
30 października 1981
Obóz uchodźców w Traiskirchen Austria
Podróż czterech mężczyzn małym fiatem, wypełnionym pod sam sufit tobołkami, walizami, torbami odbyła się bez zakłóceń. Mało rozmawialiśmy, ja osobiście czułem się jakbym był w zupełnej pustce. Mimo, jak już wspomniałem, załadowanego samochodu po granice możliwości. Pustka moja polegała na tym, że byłem tylko ciałem w samochodzie, który nie jechał, ale płynął, takie miałem odczucie. Natomiast dusza moja była gdzieś zupełnie indziej. Gdzie? Nie mam zielonego pojęcia. Miałem poczucie jakiegoś absurdu stanu ducha zupełnie mi nieznanego.
Na granicy polsko-czechosłowackiej celnicy polscy o nic nie pytali, a czechosłowaccy najbardziej zainteresowani byli prasą i książkami wydawanymi przez "Solidarność". Na terenie Czechosłowacji zatrzymywała nas trzy razy drogówka w celu sprawdzenia dokumentów, ale tylko kierowcy. Od nas, pasażerów, nic nie żądano. Kierowcy poradzono, aby jak najszybciej przejechał przez bratni kraj, nie zatrzymywał się, a tym bardziej nie próbował szukać jakiegoś noclegu. Byłoby to bardzo niewskazane.
Nogi nam drętwiały od siedzenia w kucki przez kilka godzin bez przerwy w jednym miejscu, nawet bez swobody ruchu. O jakimś komforcie co ja piszę najmniejszej wygodzie, nie mogło być nawet mowy. Co kilka godzin, wbrew sugestiom czechosłowackiej milicji, zatrzymywaliśmy się, aby rozprostować kości, przeciągnąć się, zrobić kilka przysiadów, nabrać w płuca świeżego powietrza.
Po drodze mijało nas wiele aut z polską rejestracją, a na przejściu granicznym z Austrią stanowiły one większość samochodów. Nawet wydzielono dla nas, Polaków, osobną odprawę celną, aby turyści zachodni nie musieli czekać w kolejkach do swoich domów, a naszej wolności. Austriaccy celnicy, podobnie jak ich polscy koledzy, o nic nie pytali i bardziej z ciekawości, niż obowiązku, jeden z nich zajrzał do wnętrza małego fiata. Pokręcił głową, oddał kierowcy nasze paszporty i rozkazał jechać dalej.
Dopiero po przejechaniu kraju naszych południowych sąsiadów w Austrii uświadomiłem sobie, że przez kilka godzin jazdy, na nic nie patrzyłem, na nic nie zwróciłem uwagi, a nasze rozmowy dotyczyły tylko policyjnego terroru skierowanego ku społeczeństwu czechosłowackiemu. Terroru dla nas niewidzialnego, ale za to wyczuwalnego w powietrzu. Sama ich milicja podczas tych kilkuminutowych rozmów z kierowcą napawała nas niepokojem, czy aby czegoś po drodze nam nie wymyślą? Wiele takich nieprzyjemnych opowieści krążyło wśród pieszyckich bywalców drugiej strony granicy.
Mimo wszystko udało mi się jednak coś niecoś dostrzec np. witryny sklepów w miastach i miasteczkach, przez które przejeżdżaliśmy. Komunizm sąsiadów był o wiele bogatszy od naszego. Na własne oczy widziałem wędliny wiszące na hakach. Podobnego zjawiska w Pieszycach nie doświadczyłem od wielu miesięcy. Sklepy były jaśniej oświetlone niż nasze, ale ludzi nie było na ulicach. Pustka, cisza, stąd może ten strach w nas się zagnieździł. Jednak strach to za duże słowo, po prostu czuliśmy się niepewnie na czechosłowackiej ziemi.
31 października 1981
Po piętnastu godzinach jazdy, nad ranem, zatrzymaliśmy się pod bramą obozu dla uchodźców w miejscowości Traiskirchen, około 40 kilometrów od Wiednia. I tutaj pod bramą dopadła nas pierwsza emigrancka zaduma. Co dalej?
Oglądanie ziemi austriackiej przez szyby samochodu, w nocy, zrobiło na nas jak najlepsze wrażenie: Teraz, kilka godzin jazdy i już mogę powiedzieć, że spełniły się nasze wyobrażenia o kapitalizmie, chociaż żadnych cudów po drodze nie przeżyliśmy. Te kilka godzin jazdy przez kraj oświetlony kolorowymi neonami, ze stacjami benzynowymi wyglądającymi jak przystanie dla statków kosmicznych, ze sztuczną trawą, którą dotykałem z taką niewiarą, że jest sztuczna, że śmiali się ze mnie. Wielobarwne szyldy, mijane po drodze wychuchane domy, z wymalowanymi ścianami, sprawiały wrażenie, że ten kto tutaj mieszka lubi to miejsce. Oczy nasze, przywykłe do szarości i brudu komunizmu, tutaj rozkoszowały się barwnością wszystkiego, co tylko nas otaczało. Było to nasze pierwsze wrażenie kolorowość nowego świata. Kapitalizm błyszczał i lśnił czystością.
Za każdym razem, na co moje oczy spojrzały, w duchu mówiłem sobie: - szkoda, że nie ma Haliny, szkoda, że ona tego nie widzi - . Chciałem w ten sposób znaleźć usprawiedliwienie dla siebie samego, utwierdzić się w przekonaniu, że postąpiłem dobrze wyjeżdżając. Gdyby ona była ze mną, wziąłbym ją za rękę i powiedział: teraz widzisz to sama na własne oczy, teraz wiesz, że niepotrzebnie tak długo się wahałaś, świat jest piękny i nasza miłość znajdzie w nim też dla siebie miejsce. Ale jej nie było ze mną, więc podwójnie cierpiałem, tym, że jej nie ma i tym, że nie mogę tego wszystkiego jej pokazać, podzielić się radością dziecka, któremu udało się wyprosić upragnionę zabawkę.
Kierowca otrzymał swoją umówioną zapłatę (po 15 dolarów od głowy) i niczym diabeł z dobrą duszą szybko odjechał. Nie była to jego pierwsza wizyta w Austrii, robił takie wypady co kilka miesięcy. W drodze powrotnej miał zrobić zakupy w Wiedniu, u znajomego Jugosłowianina. Cały karton mydła, szampon do kąpieli, papierosy, skarpetki, majtki. Czyli te artykuły, które były u nas najbardziej poszukiwane. W Pieszycach zakupiony w Austrii towar sprzeda z takim zyskiem, jaki będzie sobie życzył. Trudno mówić o cenach czarnorynkowych, skoro towaru w ogóle nie ma na rynku. Nie dosyć, że zarobi, to jeszcze będzie uchodził w oczach rodziny za zaradnego. Zyska laur bohatera, a sąsiadki będą podawać go jako przykład swoim mężom.
Obóz Traiskirchen ten przedsionek do raju, marzenie wielu milionów mieszkańców Wschodniej Europy, obiekt wielu tęsknot i nadziei to zespół kilku wielkich budynków, ogrodzonych kutym w żelazie parkanem na podmurówce. Ogrodzenie, na którym niejeden uciekinier w pośpiechu mógłby zostawić swoje życie, bo ostre jak miecze żelazne pręty broniły obóz przed napastliwymi mieszkańcami ze wszystkich miejsc oddalonych od raju.
Przecieraliśmy zaspane oczy w ten pierwszy nasz poranek w upragnionej wolności na Zachodzie przeciągając się. Architektura obozu bardziej kojarzyła się z więzieniem niż przedsionkiem do raju. My potraktowaliśmy go jak czyściec, czyli coś co pozwoli nam uwierzyć, że wszystko to, co dopiero się wydarzy, będzie piękne. Przygoda dopiero co się rozpoczęła i nie można było się zrażać tym, że obóz przypomina więzienie.
Na jesiennym niebie nastawał świt, panowała przejmująca cisza, która nakuwała serce moje niepokojem. Nie wiem dlaczego miałoby być głośno, skoro nie było jeszcze piątej rano - tłumaczyłem sobie. We trzech utworzyliśmy trzyosobową kolejkę do wolności. Każdy z nas miał swoje osobiste marzenia, plany, definicję wolności. Cel był jeden, dostać się do obozu. Tam zachować swoją godność i jeśli się da, to jak najszybciej zarobić i wracać do Pieszyc, bo w Pieszycach dopiero będzie można docenić wszystko to, co tutaj zarobimy i przeżyjemy. Nawet nie zdziwiła nas tablica na budce wartowniczej informująca, że godziny urzędowania administracji obozu obowiązują od 9:00 do 17:00, od poniedziałku do piątku. Biurokracja opanowała cały świat, przypominała o sobie nawet przy bramie do raju, za którą wyrastała wielka bryła budynków: koszar, więzienia, szpitala, słowem czegoś nieprzyjemnego, przed czym człowiek dostaje gęsiej skórki.
Cisza. Był piątek i piąta rano. Około szóstej zaczęło się coś dziać. Pojedynczy osobnicy przemykali się przez bramę obozową. Od czasu do czasu podjeżdżały pod nią auta, półciężarówki, które zabierały "zjawy obozowe". Na ich miejsce szybko pojawiały się inne, które wyczekiwały na krawężniku ulicy.
Zdrzemnąłem się prawie półtorej godziny, siedząc na torbie podróżnej. Obudził mnie gwar ludzkich głosów. Najpierw myślałem, że jestem w Pieszycach, u siebie w domu. Takie było pierwsze odczucie. Świadomość tkwiła jeszcze tam, ale ciało było już pod bramą obozu. Przetarłem zdumione oczy i zobaczyłem tłum ludzi, około 40 osób. Mowa polska zdecydowanie wyróżniała się, uderzyła falą właściwie tylko ją słyszałem.
Ucieszyłem się z tak dużej frekwencji rodaków, dużo nas pomyślałem. W duchu bałem się, dokładnie nie wiem czego, ale bałem się miałem uczucie, że im nas więcej, tym lepiej dla nas wszystkich. Cały ten Zachód, do którego tak mnie ciągneło, także straszył wielką niewiadomą. Jak to wszystko będzie wyglądało? Jak to wszystko się ułoży? Poczułem się bezradny, zagubiony. Przypływ radości spowodowany widokiem tylu rodaków tłumaczyłem tym, że w ilości siła, nie jestem sam, nic złego nie może się przydarzyć.
Dochodziła godzina 9:00 a do obozu jak nie wpuszczali, tak nie wpuszczają. Kilka minut po dziesiątej, jak grom z jasnego nieba, pojawił się tłum około 200 osób. Sami Polacy, których przywiózł pociąg "Chopin". Zrobiűo się jeszcze gwarniej i bardziej swojsko. Sami młodzi ludzie. Obóz też się już obudził. Po drugiej stronie ogrodzenia pojawili się rodacy szukający swoich bliskich i znajomych. Franek szukał Józka, Mariola narzeczonego.
Przez żelazne pręty przyglądaliśmy się sobie nawzajem. My zazdrościliśmy tym, którzy byli już w środku, lecz oni jakoś nie wyglądali na szczęśliwych. Nie dochodziło pomiędzy nami do kontretnych dyskusji, nie wypytywaliśmy się o szczegóły, jak tam jest. Mimo wszystko zazdrościliśmy im tego, że są już w środku. Są lepsi od nas i mają nad nami przewagę doświadczenia Zachodu z drugiej strony ogrodzenia. Zaczęło się swoiste badanie wzrokiem, przyglądanie się sobie nawzajem i po chwili poczułem się nieprzyjemnie. Nie wiem dlaczego, ale w podświadomości pomyślałem sobie, jest jeszcze czas, aby powrócić do Pieszyc, cała ta wyprawa po złote runo w ogóle nie ma sensu.
Ci z drugiej strony ogrodzenia po dłuższej chwili zaczeli mówić o tym jak jest w środku. Nakreślając sytuację w czarnych kolorach. Niczego nie pochwalili, wszystko złe, począwszy od strażników obozowych, a skończywszy na urzędnikach administracji. Zmartwiłem się tym wszystkim, ale Adam dodał mi odwagi, mówiąc: początki zawsze są trudne. Nigdzie nie było powiedziane ani napisane, że ma być tak, jak my sobie tego życzymy. Ďaden z nas nie spodziewał się przyjęcia z orkiestrą, a mimo wszystko zmartwiliśmy się.
Szczęśliwcy z drugiej strony żelaznego płotu mówili i podawali liczne przykłady. Okazało się, że obóz jest przepełniony, ludzie śpią na korytarzach, nie ma łóżek. Administracja ma pełnie ręce roboty, dzień w dzień pojawia się przed bramą kilkasetek ludzi. Niektórzy chcieliby, aby zamknąć już granice Polski, bo jak tak dalej pójdzie to nikt tam nie zostanie, a sens wyjazdu na Zachód jako taki straci cały sens. Chodzą słuchy, że mają obóz zamknąć, tak wielu jest chętnych. I to jest duża nadzieja dla tych co już tam są ponieważ będą mogli powoli zacząć załatwiać swoje sprawy. Po takich wiadomościach, niektórzy najchętniej powróciliby tym samym pociągiem do Polski. Stałem na kamiennych nogach i nie pamiętam, abym myślał o czymkolwiek, po prostu słowa odbijały się ode mnie jak piłka od muru.
Około szesnastej gruchnęła wiadomość, będą wpuszczać i rzeczywiście zaczeli tyle tylko, że wpuścili kobiety w ciąży, małżeństwa, kobiety samotne, kaleki, etc. Pojawienie się strażników tak poruszyło tłum, że wszelkie objawy sympatii, które zostały nawiązane podczas wyczekiwania, prysły jak bańki mydlane. Hasło z polskich kolejek pt. "kto pierwszy ten lepszy", raz jeszcze dało znak o sobie i pomyśleć, musiałem jechać pół dnia i całą noc, aby się o tym przekonać. Czy warto było? Już niedługo przekonamy się.
Pierwsza lekcja zachodniej wolności poza nami. Moje obawy odeszły ode mnie jak ręką odjął. Nabrałem przekonania, że wszystkie te przeszkody są do pokonania. Obudziła się we mnie chęć walki, powrót oznaczałby poddanie się i narażenie się na kpiny kolegów. A tego najbardziej się bałem. Należało przełknąć gorzką pigułkę, nawet jeśli okaże się, że trzeba będzie przespać się na ulicy przez dwie, trzy noce. O powrocie nie myślę, towarzysze podróży zacisneli zęby. O tym, że będziemy musieli prosić się, aby wpuszczono nas za bramę raju jakoś nikt z nas nie pomyślał. O tym, że aż tylu Polaków ucieka tworząc kolejki, też nie pomyśleliśmy. Widocznie kolejki weszły nam w krew stając się cechą narodową. Bez kolejek nic się nie liczy.
2 listopada 1981
Minęł dzień Wszystkich Świętych. Myślą przebiegłem po pieszyckich cmentarzach. Oczami wyobraźni dostrzegłem twarze stojących nad mogiłami bliskich mi osób. Chciałbym, aby wymodlili spokój duszom zmarłych i moją pomyślność. Nikt nie powinien uważać mnie za zmarłego, przynajmniej Halina, dla niej zawsze będę żywy. Moja miłość do niej jest trwalsza niż śmierć, teraz wiem o tym i zrobię wszystko, aby była ze mną jak najszybciej.
*** Pierwsza noc, spędzona w małym hotelu, w czystej pościeli. Pokój dwuosobowy, nieduży z umywalką i ręcznikami. Spałem w nim z Adamem i Alkiem, który chrapał jak niedźwiedź i wcale mu się nie dziwię, bo od dwóch dni nikt z nas nie spał. Druga noc spędzona na torbie podróżnej pod bramą, minęła spokojnie. Pod wieczór tłum topniał, wsiąkając w pobliskie ulice. Ci, którzy zostali pod bramą nie mieli pieniędzy na noclegi, albo bali się odejść od bramy. Niepotrzebnie, miejsce w kolejce liczyłoby się tylko wtedy, gdyby nie było kobiet w ciąży, dzieci, kalek itd.
Zawiązały się pierwsze przyjaźnie, nawet miłości. Przypadkowe, bo przypadkowe, ale zawsze związki uczuć ludzkich. Niektórzy świeżo poznani koledzy bez żenady opowiadają o swoich zamiarach wyjazdu do Australii albo Kanady, innym marzy się Południowa Afryka. Co tam będą robić nikt z nas nie pytał, oni chyba sami jeszcze nie wiedzą. Mało kto chciał, lub zamierzał pozostać w Europie, w Austrii czy w Niemczech. Europa była skórą węża, którą na wiosnę się zrzuca i ucieka jak najdalej.
Pod bramą poznałem magistra kolejnictwa z żodzi, z którym gładko nawiązałem znajomość. Magister był weteranem w zdobywaniu bramy. Spędził pod nią już cztery noce i pięć dni. Należał więc do tych, co mogą poopowiadać i z właściwą sobie flegmą snuł historię o obozie i prawach nim rządzących, chociaż w środku jeszcze nie był. Opowiadał tonem tak bezstronnym i obiektywnym, że nawet uwierzyliśmy mu. Jego opowieści nie napawały nikogo optymizmem, ale mimo wszystko pragnienie osiągnięcia celu było jeszcze większe. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że będzie ciężko, kwestia, aby tym się za bardzo nie przejmować.
3 listopada 1981
W sobotę i niedzielę przybyło jeszcze więcej ludzi. Wbrew wcześniejszej zapowiedzi, że nikt nie będzie wpuszczany do obozu podczas weekendu, w sobotę późnym południem wprowadzono dzieci, kobiety w ciąży, małżeństwa. Samotni mężczyźni nie mieli szans. Niektórzy przerzucali przez bramę swoje paszporty. Ěandarm zbierał je, wyczytywał niektóre nazwiska, resztę z powrotem odrzucał. Był to taki obozowy toto- lotek. Zaskoczyło mnie całkiem poprawne czytanie polskich nazwisk przez strażnika. Magister wyjaśnił mi, że większość strażników i personelu w tym obozie to Austriacy czeskiego pochodzenia, byli Niemcy sudeccy. Było też wśród nich dużo Słowaków i Węgrów. Sobotnio-niedzielne popołudnia spędziłem z Magistrem na spacerach po miasteczku. Oglądaliśmy i podziwialiśmy przepych i cuda kapitalistycznego świata. Obaj po raz pierwszy za granicą, kosztowaliśmy przez szybkę zakazanego owocu. Do sklepów nie wchodziliśmy, bo i po co, wystarczyły nam same wystawy sklepowe. Podobnie jak ja, Magister przeżywał wewnętrzny szok. Pierwszy raz w życiu zobaczył to, co dotychczas widywał w Polsce tylko w zagranicznych katalogach lub filmach.
Karmiliśmy oczy nasze widokami szynek, kolorowych telewizorów, butów sportowych, jeansów. Wszystko, o czym dotychczas mieliśmy mgliste pojęcie, teraz tutaj na własne oczy mogliśmy zobaczyć. Czy upadliśmy na kolana? Nie, przecież byliśmy przygotowani na to, że właśnie tak nasz raj ma wyglądać. Tyle różnych opakowań kaw i herbat w życiu nie widzieliśmy. Tyle gatunków owoców południowych, warzyw, wszelkich odmian jeansów, barwnych koszul flanelowych, butów skórzanych, szali, swetrów, papierosów, alkoholi. Krew burzyła się w nas i przelewała. Skronie rozbolały od wrażeń. Tyle gatunków chleba, masła, kiełbas, czekolady. Byliśmy w prawdziwej krainie baśni, która naprawdę istniała.
Patrząc na wystawiony towar w witrynach sklepowych, przez cały czas rozmyślałem o Halinie, żałując, że jej tutaj nie ma. "Halina, żałuj, że się nie zdecydowałaś" powtarzałem sobie w myślach. Zobaczyłem świat mieniący się kolorami i bogactwem różnorodności. Taka jakość życia oczarowałaby cię, omamiła. Nie masz pojęcia jak bardzo mi ciebie brakuje tutaj". Ale ona w niedzielne popołudnie zjadła już obiad i obejrzała czarno- białą telewizję. Może poszła do koleżanki albo siedzi w domu i myśli o mnie.
Z wielkim zainteresowaniem oglądałem suknie: widzisz Halinko, ta czerwona, na pewno by ci się spodobała. Zobacz te przepiękne czerwone szpilki, pasowałyby jak ulał do tej sukni. Żadna księżniczka nie byłaby w niej od ciebie ładniejsza. Twoje rude rozpuszczone włosy, zielone oczy, nosek nakrapiany piegami, samo słoneczko pozazdrościłoby ci urody. Chyba zwariuję, nie potrzeba tu żadnych zaklęć, czarów, bajkowych szyfrów, wystarczy jeden dzień pracy, aby mieć taką sukienkę. Tam, nawet najwięksi teoretycy komunizmu nigdy by nie wyczarowali tego bogactwa. Oni tylko mogą, i to nie za bardzo, wydawać kartki na mięso i cukier, bony na samochody i na książki.
3 listopada 1981
W nocy z drugiego na trzeciego listopada padało. Niczym czaple pochowaliśmy się pod kasztanami rosnącymi wzdłuż ulicy obozowej. Niewiele to pomagało, ale zawsze coś. Magister, który nie pali papierosów, długo nie mógł wytrzymać z palącymi pod jednym drzewem. Uciekł od nas, ale po dłuższej chwili powrócił z czarodziejskim uśmiechem na ustach. Z tajemniczą miną oznajmił mi na ucho: nie po to studiowałem na Politechnice żódzkiej, aby teraz stać pod drzewem. Otworzyłem dużego fiata, weź swoich kolegów, tylko spokojnie, bez paniki, jeden po drugim chodźcie za mną. Prześpimy się w samochodzie, ale pod warunkiem, że nikt nie będzie palił papierosów, bo inaczej na zbity pysk z auta wyrzucę.
Noc spędzona w samochodzie, w siedmiu, była błogosławieństwem. Jeszcze nigdy tak dobrze się nie wyspałem, jeszcze nigdy nie byłem taki rześki i wesoły, pełen optymizmu i chęci do życia. Choć prawdę mówiąc przez pierwszych kilka minut gnębiła mnie myśl o właścicielu samochodu, wzywającego policję, która zamknie nas w więzieniu.
Akcja pod bramą nabrała tempa. Pojawiło się kilku młodych chłopców, byłych pracowników platform wiertniczych z Norwegii, którym odmówiono prawa do azylu w Niemczech. Takie prawo posiadają tylko ci, którzy przybywają na teren Niemiec z krajów komunistycznych bezpośrednio, a nie pośrednio. Chłopcy będą próbować teraz w Austrii swojego szczęścia. O powrocie do Polski nie myślą, na moje pytanie dlaczego? Opowiedzieli - nie ma po co wracac. Przecież teraz tam wszyscy strajkują. Jak długo można być na strajku? - Zapytał mnie jeden z nich. Szczerze mówiąc nie wiem - odpowiedziałem - niepewnym głosem. No widzisz - odpowiedział mój rozmówca. "Będą tak długo, dopóku nie wejdą Rosjanie i nie zrobią porządku".
- O jakim porządku myślisz ? Zapytałem go, wiedziąc co ma na myśli.
- Jak to jakim? Odparł pewny siebie. Poleje się krew, zimna woda nie wystarczy.
Alek, towarzysz podróży, nawiązał kontakt z jakimś Albańczykiem, który zaoferował każdemu, kto da mu 20 dolarów, wejście do obozu. Kilka osób, wraz z Alkiem, przystało na jego propozycję i rzeczywiście, weszli do obozu poprzedniego wieczoru. Legalność polegała na tym, że Albańczyk, mieszkaniec obozu od 8 lat, zdążył poznać niektórych strażników. Przekupił ich, stąd te, poza kolejką, nocne wejścia do raju. Magister dowiedział się, o jeszcze jednym sposobie przejścia bramy. Mianowicie trzeba pojechać do Wiednia i tam zgłosić się na dworcu kolejowym na policję, która sama przywiezie delikwenta do obozu. Pomysł może i dobry, ale nie mam ochoty na podróż do Wiednia, ani rozmowy z policją austriacką. Natomiast wielkim ciosem moralnym okazało się dla mnie przekupstwo strażników. Nigdy w życiu bym nie uwierzył, że takie zdarzenie może mieć miejsce i to akurat tutaj, w miejscu, z którym tysiące, jeśli nie miliony ludzi wiąże nadzieje na lepszą przyszłość.
4 listopada 1981
We wtorek, trzeciego listopada, wpuścili do obozu za darmo grupę samotnych mężczyzn. Jestem już w środku. Strażnik, który wpuszczał zapamiętał mnie i wpuścił, chociaż chętnych jak zawsze było wielu. Śpimy w dużym pomieszczeniu, w budynku na końcu obozu. Nie ma w nim łóżek, więc poukładano się na podłodze, na gąbce. Nareszcie jestem w środku, pierwsza przespana noc na leżąco, od kilku nocy spędzonych na siedząco lub w kucki, co za radość!
Adaptacja obozowa nabrała wielkiego tempa. Otrzymałem potrzebne do życia w obozie rzeczy; koc, poduszkę, menażkę, widelec i łyżkę. Przeszedłem już wstępne przesłuchanie i tak jak większość, poprosiłem o azyl polityczny. Innego wyjścia nie było, obóz jest tylko dla tych co proszą o azyl polityczny. Czy go otrzymają, to już inna rzecz.
5 listopada 1981
Przenieśli nas z tymczasowego pomieszczenia do budynku dla uchodźców, czyli tych co mają wstępne przesłuchania poza sobą. Pokazano skrzydło jednego z budynków i na własną rękę pozwolono szukać swojego miejsca. Znalazłem łóżko na korytarzu, co nie było łatwą sprawą, bo ludzi jest tysiące. Nie jest aż tak źle jak myślałem, nowe znajomości, nowe twarze, nareszcie coś zaczęło się dziać, mam kontakt z ludzmi, którzy koczują na korytarzu od kilku tygodni. Cała przygoda staje się ciekawsza, zapomniałem o swoich wrażeniach spod bramy, świetnie się czuję wśród tych tłumów. Rozstaję się z Adamem i Magistrem, którzy gdzieś są na terenie obozu, tylko nie wiem gdzie.
6 listopada 1981
Mam już za sobą pierwsze badania medyczne, odciski palców, zdjęcia, wypełnianie jakiś formularzy. Takie rutynowe czynności, urzędnicy piszą wszystko, co im się mówi. O żadne wyjaśnienia nie pytają, mam wrażenie, że każdemu słowu wierzą. Podoba mi się to, nie stawiają kłopotliwych pytań, a wręcz przyciwnie, odnoszę wrażenie, że urzędnicy wiedzą o czym mówię i są wyrozumiali, pozytywnie nastawieni do nas. Po budynku chodzę z szeroko otwartymi oczami. Spotykam pierwszych starych znajomych z pieszyckich dyskotek. Nowe przyjaźnie zawierane są w kolejce po jedzenie, z menażką w ręku. Natomiast wieczorem na naszej korytarzowej sali nic strasznego się nie dzieje. Jest tutaj towarzystwo bardzo mieszane: kobiety i dzieci, starzy i młodzi, dlatego może obozowy element, już zasiedziały, do nas młodych tutaj nie zagląda.
7 listopada 1981
Jolę z Dzierżoniowa znam od dwóch lat, była bardzo lubiana w moim środowisku. Bywaliśmy razem na wielu imprezach w górach, na dyskotekach, nad jeziorem Otmuchowskim. Jola czeka na narzeczonego ze Świdnicy, który powiniem dojechać lada chwila. Z Polski wyjechała sama. O wyjeździe na Zachód rozmawialiśmy jeszcze w Pieszycach, nawet umawialiśmy się na wspólny wyjazd, ale do niego nie doszło. Teraz po 15 minutach rozmowy postanawiamy "wziąć ślub" i zapisujemy się, jako małżeństwo, do pierwszego lepszego pensjonatu, aby ucieć jak najdalej od obozu. W kolejce do biura zgłoszeń na kwatery spotykam starych znajomych spod bramy. Razem zapisujemy się na listę. Co z tego będzie nie wiemy. Trafiam z Jolą na salę, w której znalazły się dwa wolne łóżka obok siebie na pięterku (łóżka piętrowe jak w wojsku).
Obóz żyje własnym życiem. Życie obozowe to także nasza "kolejka" do marzenia o lepszym jutrze, po to przecież tutaj przejeżdżaliśmy. Wszędzie okropne kolejki, większe niż w komuniźmie, ale nikogo to nie przeraża. Kobiety mają swoje budynki, mężczyźni swoje; małżeństwa z dziećmi są w części męskiej. Ale jest to podział prowizoryczny, bo codziennie setki ludzi wchodzi do obozu, i tam, gdzie znajdą wolne miejsce "rozbijają namiot". Sprawnie funkcjonują już meliny, sklepy ze słodyczami czy papierosami. Biznes prowadzą oczywiście rodacy. Dzień da się przeżyć, wypełnia go załatwianie formalności, zwiedzanie misteczka. Najgorsze są noce. Wtedy dzika dżungla obozu daje się we znaki wszystkim.
Spotkałem rodaków mieszkających w obozie od kilkunastu miesięcy. Ich opowieści o życiu obozowym są napełnione dramatem rozrywającym się na naszych oczach. Czy można im wierzyć?! W sumie jestem tutaj zbyt krótko, aby cokolwiek powiedzieć. Nie za bardzo chcę się dać zastraszyć, ale chętnie nadstawiam ucha. Morderstwa, polegające na wypchnięciu ofiary przez okno, a budynek jest wysoki, oj wysoki. Są też nożownicy, przeważnie Albańczycy, których jak zauważyłem nikt nie darzy sympatią. Rumunii ponoć lepsi są od Turków. Największą sympatią cieszą się Węgrzy. W dodatku poza Polakami są Słowacy, Czesi, trochę Niemców z NRD i dużo Jugosłowian. Jugosłowianie prześladują i poniżają się między sobą, podobna sytuacja jest z Czechami i Słowakami, których z kolei nie lubią Węgrzy i odwrotnie.
9 listopada 1981
Operatywna i pełna energii, znająca na poziomie szkoły średniej niemiecki wszędobylska Jola, dowiedziała się w biurze przyjmującym zapisy na pensjonaty, że jutro po południu wyjeżdżamy. Powoli zdążyłem przyzwyczaić się do życia obozowego, a już wyjeżdżamy. Dokąd? Nie wiadomo, to znaczy wiadomo, tylko ja słabo znam geografię Austrii. Zamieszkamy gdzieś niedaleko Wiednia. I teraz są dwie szkoły patrzenia na "nie daleko od Wiednia". Jedna mówi, że będzie nam dobrze, bo będziemy mogli szybko załatwić wszystkie formalności związane z naszym dalszym życiem tutaj, bo Wiedeń i dyrekcja obozu jest blisko. Druga szkoła mówi, że źle, bo Wiedeń i obóz jest blisko, czyli masa Polaków i nie tylko ich, słowem armia ludzi poszukających pracy. Teraz nie wiem czy się cieszyć czy płakać. Wyraźnie widać, że jak ze wszystkim w życiu bywa są, conajmniej dwie szkoły i wszystko zależy od tego, jak do danej sprawy podejdziemy.
Szybko należy wszystkie otrzymane rzeczy oddać, spakować walizki, pożegnać się z przyjaciółmi, i o czwartej po południu czekać przed bramą obozu na odjazd. Jestem pod wrażeniem tak szybkiej i sprawnej akcji administracji obozu. Raz jeszcze jestem mile zaskoczony. Z trudem znalazłem Adama, pożegnałem się z nim i wspólnie uzgodniliśmy, że skrzynką kontaktową będą Pieszyce. Jego matka, jeśli do niej napiszę, poda mi jego adres. Magister gdzieś się zgubił na dobre.
Po krótkiej, bo zaledwie ponad godzinnej jeździe autobusem, przywieziono nas do hotelu, jak na polskie standardy, eleganckiego z ładnym, lśniącym od czystości i świeżości lobby. W dużej i przestronnej restauracji czekał na nas obiad. Zanim go jednak zjedliśmy gospodarze hotelu rozdzieli nam pokoje. Trafiamy z Jolą do czteroosobowego pokoju z jednym dużym łóżkiem. Naszymi współlokatorami jest para małolatów z Nowej Huty. Mają po 19 lat. Razem uciekli z Polski tydzień temu. Z tego co zauważyłem, mając 24 lat jestem jednym ze starszych mieszkańców hotelu. Małolaci, współmieszkańcy próbują mówić mi przez pan, na co stanowczo się nie zgadzam.
W czystej łazience z prysznicem wiszą białe ręczniki, jest przytulnie. Pokój z balkonem z dużym oknem balkonowwym, z widokiem wprost na jezioro. Są też przepiękne firanki i zasłony. "Kapitalizm na całego". Jedynie łapówka Alka pod bramą obozu nie daje mi spokoju. Do tej pory nie mogę zrozumieć mentalności strażników, którzy połakomili się na kilkadziesiąt szelingów wchodząc w układy złodziejskie z Albańczykiem.
12 listopada 1981
W hotelu są sami Polacy, prawie 120 osób. Na razie wszyscy dla wszystkich są wyjątkowo uprzejmi, mili i grzeczni, jakby inni Polacy byli w obozie a inni tutaj. Razem z nami jest para Słowaków, która mieszka w hotelu już od dłuższego czasu. Na naszej pierwszej naradzie organizacyjnej z właścicielami hotelu, Reprezentantem nas wszystkich został Słowak. Nikt z Polaków jakoś nie garnął się na urząd "hotelowca". Poza tym okazało się, że znajomość niemieckiego posiedli tylko nieliczni z nas, pomimo tego, że Niemcy to nasz sąsiad i wróg numer jeden od tysiąca lat.
13 listopada 1981
Powoli wracam do siebie, choć nie mogę zebrać myśli. W jakiś sposób muszę wszystko poukładać, a następnie poddać analizie. Po dziesięciu dniach życia na walizce i odżywiania się co drugi dzień wracam do siebie, ale nie do tego Adama z Pieszyc, który kilkanaście dni temu wyjechał, tylko do tego, co jest w Austrii. Po wykąpaniu się i wyspaniu pod białą pościelą zaczynam się czuć tak, jakby wszystko to, co dotychczas mnie spotkało, było tylko snem. Przeszedłem przez wielką huśtawkę emocjonalną, biłem się z własnymi myślami. Gnębiłem się pytaniami, na które nie miałem odpowiedzi. Teraz potrzebuję wewnętrznej akceptacji samego siebie. Jestem w środku rozbity i zdezorientowany. Zupełnie nie potrafię zapanować nad właśnie, nad czym ???
14 listopada 1981
Maleńka miejscowość, w której mieszkam nazywa się Podersdorf. Właścicielem hotelu z dużą restauracją, położonego w bardzo atrakcyjnym miejscu, jest były żołnierz niemieckiego Wehrmachtu, który wrócił pieszo do Austrii spod Stalingradu. Skąd o tym wiem, od Słowaka, który, jak się okazało, jest nie tylko azylantem politycznym, najstarszym mieszkańcem hotelu, ale także zawodowym muzykiem i w sezonie gra w restauracji umilając gościom czas. Nie wraca do Bratysławy, która leży od tej miejscowości niecałe dwie godziny drogi autem, bo woli tutaj zarabiać szylingi. Poza tym, jak większość uciekinierów - emigrantów, po raz drugi założył rodzinę. To co zostało z drugiej strony granicy jest jakby za siódmą górę, rzeką, lasem.
Region, w którym znajduje się Podersdorf, nazywa się Burganland. Jest to kraina winogron, a miejscowość znajduje się nad jeziorem Neusiedler przez które przebiega granica Austrii z Węgrami. Do jeziora, w linii prostej z naszego hotelu, jest nie więcej niż 100 metrów, a takich hoteli, w których mieszkają Polacy, jest cztery. Stanowimy obecnie pokaźną część wszystkich mieszkańców Podersdorfu.
16 listopada 1981
Wciąż jestem na etapie poznawania mieszkańców hotelu i miejscowości Podersdorf, która leży na terenie płaskim jak stolnica, wśród pól winogronowych. Hotel jest praktycznie reprezentowany przez wszystkie regiony Polski, brakuje tylko chyba górali. Są ludzie z Gdańska i z Krakowa, są mieszkańcy podwrocławskich miejscowości i ludzie spod Kielc i Poznania. Słowem, mogę powiedzieć, że cała Polska znalazła się w tym jednym hotelu. Czym ci wszyscy ludzie kierowali się wyjeżdżając z ojczyzny jeszcze nie wiem, ale zaglądając w głąb swojej duszy powinienem znaleźć odpowiedź na dręczące mnie pytania. Myślę, że nie wszyscy wyjechali po pieniądze na meble jak ja, po mieszkania czy samochody. Jeśli nie, to po co wyjeżdżali?
Miejscowość Podersdorf jest wielkości Pieszyc, z kilkoma ulicami, kilkoma sklepami , ale o takim zaopatrzeniu, że ho ho; kilkoma zajazdami turystycznymi, bankiem, jakimiś biurami, kościołem i dużym cmentarzem. Najwięcej jest restauracji i zajazdów turystycznych, piwnic przerobionych na winiarnie. Główna ulica biegnie wzdłuż jeziora, kilka innych, dużych, przecina ją prostopadle. Na ulicach prostopadłych znajdują się wszystkie najważniejsze sklepy miasteczka. Idąc spacerkiem, można obejść całą masteczko w godzinię. Jak do tej pory, ciekawych obiektów czy zabytków nie znalazłem, ale znalazłem kilka drobnych monet austriackich.
Mam poza sobą kilka spacerów nad jezioro, które pociąga mnie i fascynuje swą wielkością i jasnobrązowym kolorem wody. Teren pomiędzy drogą a brzegiem jeziora jest zalesiony, przeważnie sosnami. Znajduje się tu wiele domków wczasowych, budowanych na wszystkie możliwe sposoby i style architektoniczne. Całość ogrodzona jest siatką. Na pierwszy rzut oka widać zaradność i planowość działania gospodarzy. Piszę o tym bo jeszcze nam w pamięci nasze polskie gospodarskie podwórka. Tutaj wszystko jest uporządkowane i zadbane, zakonserwowane na zimę, łodzie nakryte jakimiś plandekami. Nie znalazłem niczego, co nie byłoby na swoim miejscu.
Byłem kilka razy na cmentarzu. Spacerując pomiędzy grobami i grobowcami, porównywałem je do naszych pieszyckich grobowców niemieckich bardzo podobnych do tych tutaj. Podziwiałem płyty nagrobne i kształt liter, kształty dużych figur nagrobnych, postacie Jezusa i Matki Boskiej lub figury aniołów. Odczytywałem z tablic nagrobnych nazwiska zmarłych, obliczałem w pamięci lata ich życia na tym padole, medytowałem nad kruchością losu ludzkiego. I znowu wracałem nad jezioro, aby tam popatrzeć poza horyzont, aby zobaczyć... Amerykę.
17 listopada 1981
Większość rodaków spędza przedpołudnia w swoich pokojach na pisaniu listów, grze w karty, dyskusjach, snuciu planów. Dziwi mnie, że tak niewielu z nich wychodzi na zewnątrz na spacer, porozglądać się, zobaczyć teren. Niektórzy mają radia i bez trudu "łapią" Warszawę. Następnie komentują wiadomości z Polski, wzbudzając duże zainteresowanie wsród tych, którzy spragnieni są tych informacji. Niektórzy zdążyli już otrzymać pierwsze listy czy kartki, niekoniecznie z kraju, ponieważ wiele osób ma znajomych rozsianych po całej Europie. Inni wydzwaniają nocami do Polski i zachęcają jeszcze niezdecydowanych znajomych i krewnych, aby jak najszybciej pakowali walizki i "dali nogę". Ja natomiast nie mam do kogo dzwonić ani o czym pisać. Nawet nie próbowałem skreślić kilku słów, zebrać myśli. Napisać do Haliny list to pisać o tym, jak bardzo mi jej brakuje i jak bardzo za nią tęsknię. A skoro mi jej aż tak bardzo brakuje to dlaczego nie zrobię w tył zwrot i nie wracam? Intensywnie spaceruję i rozmyślam, ale nic nie mogę wymyśleć.
19 listopada 1981
W naszym hotelu są tylko cztery rodziny z dziecmi. Większość małżeństw (domyślam się) jest takich, jak moje z Jolą, tzw. obozowych. Po twarzach i śmiejących się oczach mogę się domyślać, że wszyscy są zdrowi i szczęśliwi. Cieszą się pobytem w hotelu, i jak na razie niczego im nie brakuje do jeszcze większego szczęścia, które na pewno każdego spotka. Czy szczęście ma swoją cenę? Na pewno tak, ale nie oznacza to, że szczęście można kupić. Czy zdają sobie z tego sprawę tutejsi rodacy, nie wiem. Czy wiedzą że nic nie ma za darno? Chyba tak.
Poza stołówką, głównym miejscem spotkan w hotelu stało się pierwsze piętro, na którym większość z nas mieszka. W korytarzowej wnęce, właścicielka postawiła sporej wielkości telewizor. Przy telewizorze toczy się życie towarzyskie, przy nim nastąpiło zapoznanie się mieszkańców hotelu. Nie przychodzimy oglądać telewizji, ale rozmawiać, telewizor jest tylko pretekstem. Przy nim można dowiedzieć się czegość o Polsce, odkryć duszę, podzielić się wrażeniami lub spostrzeżeniami.
22 listopada 1981
Najbardziej zaprzyjaźniłem się z Leszkiem i Kasią oraz Sławkiem i Ewą, wszyscy czworo są z Podkowy Leśnej. Młodzi, mili, uprzejmi, kulturalni, powiedziłbym szlachetni, o pięknych rysach twarzy. Z przyjemnością przebywam w ich towarzystwie. Patrzę na nich, podziwiam ich, myślenie o nich sprawia mi nieopisaną wewnętrzną radość, nawet wyczuwam jakieś ciepło, blask promieniujący od nich. Zauroczyli mnie sobą, swoimi poglądami na życie, rozsądkiem, planowaniem przyszłości.W przeciągu zaledwie kilku godzin zdołaliśmy opowiedzieć sobie całą naszę przeszłość i plany na przyszłość. Tak dobrze się nam rozmawia. Na pewno są z dobrych polskich domów, w których rodzice przywiązywali szczególną uwagę do wychowywania dzieci. Na pierwszy rzut oka widać po nich, że nie rośli "na dziko", ale są owocem miłości i rozsądku swoich rodziców.
Kasia z Leszkiem są prawdziwym małżeństwem. Ona ma lat 22, on 25. Ona jest krótko obciętą szatynką, o oczach tak czarnych, jak dwa węgielki. Często się uśmiecha, w ogóle lubi się śmiać. Jest takim wesołym promykiem radującym serce Leszka. Kasia ma duży wspaniały biust. Może słowo "duży" nie jest właściwe. Ona ma cudowny biust, fenomenalny i gdy się śmieje, faluje nim tak beztrosko i naturalnie, że aż ciarki człowiekowi chodzą po plecach.
Jestem pewny, że zdołałaby nim zahipnotyzować samego Twardowskiego na Księżycu. Buzia tak pełna słodyczy, sympatyczna i apetyczna, jak lody czekoladowe. Przy tym ma wszystko jak najbardziej poukładane w głowie. Leszek- muzyk, gitarzysta, elektronik, zna dobrze angielski. Wysoki, szczupły, bardzo przystojny mężczyzna o szczerym uśmiechu, bardzo dżentelmeński i opiekuńczy. Mówi ładnie, z namysłem, jakby ważył każde słowo. Podoba mi się jego sposób patrzenia i komentowania świata. Razem z Kasią tworzą wspaniałą parę, tylko życzyć im jak najwięcej szczęścia i realizacji marzeń.
Sławek lat 21, Ewa 23, przyjechali do Austrii pobrać się. Mają błogosławieństwo swoich rodziców oraz rosyjskie złote obrączki. Jeśli dobrze zrozumiałem, Sławek ucieka przed wojskiem, a ona, zakochana, podąża za nim. Znają się od dzieciństwa i nie mogą bez siebie żyć.
Ewa jest szczupłą, wysoką szatynka. Słowo piękna nie oddaje jej urody. Jest bardzo kobieca i po prostu śliczna. Ma wysublimowany gust w dobieraniu koloru ubrań do karnacji jej cery, koloru oczu, włosów. Pięknijesza od modelki, chodzi i zachowuje się jak księżniczka. Przy stuprocentowej dziewczęcości ma w sobie coś z wielkiej damy. Niespotykana piękność i wdzięk, wspaniały styl wysławiania się, sposób widzienia, wartościowania życia. Duża klasa i wytworność, chciałoby się przebywać w jej towarzystwie jak najdłużej.
Natomiast Sławek to typowy małolat, rozkapryszony i rozpieszczony przez rodziców, któremu nigdy niczego nie brakowało. Ma minę niegrzecznego, ale bardzo sympatycznego chłopca. Trudno jest mu odmówić wdzięku i dobrego wychowania. Delikatny i wrażliwy, pełen wiedzy muzycznej o najnowszych zespołach rokowych na Zachodzie. Sam na żadnym instrumencie nie gra, ale kocha muzykę i dla niego ucieczka do wolności w dużym stopniu będzie związana ze słuchaniem na żywo jego ulubionych zespołów. Ma zawiadacką grzywkę wpadającą w roześmiane oczy. Ubiera się na sportowo w drogie koszule flanelowe, jeansy, buty ze skóry jaszczurki. Najwidoczniej w Polsce rodziców jego było stać na tak drogie ubrania dla syna. Jest czarujący i przystojny. Taki typ włoskiego podrywacza, który bardzo podoba się kobietom.
W sobotę Sławek rozrobił pół litra spirytusu, który przywiózł jeszcze z Polski. Kasia zrobiła kanapki z salami, a Jola sałatkę z czerwonej papryki i kiszonych ogórków. Spędziliśmy bardzo miło czas i dokładnie nawet nie potrafię powtórzyć o czym rozmawialiśmy. Było dużo śmiechu, beztroski. Po raz pierwszy poczułem się jakbym był w Pieszycach.
26 listopada 1981
Wczoraj późnym wieczorem pojawiło się w naszym pokoju dwóch nie znanych mi cywilów. Jeden z nich, ten przystojniejszy, okazał się być narzeczonym Joli, z którym chodziła do technikum budowlanego w Świdnicy. Chłopak chudy, wysoki jak tyczka, o patyczkowatnych nogach, dużej czaszce, przerzedzających się blond włosach. Twarz ani inteligentna, ani pospolita, ale sympatyczna, jasnoniebieskie oczy, przyciągaja wzrok rozmówcy.
Wybrali się do Austrii na zakupy świąteczne, a po drodze postanowili odwiedzić Jolę. Swoim przybyciem zaskoczyli nie tylko mnie, ale i ją. Jak zdobyli jej adres, wciąż jeszcze nie wiem, ale to nieważne. Narzeczony powinien być z nią tutaj, a nie buszować po Austrii. Ale to też nie moja sprawa. Przywitaliśmy ich bardzo serdecznie, a oni byli niezwykle mili i rozmowni. Dopytywali się o życie w Austrii, a my co nowego w Polsce. Przyszła Kaśka z Leszkiem i Ewa ze Sławkiem.
Poszliśmy spać bardzo późno, nad ranem. Spaliśmy na jednym łóżku, w szóstkę. Jola pomiędzy mną a narzeczonym, który okazał się miłym człowiekiem. Chłopcy przespali się, wzięli prysznic i w drogę, w Austrię, po zakupy. Majtki, skarpetki, mydło, proszek do prania, szampan na Sylwestra. Narzeczony na rozstanie obiecał, że po Nowym Roku jeszcze raz nas odwiedzi, a Jola poprosiła go, aby pozdrowił jej rodziców w Dzierżoniowie i przyjaciół w Świdnicy. Nie zauważyłem, aby płakała, ale w nocy przytulała się do niego.
28 listopada 1981
Po raz pierwszy od wyjazdu z Pieszyc postanowiłem znusić się do napisania wiersza, ale próba nie powiodła się. Nowe warunki, w których się znalazłem nie nastrają mnie do liryki. Bardzo chciałbym, aby powstały tutaj jakieś wiersze, ale jak na razie jest to ponad moje siły. Nie mogę znaleźć sobie własnego kąta, zebrać myśli. Chociaż czasu na rozmyślania nam wiele.
Podobnie jest z czytaniem "Literatury na świecie" i próby wczytywania się w Miłosza, przekłady, wiersze i eseje. W chwili obecnej najbardziej przemawia do mnie poezja (przekład) Konstantyna Kawafisa i jego wiersz pt. "Itaka". Jest to tak piękny wiersz, tak jasny dla mnię o obecnej sytuacji, w której się znalazłem, że wszelki komentarz wydaje mi się być zbyteczny. Jedynie pozwolę sobie zacytować fragment drugiej zwrotki.
|
Proś aby twoja podróż był długa. Abyś nie jednym letnim świtem wpłynął -- a jakże wdzięczny i jaki szczęśliwy -- i zatrzymał się w fenickich zatokach po to żeby zakupić tam dobre towary, perłową macicę, koral, ambrę i heban, także wonne olejki wszelkiego rodzaju, mocne, drażniące wonności, tak dużo jak tylko zapragniesz; |
Na korytarzu, raz po raz, dają się słyszeć odgłosy imprez zakrapianych alkoholem. Miejscowy biznes na pewno cieszy się z naszego pobytu tutaj. Polacy to dobrzy klienci, lubią zjeść i wypić, ubrać się. Większość pensjonariuszy - emigrantów przyjechała do Austrii tak bogato wystrojona, niektórzy nawet mercedesami, z taką ilością pierścionków ze złota na palcach, łańcuszków na szyjach, słowem bogactwo z nich "kapało", że gdyby człowiek miał choćby 10% tego, co znajduje się tylko w tym hotelu, o przyszłość nie musiałby się już martwić.
2 grudnia 1981
Dzisiaj wysłałem pierwsze listy do Polski w sumie aż pięć. Okazja była podwójna: chciałem powiadomić bliskich i znajomych o swojej nowej sytuacji, zapewnić ich, że wszystko jest w porządku oraz złożyć życzenia świąteczne. Bez wdawania się w szczegóły i bez większego wysiłku zaczerniłem kartki papieru. Najdłuższy list napisałem do Haliny, nic nie wspominając o spotkaniu z Jolą, czy o wspólnym z nią zamieszkaniu. Pisałem o tym, jak bardzo za nią tęsknię, myślę i żałuję, że nie zdecydowała się na wspólny wyjazd. Opisałem jej w kilku zdaniach drogę do obozu oraz miejsce, w którym obecnie przebywam. Zachęcałem do jak najszybszych odwiedziń mnie tutaj, w Austrii. Prosiłem o przysłanie mi kilku książek, m.in. Odysei, a przy okazji włożyłem do koperty dwa banknoty tysiąc złotowe. Pozostały mi jeszcze trzy tysiące, same pięćsetki. Dopiero później gdy wysłałem listy zauważyłem, że niepotrzebnie poprosiłem ją o wysyłanie książek, przecież ona miała je tutaj przywieźć.
5 grudnia 1981
"Tarnów", czyli prawe skrzydło hotelu, otrzymuje pierwsze listy z Chicago, z instrukcjami, co mają robić dalej, do kogo zwrócić się o bezpłatną pomoc. Niektórzy z nich byli już w obozie w Traiskirchen, aby złożyć papiery na emigrację do Ameryki. Tarnów - zastanawiam się, gdzie takie miasto w Polsce może być. O Tarnowie, właściwie nic nie słyszałem, tutaj natomiast prawie wszyscy są z Tarnowa. Od rana do wieczora Tarnów "melodią" hotelowych rozmów.
W hotelu coraz większe niezadowolenie z powodu ubogiego menu. Są tacy, którzy osobiście obeszli wszystkie pensjonaty w okolicy, w których mieszkają Polacy i stwierdzili, że u nas żarcie jest najpodlejsze. Coraz głośniej mówi się, że właściciele okradają nas na małych porcjach żywnościowych. Turek, główny kucharz, twierdzi, że to nieprawda i trzyma stronę właścicieli. Jak na razie większych zmartwien nie mamy. Niektórzy coś niecoś wspominają o pracy, bo szkoda czasu na takie bezczynne siedzienie. Wytworzyła się "niesmaczna atmosfera".
7 grudnia 1981
Sławek jakimś sposobem odnalazł swojego przyjaciela z Podkowy Leśnej w jednym z obozów dla uchodźców - mężczyzn, w Ganserdorfie. Mam i ja tam swoich dwóch pieszyckich przyjaciół, Adama i Alka z którymi wyjechałem, a nie miałem żadnego kontaktu z nimi od wyjazdu z obozu.
10 grudnia 1981
Monotonia życia, gra w karty, oglądanie telewizji i powolne obmawianie siebie nawzajem oraz czekanie, "aby do wiosny". Zupełnie zapomniałem o polityce w Polsce. "Solidarność" nadal działa, dużo jest o niej w telewizyjnych wiadomościach austriackich. To, co kiedyś mnie tak bardzo interesowało, czyli wałkowanie tematu polityki, przestało mnie tutaj zajmować. Wpadłem w krąg ludzi, którzy tylko rozmawiają o podróżach na koniec świata. Sam się na tym parę razy przyłapałem, że coraz częściej myśli moje wędrują za ocean. Ameryka, zobaczyć Amerykę pojechać tam. Europa, której nie znam, jak większość z nas tutaj, przestała mnie interesować. Austria jest za mała - powtarzam utarte komunały. Aby rozwinąć skrzydła trzeba być w Ameryce.
Dzisiaj przed telewizorem zebrała się kilkuosobowa grupa "polityków hotelowych", którzy zażarcie dyskutowali o sytuacji w Polsce. Dzięki nim dowiedziałem się o strajkach w szkołach wyższych, apelu Wałęsy do związków zawodowych Europy Zachodniej o pomoc żywnościową dla Polski, podwyżkach cen benzyny i wódki, ataku milicji na Wyższą Oficerską Szkołę Pożarnictwa w Warszawie.
Sytuacja nadal wygląda bardzo groźnie. Komunizm sypie się w zastraszającym tempie. Rosja chyba na taką sytuację długo czekała. Powtarzane jest pytanie: "czy wejdą" ? Podwyżki i strajki - czyżby w takich bólach miał konać komunizm? Nie jest to najlepsza atmosfera dla nowego ruchu. Dziwi mnie to, że komuniści zamiast dogadać się z narodem, ustalić jakiś program działania i zacząć coś konkretnego robić, wymyślają na wszelkie sposoby tylko przeszkody w porozumieniu się.
12 grudnia 1981
Wyprawa do obozu do przyjaciół z Pieszyc powiodła się. Przy okazji zobaczyłem kawałek ziemi austriackiej. Obaj ze Sławkiem jesteśmy zadowoleni. Podróż "do" odbyła się bez problemu, tylko trzema okazjami. (Z Austriakiem i dwoma Jugosłowianami). W obozie Sławek odnalazł swojego przyjaciela już po dwóch godzinach. Ja dopiero na drugi dzień znalazłem Adama i Alka. Spędziliśmy w obozie dwie noce, każdy u swoich. Była też okazja do zobaczenia, a raczej przyjrzenia się życiu obozowemu. Z powrotem był problem z dostaniem się do hotelu, bo niewielu było kierowców chętnych do podwiezienia, pomyliliśmy drogi, a ostatnie 7 kilometrów do hotelu pokonaliśmy na nogach. Tak jak "do" tak i "z" przeważnie brali nas Jugosłowianie, cudzoziemcy. Rodowici Austriacy niestety nie wyrażali większego zainteresowania autostopowiczami.
Obóz w Ganserdorfie nie jest tak duży jak w Traiskierchen, ale jest za to położony w pięknym lesie. Przypomina typowe koszary wojskowe i chyba kiedyś rzeczywiście były to koszary. W niektórych barakach jest drewniana podłoga, którą chłopcy zawzięcie na weekendy pastują. Podobnie jak w Traiskierchen, tutaj też są wielkie sale, na których śpi po 40 a nawet więcej chłopa. Moi koledzy spędzają wolny czas na nauce języka angielskiego i niemieckiego, grze w pimponga i w wielkich kolejkach, które tutaj są wszędzie, począwszy od stołówki a skończywszy na ubikacjach. żatwo jest wyobrazić sobie ich życie w dzień i w nocy w takim obozie, który jest terenem ogrodzonym, z portiernią, w której trzeba się meldować przed wyjściem i po przyjściu, przynajmniej oficjalnie, bo większość mieszkanców tego nie robi. A gdy trafi się jakiś pijaczek czy damski bokser na takiej wieloosobowej sali, noc może być nieprzespana. Większe też są stresy i ryzyko uczestniczenia w awanturze, nawet wbrew własnej woli. Alek z Adamem śpią w małej, ośmioosobowej sali.
Bardzo serdecznie ucieszyłem się ze spotkania z kolegami. Alek, psychicznie został "oświecony", stał się Buddą. Wiele opowiadał o reinkarnacji, o podróży poza ciałem, o rozmowach z aniołami bez skrzydeł, o wystrzeganiu się papierosów i alkoholu, o zrozumieniu i poznaniu samego siebie. Na początku rozmowy myślałem, że zwariował, ale nie, takich jak on w tym obozie jest kilkunastu. Uczą się bardzo intensywnie angielskiego i planują wyjazd na Hawaje lub do Indii do szkół swoich mistrzów duchowych.
Adam taki jaki był, taki jest, nic się nie zmienił: 20 letni małolat, który rzucił studia prawnicze we Wrocławiu po pierwszym roku, tylko po to, aby uciec bardziej z Pieszyc niż z Polski, dokładnie nie wiadomo od czego. Bardzo ucieszyłem się, gdy wyraził chęć zamieszkania ze mną w hotelu. Już sama świadomość, że będę miał go pod ręką dodaje mi wiatru w skrzydła. Móc rozmawiać z kimś, kogo zna się od lat, z kim chodziło się jednymi ulicami, ma kolosalne znaczenie na obczyźnie, szczególnie dla mnie. Natomiast Alek nie wyraził zainteresowania przyjazdem do hotelu. W obozie znalazł to, czego szukał, co było mu do szczęścia potrzebne.
14 grudnia 1981
Ogłoszenie stanu wojennego w Polsce. Nastąpiło to, o czym wszyscy mówili i czego się spodziewali. Czarne chmury widoczne na niebie od tylu tygodni opadły. Jedni już dzisiaj wiedzą, że 16 miesięcy wolności skończyło się na zawsze, drudzy mówią, że dopiero teraz "Solidarność" pokaże Jaruzelskiemu co potrafi. Władze związku robotników dały się zaskoczyć, natomiast społeczeństwo raz jeszcze okazało się nieporadne wobec rozgrywek politycznych, ale czy partia po raz kolejny będzie w stanie je oszukać? W hotelu wielkie poruszenie, wszyscy, jak jeden mąż, tkwią przed telewizorem.
Słowak występuje jako główny tłumacz i komentator.Telewizja austriacka bardzo dużo czasu poświęca sprawom polskim. Prawie całą niedzielę pokazywano Polskę. Austriaccy sprawozdawcy polityczni komentowali wydarzenia w na bieżąco. Miny mamy niewesołe. Kobiety płaczą. Osobiście jestem bardziej zainteresowany tym, jak stan wojenny będzie przebiegał, niż jakie będą skutki, które już teraz można przewidzieć. Koniec będzie z pewnością taki, społeczeństwo raz jeszcze poniesie ofiary, komuniści skompromitują się do końca i sami odejdą. Pytanie tylko kiedy? Jeśli Rosjanie wejdą "Solidarność" wygra. Na Halinę i "Odyseję" będę musiał teraz długo poczekać.
18 grudnia 1981
Wczoraj po kolacji przewodniczący grupy wracających do Polski chodził po hotelu, od pokoju do pokoju, z prośbą o wsparcie finansowe dla nich. Każdy coś wrzucił do kapelusza, ja 1000 złotych. Do tej pory z naszego hotelu wyjechały tylko cztery osoby. Żonaci, którzy pozostawili w Polsce rodziny małe dzieci i którzy poważnie przestraszyli się wypadkami w kraju.
Inżynier z Białegostoku poprosił jednego z powracających, aby odprowadził jego rodzinie, prawie nowego, dużego fiata. Sam kupił benzynę i dorzucił karton papierosów Marlboro. Oddał "konwojentowi" wszystkie dokumenty i kluczyki do samochodu. Wcale się nie bał, że może paść ofiarą oszustwa.
Stan wojenny spowodował przygnębienie i apatię, nawet na moment ucichła wojna pomiędzy nami i właścicielami o większe porcje posiłków. Powstał dylemat wracać czy nie wracać? Jaruzelski apelował do wszystkich Polaków o powrót. Austriackie środki masowego przekazu bardzo dużo uwagi poświęcają Polsce i nam, w tej chwili już prawdziwym uchodźcom. Odnoszę wrażenie, że Austriacy dostrzegli nas w swoim kraju, który stał się, w chwili obecniej dla nas prawdziwym schronieniem przed "czerwonymi".
Wiele jest osób takich jak ja, którzy wyjechali z Polski po przygodę, pieniądze, z myślą o poprawieniu sobie warunków życia po powrocie.Wielu z nas nigdy nie miała i nie chciała mieć nic wspólnego z polityką, a teraz odmowa powrotu do kraju czyni nas w oczach komunistów wrogami systemu. Stan wojenny wszystko pokrzyżował. Można wracać, ale bez pieniędzy. Do czego ja mam wracać? Wszystko, co miało jakąś wartość w mieszkaniu, sprzedałem, aby mieć dolary na podróż. Mieszkanie oddałem bratu, którego żona jest w ciąży. Powrót mój oznaczałby jeszcze większą dla nich i dla mnie nędzę. Emigracja nigdy o niej tak naprawdę nie myślałem. Chciałem zobaczyć świat, przy okazji trochę zarobić, ale nigdy nie mówiłem, że "wypinam" się na Polskę, bo nią rządzi Jaruzelski. Co za dokuczliwa myśl zaczeła drążyć mój umysł!
Po raz kolejny dałem wpędzić się w dylemat. W Pieszycach - wyjeżdżać, nie wyjeżdżać. Tutaj wracać, nie wracać. Oba przypadki mogą świadczyć o moim braku charakteru, czy jakiejś zdecydowanej postawy. Ale tak nie jest, bo po raz kolejny znalazłem się pomiędzy młotem a kowadłem. Najpierw zależny byłem od Haliny i miłości teraz jestem zależny od Jaruzelskiego i obowiązku patriotycznego. Wahanie się na pewno nie będzie sprzyjać mojemu życiu wewnętrznemu. Już jestem w rozterce, która niestety łatwo dopada ludzi słabych, niezdecydowanych. Ale jak w takim przypadku okazać swoją moc czy siłę skoro wszystko planowane jest gdzieś poza moją kontrolą czegokolwiek i nie mam na nic wpływu.
24 grudnia 1981 Smutna kolacja wigilijna, bo myślami wszyscy są w Polsce. Łamanie się opłatkiem i składanie sobie życzeń wypadło sztucznie, z powodu wielkiego przygnębienia. Kolacja była uroczysta, ale bardzo skromna. Wszyscy ubrali się w swoje najlepsze rzeczy, których wcześniej nie wyjmowali z walizek, ale miny mieli te same od kilku dni. Właścicielka złożyła nam życzenia noworoczne, a Słowak jej, w naszym imieniu.
Po raz pierwszy Polacy poszli grupowo do miejscowego kościoła, na pasterkę. Prawdę powiedziawszy jeszcze tutaj w kościele nie byłem, ale wiem, że dużo Polaków regularnie, szczególnie teraz, chodzi do kościoła. Pasterkę razem z Adamem spędziliśmy w naszym pokoju. Nie mam ochoty na kościół, żyję w szoku, staciłem nie tylko rychłe nadzieje na powrót do Polski z pieniędzmi, ale także opuściły mnie marzenia, w których Halina odgrywała pierwszoplanową rolę. Bez niej mój świat jest smutny. To ona miała być w nim słońcem i księżycem, siłą życia Pozostałem w pokoju, przeżywając swoje imieniny i 25 urodziny, myśląc o Halinie - czy jeszcze kiedyś ją zobaczę. Nikt nie zaśpiewał mi "Sto lat".
Święta z Adamem, ale nie tak wyobrażałem sobie jego odwiedziny. Wydawało mi się, że więcej wprowadzi radości i optymizmu w moje dni. Miał być dopełnieniem, jakaś formą stworzenia atmosfery domowej, ale nic takiego się nie zdarzyło.
28 grudzień 1981
Święta minęły spokojnie, chociaż nie wszyscy zwalczali przygnębienie modlitwą czy medytacją nad losami rodzin i ojczyzny. Pacyfikacja kopalni "Wujek" i tłumaczenie się Jaruzelskiego, że "inaczej nie można było", spędza wielu sen z powiek. Jednak bal sylwestrowy staje się tematem numer jeden. Coraz więcej z nas patrzy na Polskę przez szybę. My tutaj oni tam. Czy ich problemy nadal są naszymi problemami? Sam łapię się na tym, że w rozmowach ze znajomymi mówię; "tam w Polsce" mając oczywiście na myśli Polaków, którzy tam mieszkają, jakby to mnie już nie dotyczyło.
6 stycznia 1982
Kto miał pieniądze ten się bawił. Wraz z przyjaciółmi spędziłem Sylwestra przed telewizorem, na oglądaniu i podziwianiu innych, jak się bawią. Przyznać trzeba, że austriacka telewizja jest niewiele lepsza od polskiej. W większości przypadków wszystkie najładniejsze programy są programami zakupionymi albo w Niemczech, albo w Ameryce. Przez kilka dni widziałem parę filmów, które wcześniej widziałem w Polsce. Były oczywiście "wędrówki ludów", z pokoju do pokoju, składanie sobie życzeń, spijanie trunków alkoholowych, etc.
Trudno jest jednoznacznie powiedzieć pod jakim znakiem rozpoczął się dla mnie Nowy Rok 1982 i czy będzie on lepszy od poprzedniego. Myślę, że na pewno tak, choć po 13 grudnia trudno jest cokolwiek powiedzieć. Trudno jest też zgadnąć, co zrobi z nami Austria i inne kraje, w których są obozy dla Polaków. Wszyscy myślimy o powrocie do ojczyzny, ale oczywiście nie zaraz. Najpierw każdy chce zarobić worek dolarów, bo przecież po to tutaj przyjechaliśmy. Komunizm wygnał nas po pieniądze na Zachód, ale teraz nie wiadomo czy będzie w Polsce "tak dobrze" jak było przed stanem wojennym.
Dominuje opinia, że nie wolno narażać tych, co w kraju pozostali. Komuniści mają nasze dowody osobiste i wszystko o nas wiedzą. Ci w kraju natomiast liczą na nas, bo myślą, że dopiero tutaj mamy demokrację i możemy dopomóc Polsce głośno krzycząc jak bardzo komunizm nam się nie podoba. Ale czy nasza solidarność z nimi równa jest ich solidarności z nami? Chyba nie. Podejrzewam, że my tutaj jesteśmy bardziej przestraszeni i zagubieni niż ci w kraju. Ich głosy są słyszalne poza krajem, ale czy nasz głos dotrze do nich?
Reagan straszy sankcjami i restrykcjami ekonomicznymi polskich i rosyjskich komunistów ale czy sam przyjmie Polaków do Ameryki. To jest dla nas obecnie najważniejsze. Jedni uważają, że wprowadzenie stanu wojennego tylko może nam pomóc, gdyż da nam automatycznie prawo do pracy i wiele socjalnych przywilejów, których byśmy nigdy inaczej nie dostali. Status azylanta powinien otworzyć drzwi do wielu konsulatów. Inni boją się o siebie i swoje rodziny w Polsce. Czy komuniści nie będą szykanować rodzin ludzi, którzy nie powrócili do kraju? Reagan traktuje Polskę jako narzędzie do walki z Rosją, a Niemcy z ich kanclerzem nie chcą mieszać się w wewnętrzne sprawy Polski. Jeśli Helmut Schmidt uważa stan wojenny "za sprawę wewnętrzną Polski", to zupełnie nie wiem o czym on mówi. Dziwię się, że pomimo tylu lat, które minęły od zakończenia wojny cywilizowani i światli Europejczycy i Amerykanie nie potrafią, a może nie chcą, zrozumieć nas wschodnich Europejczyków. Wciąż używają nas jako kartę przetargową do rozmów z Moskwą, bardziej załatwiając swoje własne interesy niż nasze sprawy z pogranicza życia i śmierci, wolności i kajdan.
11 stycznia 1981
Para nauczycieli z sąsiedniego hotelu, (on po anglistyce ona po germanistyce) organizuje w naszym hotelu kursy nauczania wspomnianych języków. Frekwencja na angielskim jest, jak na razie, prawie 100%, widać z tego, że jednak wszyscy doskonale rozumieją potrzebę nauki języków obcych. Zapisałem się na obydwa kursy. Opłat żadnych nie ma, tylko "co łaska". Mam nadzieję, że z czasem uda się organizatorom znaleźć jakiś sposób na otrzymanie pieniędzy za ich pracę od władz obozowych.
18 stycznia 1982
Przychodzą pierwsze listy z Polski z wielką pieczątką ocenzurowano. Wzbudzają wielkie zainteresowanie wśród mieszkańców hotelu, każdy chciałby mieć taki list z własnym nazwiskiem obok którego widniałaby pieczęć ocenzurowano. Może to i głupio wygląda oglądanie takiej pieczątki z rozdziawioną buzią, ale tak jest. Zimnokrwiści rodacy uważają, że za kilka lat filateliści dobrze mogą zapłacić za tak ostemplowane koperty. Są jednak tacy, którzy uważają, że w chwili obecnej należy przerwać korespondencję z Polską ze względu na bezpieczeństwo rodzin tam pozostawionych.
20 stycznia 1982
Prawie wszystkich znam w tym hotelu, ale nie mogę powiedzieć, że mam tutaj przyjaciół czy dobrych znajonych. Oczywiście kilka osób, które lubię, w których towarzystwie przebywam chętnie, ale to wszystko. Osobiście zastanawiam się nad tym wszystkim co wydarzyło się w Polsce i jakie to może mieć dalsze skutki, a przede wszystkim jak potoczy się moje życie.
Uważam, że miałem szczęście, że na kilka tygodni przed stanem wojennym wyjechałem. Pytanie: czy ci, którzy pozostali w kraju, też uważają, że miałem szczęście? Jaki będzie ich stosunek do nas, tych którzy mieli szczęście wyjechać? Czy kiedykolwiek zarzucą mam rodacy w kraju że wyjechaliśmy na własne życznie i na własne życzenie do niego nie powróciliśmy, gdy nad nim wisiało niebezpieczeństwo? Czy wyjazd może być kiedyś potraktowany jako zarzut.
Takich właśnie rozważan mi brakuje, ale poza mną mało kogo to interesuje. Wyjazd na Zachód miał być przyjemnością i pewnego rodzaju zaspokojeniem ciekawości. W chwili obecnej stał się bólem i wyrzutem sumienia. Widocznie to już taka rola emigranta, rozpoczać i zastanawiać się nad powrotem, ale nie podejmować żadnych decyzji.
22 stycznia 1982
Lekcje angielskiego są wspaniałe z wielką przyjemnością ćwiczę wymowę. Jednak widzę coraz mniejsze zainteresowanie nauką języków obcych. Na początku było nas więcej niż krzeseł, teraz siedzimy przy pustych stołach. Więcej i więcej osób wychodzi w teren szukać pracy. Dwie panienki z naszego hotelu (koleżanki 19-latki z żodzi) znalazły pracę w barze przy stadninie koni. Byłem u nich w odwiedzinach, na piwie ze Sławkiem a przy okazji chcieliśmy porozmawiać z właścicielem, czy nie znalazłaby się jakaś robota dla nas. Na razie dużego ruchu nie mają, ale właściciel baru jest przekonany, że wiosną będzie pracy po same uszy.
Kościół katolicki w Austrii ogłosił akcję pomocy dla polskich uchodźców. Polega ona na tym, że po niedzielnych mszach, w kafeteriach kościelnych przyniesione przez Austriaków rzeczy są rozdawane za darmo chętnym Polakom. W naszym hotelu są już nawet tacy, którzy parę razy otrzymali jakieś rzeczy. Niektórzy chodzą do miejscowego proboszcza i proszą o pieniądze np. na buty. Ci, którzy mają pieniądze i samochody jadą do Wiednia pod wiedeńskie kościoły. Tam można lepiej się obłowić.
28 stycznia 1982
Jaruzelski zapowiedział stopniowe znoszenie restrykcji stanu wojennego. Ci, którzy wierzyli, że stan wojenny potrwa lata, że Rosjanie wkroczą, wysłuchują teraz tych, którzy mówili od samego początku, że stan wojenny to kabaret Jaruzelskiego. To jest taki kabaret, w którym leje się krew, ludzie siedzą w więzieniach za miłość do ojczyzny, w sumie surrealistyczny kabaret. Tak naprawdę, nikt ani Jaruzelskiego, ani stanu wojennego nie traktuje tu poważnie, ponieważ to i tak początek końca komunizmu w Polsce. Ěołnierze na ulicach, godzina policyjna, wielkie pieczątki z napisem "ocenzurowano" na listach. "Solidarność" ze związku zawodowego robotników stała się hasłem wywoławczym demokracji na całym świecie. Dla mnie najważniejsze jest to, czy będą otwarte granice i czy Halina będzie mogła, a przede wszystkim chciała, przyjechać do mnie.
5 lutego 1982
Coraz większe zatargi z "biedotą galicyjską", czyli ludźmi z Tarnowa, którzy przez cały czas twierdzą, że ich listy z Chicago, z dolarami giną w hotelu. W Polsce list z Ameryki był listem poleconym i każdy musiał osobiście podpisać jego odbiór. Tutaj listonosz wchodzi do hotelu i oddaje całą korespondencję pierwszemu lepszemu z brzegu, lub kładzie ją gdzie popadnie. Największe podejrzenie pada na tych, co piją. "Tarnów" twierdzi, że za ich pieniądze.
Coraz mocniejsze tarcia ze Słowakiem, który publicznie oświadczył, i to w obecności pięciu osób, że Polacy to idioci i głupi naród. Dodał także, że ma dość reprezentowania nas przed właścicielami. Właścicielka też ma powyżej uszów naszych narzekań na kiepską jakość wyżywienia. Atmosfera w hotelu staje się coraz bardziej nieprzyjemna. 9 lutego 1982
Niestety raz po raz rodzą się konflikty między nami, tak jak na początku potrzebowaliśmy siebie, tak teraz unikamy siebie. Przyczyn tych konfliktów jest na pewno wiele, zastanawiam się nad nimi. Jednym z głównym jest brak miejsca, czyli bezustanne przebywanie w tym samym miejscu wpływa bardzo dysktrukcyjnie na nasze samopoczucie. Taka zwierząca walka o własną przestrzeń na pewno wszystkich nas stresuje.
Innym powodem mogę być kompleksy, które każdy z nas ma w sobie gdzieś zakodowane, a których trudno jest czy będzie się pozbyć. Do tego dochodzą jeszcze konflikty kulturowe, w tym przypadku regionalizm, który bardzo daje się nam wszystkim we znaki. Powoli zaciera się tożsamość, a górę biorą przekonania, że jedni są lepsi od drugich.
12 lutego 1982
Rozpoczynają się masowe wyjazdy na własną rękę, przeważnie autostopem, do obozu w Traiskirchen. Raz jeszcze nie potrafię zrozumieć ludzi. Niby chcą wracać do Polski, ale ich zachowanie wyraźnie świadczy o tym, że nie zamierzają wracać. Są tacy, co składają papiery emigracyjne w kilku konsulatach, poszukują sponsorów. Jeszcze inni chcą uciekać z naszego hotelu z wiadomych powodów. Wiedeńskie konsulaty państw zachodnich przeżywają teraz zalew polskich petentów.
Pierwszy zorganizowany przez administrację obozu wyjazd nastąpił dwa dni temu. Porobiono nam zdjęcia twarzy i prześwietlenie płuc, małe badania lekarskie, zadano jakieś nieistotne pytania o przeszłość. Raz jeszcze przerażony jestem ogromnymi kolejkami rodaków do jakiegokolwiek urzędu. W wędrówce po obozie spotykam Magistra, który w nim został. Nie mam czasu na dłuższą rozmowę, ale podaję mu adres i telefon do hotelu. Obiecuję pomóc w załatwieniu miejsca u nas.
19 lutego 1982
Rozmawiałem z właścicielem hotelu, który zgodził się na przyjazd Magistra. Właściwie nie ma żadnych formalności do załatwiania, nie trzeba też wypełniać żadnych papierów. Całą sprawę można załatwić przez telefon. Magister będzie spał w moim pokoju i właściciel hotelu nie ma nic przeciwko temu. W najbliższych dniach powinien tutaj kolega zawitać.
22 lutego 1982
Po raz kolejny przeżywam zwątpienie. Czy siedzeniu tutaj w tym hotelu, w tym kraju ma jakikolwiek sens? Próbowałem o tym porozmawiać ze Sławkiem i Ewą, ale oni się rozstają i mają swoje ważniejsze dylematy. Ślubu chyba nie będzie. Kasia z Leszkiem chętnie o tym by porozmawiali, ale o czym tu romawiać. Pewno, że nie ma - odpowiadają niemal razem. Podpierając się argumentem wiosny, która będzie za kilka tygodni a wraz z nią praca na polach winogronowych, restauracjach, hotelach.
Poza tym do świąt Bożego Narodzenia daleko, a oni chcą wrócić właśnie na święta z odpowiednią kwotą gotówki. Dodając jeśli nic się nie zmieni. Odpowiedź jasna - według nich, ale dla mnie nie jest jasna. Zdecydowali, postanowili, tak będą robić. Takie rysowanie przyszłości niczego nie rozjaśnia tylko zaciemnia. Wrócą, ale do jakiej ojczyzny. Na pewno nie do tej sprzed 13 grudnia. Będzie nowa ojczyzna? To co zrobi się ze starą? Część społeczeństwa będąca u steru władzy nie potrafi wyobraźic sobie życie bez komunistów, ich układów opowiedziała się za stanem wojennym, większość nie. 13 grudnia jeszcze bardziej podzielił społeczeństwo niż II wojna światowa.
Gdy przedstawiłem swoje watpliwości, Kasia stwierdziła, że z nudów wymyślam problemy, zamiast uczyć się niemieckiego, angielskiego, albo rozglądać się za pracą. Ona tych problemów nie ma. Najważniejsze są według niej pieniądze, one wszystko mogą i powinny załatwić. A jeśli one nie potrafią tego zrobić mamy jeszcze kościół, księży, partię, spryt, a nader wszystko głowę.
26 lutego 1982
Przyszedł list od Haliny z wielką na pół koperty pieczątką - ocenzurowano. Koperta zrobiona domowym sposobem wymalowana w kolorowe paski, zawierała kartkę papieru średniej wielkości artystycznie złożoną z morzem słów miłości.
Kochany: Już tyle tygodni jestem bez ciebie w mękach i nie mogę doczekać się kiedy to się skończy. Tyle nocy pozwoliłeś mi być samotną ciałem i duszą w pustym łóżku, z miłością i rozpaczą. Najdroższy jesteś tak daleko ode mnie. Dlaczego? Czyżby smak moich ust ci nie smakował? Nie wierzę, że zapomniałeś o moich pocałunkach. A oczy czy je pamiętasz? Wspomnij jak do ciebie się uśmiechały, jakie były dumne z tego, że mogły patrzeć na swoją miłość. Kocham cię wszystkimi moimi zmysłami. Kocham cię. O tym, że ciebie tutaj nie ma nie mogę myśleć. Nie chcę pogodzić się z tą myślą. Chcę i pragnę ciebie. Modlę się o twój powrót i mocno wierzę, że dobry Pan Bóg wysłucha moich modlitw i ulituję się nade mną.
Myślałam, może moje łzy przy pożegnianiu wzruszą cię i zatrzymają, ale ty ich nawet nie widziałeś. Gdybyś je widział na pewno byś do samochodu nie wsiadł. Gdybyś wiedział jak bardzo rozpaczałam po twoim wyjeździe, jak bardzo cierpiałam i o czym w noce bezsenne myślę nigdy byś nie wyjechał.
Tak bardzo cię kocham i tęsknię za Tobą, tak bardzo jesteś mi tutaj potrzebny. Wracaj. Dużo twoich znajonych z Pieszyc i Bielawy wróciło, rząd im nic nie robi, nie wsadząją do więzień, wracaj.
Kiedyś przechodziłam obok Twojego domu, światło się paliło w naszym pokoju i pomyślałem, wróciłeś, jesteś. Co tchu w piersi wbiegłam po schodach na górę, ale drzwi otworzył mi twój brat. Wierz mi, chciałam umrzeć, tak bardzo było mi przykro, że to nie Ty stałeś w drzwiach. Tak bardzo cię kocham, bez Ciebie nie widzę życia tutaj, umieram z tęsknoty i miłości do ciebie. Przyjeżdżaj jak najszybciej. Wracaj, nie czekaj ani sekundy dłużej, nie pozwól mi umrzeć w cierpieniach, ja jestem twoją ojczyzną, która wszystkie twoje porażki i niepowodzenia wynagrodzi, kocham,
Halina.
2 marca 1982
List Haliny "zatruł mnie", zbił z nóg przez kilka dni. Wpędził w stan psychicznego załamania. Leżałem na łóżku patrząc w sufit, nawet na posiłki nie chciało mi się schodzić do stołówki. Gdybym wiedział, gdybym mógł przypuszczać, że tak bardzo nasze rozstanie będzie przeżywać, nigdy bym nie wyjechał. Teraz co mam robić. Wracać. Dla niej mój powrót jest tak konieczny i oczywisty, wyklucza jakąkolwiek formę dyskusji. Napisała, mam wracać do niej, do kraju, który jest naszą ojczyzną. Ojczyzna, która niczego mi nie dała, w której uczciwa praca była tylko formą na niby, jakąś magią pracy niż rzeczywistością, o większym znaczeniu psychologicznym niż materialnym. Był plan, były norny przekraczane, lał się pot, wstawało się rano do pracy, szło się do pracy, jechało na wczasy pracownicze, były urlopy pracownicze, ale to wszystko było przelewaniem z pustego w próżne. Rząd na niby, konstytucja na niby, całe państwo na niby i każdy, kto trochę pomieszkał w tym kraju na niby mógł się zorientować, że więzienia były na niby i pałki milicyjne na niby i czołgi na niby. Żyło się i umierało na niby.
Mam wrócić do niej, do swojej miłości, którą ona jest, a także pragnie być moją ojczyzną, matką, opiekunką, żoną. Halinę mogę dotknąć, przytulić do serca, pocałować, mogę być pewnym jej wierności, ale ona i ojczyzna w jednej osobie, tego jest już za wiele. Wracać do tego przed czym uciekłem. Czym mam kierować się miłością, sentymentem, rozwagą? Uderzyć się w piersi i przystąpić do rytuału. Zająć swoje z góry ustalone miejsce i godzić się z wyrazem zadowolenia i sensu na to wszystko co nie ma sensu. Przyglądać się ceremoniom partyjnym z Warszawy i być szczęśliwym, ponieważ jestem z dziewczyną, którą kocham.
5 marca 1982
Magister przyjechał autostopem. Śpi w naszym pokoju na składanym łóżku polowym. Cały "w skowronkach". Po wyjściu z klatki, jaką był obóz, tak nabrał ochoty na długie spacery i oglądanie telewizji, prawie nie ma go w pokoju. Tak samo jak i ja, jest zauroczony czystością i luksusem, w jakim tutaj żyjemy. Po robotniczej żodzi mieszkać na wsi z jeziorem to dla niego szczęście. Minie jeszcze kilkanaście dni zanim dojdzie do siebie. Otrzymałem wezwanie do urzędu policji powiatowej w Neusiedl am See w sprawie odbioru tzw. karty identyfikacyjnej.
Pozwala ona na legalny pobyt i pracę w Austrii. Po oddaniu paszportu polskiego będzie to mój jedyny dokument. Muszę przynieść swoje trzy zdjęcia i zapłacić parę groszy. Takich jak moje wezwanie przyszło dziewięć, ale tylko ja pojechałem. Większość ludzi twierdzi, że nie ma zdjęć ani też nie zamierzają ich robić. Co niektórzy nawet boją się odbierać te dokumenty, ponieważ komuniści mogą się o tym dowiedzieć. Prawdę mówiąc nic z takiego gadanie nie rozumiem.
12 marca 1982
Coraz więcej Polaków, nie tylko z naszego hotelu, znajduje pracę w najróżniejszych miejscach. Austriacy chętnie nas zatrudniają i jak na warunki polskie, płacą bardzo dobrze. Wiosną pracy na plantacjach winogron nie brakuje, są prace remontowe na budowach i przy renowacji mieszkań. Do naszego hotelu zaglądają przedsiębiorcy budowlani nawet z odległych od Poderdorfu miejscowości. Jedni pracują przy podcinaniu i podwiązywaniu krzewów winogronowych, inni przy rozlewaniu wina w winiarni. Ci ostatni zawsze przynoszą wino do hotelu. Pijemy wszyscy.
15 marca 1982
Odpisałem na list Haliny zapewniając ją o miłości do niej jak najgoręcej jak tylko mogłem i umiałem z siebie wydobyć. Oczywiście nie napisałem jej o tym, że absolutnie nie widzę sensu w moim powrocie w tej chwili do Polski. Nie chciałem jej przypominać tego, że już mieszkania nie mamy, bo oddałem go bratu, że nawet nie mamy łyżki, noża i widelca, bo nie mamy. Natomiast spełnię każdy jej warunek i życzenie jeśli ona zdecyduje się na wyjazd do mnie. O sprawach finansowych nic nie chciałem jej pisać, ponieważ pieniądze to ostatnia rzecz, o której ona myśli. W sumie jest bardzo praktyczną osobą, ale pozbawioną w zupełności zmysłu liczenia pieniędzy.
19 marca 1982
Kursy języków obcych zostały rozwiązane z braku uczniów. Jedni zajęci są pracą, innym godziny nie pasują, jeszcze innym niemiecki czy angielski "nie jest do niczego potrzebny". Wielki zapał, który był na samym początku, obecnie zamienia się w garstkę popiołu marzeń. Po raz pierwszy zdałem sobie z sprawę z tego, że my Polacy mimo wszystko jesteśmy przede wszystkim marzycielami, a nie realistami. Mówić, że język obce są niepotrzebne, tylko dlatego, że znalazło się czwartorzędną pracę to po prostu świństwo.
Ktoś wysłał donos do władz obozowych w Traiskirchen. Właścicielka jest wściekła, kucharz Turek obrażony, bo donos dotyczył marnego wyżywienia. Ani właścicielka, ani Turek nie odpowiadają na nasze gutten morgen. Na dodatek, zemsta właścicielki najbardziej dotknęła Adama i Magistra, bo zabrano nam telewizor. Padło podejrzenie na Słowaka, że to on wszystko tak zaaranżował, aby osiągnąć jakieś osobiste korzyści ze skłócenia nas z właścicielami. Wiadomo, Słowak nas nie lubił, ale żeby aż tak nienawidził Polaków? Dowodów na jego udział w sprawie nie ma. Minęło prawie pięć miesięcy od wyjazdu z Polski. Nie czytałem przez ten czas żadnych polskich gazet ani polskich książek. Okazuje się, można żyć bez "Poezji", "Twórczości", "Dialogu", "Tygodnika Powszechnego", "Radaru"; bez teatru, telewizji, rozmów o wierszach, wystaw malarskich. Tak zwanej papki intelektualnej - jakże potrzebnej, którą żywiłem się każdego dnia, od rana, przez całe moje dotychczasowe życie. W Pieszycach musiałem być ze wszystkim na bieżąco, ponieważ oczytanie było częścią nie tylko mojej pracy, ale zbroi, o którą rozbijały się wszelkiego rodzaju pytania i głowy nie tylko przyjaciół, ale i "przeciwników". Tutaj takiego pancerza nie potrzebuję, tutaj coraz bardziej zaczynają liczyć się ci co mają dobrą pracę i dobre pieniądze.
26 marca 1982
Rozmawiałem z Adamem o swoich spostrzeżeniach na temat życia bez gazet. Przy okazji dowiedziałem się, że nie mam czego właściwie żałować, ponieważ komuniści wydają obecnie tylko "Trybunę Ludu" i "Ďołnierza Wolności".
Wysłano pierwsze paczki i listy do Polski na Święta Wielkanocne. Otrzymane pod kościołami rzeczy zostały starannie spakowane niektóre nawet wyprane i wyprasowane ponownie. Kieszenie koszul, spodni i marynarek wypchano dokładnie gumą do żucia, cukierkami, mydłem, kremami, pastami do zębów i butów, wodą kolońską, etc. Niektórzy specjalnie jeździli na zakupy do tanich sklepów do Wiednia, po czekoladę z orzechami czy migdałami, kawę i salami.
2 kwietnia 1982
Przez ostatnie cztery dni, od poniedziałku do czwartku, ciężko pracowałem wraz z Adamem i Mietkiem Stokłosą spod Tarnowa, naszym nowym kolegą. Pracowaliśmy przy sprzątaniu gospodarstwa i przy taśmociągu z butelkami wina, na które naklejaliśmy etykietki. Przez pierwsze dwa dni padałem ze zmęczenia. Gospodarz płacił 20 szylingów na godzinę plus wyżywienie. Po każdym przepracowanym dniu szef stawiał wino i jedzenie. Upijaliśmy się niemiłosiernie tym winem ku radości przełożonego, młodego Austriaka, który upijał się razem z nami. W sumie zarobiliśmy po 700 szylingów.
Bardzo niechętnie, ale muszę napisać prawdę jak tę pracę znaleźliśmy. Otóż Magister, będąc na spacerze, zaczepił jakiegoś Austriaka o pracę. Dogadał się z nim, a ten poprosił go, aby przyprowadził ze sobą jeszcze trzech kolegów. Pierwszego dnia, gospodarz po zakończeniu pracy wypłacił Magistrowi dniówkę. Oznaczało to, że dla niego nie ma więcej pracy. Powód magister jest za stary, ma 40 lat. Mieliśmy z tego powodu wyrzuty sumienia, nawet chcieliśmy wszyscy zrezygnować z pracy. Ale co to by dało? Gospodarz znalazłby na nasze miejsce innych. Takie myślenie to usprawiedliwianie się.
Adam zarobił forsę i pozwolił sobie na zatelefonowanie do ojca, który obecnie mieszka w Niemczech, w Kassel. Ojciec jeszcze przed nami wyjechał do Niemiec, a po ogłoszeniu stanu wojennego poprosił o azyl. Teraz, po kilku miesiącach, jakoś się urządził i chciałby zobaczyć syna. Zaproponował mu aby do niego przyjechał na dłużej albo bodaj go odwiedził. Adam zaproszenie przyjął, teraz kusi mnie wyjazdem, obiecując przygody, które wzbogacą nasze nudne życie w hotelu. Lubię "przygody", ale nie mam ochoty na podróż, sam nie wiem dlaczego. Adam sugeruje mi, abym odwiedził swoich znajomych pod granicą belgijską. Serio nad tym się zastanawiałem, ale zdecydowałem, że nie.
9 kwietnia 1982
W środę wraz z Mietkiem rozpoczeliśmy pracę na budowie, przy wznoszeniu hotelu. Budowę rozpoczęto jesienią ubiegłego roku i postawiono już piwnicę i parter. Nas, Polaków jest pięciu i dwóch Austriaków - murarzy. Polacy mają po 25 szylingów na godzinę, murarze po 140, a ja dostaję 35 szylingów. Dlatego więcej, bo najlepiej z nich mówię po niemiecku i pełnię rolę tłumacza. Chłopcy spod Tarnowa, którzy, jak się okazało, stanowią bardzo pokaźną grupę w naszym hotelu są bardzo chętni do pracy, ale do nauki wcale się nie garną. Zdążyli już poinformować mnie, gdzie jest Tarnów, z czego najbardziej słynie, komu zawdzięcza swoją nazwę i skąd te tradycje wyjeżdżania nie tylko całymi rodzinami, ale i wsiami do Chicago. Muszę się przyznać, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tylu mieszkańców z tego regionu jest w Ameryce. Wniosek nasuwa się sam, że lepiej z nimi żyć w zgodzie. Do moich obowiązków należy zakup materiałów budowlanych. Wraz z kierownikiem budowy (młodym Austriakiem, który jest instruktorem samolotowym, a na dodatek szkoli naszego młodego właściela hotelu na pilota) jadę do składu budowlanego. On kupuje towar, załatwia jakieś papierkowe formalności, czasem spyta mnie o coś, czy czegoś na budowie nie brakuje albo nie zbraknie. Ładuję wszystko na ciężarówkę i wracamy na budowę. Wykonuję też pracę betoniarza, kręcę się przy betoniarce to dosypię piasku, to doleję wody, a jak wszystko się kręci i jest czas to i po piwo skoczę.
Adam pojechał do ojca, do Niemiec; długo się namyślał zanim podjął decyzję. Z tego, co wiem to planuje wyjazd do Ameryki i to przeważyło szalę, że zdecydował zobaczyć się z ojcem. Później może tak szybko nie być okazji. Na drogę pożyczyłem mu 500 szylingów. Magister pracuje przy sprzątaniu ośrodka, gdzie stoją domki campingowe. Pracę ma lekką, zamiata, czasem coś tam pomaluje, poodnawia. Jest zadowolony. Leszek pracuje wraz ze Sławkiem w winnicy, a Kasia z Ewą siedzą w hotelu, ale i one planują coś zacząć robić. Kaśka z Leszkiem teraz nawet nie jedzą hotelowego jedzenia, tylko wszystko kupują w sklepie. Coraz więcej ludzi robi to samo. Pracują i za swoje własne pieniądze dokarmiają się. Nie, nie gardzą hotelowym żarciem, ale po prostu stać ich na lepsze odżywianie się, bo ciężko pracują.
11 kwietnia 1982
Otrzymałem list od Haliny z kartką wielkanocną. Co trzecia linijka, to zapewnienia o miłości do mnie a co piąta to słowa: "wracaj, czekam na ciebie, kocham". Ani słowa o tym, że to ona mogłaby przyjechać tutaj, jak tylko zaistnieją ponownie takie możliwości. To, co pisze, jest w chwili obecnej nierealne, ale dużo bym dał za to, aby móc być z nią, choćby przez chwilę. Jej miłość do mnie i mówienie o niej tak bezpośrednio bardzo źle wpływa na mnie. Po prostu łzy same kapią mi z oczu. Wiem, że mnie bardzo kocha, ale nie mogę znieść mówienia o tym. Gdy otwarcie mówi o miłości, zapewnia mnie o swoim cudownym do mnie uczuciu zaczynam się czuć winnym. Moje sumienie zaczyna oskarżać mnie o deptanie tego uczucia. Nie chcę czuć się winnym, chcę aby ona czuła się winną. Przecież jak tylko mogłem namawiałem i namawiam ją do wyjazdu. Nie usłuchała mnie, teraz oboje cierpimy. Nawzajem oskarżamy się, a przecież tak bardzo się kochamy i tęsknimy za sobą. Zwariuję, w życiu nie myślałem, że można tak kochać i tęsknić.
Jak tylko zarobię pierwsze większe pieniądze, to wyślę paczkę z owocami południowymi, szynką, salami, czekoladą, same pyszności, o których w Polsce ludzie mogą tylko marzyć, a tutaj pierwszy lepszy dziad może to sobie kupić. Nawet nie musi mieć błogosławieństwa partii na zakup nie jednej, ale stu cytryn. Chcę, aby uwierzyła, że mój pobyt tutaj to nie wakacje, ale budowanie naszej wspólnej przyszłości.
Ostatnio spędzam więcej czasu na budowie i w barze "Czerwony Lew" niż w hotelu. Dlatego straciłem tam kontakt z wieloma ludźmi z hotelu, między innymi z Jolą. Ona zawsze była moję koleżanką, nikim więcej. Nigdy nie rozmawiałem na temat jej osobistych spraw, nie jestem o nią zazdrosny, ani nie roszczę sobie do niej żadnych praw. Na początku naszego tutaj pobytu większość ludzi myślała, że jesteśmy razem, jako narzeczeni czy kochankowie. Nie wszystkim mówiłem na jakiej stopie z nią jestem i stąd obecne nieporozumienie. Jola zakochała się, a mnie życzliwi zawracają głowę tym, że gdzieś tam ją z kimś widziano.
16 kwietnia 1982
Przyszło zawiadomienie z mojej sponsorskiej organizacji im. Lwa Tołstoja, abym osobiście stawił się na przesłuchanie w ich siedzibie, w Wiedniu. Szybko - nawet nie myślałem, że tak szybko. Kilka tygodni temu złożyłem odpowiednie papiery, myślałem, że odleżą co najmniej kilka miesięcy. Będę ubiegał się o wyjazd do Stanów Zjednoczonych, do Kalifornii, do San Francisco. Zawsze marzyłem, aby tam być i zobaczyć na własne oczy to, co tak intensywnie pobudzało moją wyobraźnię. Co stanie się z Haliną, nie wiem. Jeszcze jej o tym nie pisałem, boję się nawet o tym głośno myśleć.
W hotelu teraz właściwie tylko się kąpię i śpię, czyli jestem prawdziwym gościem hotelowym. Życie hotelowe przestało mnie interesować, bo ci, z którymi się zaprzyjaźniłem i żyłem teraz, tak jak i ja, mają swoje własne sprawy i zajęcia. Skończyły się wielogodzinne nasiadówki, przelewanie z pustego w próżne. Gołym okiem, zwłaszcza w niedzielę, można zauważyć wiele zmian. Kilkanaście twarzy ubyło, kilka przybyło. Dużo osób pracuje, a ci którzy nie pracują, załatwiają swoje sprawy w Wiedniu lub w obozie w Traiskirchen.
Nikt nie chce tracić czasu na tzw. głupoty. Teraz już wiadomo, że większość z nas do Polski nie powróci. Tak jak na samym początku każdy chciał zarobić i wracać do kraju, tak teraz mało kto chce, tzn. chcą tylko już nie za pół roku czy za rok, ale za pięć, może dziesięć lat. Jaruzelski stworzył możliwość pozostania dłużej poza granicami Polski na koszt kapitalistów. Wielu z nas to się spodobało. Nadażyła się duża okazja i większość nie przepuści tej szansy. Obecnie nie ma już dylematu: emigrować czy nie. Decyzję za nas podjął rząd w Warszawie. Emigrujemy.
23 kwietnia 1982
Wziąłem jeden dzień wolnego z pracy i pojechałem do Wiednia, tym razem, autobusem. Swoim szefom powiedziałem, że chcę mieć dzień wolny, bo jadę załatwiać papiery na wyjazd do Ameryki. Oni bardzo się zdziwili po co mi Ameryka skoro tutaj mam pracę, do Polski blisko, znam niemiecki, słowem mam tutaj jak u pana Boga za piecem i jeszcze o Ameryce myślę. Natomiast robotnicy poparli moją decyzję, powiedzieli, że tutaj w tej małej zakichanej Austrii nigdy niczego się nie dorobię, zawsze będę dziadem i będę pracował dla innych. W Ameryce każdy może zostać milionerem, tutaj nie.
W obozie wszystko załatwiłem po swojej myśli. Do mojej organizacji wiele osób się nie zapisuje. Polacy raczej zapisują się do katolickiego Caritas gdzie kolejki są tak przerażające, że z wrażenia przewrócić się można. Czeszka o imieniu Milada, która tam rządzi Polakami, gdyby miała sześć rąk też by nie dała rady. Moja organizacja prześle papiery do konsulatu amerykańskiego. Spraw papierowych prawie nie było, pytano mnie o to, o co już wszyscy sto razy się pytali. Imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, imiona rodziców, badania lekarskie, etc. Jedynie zdziwienie, że chcę jechać do San Francisco, a nie do Chicago, czy Nowego Jorku, jak większość Polaków. Młoda, ładna Polka, która pomagała mi wypełnić wszystkie papiery, kręciła głową, że nie chcę jechać do Chicago.
--- Wiosna, cieplejsze dni, słońce na budowie "wyciska" coraz więcej potu. Księżyc natomiast sprzyja zakochanym "wyciska" miłość w hotelu. Jola wyprowadziła się do Krzysia, teraz mieszka z Ewą i Sławkiem. Coraz większy ruch nad jeziorem, więcej ludzi przyjeżdża na soboty, krzątają się przy łodziach, kręcą się po miasteczku. W barach więcej pięknych kobiet przez co atmosfera staję się coraz przyjemniejsza i grające szafy grają coraz dłużej.
--- Koleżanka z pokoju w ciąży, kilka innych dziewcząt w ciąży, parę małżeństw się rozpadło. Wiele polskich dziewcząt chodzi z Austriakami, którzy przesiadują w naszym hotelu przez całe weekendy. Takie są skutki przeżycia pierwszej zimy w Austrii. Wcale się niczemu nie dziwię. Gdybym tutaj nie był i sam na własnej skórze nie doświadczył tych wszystkich stresów i rozdarć wewnętrznych mógłbym się dziwić i wymądrzać. A tak wydaje mi się, że wszystkich i wszystko rozumiem i rozbite małżeństwa i ciąże pozamałżeńskie, etc.
Powrócił Adam z Niemiec. Jest załamany postawą ojca, który nie chce wracać do Polski, do żony. Ma już narzeczoną, z którą planuje ułożyć sobie życie. Dla niego ucieczka do wolności miała nie tylko znaczenie polityczne, ale i osobiste. Gdyby kochał swoją żonę i dzieci na pewno nie zdecydowałby się na taki krok. Czy można go osądzać, trudno mi powiedzieć. Nie jestem w jego skórze. Szkoda jest mi kolegi, który bardzo przeżywa decyzję ojca. Ojciec, jakby na to nie patrzeć, odrzucił nie tylko swoją żonę ale i dzieci, bo dzieci są po stronie matki. Przegrał moim zdaniem podwójnie i podwójnie zapłacił za swój wyjazd. Czy warto było? Chyba nie, ale to mój prywatny punkt widzenia. Synowi dał na drogę kilka marek i kupił kurtkę skórzaną. Adam jest najstarszy w domu, ma młodszego 17- letniego brata i 12-letnią siostrę. Teraz on będzie musiał pracować i pomagać finansowo matce.
30 kwietnia 1982
Jestem tak zapracowany i zajęty, że nie mam czasu ani sił odpisać Halinie, tym bardziej myśleć o Polsce. Halinie dość wyraźnie, uważam, przedstawiłem swój plan. Jeśli chce być ze mną musi robić wszystko, aby tutaj przyjechać. Mój powrót do Polski jest nierealny i bez sensu. Wracając teraz w tej chwili wpakuję się do mieszkania jej rodziców albo mojego brata. I jedni i drudzy po tygodniu będą mieli nas serdecznie dość.
Planuję wysłać do niej paczkę, ale nie mam czasu iść na zakupy, bo pracujemy sześć dni w tygodniu. Wcale się nie uskarżam ani nie narzekam, po prostu nie mam czasu. Jest praca, będą pieniądze, będzie można później zastanowić się co dalej. Teraz jak wszyscy - uważam - trzeba pilnować pracy. Ona może być kluczę do przyszłości.
W Polsce co chwilę Jaruzelski "coś" znosi, Kiszczak oferuje zbuntowanym bilety w jedną stronę czyli emigrację na Zachód, zwalnia z "internatów". Słucham tego jakbym był daleko, gdzieś na drugim końcu świata. Boże, a to przecież tak blisko. Polska zaczyna mnie coraz mniej interesować, nawet Halina, z która właściwie nie wiem jak mam już rozmawiać. Zdaje się że ani Haliny, ani Polski nie zmienię. Nie jestem wyjątkiem. Czy tak wolno myśleć patriocie
?
Praca na świeżym powietrzu, ciężka ale pierwsza uczciwa praca w życiu nie tylko dla mnie, lecz dla większości z nas daje mi wielką satysfakcję. Jedzenie jest za darmo, spanie za darmo. Żadnych rachunków na koszt własny. Cenę za to płacą uwięzieni w Polsce. Im mocniej ich tam tłuką, tym lżej nam tutaj zdaje się żyć. Im głośniej oni tam krzyczą, tym bardziej my jesteśmy tutaj szanowani. Wytworzyła się wręcz jakaś surrealistyczna paranoja naczyń połączonych krzywdy i szczęścia, dobra i zła, łez i uśmiechu.
Podersdorf, "mała mysia dziura" okazuje się miejscowością pełną uroku i piękna, szczególnie wiosną. Ludzie żyją tutaj jak w bajce, chyba są szczęśliwi i zadowoleni. Czy mogą prosić Boga o lepsze życie? Chyba nie. O co można tu jedynie prosić Boga to o zdrowie.
W środę otrzymałem pierwsze pieniądze z obozu: 400 szylingów za to, że jestem azylanem, plus mydło i proszek do prania. Zasiłek przysługuje tylko tym, którzy nie pracują. Ja, jak większość azylantów, pracuję, ale na czarno. Nawet ręka mi nie drgnęła przy liczeniu pieniędzy.
Właścicielka hotelu oświadczyła, że pod koniec maja jej hotel zacznie funkcjonować dla turystów. My nie jesteśmy jej już potrzebni. Możemy wyprowadzić się do obozu lub dokądkolwiek. Co na to władze obozowe, które nas do niej skierowały? Nie wiem, ale jej postępowanie według mnie jest bezprawiem. Wysłałem Adama, aby zrobił zwiady i coś wyszukał, przecież takich miejsc jak to jest w tej miejscowości kilkanaście.
7 maja 1982
Magister strasznie bał się złodziei, kradzieży, włamań, słowem: niepożądanego elementu zagarniającego cudzą własność. Sprawdzał czy okna są domknięte, czy aby nie ma czegoś na balkonie, co mogłoby skusić złodzieja. Sprawdzał dwa razy drzwi, zamki czy klucz z jednego pokoju nie pasuje przypadkiem do drugiego. Tymczasem zgubił wszystkie pieniądze: cały swój skarb, który wywiózł z Polski, plus to, co zdążył już tutaj zarobić. W czarnej rozpaczy podciął sobie żyły. Jak bardzo musi być człowiek zrozpaczony, aby targnąć się na własne życie?
Ewa mój ideał piękna i wdzięku porzuciła Sławka dla Adama i, jak mi się wydaje, dla jego gitary. A także dla samej odmiany. Myślałem o niej jak o aniele, tymczasem ona okazała się być normalną kobietą. Normalną, zwykłą kobietą, od której nie można za dużo wymagać. A ja, głupi, myślałem o niej jak o aniele bez skrzydeł. Nie tylko tak o niej myślałem, ale nawet tak ją traktowałem. Adam, który jest fizycznie sto razy brzydszy od Sławka, zdołał ją oczarować niczym jakiś pół -człowiek, pół - bóg, grający na gitarze. Dźwiękami strun zdobył duszę i ciało kobiety. Plany małżeństwa ze Sławkiem będą musiały zostać przełożone, na kiedy, nikt nie wie, może nawet na zawsze. Zobaczymy jak się dalsze ich losy potoczą. Nie mam do Ewy pretensji za jej zachowanie, ale muszę zmienić swoje wyobrażenie o aniele w ciele kobiety. A może ona jest faktycznie aniołem, tylko że, upadłym? Jak to sprawdzić
?
10 maja 1982
Magister puścił farbę zaczął mówić. Ale trzeba uważnie wsłuchiwać się w to, o czym mówi, bo na duszy jest mu ciężko. Zgubił 600 dolarów, cały dorobek życia. Na moje pytanie dlaczego zabrał dorobek całego swojego życia w jedną kieszeń i wyjechał pozostawiając żonę i syna na łasce losu nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć.Widocznie myślał jak większość z nas, zarobi i to dużo zarobi i powróci. Na pytanie, jakim cudem udało mu się zebrać aż 600 dolarów, mając żonę i dziecko, gdy ja po sprzedaniu całego mieszkania zebrałem jedynie 80 dolarów, powiedział:
Jestem od ciebie starszy, więc dłużej pracowałem, więcej mogłem odłożyć. Ale to nie jest prawda. Prawdą jest to, że brałem nadgodziny, po 10-12 godzin dziennie. Ale to też nie jest prawdą. Prawda jest taka, że kradłem. Komunizm zrobił z nas wszystkich złodziei. Powiedz mi, kto nie kradł?
Ja nie kradłem odpowiedziałem mu bez wahania.
Nie kradłeś, bo nie miałeś co ukraść. Gdybyś miał, też byś kradł. Gdybyś widział tych bogaczy w obozie, po ogłoszeniu stanu wojennego, sprzedających samochody za pół darmo, oddających paserom złoto, przekupujących urzędników administracji obozowej, aby jak najszybciej stąd wyjechać do Ameryki; gdybyś widział tych śpiących ludzi na walizkach z tysiącami dolarów, już nie setkami, ale tysiącami dolarów wywożonych z Polski, po to tylko, aby tutaj, jeszcze więcej zarobić uświadomiłbyś sobie, że takich dziadów jak ty, tutaj nie spotyka się często.
11 maja 1982
Mój najważniejszy dzień w życiu. Otrzymałem wezwanie z Konsulatu Amerykańskiego na przesłuchanie. Jeśli je przejdę, otrzymam wizę wjazdową do Ameryki. Halina w tej chwili, po raz pierwszy w moim życiu od chwili poznania jej, będzie musiała gorąco się modlić razem ze mną, aby wszystko poszło po naszej myśli. Nawet będąc w Ameryce będę chciał mieć ją przy sobie. Wszystko to, co było do tej pory było zabawą, jakimś bliżej mi nie znanym ani nie aranżowanym przeze mnie wstępem. Teraz dopiero wszystko się tak naprawdę zacznie dziać. Musi mi się udać. Jeśli się uda to i ona na tym skorzysta, a ja będę najszczęśliwszy ze wszystkich ludzi będąc z nią - jak mawiają poeci.
15 maja 1982
Jeśli Magister mówił prawdę, że większość z tych tutaj to złodzieje z tysiącami dolarów, to dlaczego wyjeżdżali? Przecież w Polsce mogli mieć dobrze. Czy przestraszyli się "Solidarności". Czy po raz pierwszy od wielu lat uzmysłowili sobie, że korytko, z którego jedli jest już puste. Nawet dziecko wiedziało, że "Solidarność" w jakiś sposób musi przegrać, choćby na moment, aby złapać drugi oddech tak potrzebny do oddychania pełną piersią. Setki, tysiące strajków w całej Polsce nie stworzyło atmosfery do myślenia i budowania. Nie wierzę Magistrowi, że wszyscy kradli, ani że wyjechali za granicę tylko po to, aby tutaj się dorobić. Dzisiaj w naszym hotelu średnia wieku nie jest wyższa niż 25 lat. Mogę się zgodzić, znaczną część tej młodzieży stanowią dzieci prominentów komunistycznych, ale dobrze się stało, że "czerwona" młodzież wyjechała. Tutaj zobaczą co to jest demokracja, a przede wszystkim jak wygląda życie z drugiej strony granicy. Bez kradzieży, przez kilka tygodni pracy, zarobiłem tyle, ile Magister przez lata pracy połączonej ze złodziejstwem. Pełny surrealizm.
22 maja 1982
Jeśli teraz o czymś myślę, to tylko o Ameryce. Zostałem zaakceptowany przez konsula. Osobiste wrażenie z rozmowy z nim podczas przesłuchania w amerykańskim konsulacie żadne. Poza strachem, tyle ludzi chce do tej Ameryki wyjechać i czy dla mnie znajdzie się miejsce. Większość spraw poruszanych przez konsula zupełnie mnie nie dotyczyła. Pytania o wojsko, w którym byłem tylko trzy miesiące, o "Solidarność" w małym miasteczku. W sumie, ze setki przesłuchiwanych w ten dzień, tylko kilka osób otrzymało wizę. Ameryka sprawia wrażenie, miłej cioci, o dobrym serduszku, wszystkim pomoże, ale przez gęste sito przesiewa chętnych. A gdzie ja pojadę? Oczywiście do San Francisco, zobaczyć Złoty Most i hipisów.
29 maja 1982
Dopóki nie otrzymam oficjalnego potwierdzenia z Konsulatu Amerykańskiego o przyznanu mi wizy, nie przyznam się. Nie chcę wzbudzać sensacji. Tym bardziej, że Leszek z Kasią zostali już odrzuceni, ale nie tylko oni, bo bardzo dużo osób zostało odrzuconych. Niektórzy robią odwołania bezpośrednio do ambasady; są tacy, którzy już po raz trzeci się odwołują. Jednak za każdym razem ambasador przysyła z powrotem papiery do konsulatu, a konsul bez podania żadnych przyczyn nie przyznaje wizy.
Po przeprowadzce z naszego hotelu w mało atrakcyjne miejsce jeszcze bardziej straciłem kontakt z ludźmi , których poznałem na samym początku austriackiej przygody. W sumie ze starego składu pozostało bardzo niewiele osób. Większość wyjechała gdzieś w Austrię, niektórzy znaleźli stałą pracę i do hotelu zaglądają tylko po listy albo plotki. Praca na budowie stała się już rutyną. Austriacy zupełnie nie przemęczają się, my, Polacy, tym bardziej. Razem jemy obiady, razem chodzimy nad jezioro oglądać kąpiące się panienki. Austriakom marzy się seks z Polką. Co chwilę robią naszym koleżankom niedwuznaczne propozycje; nam, z kolei, podobają się austriackie dziewczęta.
Bez większych wzlotów dobiega siódmy miesiąc w Austrii. Minęła pierwsza zima i przyszła pierwsza wiosna. Hasło emigracja rzucone na początku przygody, ot tak dla zabawy, teraz stało się treścią życia. Warto pomyśleć o tych co zostali w kraju. Warto zastanowić się nad własną przyszłością, mocniej zaangażować się w to wszystko co dzieje się wokół mnie. Ale na nic nie mam ochoty. Sam jeszcze do końca nie poznałem mechanizmów swojego myślenia. Jestem odurzony myślą o wyjeździe do Ameryki i wielkiej przygodzie tam na mnie czekającej, to znowu biję się z myślami powrotu do ukochanej.
W zimie pieniędzy w Austrii nie zarobiłem, bo nie było pracy. Sezon rozpoczął się wiosną. Zarobić jak najwięcej i wracać do Haliny i ojczyzny. Zapomnieć o Ameryce i wszystkich tych bzdurnych rzeczach. Czy za atrakcyjność i kolorowość Zachodu nie przyjdzie mi zapłacić najwyższej ceny? na którą nie będzie mnie stać - o tym też myślę.
3 czerwca 1982
Przyszło zawiadomienie z Konsulatu Amerykańskiego. Wyjeżdżam 7 czerwca do San Francisco. Trzask-prask i po wszystkim. Czy postąpiłem nierozsądnie akceptując wszystko to, co los włożył mi w ręce? Jeszcze nie wiem, ale myślę o tym. Dowiem się zapewnie w Ameryce, ale wtedy jak to w życiu bywa może być już zapóźno. Jest wiele za i przeciw, ale Ameryka kusi mnie przeogromnie. Na pewno nie jestem emigrantem na wzór tych z Wielkiej Emigracji, nawet przez moment nie czułem się emigrantem. Nie rozumiem sensu emigracji ani jej znaczenia. Najłatwiej można powiedzieć, była okazja skorzystałem z niej. Świadom, a raczej nie świadom wszystkich następstw i konsekwencji. Podróże kształcą, żegnam się ze starą przeszłością polską, teraźniejszością austriacką i z wielką nadzieją i niecierpliwością oczekuję spełnienia marzeń. Mit Ameryki raz jeszcze zadziałał. Bye, bye Podersdorf, bye, bye stara Europo czy cię kiedyś znów zobaczę ?
11 czerwca 1982
Z Podersdorfu wyjechałem w piątek, 7 czerwca o 8:00 rano. Nikt mnie nie żegnał ani za mną nie płakał. Nie robiłem żadnych popijaw ani teatralnych pożegnań, ponieważ uważałem, że wyjazd mój jest tylko i wyłącznie moją sprawą osobistą. Ani wzruszeń ani cierpień, ani też nostalgii nie odczuwałem. Do widzenia powiedziałem Joli, która z grymasem na ustach, trudnym do opisania, podała mi rękę. Nawet przez moment pomyślałem o tym, aby przytulić ją do siebie, pocałować w policzek i podziękować za współnie spędzony czas. W sumie kawałek życia, ale obawa, że zostanę źle zrozumiany powstrzymała mnie od tak zwanej wylewności. Jej gest podania ręki zadecydował o tym, że nie potrafiłem przełamać się. Nasza długoletnia przyjaźń nic nie znaczyła w tym momencie. Odwracając się do niej plecami poczułem ulgę człowieka, któremu działa się jakaś krzywda, a teraz jest już po wszystkim.
Po drodze spotkałem kilku znajomych z hotelu, którzy śpieszyli się do pracy.W biegu popatrzyli na mnie oczami skierowanymi w dół, blady uśmiech zawitał na ich ustach, ledwo widzialną życzliwość zauważyłem na ich rumianych policzkach. Im też powiedziałem "do widzenia" i "zobaczenia" w Podersdorfie, z amerykańskim paszportem w kieszeni. Przyjadę tutaj z Haliną i pokażę jej to miejsce, w którym przez cały czas za nią tęskniłem. Razem ze mną, w wielkim wygodnym mercedesie, jechała para młodych ludzi z sąsiedniego hotelu. Nie znałem ich ani nigdy wcześniej nie widziałem. Przyglądałem się im w oczekiwania na auto mające nas zabrać Na pewno byli małżeństwem, dzieci pozostawili w Polsce. Nie udało mi się zobaczyć ich twarzy. Ona przez całą drogę płakała, mając twarz ukrytą w swoich dłoniach. On zatapiał swoją twarz w jej długich brązowych włosach, przez cały czas całując ją po nich, dłoniach, twarzy. Coś jej szeptał na ucho. Niewiele to pomagało, ona jeszcze głośniej płakała. Osobiście płacz jej mi nie przeszkadzał, ale irytował mnie. Austriacki kierowca coś sobie mruczał pod nosem dając nam do zrozumienia, że nie ma powodów do rozpaczy. Po drodze raz zatrzymaliśmy się, zabierając jeszcze jednego kandydata na obywatela amerykańskiego: młodego chłopaka, mającego niewiele więcej niż 21-22 lata w ciemnych okularach. Już wyglądał jak Amerykanin.
W obozie Traiskirchen byliśmy po blisko dwugodzinnej jeździe, która wcale mi się nie dłużyła. Siedziałem na przednim siedzeniu obok kierowcy dumny że mercedesem jadę prosto do Ameryki. Do Austrii jechałem małym fiatem, a teraz patrzcie państwo, jaka zmiana na lepsze, i to od razu mercedes. Z wielkim zainteresowaniem oglądałem przez szybę samochodu krajobraz tak gościnnego dla Polaków kraju, raz jeszcze podziwiałem gospodarność, czystość, zastanawiając się dlaczego u nas w Polsce nie może być jak tutaj.
Dosłownie kilka godzin jazdy autem, pomiędzy jedną stolicą a drugą a fizycznie, dotykiem palców można odczuć zmiany i różnice, jakie dzielą oba kraje. Mentalność ludzi i sposób odbierania świata. Dla przeciętnego Austriaka, z natury flegmatyka z kuflem piwa w ręce, o szerokim uśmiechu, świat jest mały. Dla mnie, dla Polaka pracującego za parę butów i mieszkanie, świat jest wielki, bardzo wielki i ciekawy.
Po kilkuminutowej chwili wyczekiwania pod drzwiami obozowych urzędów, formalności papierkowe zostały załatwione w przeciągu trzech "zdrowasiek". Następnie rozdzielono nas. Nawet nie wiem jak to się stało, obejrzałem się wokół siebie i zostałem sam. Trafiłem do mało przyjemnego pokoju z dwudziestoma łóżkami, ale tylko siedem z nich było pościelonych. Jeden z mieszkańców pokoju, Polak, poinformował mnie, że sala jest międzynarodowa. Sojusz polsko-węgierski: czterech Polaków i trzech Węgrów. Tylko dwóch Polaków i jeden Węgier pracowało, pozostali "rozpijali" jakieś tanie, austriackie wino. Węgrzy nie tylko świetnie mówili po polsku, ale nawet potrafili czytać polskie gazety. Jakieś stare pisma kobiece jeszcze sprzed okresu stanu wojennego, rozłożone były w nieładzie na ich łóżkach. Oglądając je, marzyli o Polkach ze zdjęć gazetowych. Mlaskając mówili: " Polki piękne dziewczyny".
Nie mając większej ochoty na rozmowy z pół pijanymi kompanami schowałem bagaż pod łóżko i po raz ostatni wybrałem się na spacer po obozie. Miałem cichą nadzieję, że spotkam kogoś znajomego albo uda mi się rozpoznać któregoś ze strażników będących na służbie gdy próbowałem przedostać się do obozu. Nikogo jednak nie spotkałem, więc poszedłem na miasto, pooglądać to, co po raz pierwszy tak mnie fascynowało, tym bardziej, że pogoda była wyśmienita. Odlot do Ameryki miał nastąpić dopiero w poniedziałek.
Osiem miesięcy temu szturmowałem bramę, nie mogąc doczekać się kiedy ją przekroczę. Obecnie chętnie bym przeszedł przez nią, nawet nie oglądając się za siebie. Dawna brama do raju, była teraz barierą zatrzymującą mnie przed przejściem do raju wyższego rzędu. To nowe odkrycie o budowie pionowej raju spodobało mi się. Przez moment chciałem wyobraźić sobie, na którym stopniu będę mojego raju za dziesięć lat.
Sobotę spędziłem na spacerach po miasteczku Traiskirchen. Spacerowałem z "wyciągniętym nosem" wąchając ludzi, powietrze i domy. Świadomość tego, że następna okazja spaceru po tej miejscowości nie nastąpi tak szybko, przytłaczała mnie. Piłem piwo w restauracji, która jeszcze kilka miesięcy temu była niedostępna dla takich jak ja. Bez pieniędzy i przyszłości. Szumiało mi w głowie. Na pewno nie był to rezultat alkoholu, ale emocji i myśli, że już jest mi lepiej, skoro stać mnie na piwo.
Tak jak każdy emigrant opuszczający swój biedny kraj z tobołkiem w ręce marzyłem, o tym, czego nie mogłem mieć w swoim własnym kraju. Dlatego spodziewałem się wielkiej kariery życiowej na Zachodzie, spodziewałem się dużych pieniędzy. We wszystkich bajkach tak było, że porządni ludzie osiągali to, o czym marzyli, stąd brała się we mnie ta pewność, że zwyciężę. Przecież byłem biednym i porządnym człowiekiem. Chociaż nigdzie nie było powiedziane ani napisane, że akurat mnie, łysiejącemu facetowi z Pieszyc ma przydarzyć się wszystko to, co najlepsze. Do tej pory było odwrotnie, oczywiście nie licząc miłości Haliny.
W sumie, spodziewałem się wszystkiego, co tylko najlepsze może mnie spotkać poza Polską. Skąd ta zarozumiałość we mnie? I teraz to piwo, może już czwarte lub piąte, w restauracji, w której nie spodziewałem się go wypić. Moja głowa była za mała, aby zrozumieć prostą rzecz. Restaurację są dla tych, którzy mają pieniądze, a ja mam pieniądze. Gdy po raz pierwszy na nią spojrzałem wydawała mi się tak luksusowa i na pewno droga Boże, ja w niej, pijący teraz piwo Czyli postęp przynajmniej finansowy się dokonał, po części marzenia się już spełniły. Ktoś może powiedzieć, ale miał wielkie marzenia; zarobić kilkanaście szylingów na piwo. Zgdzam się, marzenia nie były i nie są wielkie. Na miarę moich potrzeb i sił i prawdę mówiąc to nie one są najważniejsze, ale droga do nich, pragnienie, aby się zrealizowały.
W niedzielę pojechałem podmiejską kolejką do Wiednia. Znowu piłem piwo, paliłem papierosy, jadłem lody wiedeńskie, kiełbaski sprzedawane prosto z dwukołowego wózka, spacerowałem po ulicach, chłonąłem miasto. Z pasją obcego człowieka przypatrywałem się Wiedeńczykom, doszukując się w ich twarzach oznak zadowolenia; Mieszkają w takim pięknym mieście, kraju, na zachodniej stronie świata. Będąc tutaj, w krainie wolności, w Wiedniu, muszą być szczęśliwi
W poniedziałek, siódmego czerwca o 7:00 rano obudzono mnie i innych wyjeżdżających do Ziemi Obiecanej. Większość z nas wyjedżających była skacowana, niektórzy w ogóle nie spali, jeszcze inni nerwowo przeżywali odlot i na granicy pomiędzy piciem a nerwicą przeleżeli noc, wpół złożeni jak scyzoryki.
Przed drzwiami do urzędnika odpowiedzialnego za wyjazd i sprawdzającego dokumenty uzbierało się tyle ludzi, jakby przywieźli kiełbasę do pieszyckiego GS-u. Wszyscy nerwowi i niecierpliwi przepychali się z walizami pod same drzwi. Niektórzy mieli nawet po 5-7 waliz, wielkości dorosłego słonia. O 10:00 załadowano nas w autobusy i wio, na lotnisko. Tam raz jeszcze sprawdzono nasze dokumenty, listę obecnych, dano ostatnią szansę wymiany szylingów na dolary.
Z lotniska wiedeńskiego polecieliśmy do Frankfurtu nad Menem. Tam nastąpiła przesiadka, połączona z godzinnym oczekiwaniem na samolot czarterowy do Nowego Jorku. W podróży do ziemi obiecanej dołączyło do nas kilku Rumunów i Węgrów, a nawet Amerykanie. Stewardesy mówiły tylko po angielsku. Miałem to nieszczęście, że usiadłem pomiędzy młodą, ładną Rumunką i Polakiem, fanatykiem piłki nożnej. Facet z pasją maniaka rozważał na głos czy Amerykanie będą transmitować rozgrywki, czy też nie, zwracając się do mnie z tym pytaniem. Dla mnie sport nie istnieje, najmniej obchodziły mnie mistrzostwa i jak tylko mogłem, szukałem ratunku u Rumunki. Próbowałem nawiązać z nią rozmowę najpierw po niemiecku, potem po angielsku a nawet po rosyjsku, byle tylko uwolnić się od tego wariata. Wreszcie nie wytrzymałem. Czara goryczy przepełniła się. Zapytałem: "Ty barania głowo, ośle do kwadratu, skoro ci Amerykanie to tacy niecywilizowani durnie, po co do nich jedziesz? Dlaczego nie odłożyłeś lotu do czasu zakończenia mistrzostw świata?" Po czym odwróciłem się do niego plecami i usnąłem. Ale tak naprawdę to nie mogłem usnąć, męczyłem się mając zamkniete oczy, rozmyślałem co teraz będzie i czułem jak strach powoli ściska mi gardło. Za nic w świecie nie mogłem wyobraźić siebie w tej Ameryce. Za kilka godzin miałem być w Nowym Jorku, ale ja wciąż nie wiedziałem po co. Dopiero teraz, w pół drogi nad Atlankiem, tak na poważnie, zapytałem sam siebie:
- Adam, co ty będziesz w tej Ameryce robił?!!!
