, ze miejsca na zaparkowanie jest wystarczajaco duzo (choc okoliczni mieszkancy pewnie nie zgodziliby sie z tym okresleniem). Wreszcie ekipa transportowa mogla przystapic do glownego punktu programu - pakowania do samochodu naszych rzeczy. Trwalo to chyba ze cztery godziny - zdazylismy w tym czasie podjac Gosie z Tadzikiem i dzieciakami (sliwowica przyniesiona przez nich na pozegnanie pozostala nienaruszona az do Austin i przydala sie pozniej przy rozpakowywaniu - ostry srodek dopingujacy!), a ja z chlopcami odwiedzilam jeszcze Marysie i Andrzeja. Poznym popoludniem mieszkanie wygladalo jak pustynia, odkurzylam wykladziny i wynioslam` nasz wysluzony odkurzacz na smietnik. O dziwo, mieszkanie prezentowalo sie w miare czysto i schludnie (z czym pewnie nie zgodzi sie nasz byly kamienicznik i urwie cos z wplaconego zastawu). Ostatni rzut oka na znajome sciany. Nie, to juz nie bylo nasze mieszkanie. Pacyfic Bell wylaczyl juz nasz telefon, a prad i wode mieli wylaczyc nazajutrz.
Po 6-tej pojechalismy na noclegowisko do hotelu, a stamtad na wspaniala kolacje do Dusi i Jaska. Wybralismy sie z nimi na wieczorny spacer po plazy. Tomek, Kamil i Krzys po raz ostatni przed wyjazdem zamoczyli nogi (co niektorzy i wiecej) w Pacyfiku. Pozegnalna fotka i do hotelu na zasluzony nocleg.
W niedziele 29 wrzesnia o 8:25 wsiedlismy do samochodu, wyzerowalismy licznik i w droge. Zegnalo nas zamglone LA. Wczesniej juz postanowilismy, ze nie pojedziemy autostrada nr 10, najkrotsza droga na przestrzal przez Arizone i Nowy Meksyk, tylko wybierzemy troche dluzsza droge, prowadzaca przez polnocna Arizone autostrada nr 40. Wyskoczylismy wiec z LA 10-tka, potem na Las Vegas 15-tka, i w koncu w Barstow przeskoczylismy na 40-tke. Tam juz znalezlismy sie na pustyni. Jechalo sie nam dobrze, nie bylo zbytniego tloku. Po 2 godzinach, w ciagu ktorych zrobilismy 160 mil (rzadkie osiagniecie przy wyjezdzie z LA), zatrzymalismy sie na krotki odpoczynek za Troy Dry Lake. Okolo poludnia zaczelismy odczuwac (a raczej “madzia”) niedobor paliwa - jak sie szybko jezdzi, to benzyna konczy sie wczesniej niz zazwyczaj. A dookola jak okiem siegnac tylko pustynia i nawet cienia szansy na stacje benzynowa. Silnik zakrztusil sie i przestal reagowac na pedal gazu. A do Needles zostalo nam 20 mil. Tragedii by nie bylo, bo wokol krecilo sie sporo samochodow, ciagnacych motorowki, lodzie i skutery wodne, w koncu to zakonczenie sezonu na arizonskich jeziorach. Tyle, ze wstyd i strata czasu. Okazalo sie jednak, ze obawy byly przedwczesne, “madzia” dlawila sie tylko pod gorke (tak jej pewnie ktos skonstruowal bak i uklad paliwowy), a po mili zrobilo sie z gorki i silnik ciagnal bez zadnych zaburzen, wspomagajac nasze dosc szybkie toczenie. Ostatkiem sil dowleklismy sie do Needles, choc czulismy sie juz na tyle pewnie, ze przebieralismy miedzy Shellem, Chevronem, Texaco i kilkoma innymi konkurentami, wcale nie podjezdzajac do najblizszego dystrybutora. Po przejechaniu niespelna 300 mil od LA opuszczamy granice Kalifornii i wjezdzamy do Arizony. Za mostem granicznym nad rzeka Kolorado zjezdzamy z autostrady aby zrobic zdjecia, bo widoki piekne. Teraz my zaczynamy czuc niedobor paliwa, wiec w Kingman pozeramy pizze i dalej w droge. Chcemy dojechac jak najblizej Petrified Forest National Park. Jest dobrze, udaje nam sie dojechac do Holbrook. Na liczniku 593 mile.
Rankiem zrywamy sie skoro swit i o 8-mej wyruszamy do odleglego o ok. 18 mil parku, aby obejrzec “skamienialy las”, czyli to, w co zamienily sie drzewa pod wplywem milionow lat amerykanskiego panowania (dobrze, ze nas tu wtedy nie bylo). Przed wjazdem do parku nerwowo czytamy o co chodzi w tych drzewach-kamieniach. Bo w gruncie rzeczy sa to kamienie. Czas i otaczajace srodowisko usunelo z pni i konarow tkanke biologiczna z dokladnoscia do ostatniej czasteczki celulozy - w zamian, krystalizujace mineraly wypelnily opustoszala forme drzewa nowa trescia. Tak powstaly drzewa-kamienie. Nie sa one rzadkoscia na swiecie, a nawet w Stanach, ale tu, na polnocno-wschodnim skrawku Arizony jest ich ponoc najwiecej i naleza do najpiekniejszych. W przewodniku zalecaja rozpoczecie zwiedzania parku od polnocnego wjazdu, ale nam tak jest nie po drodze wiec zmieniamy kierunek i jedziemy od poludnia. Przez park prowadzi 27 milowa (43 km.) droga widokowa. Co jakis czas mozna zatrzymywac sie na parkingach i poogladac lub polazic miedzy skamielinami. Jedynym minusem zmiany kierunku zwiedzania bylo nieobejrzenie “Domu Agatowego” (droga prowadzaca do niego jest otwierana dopiero po poludniu) zbudowanego z blokow-pni skamienialych drzew. Ale wszystko inne udalo nam sie obejrzec, a wiec m.in.: “Krysztalowy Las”- w znajdujacych sie tu kawalkach drzew jest wyjatkowo duzo krysztalow roznych mineralow. Z daleka wyglada to tak, jak gdyby ktos pocial pnie pila na metrowe kawalki i porozrzucal to wszystko po polu (mniej wiecej po dziesiec na hektar. Wiekszosc pni ciagle lezy w calosci, mimo, ze popekane w wielu miejscach w poprzek, tez jakby je ktos potraktowal szybkotnaca pila. Niektore okazy bylyby pieknymi dekoracjami mieszkania, gdyz sa bajecznie kolorowe - wyciete z nich “talarki” moglyby sluzyc jako blaty stoliczkow, ale sa za ciezkie (doslownie i w przenosni) na nasza kieszen. Teren parku jest pagorkowaty, nie ma praktycznie roslinnosci, co pewnie spowodowane jest zbyt daleko idacym zmineralizowaniem gleby. Mesowate pagorki przybieraja tu kolor szaro-niebieski, zupelnie nietypowy dla Arizony i Utah, gdzie kroluje czerwien. Doliny, kladace sie u podnoza tych wzgorz strasza czarnym kolorem, jak gdyby ktos swiezo zaoral czarnoziem. Wszedzie poniewiera sie duzo kolorowych kamieni. Wiekszosc z nich pokazuje swoj kolor dopiero z bliska, z dala wygladaja jak zwykle kamienie albo pnie zwalonych drzew. Jak wspomnialam, w zasadzie zaden pien nie przetrwal w calosci. Matka natura poradzila sobie z nimi w prosty sposob - podmyla tu i owdzie i tu i owdzie docisnela. Samo peklo! Dzis malo kto pokusi sie o ciecie zmumifikowanego drewna - wszak jest to krysztal na bazie wielu mineralow. Jest to dosyc trudna i zmudna operacja i bez diamentowej pily prawie niewykonalna. Niektore z “plasterkow”, cietych w poprzek pnia (dostepnych do kupienia w sklepiku z pamiatkami) trzeba bylo pilowac przez tydzien a przez trzy polerowac. Po wypolerowaniu wygladaja naprawde pieknie. W brazowawo-czarnawej masie “drzewnej” (choc byly i skamieliny koloru naturalnego, jasnego, sosnowego drewna) widnialy czerwone, niebieskie, biale, rozowe, zolte a nawet fioletowe plamy. Az trudno uwierzyc, ze te kolorowe kamienie (sa naprawde bardzo ciezkie) byly kiedys zywymi lasami, ktore bujnie porastaly te okolice 180-200 milionow lat temu. W tym to mniej wiecej okresie drzewa (podobne do dzisiejszych sosen), ktore zostaly powalone staroscia lub powodziami “splywaly” na nizej polozone bagniste tereny i topily sie w mule. Tereny te zostaly zasypane popiolami gdyz byl to rowniez okres wzmozonej aktywnosci wulkanicznej. Drewno nie prochnialo tylko przesiakalo woda bogata w rozpuszczone substancje mineralne (zelazo, miedz, mangan, wegiel, uran) i twardnialy. Takze krzemionka wsiakala w drewno i z latami zamieniala sie w agat i jaspis. To wlasnie obecnosc tych wszystkich zanieczyszczen mineralnych sprawila, ze skamieniale drewno mieni sie barwami teczy. Po wielu tysiacach lat, na skutek erozji skal powstalych z popiolow wulkanicznych, skamieniale drzewa zostaly odsloniete. Niektore lezaly na glebokosci 90 m. W czasach juz jak najbardziej nowozytnych ludzie zweszyli, ze na tych kamieniach da sie zarobic i zaczeli je wywozic. Proceder ten nasilil sie gdy ruszyla kolej Santa Fe (dzisiaj czesc trasy kolejowej biegnie przez teren parku) i mozna bylo korzystac z jej uslug. Ale nie tylko handlarze ogolacali te obszary ze skamielin, mieli w tym swoj udzial i kolekcjonerzy kamieni szlachetnych. W koncu prawem federalnym zakazano wywozenia chocby najmniejszych kawaleczkow i utworzono Park Narodowy. Podobno 1% zwiedzajacych park cos sobie przywlaszcza (minimalna grzywna to 275 dolcow, areszt, albo obie przyjemnosci razem, w zaleznosci od ilosci wywozonego kamieniozlomu) i w sumie wynosza ok.12 ton rocznie. Nie ryzykowalismy i dokonalismy zakupu kamyczkow w sklepie. W czasie przejazdu przez park widzielismy ruinki osady indianskiej z poczatkow 14-go wieku, starozytne rysunki naskalne oraz “Agatowy Most” - jest to zwalona nad kotlinka kloda skamienialego drzewa. Pod koniec 19-go wieku jeden z kowboi wygral z kolegami zaklad o duza, jak na owe czasy, sume 10$ za przejechanie po niej konno. Dzisiaj dostep do “mostu” jest zabroniony a sama kloda troche od spodu wzmocniona betonem. Przed wyjazdem z parku wjezdzamy jeszcze na “Malowana Pustynie” - Painted Desert. Wyglada urzekajaco, tonac w pastelowych kolorach i siegajac prawie do horyzontu. Ale po widokach wyniesionych z Doliny Smierci, Wielkiego Kanionu, i Bryce Park juz nas to nie rusza. Wyjezdzamy polnocna brama parku i po ok. 50 milach wjezdzamy do Nowego Meksyku. Jest coraz bardziej pusto i dziko. To znaczy byloby dziko, gdyby to nie byl koniec XX wieku. Jedziemy autostrada przez tereny dawniej opanowane przez Indian Navajo, Zuni, Acoma, Isleta, Laguna… Niektore nazwy plemion nic nam nie mowia. Z Winnetou pamietamy jedynie Apaczow, Siuksow i Komanczow, z Warszawy domoroslych Czirokezow z fryzurka a'la pletwa okonia, a z historii Inkow i Aztekow. Tomek chce przejechac przez te tereny przed zmrokiem, obawiajac sie napadu, ale ja upieram sie, ze koniecznie musze miec cos indianskiego, moze byc nawet dziecko i jak zwykle zwyciezam (tzn. wcale nie konczy sie to dzieckiem, tylko stajemy przy rezerwatowej faktorii, gdzie Indianie sprzedaja figurki wotywne, bizuterie, gliniane naczynia i cala mase rzeczy “made in rezerwat”). Kupujemy trzy wazoniki i Tomek jest szczesliwy, ze na tym sie konczy. Jedziemy dalej, najpierw na wschod do Albuquerque, najwiekszego miasta Nowego Meksyku (stolica jest oczywiscie wies, Santa Fe), a potem na poludnie, po zjezdzie z milej autostrady na dwukierunkowa droge stanowa 285.
Przejezdzamy olbrzymie polacie gdzie nie ma zywej duszy a zaznaczone na mapie osady niejednokrotnie skladaja sie z jednej chalupy, nawet samochodow niewiele. Nic dziwnego. Stan o powierzchni troche wiekszej niz Polska, a ludzi mniej niz w Warszawie! Juz dawno zapadl zmrok, a samochod na drodze zdarza sie raz na dziesiec minut. W reflektorach mignal nam nawet autostopowicz, chyba pierwszy, ktorego widzielismy w Stanach. Jednego nie brakuje - owadow coraz szczelniej pokrywajacych przednia szybe i maske samochodu. Domyslamy sie z tego, ze przecinamy olbrzymie polacie pol. Odwyklismy juz od brudnych szyb. W Kalifornii mylo sie szyby raz na miesiac. I to z kurzu! Dojezdzamy do czegos co nazywa sie Vaughn (do tej pory nie wiemy jak to sie wymawia) i zatrzymujemy sie na nocleg. Na liczniku mamy 979 mil.
Wczesnym rankiem o 7:40 wyjezdzamy z Vaughn, bo do Parku Narodowego Carlsbad Caverns, naszego nastepnego celu, mamy prawie 190 mil. Park znany jest, jak sama nazwa wskazuje, z jaskini, nie ma tam w zasadzie nic innego. Jest to najwieksza na polkuli zachodniej jaskinia, ktorej proces formowania w skalach wapiennych zaczal sie 3-5 milionow lat temu. Jaskinia ma 21 mil (43 km) zbadanych korytarzy i komor, i ciagle cos nowego odkrywaja. Jest to jedyna znana nam jaskinia, po ktorej mozna chodzic bez przewodnika. Z trzech tras tylko jedna jest zamknieta dla samodzielnych turystow i trzeba wykupic dodatkowa wycieczke z przewodnikiem. My oczywiscie poszlismy na calosc i wzielismy program maximum, na ponad cztery godziny. Do jaskini mozna zjechac winda na glebokosc glownego korytarza - 225 metrow (znajduje sie tu rowniez rozlegla sala, gdzie mozna kupic pamiatki, ciuchy i cos zjesc) lub wejsc naturalnym wejsciem, ktore ma 27 m szerokosci i 12 m wysokosci. My wybralismy naturalne wejscie (i tak w drodze powrotnej trzeba skorzystac z windy) bo, aby obejrzec cala dostepna czesc jaskini powinno sie wchodzic tym wejsciem i stopniowo schodzic stroma, strasznie kreta (po kilkunastu zakretach odechciewa sie nawet ich liczyc), wyasfaltowana - jak to w Ameryce! - sciezka. Niedaleko naturalnego wejscia znajduje sie “Grota Nietoperzy”. Jest ona niedostepna dla zwiedzajacych, aby nie zaklocali spokoju tym sympatycznym dyndajacym u sufitu stworzonkom. Jesli ktos bardzo chce to moze je podziwiac letnimi wieczorami, gdy wylatuja stadnie z jaskini na nocne lowy. Jest ich tak duzo, ze wylot trwa ok. pol godziny! Wracaja nad ranem i znowu wisza. Jesienia, gdy brakuje latajacego robactwa (czego nie widac po samochodowych szybach) nietoperze przenosza sie w cieplejsze rejony. Jak twierdza przewodnicy, to wlasnie chmura nietoperzy zwabila w te okolice na poczatku naszego wieku odkrywce jaskini, Jima White'a, ktory sadzil ze to kleby dymu unosza sie nad horyzontem. Spedzilismy pod ziemia wiekszosc popoludnia (jak ktos ma wiecej od nas czasu to moze dluzej bo bilet jest wazny 3 dni!) co chwila wydajac okrzyki zachwytu. Szkoda, ze nie mielismy mocniejszych latarek bo oswietlenie jaskini nie jest najlepsze. Jesli puscic wodze fantazji mozna ujrzec wiele ciekawych tworow jak chocby paszcze wieloryba (draperia), lwi ogon (stalaktyt), malego hipcia czy “wstydliwego slonika” (stalagmity). W jaskini znajduje sie wiele krystalicznie czystych jeziorek. Ogromne wrazenie sprawia “The Big Room” - jest naprawde wielki. Ma ksztalt krzyza o ramionach majacych dlugosc 540 m i 330 m, a wysokosc ponad 70 metrow! Stosowne do wielkosci tej komnaty sa tez znajdujace sie w niej twory. Grube, kopulaste stalagmity majace prawie 19 m wysokosci i ciensze, 11-to metrowe iglice zwane “totemami”. Jest tu rowniez “dziura bez dna”. Tak naprawde to dno ma i lezy ono 41 m nizej, ale pierwsi badacze jaskini (lata 20-te i 30-te naszego wieku) dysponowali zbyt slabymi swiecami, aby je dojrzec. Wysokosc komory nad dziura wynosi 70 m, co w polaczeniu z glebokoscia daje najwieksza pionowa odleglosc na swiecie (jesli chodzi o jaskinie). Najglebiej polozona komora to Green Lake Room - 249 m po ziemia. Znajduje sie ona w “rewirze” straznikow parkowych, gdzie wejsc mozna tylko z przewodnikiem. Oprocz niej z przewodnikiem zwiedzamy wspaniala “Komnate Krolewska” oraz “Sale Krolowej”. Az prosi sie lepsze oswietlenie tych cudownych “apartamentow”. Tymczasem przewodnik, niesamowity nudziarz i wyznawca “Is it wild, or WHAT!”, sadza nas na laweczce i opowiada o swojej mlodosci i pierwszych doswiadczeniach z jaskiniami. Dobrze, ze przejrzelismy wczesniej przewodnik, bo pod opieka tego faceta nie wiedzielibysmy na co patrzec (dla jaskini i zwiedzajacych byloby pewnie z korzyscia, gdyby pozostal na Alasce, skad niedawno przeniosl sie do Arizony). Jednym slowem jaskinia wspaniala i zdecydowanie warta odwiedzenia, ale lepiej by bylo, gdyby Amerykanie zwiekszyli ilosc zarowek, albo zdecydowali sie na egipskie ciemnosci i dali kazdemu po lampie naftowej.
Po 16-tej opuszczamy posiadlosci Hadesa i udajemy sie w dalsza podroz. Kiedy na liczniku mamy 1243 mile, wjezdzamy do Teksasu. To juz ma byc NASZ stan. Wedlug czasu lokalnego jest 19:20 (2 godziny wczesniej niz w LA). Na nocleg zatrzymujemy sie w Fort Stocton (1361 mil wedlug dziennika podrozy). Wreszcie nie musimy sie spieszyc i zrywac o swicie! Nastepnego ranka, przed wyjazdem w dalsza droge, chcielismy obejrzec zabytkowa czesc miasteczka, w tym zeszlowieczny fort (przewodniki to polecaja jako atrakcje) ale nawet nie wysiedlismy z samochodu, bo rzeczony fort to jeden odbudowany calkiem niedawno barak, a reszta ma dopiero byc! Zdegustowani “zabytkami” udajemy sie dalej ciagle skrobiac szyby z owadow. W Teksasie w przewazajacej wiekszosci rozciapuja sie na naszym samochodziku motyle i niestety zostawiaja wieksze plamy. Od tej pory Teksas bedzie nam sie pewnie kojarzyl z “motylowym” stanem. Jestesmy znowu na jednej z glownych amerykanskich autostrad wschod-zachod (Kalifornia-Floryda) i polykamy mile z szybkoscia dwa motyle na minute. Wokol tereny porosniete karlowatym debem, bardziej przypominajacym buszowe krzaki niz drzewa. Wzdluz drogi ciagna sie ogrodzenia i bezkresne pastwiska, tu nie ma ziemi “niczyjej”, caly Teksas nalezy do kogos. Oczywiscie z drogi nie widac domostw, polozone sa one daleko w glebi posiadlosci. O ich obecnosci swiadcza tylko skrzynki pocztowe i rozsiane z rzadka bramy wjazdowe na prywatne drogi.
W koncu jestesmy u kresu podrozy (ale ja jeszcze troche ponudze), wjezdzamy do Austin, a na liczniku 1700 mil (2720 km). Zanim udalismy sie na kolejne hotelowe noclegowisko pojechalismy obejrzec nasz nowy domek. Niestety nie moglismy wejsc do srodka, ale za to obejrzelismy caly kompleks mieszkalny i stwierdzilismy, ze nie jest zle. Cale “osiedle” sklada sie z prawie dwudziestu jedno- i dwupietrowych domkow, ktore lacznie mieszcza jakies 200 mieszkan. Nasze mieszkanie znajduje sie w ostatnim domu, na koncu podkowy, z balkonem wychodzacym na gesty, zielony i rozbzykany trelem cykad zagajnik. Mamy blisko do pralni (drozsze o cale 50 centow pranie i suszenie niz w LA), skrzynki pocztowej i na kort tenisowy. Troche dalej jest na basen ale my lubimy chodzic. Aby dostac sie do mieszkanka musielismy poczekac do piatku (jakby komus umknelo to dotarlismy do Austin we srode po poludniu). Udalismy sie wiec do hotelu i obmyli utrudzone ciala w jakuzi. Od czwartku Tomek przestal byc bezrobotnym, chociaz dalej byl bezdomny, i udal sie do roboty. Ja z chlopcami ogladalam miasto. Pojechalismy do parku, polozonego w poblizu naszego nowego mieszkania - najwiekszego w Austin Zilker Park, a takze obejrzec nowa szkole chlopcow pt. Cedar Creek. Bardzo sie im spodobala (nawet gdyby bylo inaczej, to nic by to nie zmienilo).
W piatek Tomek znowu do pracy, a my zapisac chlopcow do szkoly. Mielismy wypelnione wszystkie potrzebne papierki i juz chlopcy byli prawie zapisani, gdy zapytalam o rozklad jazdy szkolnego autobusu. Wtedy okazalo sie, ze wedlug tutejszego rozdzielnika chlopcy powinni chodzic do innej szkoly, centralnej szkoly Eanes. Pojechalismy tam i po krotkiej rozmowie z sekretarka okazalo sie, ze do tej to chodzic nie beda bo nie maja w niej ESL (czyli angielskiego dla obcokrajowcow). Cos tam zaczeli mowic o jeszcze jakiejs innej szkole, co nam kompletnie nie pasowalo, bo te dwie to najlepsze w Austin. Dopiero wezwana na pomoc dyrektorka wyjasnila sprawe. Macierzysta szkola chlopcow jest Eanes, ale chodzic beda do Cedar. Wszystko skonczylo sie pomyslnie tylko zabralo strasznie duzo czasu, zwlaszcza, ze po drodze zrobiono chlopcom (kazdemu z osobna) test ze znajomosci angielskiego. Musielismy ponownie jechac do tej najpierwszej szkoly - Cedar Creek - aby zostawic dokumenty. Zaliczylismy wycieczke po niej - chlopcom bardzo sie podobalo, ze jest boisko do pilki noznej i sala ginmastyczna, czego nie mieli w LA. Potem pojechalismy cos zjesc, zrobic zakupy i odebrac klucze od mieszkania. Udalo nam sie wejsc do domku przed przybyciem ciezarowy z naszymi rzeczami. Rozladowywanie zajelo im ze 3 godziny, tak ze Tomek zdazyl wrocic z pracy, aby podpisac wszystkie papierki.
Sklamalabym gdybym powiedziala, ze jestesmy juz urzadzeni w nowym mieszkanku. Co prawda pozbylismy sie pudel, ale ciagle jeszcze brakuje nam paru (x N) rzeczy, aby mozna bylo normalnie zyc. Pierwszy tydzien mamy za soba. Zaczynamy sie przyzwyczajac. Chlopcy od czwartku jezdza do szkoly autobusem szkolnym. Musza wstawac duzo wczesniej niz w LA bo autobus przyjezdza na osiedle o 7:20 a zajecia szkolne zaczynaja sie o 7:50. Lekcje koncza sie przed 3-cia i chlopcy wracaja do domu. Jak wysiadaja z autobusu to moga wejsc do biura zarzadu osiedla na ciasteczko i picie, ktorym administracja szczodrze oblaskawia powracajaca ze szkoly mlodz..
