
Naszemu Bara-Sahib, Jackowi Gierlińskiemu
Na początku października 1999 r. spotkaliśmy się z Andrzejem Sławinśkim (pseudonim taternicki - Negro) w San Francisko aby po raz drugi przelecieć nad Pacyfikiem. W 1997 r. byliśmy na Jubileuszowym Treku w Langtangu (GiA nr 5/98). Tym razem mamy w planie trek dookoła Dhaulagiri i obchodzimy własny jubileusz. W 1959 r. (40 lat temu!) Negro był moim instruktorem na kursie taternickim w Betlejemce na Hali Gąsienicowej.
Do Nepalu lecimy przez Singapore, z międzylądowaniem w Hong Kongu. Lot z Singapore do Kathmandu dostarcza sporo emocji. Nad doliną Kathmandu tak leje, że pilot nie może wylądować i po trzeciej próbie lecimy do Kalkuty. Spędzamy tam cztery godziny siedząc w samolocie. Sprawa wygląda dość beznadziejnie i wydaje się, że tego dnia nigdzie już nie polecimy. Jednak tuż przed zapadnięciem zmroku, w deszczu siadamy na płycie lotniska w Kathmandu, a przed nami i za nami lądują kolejne samoloty. Na lotnisku tłumy. Załatwiamy wizy, odbieramy bagaże, ładujemy się w taksowkę i jedziemy do hotelu Star.
Dobijamy tam jako ostatni uczestnicy grupy. W Kathmandu z powodu urwania chmury, lotnisko było zamknięte i nikt się nas już tego dnia nie spodziewał. Kiedy Janusz Kurczab spotyka mnie w hotelu, robi wrażenie jakby zobaczył ducha. Jano to ja, - uspakajam go - udało się nam dolecieć. Jesteśmy w komplecie. Grupa liczy 10 osób. Z Warszawy przybyli: Marek Janas, Janusz Kurczab, Ewa Mysza Urbanikowa, Artur Chmielewski, oraz Wiesiek Krajewski z żoną Grażyną (Grażka), z Anglii - Jacek Gierliński z synem Filipem, Negro z Kanady i ja z Kalifornii. Wieczorem po przylocie robimy jeszcze zakupy i wymieniamy pieniądze. Tego samego wieczoru obchodzimy 65 urodziny Marka. 100 LAT Marku! Pozostaje nam jeden dzień na końcowe przygotowania i pakowanie. Następnego dnia wyruszamy aby okrążyć Dhaulagiri, patrz mapka.
Trek rozpoczynamy w miasteczku Baglung (975 m; stolica regionu Dhaulagiri), do którego dojeżdżamy autobusem z Kathmandu. Pierwszy etap, z Baglung do Beni, prowadzi wzdłuż rzeki Kali Gandaki. Ruszamy w świetnej pogodzie z widokiem na południowe stoki Dhaulagiri I (8167 m). Góra jest jeszcze daleko, ale już robi duże wrażenie. Myślę o tym, że mamy ją obejść dookoła. Przez wiele lat chodził mi po głowie trek dookoła Annapurny, ale nigdy nie marzyłam aby okrążać "Białą Górę" (sanskryt: dhavala - biała i giri - góra). Po doświadczeniach z Langtangu, martwię się żeby nie dopadły mnie infekcje górnych dróg odechowych. Wzięłam ze sobą nawet syrop!
Beni (825 m), duża wieś będąca admistracyjnym centrum dystryktu Mayangdi, leży w rozwidleniu rzek Kali Gandaki i Mayangdi Khola. Zatrzymujemy się w wygodnym hoteliku Dolphin; gorący prysznic i świetne momo (pierożki z bawolim mięsem). Następnego dnia zaczynamy iść doliną Mayangdi Khola. Ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki lub trawersuje zbocza doliny. Jest gorąco, w sadzawkach pławią się kaczki i bawoły, mijają nas karawany osłów i mułów. Po wiszących mostach przekraczamy boczne dopływy Mayangdi Khola. Trzy kolejne noce spędzamy w prymitywnych hotelikach, w wioskach Babichaur (1020 m), Dharapani (1560 m) i Muri (~1800 m). Bardzo malowniczy jest etap prowadzacy z Dharapani do Muri. Sciezka biegnie w dół i w górę, przez wioski Sibang, Mattim i Phalai Gaon. Mamy wspaniałe widoki na Dhaulagiri I i pozostałe szczyty grupy Dhaulagiri Himal oraz niekończące się, tarasowate poletka uprawne. Po siedmiu godzinach docieramy do ładnie położonej, dużej wioski Muri o charakterystycznej gęstej zabudowie. Wioska zamieszkała jest przez Magarów, których Janusz określa jako skośnookich wyznaców Buddy. Muri - to nasz ostatni dalbath i nocleg pod dachem. Od następnego dnia przechodzimy na wikt i opierunek nepalskiej agencji turystycznej. Namioty i wyzywienie mamy załatwione na 9 dni.
W porównaniu z innymi trekami, okrążanie Dhaulagiri uważane jest za wymagający, długi i w związku z tym raczej rzadko uczęszczany trek. Brak infrastruktury powoduje że albo (i) trzeba nieść samemu potężne ładunki, (ii) korzystąc częściowo z pomocy tragarzy lub (iii) zalatwić sobie wikt i opierunek w agencji turystycznej. Janusz Kurczab w swoim przewodniku zamieszcza dokładny opis treku. Natomiast nawet w ostatnim wydaniu przewodnika Stana Armingtona (Lonely Planet), cały trek dookoła Białej Góry skwitowany jest jednym krótkim paragrafem. Wynika z niego że trek jest długi, trudny i wysoki, prowadzi przez śniegi i lodowiec, przez dwie wysokie przełęcze i Nieznaną Dolinę; jednym słowem z opisu wieje grozą. Jesteśmy więc zaskoczeni, że już od Baglung idziemy w dość licznym towarzystwie. Równolegle z nami idą dwie duże, świetnie zorganizowane grupy: austriacka i francuska, czwórka Amerykanów, piątka Niemców oraz kilku Czechów. Powoduje to później pewne komplikacje i zagęszczenie w miejscach biwakowych. Nasza agencja świetnie nas karmi, ale z organizacją noclegów radzi sobie średnio. Może wynika to z tego, że przewodnicy nie spodziewali się takich "tłumów" na trasie.
Z Muri idziemy przełomem Mayangdi Khola do małej, wysoko położonej, wioski Boghara. Przejścia do Boghara (pierwszy nocleg w namiotach) nigdy nie zapomnę: bardzo eksponowane strome trawiaste stoki i upał. Na początku obniżamy się w kierunku rzeki, przekraczamy boczny dopływ Dhora Khola (Gurja Khola), podchodzimy do przełęczy Ghorban Dhara i schodzimy do Mayangdi Khola. Potem zaczynamy podchodzić zakosami po stromym trawiastym zboczu. Początkowo myślimy że ścieżka trawersuje zbocze, ale okazuje się że prowadzi ona ostro w górę. Dopiero, kiedy wysoko na przewinięciu na tle nieba widzimy sylwetki tragarzy, zdajemy sobie sprawę z tego co nas czeka. Kiedy wspinaczka po trawie kończy się zaczynamy trawersować zbocze w dużej ekspozycji, wreszcie wychodzimy na grzbiet i schodzimy do Boghara. Stąd wysokogórska i dzika dolina Mayangdi Khola doprowadzi nas do lodowca Mayangdi (lodowiec Chhonbardan) i bazy pod Dhaulagiri I.
Kolejny etap to polana Dobang. Schodzimy przez pola uprawne, przekraczamy niewielki grzbiet, wznosimy się wśród zabudowań wioski Jyardan (ostatnia stała wieś w dolinie) i trawersujemy stromy trawiasty stok przechodzący poniżej w kilkuset-metrowe urwisko opadające wprost do Mayangdi Khola. Po 100 czy 200 m jest już po wszystkim, przynajmniej na razie. Stromizna się kończy, ścieżka schodzi w dół i prowadzi wzdłuż rzeki. Mijamy osiedle pasterskie Lapche Kharka i podchodzimy przez las na polanę Dobang. Kupujemy tu ostatnie piwo. Następnym zakupem alkoholowym będzie Marpha Brandy w dolinie Kali Gandaki.
Z Dobang idziemy do osiedla pasterskiego Chartare (2820 m). Według Janusza czeka nas etap iluzorycznych mostków. Po drewnianym mostku przekraczamy boczny dopływ Konabon Khola, wypływający z lodowca Konabon u podnóży Dhaulagiri Himal i wchodzimy do lasu. Błotnista ścieżka prowadzi przez dzungle, mijamy bambusy i drzewa obrośnięte paprociami, schodzimy nad Mayangdi Khola i po kolejnym drewnianym mostku przedostajemy się na jej lewy brzeg. Etap jest krótki, ale tracimy sporo czasu na wyśmienite drugie śniadanie i jako ostatnia grupa dochodzimy do zaczarowanego lasu w Chartare. Są kłopoty ze znalezieniem poziomego miejsca pod namioty. Negro z Krishna, jednym z naszych przewodników, wyrąbują czekanami płasienkę pod nasz namiot. Rozbijamy się pomiędzy drzewami i głazami, namiot stoi krzywo i wygląda komicznie. Nawet nie chcemy myśleć o tym co by było, gdyby zaczęło wiać albo padać - ale nie zaczyna. W nocy przy świetle księżyca i niebie pełnym gwiazd, las wydaje się być jeszcze bardziej zaczarowany.
Kolejny, ósmy już dzień treku prowadzi do tzw. bazy włoskiej na polanie Puchhar (3450 m), pod zachodnią ścianą Dhaulagiri I. Początkowo idziemy lasem, a potem wychodzimy na otwarty teren. Przekraczamy boczny dopływ Choriban Khola, trawersujemy strome zbocze i łagodnie przez las dochodzimy do polany Puchhar. Do tej pory mieliśmy świetną pogodę, tak że kiedy po rozbiciu namiotów zaczyna padać krupa śnieżna, jesteśmy nieco zaskoczeni. Jeszcze nie wiemy, że przez następne 4 dni będzie regularnie padać śnieg, od wczesnego popołudnia do około 2-3 rano.
Cel następnego etapu to baza japońska. Rano jest chłodno i pakujemy się ubrani w polary, czapki i rękawiczki. Okoliczne stoki przypruszone są śniegiem. Podchodzimy trawiastym stokiem i przechodzimy na drugą stronę Mayangdi Khola, na trawiasty teren w płytkiej dolince morenowej (Pokabon, 3585 m). Idziemy boczną moreną lodowca, a potem schodzimy do głębokiego kanionu z martwym lodem przykrytym grubą warstwą morenowego gruzu. Ścieżka wznosi się w górę prawą stroną doliny, prowadzi przez strome nieprzyjemne usypiska i ponownie schodzi do rzeki, mającej tutaj charakter lodowcowego potoku. Na naszych oczach z prawej strony kanionu wyjeżdża spora lawina ale do dna doliny dochodzi już tylko pył śnieżny. Widok jest niesamowity. Idziemy w górę do czołowej moreny lodowca Mayangdi (lodowiec Chhonbardan) i wychodzimy na lodowiec, całkowicie pokryty tu gruzem skalnym. Dochodzimy do bazy japońskiej (~4100 m). Jest to najbardziej nieprzytulny biwak całego treku, mokro, szaro i zimno. Prawie bez przerwy słychać hałas walących się seraków.
Z bazy japońskiej idziemy do bazy GŁÓWNEJ pod Dhaulagiri I (4700 m). Etap jest krótki ale zaczynamy już odczuwać wysokość. Wygodna ścieżka prowadzi przez rozległe plateau lodowcowe. Dolina skręca na wschód i otwiera się przed nami widok na Tukuche Peak Zachodni (6837 m). Po kilku krótkich podejściach i zejściach docieramy do bazy wypraw na Dhaulagiri I. Baza kipi życiem, działa tu kilka wypraw, biwakują trekowcy i przemykają jakieś pojedyncze postacie podążające w kierunku Przełęczy Francuzów. Z bazy rozpościera się widok na ogromną północną ścianę Dhaulagiri I i inne szczyty grupy Dhaulagiri Himal. Sama sobie nie wierzę, że tu jestem. Zaczynam pokaslywać wysokościowo, ale ogólnie czuję się zupełnie dobrze. Oby tak dalej! Niestety dwójka uczestników ma problemy: Artur zawrócił już z bazy japońskiej, a Wiesia z towarzyszącą mu Grażką zabiera helikopter z głównej bazy.
Jednodniowy odpoczynek w bazie, upływa na niekończących się dyskusjach - co zrobimy jeżeli będzie padał śnieg. Potrzebujemy dwóch dni aby przejść przez dwie wysokie przełęcze i przedostać się do Yak Kharka, a tymczasem wygląda na to, że pogoda się ustaliła. Poranne przejaśnienie, koło południa krupa śnieżna a potem regularny śnieg. Czujemy się trochę jak w pułapce. Kiedy Krishna oznajmia wieczorem, że jeżeli nie będzie padało to wstajemy bladym świtem i ruszamy, to chyba nikt z nas, tak naprawdę, w to nie wierzy.
A jednak nad ranem śnieg przestaje padać. Kiedy o 4 rano słyszę brzęk naczyń w namiocie kuchennym wiem że idziemy. Jeszcze przed wschodem słońca ruszamy w kierunku Przełęczy Francuzów (French Pass). Nasza grupa jest przygotowana na każdą pogodę: idziemy w Górę-Texach, polarach i w odpowiednim obuwiu. Gorzej jest z zespołem skompletowanym przez agencję; tragarze są zbyt lekko ubrani, na nogach mają tenisówki. Jeden z pomocników kuchennych (Szerpa) okręca sobie nogi kawałkami plastiku i bierze się za torowanie w świeżym śniegu. Zaczynamy prawie 700 m podejście. Początkowo idziemy stromym grzbietem po lewej stronie lodowca, potem ostro w górę i dalej łagodnym grzbietem na pola pod przełęczą. Jest zimno, wieje silny wiatr, ale na szczęście idziemy z wiatrem. Przekraczamy usypiska spadające spod szczytu Sita Chuchura (6611 m), leżącego na zachód od Przełęczy Francuzów. Wchodzimy na łagodnie nachylony kamienisty lub śnieżny stok na prawo od dolinki morenowej - napisał w przewodniku Janusz Kurczab. Ja - mam wrażenie, że osypujący się stok jest stromy i że już nigdy nie wyjdziemy na przełęcz. Wreszcie stajemy na Przełęczy Francuzów (5360 m) a przed nami rozpościera się Nieznana Dolina (Dolina Milczenia, Hidden Valley, Patale Chhango). Nazwę Hidden Valley wprowadzili alpiniści francuscy (stąd Przełęcz Francuzów), uczestnicy wyprawy Herzoga w 1950 r., którzy dotarli tu w czasie poszukiwań drogi na Dhaulagiri I. Patrzę na bezkres Nieznanej Doliny i znowu nie mogę uwierzyć, że tu jestem. Z przełęczy do miejsca biwaku jest jeszcze kawał drogi. Początkowo schodzimy szlakiem wydeptanym w śniegu a następnie idziemy wzdłuż doliny. Jesteśmy we trójkę, Negro, Marek i ja. Przed nami poszli tragarze, których już nie widać, a za nami też nikogo w tym momencie nie ma. Totalna głusz w której można by się zajść na śmierć. W dodatku nie mamy pojęcia gdzie znajduje się miejsce biwaku. Wreszcie po conajmniej dwóch godzinach posuwania się do przodu, znajdowania i gubienia śladów, mijają nas tragarze z innej grupy. Podążamy ich śladem i za następnym przeciwstokiem widzimy rozstawione namioty. To gospodarstwo czwórki amerykańskiej. Trochę dalej stoją nasze namioty. Inne grupy trekkingowe nie zdecydowały się na wymarsz i zostały w bazie. Wieczorem zaczyna padać śnieg. Otrzepując od środka namiot zadajemy sobie z Negrem pytanie: co zrobimy jeżeli nie przestanie padać? Jesteśmy na wysokości ponad 5000 m. Jest zimno (w granicach -20°C), tragarze nie mają odpowiedniego ubrania i obuwia, stoją z opuchniętymi paluchami, proszą o skarpety i rękawiczki, o coś cieplejszego do włożenia na siebie. Nie spodziewali się takich niskich temperatur i opadów śniegu.
Nad ranem przestaje padać; o 6 rano przed wschodem słońca jest -16°C. Ruszamy w kierunku Dhapa Col (Dhambush Pass; 5250 m), przechodzimy przez przełęcz i zaczynamy iść w kierunku Yak Kharka. Słońce świeci jak oszalałe. Po świeżym opadzie, przy bezchmurnym niebie śnieg robi się coraz cieższy i coraz głębszy. To nie jest zejście. To są niekończące się trawersy przez kolejne zbocza śnieżne. Idziemy zlekka otępiali, w dół i w górę, ciągle powyżej 5000 m. Widoki są wspaniałe, na masyw Nilgiri (pn.7061 m, centr. 6940 m, pd. 6839 m) i wyłaniające się spoza niego, Annapurne I (8091 m) i Fang (Baraha Shikar; 7647 m). Prawdziwe zejście zaczyna się dopiero pod sam koniec dnia i do Yak Kharka (3960 m) dochodzimy z Januszem i Negrem już przy świetle księżyca. Jacek, Filip i Marek zeszli jeszcze za dnia i przygotowują biwak. Yak Kharka przypomina Grunwald. Trzech tragarzy nie doszło, namioty docierają z opóźnieniem, nie ma namiotu kuchennego, Mysza już nie zdąży zejść i nocuje po drodze w tzw. Elevation Camp. Pomimo to kuchnia działa pod gwiazdami a mili i jak zawsze uśmiechnięci pomocnicy kuchenni, roznoszą gorący sok i zupę. Z ciemności, dosłownie z nikąd, wyłania się grupa amerykańskich alpinistów. Z nartami przyczepionymi pionowo do plecaków, wysocy i przystojni, w świetle księżyca wyglądają zupełnie nierealnie. Decydują się zejść trochę niżej i tam zabiwakować. W namiocie Janusza układa się do snu amerykański, lekko poturbowany niedobitek Jim, który zgubił swoją grupę. Jestem zmeczona i w tym całym kołowrocie stopniowo zaczyna docierać do mnie świadomość, że zasadniczo trek przeszłam.
Następnego dnia zbieramy się powoli. Zarówno pogoda jak i widoki są niesamowite. Z miejsca biwaku, widać masyw Nilgiri, Tilitsho Peak (Tilicho Peak, 7134 m), przełęcz Thorung La (5416 m) - najwyższy punkt treku dookoła Annapurny, znajdujący się pomiędzy Yakawa Kang (6482 m) i Khatung Kang (6484 m), a jeszcze bardziej na północ daleki Mustang. Zchodzimy do dużej wsi Marpha (2670 m), która leży w dolinie Kali Gandaki, a wlaściwie w zamieszkałej przez Thakalów, dolinie Thak Khola (górna część Kali Gandaki). Marpha, jest jedną z najładniejszych wiosek w dolinie. Podobnie jak inne wsie tego regionu, posiada zwartą zabudowę i wąskie ulice, ze względu na silne południowe wiatry wiejące w tej części doliny. Region ten znajduje się zasadniczo już poza zasięgiem monsunu i charakterystyczne plaskie dachy służą do suszenia drzewa, ziarna i jarzyn. Marpha słynie z podziemnego systemu kanałów nawadniających, sadów owocowych (jabłka, morele, brzoskwinie) i lokalnego calvadosu Marpha Brandy. Pobliska wieś Tukuche (tuk - ziarno i che - płaskie miejsce) (2590 m) była, przed zajęciem Tybetu przez Chińczyków, ważnym centrum handlowym. Wymieniano tu tybetańską sól na nepalski ryż i jęczmień, oraz tybetańskie turkusy, wełnę, bydło i masło, na cukier, herbatę, przyprawy, tytoń i inne towary pochodzące z Indii. Możliwość kupowania w Nepalu znacznie tańszej soli z Indii, zakończyła handel solą z Tybetu. Spowodowało to ekonomiczne problemy Thakalów, którzy posiadali wyłączność na ten handel. Z drugiej strony, ponieważ sól indyjska zawiera jod, którego nie ma w soli tybetańskiej, pochodzącej z wysoko położonych jezior, zniknął problem wola spowodowanego niedoczynnością tarczycy (brak jodu) wśród Nepalczyków.
Po jednodniowym odpoczynku w Marphie, schodzimy w ciągu 3 dni do Beni, nocując w wioskach Ghasa (2040 m) i Tatopani (1220 m). Towarzyszy nam widok na wschodnią ścianę Dhaulagiri I. Po drodze mijaą nas liczne karawany mułów i osłów, które transportują zaopatrzenie do odległego dystryktu Mustang. W Beni zatrzymujemy się znowu w hoteliku Dolphin. Jest nas piątka: Jacek, Filip, Janusz, Negro i ja. Niezmordowany Marek opuścił nas za Tatopani i powędrował ze swoim tragarzem przez Ghorapani do Południowego Sanktuarium Annapurny. Mysza została w Marphie i czeka na Artura, z którym pójdą do Kagbeni, ostatniej wioski otwartej bez ograniczeń dla turystów. Za Kagbeni zaczyna się Mustang. Niedostępny dla turystów przez 30 lat, został otworzony w 1992 r. tylko dla zorganizowanych grup posiadających oficera łącznikowego; wydawane jest 1000 pozwoleń rocznie, średnia pobytu wynosi 10 dni, koszt - 70$ amerykańskich/dzień.
Popijając piwo w hoteliku Dolphin patrzę na naszą piątke. Byliśmy razem w Langtangu i obeszlismy razem Dhaulagiri. Było mi z nimi dobrze. Jutro pojedziemy autobusem do Pokhary. Zatrzymamy się tam dwa dni, wrócimy do Kathmandu, rozlecimy się po świecie i wrócimy do codzienności, ale coś z tych wspólnych dni zostanie z nami... Namaste!
Trek dookoła Dhaulagiri był długi, trudny, wysoki i bardzo piękny. Prowadził od poletek, dżungli i bambusów, przez śniegi i mrozy, z powrotem do ciepła i gorących źródeł w Tatopani. Trek trwał 18 dni - w tym dwa dni odpoczynku, jeden w bazie pod Dhaulagiri a drugi w wiosce Marpha, po zejściu do doliny Kali Gandaki. Pogoda nam dopisała, tylko w górze mieliśmy 5 dni ze śniegiem i mrozem. Planowaliśmy wejście na Dhapa Peak (6018 m), ale zrezygnawaliśmy z tego, głównie ze względu na warunki (śnieg) i niskie temperatury. Dostaliśmy trochę w kość w Hidden Valley. Zarówno niższe jak i wyższe partie treku są bardzo malownicze i podczas całego treku mieliśmy wspaniałe widoki. Mam ogromną satysfakcję że trek przeszłam, nie miałam kłopotów z wysokością i miałam nienajgorszą kondycję.
P.S. Trek jest nie tylko długi i wysoki, ale także niebezpieczny. Dzień przed nami, za Boghara, zabiła się dwójka Niemców (była ich piątka), którzy szli na ciężko bez tragarzy. Dziewczyna się potknęła, plecak (22 kg) ją przeważył, zsunęła się po trawie i spadła z kilusetmetrowego urwiska do Mayangdi Khola. Dwóch współtowarzyszy usiłowało zejść i dostać się do rzeki żeby udzielić pomocy. Niestety jeden z ratujących się utopił, a drugi cudem wydostał się na kamień w rzece i przeżył. Następnego dnia latąjacy wzdłuż doliny helikopter usiłował coś wypatrzeć, ale nic z tego nie wyszło. Potem amerykańscy kajakarze, specjaliści od spływania górskimi rzekami, szukali ich ciał ale nie znaleźli.
Zdjęcia: Marek Janas, Krystyna Konopka, Janusz Kurczab i Andrzej Sławiński(z archiwum autorki).
Podczas pisania tekstu korzystałam z niżej wymienionych książek i map.
Janusz Kurczab, "Nepal" przewodnik trekkingowy, wydawnictwo EXPLO, 1993.
Stan Armington, "Trekking in the Nepal Himalaya", Lonely Planet Publications, 1996.
Kerry Moran, "Nepal Handbook", Moon Publications Inc., 1996.
Mapa 1:125 000, Dhaulagiri Trekking Map, Namaste Trekking Maps, Kathmandu, Nepal.
